thea-bag
29.05.11, 01:32
Witam.
Nie wiem, jakich rad oczekuje. Pisalam jakis czas temu o eks mojego partnera, chorej na raka. Pisalam pod innym nickiem, nie pamietam juz hasla, wiec siegam, po prastarego nicka. Chce sie chyba wygadac... Otoz byla zona mojego partnera umiera na raka. Lekarze nie daja szans. Ma przerzuty do mozgu. Psychiczne cofa sie. Teraz zapomniala, ze sie rozwiedli. Robi mu awantury i domaga sie jego obecnosci... To nie najgorsze. Najgorszy jest temat ich wspolnego syna. On wie, ze mama jest chora, nie wie, ze mama umiera. Jest nam bardzo ciezko. I bedzie jeszcze gorzej. Ja gubie sie w tej sytuacji. Wiem, ze moja rola teraz jest po prostu byc i wspierac. Wiem, ze decyzje naleza do partnera. On omawia je ze mna a wlasciwie mnie o nich informuje. Czasami czuje, ze to napiecie emocjonalne i bezradnosc doprowdza mnie do szalenstwa. Pomyslicie, ze podla jestem, ale modle sie, zeby ta kobieta jak najszybciej odeszla. Gdyby istniala dla niej szansa, to oczywiscie, ze zyczylabym jej powrotu do zdrowia. Ale ona jest bez szans. A ja widze, ze jej powolne odchodzenie, dobija zyjacych i robi nam z zycia pieklo. Nie chodzi mi juz o mnie. Ale o mojego partnera i jego syna. Chcialabym, zeby nadszedl ten etap, kiedy boli strasznie, ale przynajmniej mozna pomyslec, ze to czas na gojenie ran. Na razie te rany powstaja, jedna po drugiej... Powiedzcie cos, cokolwiek. Sama nie wiem...