kaska82
17.05.10, 15:47
Zawsze tak się składało, że najlepiej na gruncie zawodowym
dogadywałam się z ludźmi po 40-tce i po 50-tce. Sama mam 27 lat, ale
często pracuję z dziewczynami w moim wieku lub młodszymi o 2-3 lata
i w chwili kryzysu myślę sobie, że jeszcze jeden "młody i
dynamiczny" zespół mi się trafi w kolejnej firmie to nie wytrzymam.
Może mentalnie jestem starsza niż wynika to z metryki i w tym
problem? Nie neguję faktu, że często te dwudziestoparolatki są
dobrymi, lepszymi ode mnie pracownikami. Za to ich podziwiam, ale z
drugiej strony... Rozmowy przy kawie z takimi to bredzenie o dupie
maryni. Z kim to by się poseksiła, jaki ciuch kupiła na wyprzedaży i
co na dobranoc usłyszała od Ktosia. Do tego dorabianie ideologii do
tych ośmiu godzin dziennie. Jedna "dynamiczna" stwierdziła, że nie
mogłaby sprzedawać produktów w które ona sama nie wierzy. Dla mnie
praca to tylko praca. Nie ta to inna. A mam wrażenie, że wielu moich
rówieśników dało zrobić sobie pranie mózgu. Oh i ach jakie mam
szczęście, że menager mozwolił mi być częścią tak cudownej firmy.
Czekają mnie tu niebywałe możliwości rozwoju. Złapmy się za ręce i
recytujmy, że jesteśmy the best. Do tego uśmiechy szczere jak u
sprzedawców w MC Donald's. A może mój problem to poczucie, że nie
trafiłam jeszcze na pracę o której mogłabym powiedzieć, że jestem na
swoim miejscu. Nic mnie tak nie wnerwia jak dorabianie wielkiej
ideologii do 1900 brutto.