banal_nad_banaly
14.05.13, 02:36
Cześć wszystkim.
Lubiłem kiedyś wpadać na to forum w chwilach kryzysów małżeńskich. Zawsze poczytanie o problemach innych osób pozwalało mi poszerzyć horyzonty i przemyśleć sprawę zanim zrobiłem coś czego się nie da odkręcić.
Nie wiem jak tu jest teraz, czy nie jest zasyfione przez trole, niemniej zaryzykuję i wrzucę swoją historię.
Muszę coś ze sobą zrobić, bo czuję, że mi mózg eksploduje. Z góry przepraszam za chaos i brak składni ale w tym stanie nie stać mnie na nic lepszego.
Na początek trochę wstępu o naszym małżeństwie: mam 42 lata, żona 39. Jesteśmy parą już od jej liceum. W klasie maturalnej zaciążyła i tak związaliśmy się na dłużej. W między czasie pojawiło się drugie dziecko, w tej chwili córka jest pełnoletnia a syn prawie....
Przez wiele lat naszego związku przechodziliśmy różne fazy od euforii po ciche dni i nienawiść (to w tych chwilach najczęściej tu zaglądałem).
Spory były przeważnie o moją zaborczą Matkę, z którą żona się nijak nie dogadywała. Miałem ciężkie chwile, ciągle między młotem a kowadłem, ile się nasłuchałem płaczu od obu stron i oczywiście każda miała pretensje, że trzymam stronę tej drugiej, że daję sobą manipulować itp. Strasznie to było przykre a ja jak na złość, żeby samemu udowodnić sobie, że tak nie jest, robiłem zupełnie odwrotnie niż one ode mnie oczekiwały. Ten wątek powoli wygasł. Można powiedzieć, że odstawiłem Mamę na dalszy plan, widujemy się na wigilię i wielkanoc. Nie jestem z tego powodu szczęśliwy ale staram się o tym nie myśleć. Chciałem za wszelką cenę ratować małżeństwo, udowodnić żonie, że ją kocham i naprawdę mi na niej zależy. Chciałem, żeby dzieci miały normalny dom (sam z siostrą wychowywałem się w rodzinie niepełnej).
Dobra, muszę przewinąć trochę do przodu, może kiedyś rozwinę inne wątki ale trzeba przejść do sedna i spróbować zasnąć, jutro praca od 9:00 :(
Po wielu zakrętach losu zbudowaliśmy fajny dom, mamy cudowne mądre dzieciaki, przeprowadziliśmy się do Warszawy, kupiliśmy i urządziliśmy mieszkanie/apartament.
Osiągnęliśmy poziom życia, który dla naszych rodziców, prostych pracowników fizycznych z małej miejscowości był nie do pomyślenia.
Jeśli chodzi o stosunki z żoną to staliśmy się prawdziwymi przyjaciółmi. Patrząc wstecz, co wyprawialiśmy wcześniej w trakcie naszego związku i jak bardzo różnimy się charakterami oboje nie możemy się nadziwić, że jest tak to się skończyło.
Gdzieś tak w okolicach mojej 40-tki uświadomiłem sobie, że to jest właśnie dojrzała miłość i jestem prawdziwym szczęściarzem, że to wszystko przetrwaliśmy.
Niestety mieszkanie w Warszawie niesie ze sobą inne ryzyka.
Dokoła pełno ludzi, którzy mają, zdawałoby się nieograniczone zasoby finansowe. Wakacje kilka razy w roku, w lato ciepłe kraje, w zimę narty w Szwajcarii, nowe samochody z salonu, ferie dla dzieci itp.itd...
Mnie to nie rusza, cieszę się z tego co mam, wiem, że dzieciom zapewnię znacznie lepszy start niż miałem ja.
Niestety okazuje się, że moja żona nie jest szczęśliwa w tym środowisku. Ciągle próbuje równać do otoczenia porównuje się z innymi.
Twierdzi, że „żyjemy jak żebracy” ;(
Nie posądzam ją o wyrachowanie, czy pazerność wiem że tak myśli i czuje i jest z tego powodu nieszczęśliwa.
Pracuje w firmie branży finansowej, ja jestem inżynierem. Po odjęciu kredytu, opłat za mieszkanie i rachunków zostaje nam 7tys na 4 osoby.
Jak to porównam do czasów mojego dzieciństwa, gdzie Mama zarabiała powiedzmy 1500 i musiała się z tym utrzymać z dwójką dzieci, to wydaje się, że teraz mamy kosmos.
Generalnie powinniśmy coś co miesiąc odłożyć, ale żyjemy od pierwszego do pierwszego, zawsze coś wypadnie (a to dentysta, a to inna choroba, a to remont auta, a to zakup kamery, czy innej lustrzanki).
Z tą lustrzanką to taka mała prowokacja ;)
I jak mam wytłumaczyć żonie, że żebracy nie mają lustrzanek…
Cdn…