qrczak87
13.09.09, 13:37
Chciałam się wygadać, bo w świecie realnym nawet nie mam nikogo komu mogłabym
się pożalić….
Mam 22 lata, ukończyłam studia licencjackie na wymarzonym uniwerku, na
dyplomie widnieje bardzo dobra ocena, na która przez ostatnie lata wypruwałam
sobie żyły. Starałam się z całych sił, bo wierzyłam, że później znajdę pracę w
swoim wymarzonym zawodzie – nauczyciel angielskiego. Nie, nie żyłam tylko
książkami, ale szkoła była moim priorytetem. W trakcie studiów pracowałam
nawet chwilę dla brytyjskiej firmy.
Po licencjacie chciałam pójść do pracy, usamodzielnić się, zamieszkać z
chłopakiem i studiować dalej zaocznie, aby zrobić magistra – nic z tego mi nie
wyszło.
Wysłałam CV chyba do wszystkich (!) szkół w sąsiednich miejscowościach… Ile
dostałam odpowiedzi? Okrągłe zero. Wszędzie odsyłano mnie z kwitkiem. Czasem
grzecznie, a czasem szydząc ze mnie prosto w oczy „pani chyba zgłupiała.
Anglistów to my zwalniamy, a nie zatrudniamy”. A w szkole obok przyjęli
dziewczynę po jakimś podrzędnym kolegium w pipidówce mniejszej… zresztą moją
znajomą – która nie zdałaby egzaminu lic. gdyby nie moja pomoc i która nie
znosi pracy z dziećmi. Całkiem mnie to dobiło. Ja od zawsze chciałam uczyć w
szkole… Wizja pracy z dzieciakami była moim jedynym paliwem przez całe studia.
W międzyczasie przyjęto mnie do nowopowstającej szkoły językowej. Sprawa jest
jeszcze otwarta, bo zapisy wciąż trwają. Ale nie mam większych nadziei. Już
połowa września, a z 10 przeszkolonych lektorów, pracę ma tylko 2. Już za
późno aby wysyłać cv do innych szkół – ot, urok bycia nauczycielem. Jeśli nie
znajdzie się pracy od razu, to potem jest się żałosnym bezrobotnym cały rok.
Moje poczucie własnej wartości jest poniżej wszelkiej granicy. W rodzinie tez
nie mam oparcia – tu są tylko ciągłe wrzaski od których chciałam się uwolnić.
Chłopak tez nie rozumie. Twierdzi, że nic się nie dzieje, ze jeszcze studiuję
więc nie muszę mieć koniecznie pracy – ale przecież potem ani tyle nic nie
znajdę. Zamiast na zaoczne poszłam na dzienne studia magisterskie. Ale jakoś
bez przekonania – bo po co mam się wysilać kolejna 2 lata jeśli juz teraz mogę
przewidzieć, że historia się powtórzy. Czuje się jak jakaś ofiara losu. Cały
wysiłek jaki do tej pory włożyłam okazał się być g* warty.
Nie mam zupełnie nic. Inni w moim wieku mają już mieszkania, mężów, prace,
dzieci, jeżdżą po całym świecie. A moje dni są wszystkie do siebie tak
przeraźliwie podobne. Nie żeby mi się spieszyło do małżeństwa czy dzieci.
Chodzi o to, że w ich życiu cos się przynajmniej dzieje… A u mnie nawet nie ma
perspektyw na zmianę … i to przez cały kolejny rok (bo dopiero za rok zacznie
się znowu rekrutacja nauczycieli).