twojabogini
20.07.12, 14:28
Taka sobie refleksja na fali wątków z serii "mój mąż okazał się palantem". Mamy paskudny system - kobieta z małym dzieckiem, przebywająca na urlopie wychowawczym jest niejako "systemowo" uzależniona od męża (tj. od jego dochodów). Niektórzy z "panów mężów" w takiej nowej sytuacji dają ostro popalić swoim partnerkom ("władza" uderza do głowy). I zaczyna się dramat kobiety...Naprawdę dramat - gdyby nie małe dziecko, kobieta mogłaby po prostu wyjść z domu, ale w tym domu jest jeszcze dziecko...Więc zgadza się na coraz więcej, no bo co ma niby zrobić?
Oczywiście znajdzie się pełno dobrych doradców "znajdź sobie pracę" "uniezależnij się" "oddaj dziecko do żłobka". Tymczasem żłobków jak na lekarstwo, a te które są bardzo często nadal przypominają przechowalnie dzieci, a nie instytucje opiekuńcze. W niektórych regionach kraju pracy po prostu nie ma, a nawet tam gdzie jest - ostatnią osobą, którą ktokolwiek zatrudni jest samotna matka małego dziecka. Brak jest jest jakiegokolwiek instytucjonalnego wsparcia dla matek małych dzieci.
Mężów narzucających dyktat żonom, dysponujących "swoimi" pieniędzmi, odmawiających kobietom pomocy i wsparcia, wyżywających się na niepracujących żonach nikt w naszym kraju nie traktuje jako przemocowców. A to są właśnie przemocowcy. Zresztą dla kobiet odchodzących od mężów przemocowców też nie przewidziano żadnego wsparcia instytucjonalnego. Jest wsparcie dla alkoholików, dla narkomanów, dla byłych więźniów, ale dla matek małych dzieci - nie.
Tak sobie wiec myślę, że paskudny system niejako utrwala patriarchalną władzę. A może nawet gorzej - patriarchalny system niejako "oddaje" mężczyźnie kobietę z chwilą, gdy staje się ona matką jego dziecka.