alicja_z_drugiej_strony_lustra
08.03.13, 20:36
kobiety z forum Kobieta - jesteście inteligentne, bystre, złośliwe i wredne. lubię takie połączenia :-) chcecie lekturę na weekendowy wieczór?... to łapcie popcorn i colę, będzie długie: dawno, dawno temu...
dawno, dawno temu, będąc młodym dziewczęciem, poznałam pana. pan starszy ode mnie, doświadczony i z przeszłością, w której było sporo kobiet. nie robiło mi to zupełnie, bo uroczy był, zaangażowany i budzący zaufanie. zakochałam się z wzajemnością, wzięliśmy ślub i zaczęliśmy, jak to w bajkach bywa, żyć długo i szczęśliwie.
mąż trafił mi się cudny - okazał się być dobrym, wyrozumiałym partnerem, czułym ojcem (jedno dziecko, potem drugie), zapobiegliwym panem domu. mnie niełatwo okiełznać, jemu się to bardzo udało - szacunek i zaufanie, jakim go obdarzałam, starczyłby dla pułku wojska. miał pełną swobodę, nigdy go nie rozliczałam z czasu poza domem ani towarzyskich spotkań.
no, może trochę seksu mi brakowało - on dużo zawodowo wyjeżdżał, a jak wracał, to też się nie bardzo do sypialni rwał. uznałam jednak, że mogę ograniczyć swoje potrzeby, skoro cała reszta tak świetnie gra, a libido to kwestia indywidualna - widać moje jest większe, pech.
mijały lata. zapytana przez koleżankę, czy chciałabym jeszcze kiedyś poczuć świeże motylki i się w kimś zakochać, odpowiedziałam, że to krótkotrwała przyjemność, a ja nie po to latami inwestuję w związek, żeby ryzykować jego rozwaleniem z takiego banalnego powodu.
w kilka godzin później, przy logowaniu na pocztę, przeglądarka wyświetliła mi jakiś obcy login - damskie imię i nazwisko. zdziwiona, zapytałam męża, czyje to dane. "znajomej, nic ważnego". skąd się wzięły w naszym domowym kompie? "aaa, no właściwie to nie wiem...".
pierdut. mój cudowny, prawy i na wskroś uczciwy małżonek wciskał mi jakieś głodne kawałki, nie, co ja mówię - kłamał mi prosto w oczy. przyciśnięty wyznał, że ta pani była u nas domu na kawie, gdy byłam w pracy, ale to tylko zwykła znajoma, zapomniał napomknąć...
w nocy włamałam mu się na skrzynkę mailową, odkryłam też drugą, na którą również weszłam (nie pytajcie jak, byłam w amoku). a tam - bardzo prywatna korespondencja. z panią "zwykłą znajomą", z jakąś inną, która wysyłała mu tandetne opisy erotycznych zabaw. znacie określenie "ziemia usuwa się spod stóp"? wtedy fizycznie doznałam tego uczucia.
mój cudny małżonek okazał się krętaczem, chętnie wykorzystującym fakt, że podoba się kobietom. czy mnie fizycznie zdradził, czy nie, od niego się nie dowiem. zobaczyłam tchórzliwego typka, który chciał się wyłgać od odpowiedzialności i "nie rozumiał" o co chodzi. tłumaczył się mętnie i wku...ająco - to nic nie znaczy, to tylko pisanie, o co to halo.
wiecie, co się robi, gdy partner okazuje się nielojalny - walizki i za drzwi gnoja. też tak uważam. uważałam... tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono, prawda? nie potrafiłam, nie chciałam tak kończyć związku, który tyle lat szczerze uważałam za dar od losu.
długo trwało, nim doszłam do siebie. wiele łez, rozmów i wściekłości, że tak łatwo przyszło mu zepsuć to, co nasze najintymniejsze. w sumie jakieś trzy lata minęły, nim uznałam, że jestem wyleczona, a on zrozumiał, że już nigdy, bo przecież. wiecie, co było dalej, prawda?...
tuż po powrocie z pięknych wakacji wzięłam jego komórkę - miał duży abonament, z którego za jego wiedzą czasem korzystałam. zobaczyłam esemesy z moją kuzynką, z którą umawiał się na spotkania. do mnie słał wiadomość, że jest 300 km od domu, do niej - że już czeka na parkingu. mieszkamy kilka km od niej...
dla pewności zapytałam go, kiedy miał z nią ostatnio kontakt. "jakieś kilka tygodni temu, nie pamiętam...". miałam ochotę go zabić, potłuc, wyzywać najgorszymi wyrazami. poczułam - jak to się harlekinowo nazywa? - że umiera dla mnie jako partner, kochanek, mężczyzna. że ma szmaciarską moralność. ja się takich ludzi brzydzę.
czy muszę mówić, że te spotkania nic nie znaczyły? że "tylko bardzo lubili rozmawiać"? że nie opowiadał mi o tym, "żebym nie miała jakichś dziwnych myśli"? on tak z miłości do mnie, wiecie. nie żeby z innego powodu. przeprosił, pokajał się. i dziwił, że to nic nie daje. a mnie zaczęły układać się puzzle - poprzednie partnerki zdradzał, zawsze łatwo wchodził we flirty. gdy się z nim wiązałam, jego eks mówiła mi, że on przelatuje wszystko co spotka. wtedy byłam bardzo zniesmaczona jej złośliwymi pomówieniami...
to było ponad dwa lata temu. po drodze jakieś terapie, na których przepraszał raz jeszcze, ale wyrażał ciągłe niezrozumienie, dlaczego tak to przeżywam i karzę go swoim chłodem. seksu nie ma, a sposób, w jaki chciał go reaktywować, zniechęcał mnie jeszcze bardziej.
tak, mogę się rozstać. sprzedać dom z ogrodem, podzielić się dobytkiem, zabrać dzieci, wykopać go ze wspólnego życia i zaczynać wszystko od nowa. krótko mówiąc - ponieść karę za jego wybory. nie chcę. też pracowałam latami, żeby być tu, gdzie jestem. w swoim domu.
on nadal dużo wyjeżdża, a kiedy jest, dogadujemy się właściwie we wszystkich sprawach, prócz tych najważniejszych. planujemy kolejne wakacje, a nocą pilnuję, żeby nie dotknął mojej połowy łózka. nie ufam mu kompletnie, nie rozmawiamy o swojej głębokiej prywatności. nasza intymność zdechła, ale na zewnątrz wyglądamy jak dobra rodzina, a on jest źródłem zachwytu dla moich ciotek - jakiż to cudowny mąż, jak o nas cudnie dba.
smutna ta historia. bardzo bym chciała poczytać o niej tylko, a potem zawołać męża i zdziwić się głośno - jak ludzie mogą tak pieprzyć sobie życie?... i znalazłabym mnóstwo sposobów na wyjście z tej patowej sytuacji, zżymając się na bierną autorkę, która nie bierze odpowiedzialności za swoje życie. przecież to mamy w życiu, na co się godzimy!...
nie wiem, co będzie dalej. w dobrym serialu coś powinno widowiskowo pierdyknąć i popchnąć akcję do przodu. w tym sama gram. źle mi. i nic z tym nie robię. i nie wiem, co mogłoby mi pomóc. może sama powinnam się zakochać, doprawić małżonkowi rogi, wyrównać rachunki i umieć mu wybaczyć? hahah. w jakimś filmie tak było.
dzięki za cierpliwość dziewczyny, wypisałam się trochę.
i pamiętajcie - wybierajcie na partnerów tylko wiernych facetów. hahha.
tak, jestem cyniczna. kiedyś nie byłam ;-)