wieslawa.proch
28.12.14, 19:40
Witam, wiem, że na tym forum można czasem uzyskać dobrą poradę, więc może i mi coś poradzicie. Sytuacja przedstawia sie tak: jestem 30latką, której - jak to potocznie mówią- sie w życiu nie udało. Nie mam partnera, mam bardzo kiepską pracę i nie usamodzielniłam sie jeszcze. Mieszkam z moją mamą i od niedawna z jej partnerem. Mieszkamy wszyscy w bardzo ciasnej kawalerce, trochę szokiem dla mnie była wprowadzka jeszcze jednej osoby (partnera mamy), gdyż już nam we dwie było strasznie ciężko się pomieścić, no ale to nie ja tu jestem panią domu, więc już nic nie mówię. Do rzeczy:
Problem jest w tym, że mama w ogóle nie chce sprzatać i prać po sobie i po swoim mężczyźnie. Co rano czeka na mnie góra naczyń w zlewie, a jak śpiesze sie do pracy to chciałabym szybko zrobić sobie śniadanie, co jest trudne przy takim brudzie i nieładzie. To samo jest z praniem, góry ich brudnych rzeczy zalegają w pralce. Dodam, że mamy pralkę półautomatyczną, więc pranie jest nawpół ręczne i zajmuje dużo czasu i energii. Niedawno oznajmiłam mamie, że nie będę więcej prała rzeczy jej i jej faceta, a jedynie swoje i tak też robię. Niestety żeby wyprać swoje rzeczy muszę wyciągnąc wszystko z pralki by nalać wodę, a tyle tego narosło, że powoli nie daję rady fizycznie, już nie mówiąc o obrzydzeniu brudami które po prostu zaczynają gnić i śmierdzieć... Mama nic sobie z tego nei robi, tylko po prostu kupuje nowe rzeczy, a tymi z pralki się nie przejmuje. Jedyne co ją interesuje to nowe ciuchy, malowanie paznokci i wychodzenie ze swoim mężczyzną. W domu może zarastać brudem. Dla mnie to jest niepojęte jak można mieć w łazience skupisko pleśni i smrodu, jak można nie myć śmierdzącego garnka przez kilka dni, ale mamie to w ogóle nie przeszkadza,najważniejsze że paznokcie pomalowane i wystrojona.
Niezliczone ilości razy próbowałam ją przekonać, żeby zaczęła sprzątać i prać, to się wymawia tym, że w tygodniu nie może bo pracuje, w sobotę nie, bo idzie po zakupy, a w niedziele się nie robi prania. Ja pracuję dużo więcej godzin w tygodniu i mam tylko jeden dzień wolny od pracy i nie robię z tego wymówki.
Niestety nie mogę tupnąć nogą czy coś w tym stylu, bo mama ma niezbity argument- utrzymuje mnie. Przez długi czas nie miałam stałej pracy, chwytałam się dorywczych prac i wtedy nie przeszkadzało mi to, że po niej sprzątam, (jeszcze wtedy facet z nami nie mieszkał, więc było mi też łatwiej) i nawet z chęcią to robiłam, bo miałam przynajmniej jakieś zajęcie w domu i czułam się potrzebna. Ale teraz pracuję na prawdę dużo i chciałabym mieć też trochę czasu na odpoczynek, czy porobienie czegoś innego.
Nie piszcie proszę, żebym się wyprowadziła i usamodzielniła, bo mam bardzo niską pensję i pracę na umowę zlecenie, nie zanosi się tez na zmiany w tej materii. I nie piszcie, żebym porozmawiała z tym facetem, żeby on na mamę wpłynął, bo on jest pod mamy pantoflem i nic nie zdziała.
Moi drodzy, mam wątpliwości czy czasem nie przesadzam, bo mama zawsze mówi: "przecież cię żywię" no i ma racje, kobieta po 30stce powinna żywić się sama i mieszkać na własnych włościach, a mnie się nie udało. Może w zamian za pełną lodówkę i dach nad głową powinnam przejąć na siebie obowiązki domowe. Ale ja już nie wyrabiam, też bym chciała czasem sobie gdzieś wyjść, odpocząć, a nie tylko praca i sprzątanie. Napiszcie proszę kto tu ma racje, bo ja już nie wiem nic :(