tallryn
04.07.07, 13:56
W Polsce tak zwany system oświaty jest głęboko dotknięty różnego rodzaju
patologiami. Począwszy od korupcji, na braku finansów skończywszy. Mimo, że
idea państwowego, darmowego szkolnictwa wydaje się znakomitym pomysłem, mało
kto jest na dobrą sprawę zadowolony z jej rezultatów.
Największym problemem polskiego systemu oświaty jest to, że jest bez sensu. W
chwili obecnej państwo posiada monopol na dostarczanie najmłodszym jego
obywatelom porcji informacji, nazywanych potocznie wiedzą. Działalność sektora
prywatnego jest zminimalizowana do minimum. Szkoły prywatne bowiem oferują
bowiem dokładnie to samo co szkoły państwowe, tyle tylko, że równocześnie aby
się utrzymać muszą pobierać od uczniów opłaty- tak zwane czesne. Spróbujcie
sprzedać komuś coś, co ktoś inny oferuje za darmo :)
Szkoły państwowe jak każdy monopolista obarczone są wieloma problemami.
Najbardziej paradoksalnym z nich jest niski poziom nauczania. Nie dotyczy to
oczywiście wszystkich szkół. W dużych miastach wiele jest bardzo dobrych szkół
(jak na przykład I LO w Łodzi), ale i tak procent owych szkół jest znikomy.
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta. Pensje nauczycieli nie zależą
od tego jak dobrze uczą, tylko jak długo uczą / jaka mają specjalizację.
Nauczyciele nie mają więc żadnej finansowej motywacji ku polepszeniu jakości
nauczania.
W szkolnictwie prywatnym jakość nauczania jest głównym powodem zatrudnienia.
Choć dla wielu z was może to teraz zabrzmieć jak farsa, jest to prawdą.
Najlepszym przykładem są szkoły językowe. Większość z was zapewne zgodzi się
ze mną, że jedyną na dobrą sprawę skuteczną metoda nauczenia się obcego języka
jest zapisanie się do prywatnej szkoły językowej. Dlaczego więc sektor
prywatny ma aż tak dużą przewagę w tej dziedzinie? Zarobki szkół językowych (a
co za tym idzie nauczycieli) zależą jedynie od ilości uczniów, która w danej
szkole będzie się uczyć - a ta zależy głównie od jakości nauczania.
Jak więc sprawić, żeby jakość nauczani była wyższa? System oświaty należy
sprywatyzować. Sprywatyzować, co niekoniecznie będzie oznaczało, że trzeba
byłoby za niego płacić.
50 lat temu niejaki Milton Friedman, wpadł na pomysł tak zwanych 'kuponów
edukacyjnych'. Stwierdził, że system szkolnictwa w USA (identyczny jak teraz w
Polsce) jest głęboko krzywdzący dla większości dzieci / młodzieży.
Zaproponował więc, żeby obliczyć roczne koszta nauki pojedynczego dziecka w
szkole państwowej i zaopatrzyć rodziców dzieci w 'kupony edukacyjne' o
równowartości obliczonej kwoty. Kupon ów mógłby zostać wykorzystany przez
rodziców dziecka wyłącznie na cele edukacyjne w wybranej przez nich szkole.
W praktyce miałoby to wyglądać tak: Załóżmy, że roczne koszta edukacji ucznia
w szkole średniej wynoszą 3000 złotych za rok szkolny. Rząd rozdaje wszystkim
uczniom kupon edukacyjny wart 3000 złotych. Rodzice ucznia decydują się do
jakiej szkoły chcą posłać swoją pociechę. Czy do szkoły państwowej, która
byłaby wyłącznie finansowana z 'kuponów edukacyjnych', czy do szkoły
prywatnej. Sprawiłoby to, że wzrósłby znacząco poziom nauczania. Pensja
nauczyciela zależałaby od ilości uczniów, którzy chcą otrzymywać za swoje 3000
złotych oferowaną przez jego usługę.
System 'kuponów edukacyjnych' dotyczyłby wyłącznie szkół podstawowych i
średnich. Państwa bowiem nie stać na finansowanie edukacji wyższej wszystkim
jej obywatelom. Jednak również w szkolnictwie wyższym, można by zastosować
nieco bardziej liberalne zasady.
W chwili obecnej znaczna część studentów uczy się w trybie zaocznym /
wieczorowym, nawet na uczelniach publicznych. Oznacza to, że większość
studentów musi za edukację płacić. Ponadto studenci uczelni prywatnych
(szczególnie tych "prestiżowych"), muszą dodatkowo płacić czesne, - mimo, że
część z nich równie dobrze mogłaby studiować dziennie.
Dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie częściowej odpłatności za studia w
zależności od wyników studenta. Najlepiej wytłumaczyć to chyba na przykładzie:
10 procent najlepszych studentów nie musiałoby w ogóle płacić za studia,
kolejne 10 płaciłoby wyłącznie 25 procent czesnego, kolejne 10 procent
płaciłoby 50 procent czesnego. Dodatkowo osoby z najbiedniejszych rodzin
byłyby zwalniane z opłat za studia. Dotyczyłoby to wszystkich kierunków /
trybów studiów.
Wierzę, że podany przeze mnie przykład dobrze oddaje ogólny zamysł
wprowadzenia częściowej odpłatności za studia. Mam nadzieje, że część z was
zgodzi się z "moimi" pomysłami. Resztę zapraszam do dyskusji.
Z poważaniem, tallryn the great a.k.a Michał Gamrot
BTW Post powstał w ramach nudzenia się w mojej pracy ;]