xyz1.2.3
02.03.12, 20:17
Od jakiegoś czasu zastananawiam się nad napisaniem Wam tutaj swojej historii. Zapewne znajdzie się wiele osób krytykujących moją sytuację, moje błędy jednak licząc się z tym zdecydowałam się ją Wam opisać, zrzucając z siebie ciężar i traktując to jako formę "psychoterapii".
Przez wiele lat byłam z jednym, wspaniałym mężczyzną. Mężczyzna ten zawsze dawał mi poczucie, że jestem dla niego najważniejsza i dla mnie zrobi wszystko. Bardzo go kochałam. W pewnym momencie postanowiliśmy ze sobą zamieszkać. W związku z tym, że zarabiał grosze (niecałe tysiąc złotych), co stało się dla nas w pewnym momencie sporym problemem - często dochodziło na tym tle do sprzeczek, bo ja zarabiałam bardzo dobrze postanowił wyjechać za granicę by zarobić na nasz ślub. Ja zostałam w Polsce czekając na jego powrót...
Wyjechałam w kilkumiesięczną delegację. Poznałam wspaniałych ludzi. Stworzyliśmy tzw. "paczkę" na cały okres delegacji. Wśród tych osób znalazł się on. Bardzo sympatyczny kolega okazał się moim adoratorem. Nie byłam zainteresowana znajomością na delegacji bo nigdy nie interesowały mnie przygodne romanse. Każde jego zaloty obracałam w żart i nie pozwalałam się zbytnio do siebie zbliżać. Wróciliśmy swoich domów.
Brakowało mi mojego mężczyzny. Dzwoniłam, płakałam, prosiłam by wrócił. Czułam, że zaczynam wątpić w sens naszego związku. Nie czułam zainteresowania ze strony mojego mężczyzny, który ciągle opowiadał mi o swojej pracy i mało kiedy pytał co u mnie. Było mi przykro...
A mężczyzna z delegacji? Cały czas był ze mną w kontakcie. Czułam się jakbym zyskała przyjaciela. Jaka byłam naiwna! Przyjaźń między kobietą a mężczyzną? Niemożliwe! Przecież już się przekonałam, że w końcu chociażby jedna ze stron się zakochuje... Po jakimś czasie zdecydowaliśmy się na spotkanie. W związku z tym, że jesteśmy z dwóch stron Polski miał to być weekend. Osobne łóżka. Taki postawiłam warunek. Dzień przed wyjazdem płakałam, wątpiłam w sens wyjazdu. Obiecałam sobie, że to będzie tylko przyjaźń bo jestem w związku. Miałam dzwonić, że nie mogę, jednak tego nie zrobiłam. Pojechałam. Wszystko zapowiadało się zupełnie niewinnie. Faktycznie, wygłupy, żarty, osobne łóżka. Wszystko było niewinne. Zbliżał się wieczór. Poszłam się wykąpać. Wchodzę do pokoju a tam co? Cały pokój w świecach, kwiaty i szampan. Pomyślałam, że miło z jego strony i przyznam, że byłam w szoku. Ale mówię że rozsądek musi trzymać górę nad emocjami. Rozmawialiśmy, żartowaliśmy, piliśmy szampana. No i stało się. Pocałował mnie a później kochaliśmy się przez resztę wieczora...
Rano dopiero zaczęłam mieć wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że nie powinnam tego robić. Jednak nie potrafiłam się powstrzymać. Zaczęliśmy spotykać się regularnie. Zakochałam się. Czekałam na powrót mojego mężczyzny by się z nim rozstać. Byłam zakochana po uszy. Mój partner przyjechał na urlop. Dowiedział się, że kogoś mam. Bardzo cierpiał ale postanowił, że nie pozwoli mi tak po prostu odejść. Wybaczył mi. Czułam się strasznie, bo po jakimś czasie czułam że jest dla nas jeszcze szansa. Ale on postanowił wrócić do pracy... I pojechał. Zostałam sama.
Mężczyzna z którym się spotykałam cały czas się ze mną kontaktował. Bał się że go porzucę. Początkowo czuł że zbliżyliśmy się do siebie z moim pratnerem (jednak nie fizycznie) i starał się o mnie jeszcze bardziej. A ja znów wdałam się w tą naszą szaloną miłość zakochując się w nim jeszcze bardziej... Proponował mi wspólne zamieszkanie, zmianę miejsca pracy.. Miał poważne plany.. Byłam przeszczęśliwa.
W końcu mój partner wrócił a ja powiedziałam, że chcę być z nowo poznaną osobą. Mieszkałam z moim już "byłym" z uwagi na to, że po powrocie z Norwegii jest bezrobotny i chciałam mu pomóc. Mieszkałam z nim ale byliśmy dla siebie zupełnie obcy. Kochałam tamtego.. Spotykaliśmy się regularnie i coraz bardziej w sobie zakochiwaliśmy.Byyłam przeszczęśliwa i czekałam aż mój "były" dostanie upragnioną pracę bym mogła się wyprowadzić.
Moja rodzina nie wiedziała o mojej nowej znajomości. Moi rodzice są typem "władczych" i bardzo lubią planować mi życie. Nie chciałam im nic mówić do czasu wyprowadzki od mojego "byłego". Myśleli, że jest wszystko ok.
W pewnym momencie z moim partnerem z delegacjii rozstaliśmy się. To była moja decyzja. Pomyślałam, że byłam nie fair w stosunku do mojego byłego i musimy spróbować jeszcze raz. Chciałam stwierdzić czy ta znajomość z delegacji nie była dla mnie tylko romansem. Bo przecież ja nigdy nie romansowałam? Nie wiedziałam jak to jest? Przecież zawsze byłam taka zasadnicza... Nie w głowie mi były romanse. Z moim wieloletnim "byłym" wyjechaliśmy na urlop. Był wspaniały. Jednak ja tęskniłam... Stwierdziłam, że kocham tego z delegacjii... Spotkaliśmy się. Postanowiliśmy być ze sobą. Miałam zmienić całe swoje dotychczasowe życie. Zaszłam w ciążę. Z mężczyzną z delegacji. Powiedział, że jeśli teraz go zostawię to nie wybaczy sobie tego, że nie zaszłam z nim w ciążę. Zaśmiałam się. Myślałam, że żartuje. Pierwsze nasze zbliżenie po takiej przerwie zakończyło się ciążą. Byłam przerażona! Kilka testów-wszystkie pozytywne. Dla mnie to był szok! Dopiero co awansowałam w pracy. Moja rodzina, znajomi, przyjaciele - nic nie wiedzą o mojej nowej znajomości. Myślę sobie: jak to? Przecież to niemożliwe! Dzwonię do niego... Mówię, że jestem w ciąży-był przeszczęśliwy. Poczułam się oszukana. Pomyślałam, że zrobił to celowo. Wbrew mnie....
A mój już "współlokator"? Przytulił mnie i powiedział, że mimo wszystko bardzo mnie kocha i chce ze mną być!
Boże... To balansowanie między jednym a drugim mężczyzną postawiło mnie w takiej sytuacji. Czuję się oszukana. Nie mam pojęcia co robić :(