nissina
27.04.15, 18:38
Na przyjaciół i znajomych liczyć nie mogę, bo w zasadzie są częścią problemu, to może anonimowo w internecie na forum ktoś mi coś sensownego doradzi...
Jestem w 7-letnim związku z chłopakiem. Od ostatniego roku studiów, ale wcześniej znaliśmy się już przez kilka lat. Oprócz nas są jeszcze dwie pary, nasi przyjaciele także z czasów studenckich. Wszyscy w okolicach lub lekko po 30-stce. Trzymamy się blisko od wspomnianych czasów studiów. 6 lat temu jedna z tych par "zalegalizowała się", wzięli ślub i wyjechali do Holandii, oczywiście za pracą. W miarę dobrze im się ułożyło, mieszkają tam na stałe, starają się o obywatelstwo, dziecko urodziło się już tam. Kilka razy w roku ich widujemy, samolotem nie jest daleko, oni też w miarę regularnie Polskę odwiedzają. Po trzech latach bytności tam "namówili" drugą parę z naszego kręgu do przeprowadzki. Piszę w cudzysłowie "namówili', bo pomogli im tam znaleźć w miarę dobrą (jak na emigrantów) pracę.
Na placu boju, czyli w kraju, zostaliśmy tylko my z dawnej paczki, czyli ja i mój facet. Oczywiście przy każdej okazji tam czy tutaj, jesteśmy zachęcani do wyjazdu. I tu zaczyna się właściwy problem. Ja wyjeżdżać nie chcę. Mam tu stabilną, niezłą pracę w administracji publicznej. Gorzej z moją drugą połówką. Pracował w różnych miejscach, od dwóch lat w korporacji, jest bardzo niezadowolony z pracy (pensja, atmosfera, towarzystwo, strona merytoryczna, generalnie wszystko). Naprawdę chciałby wyjechać, tym bardziej, że jak mówi mamy idealną sytuację: czwórkę przyjaciół, którzy nam pomogą coś znaleźć na miejscu i się jakoś ogarnąć, więc nie jedziemy w ciemno. Zależy mu tak bardzo, że od roku w wolnych chwilach uczy się intensywnie niderlandzkiego, chodzi na kurs i w sumie zna już solidnie podstawy.
Planowaliśmy wcześniej nasz ślub, przyszłość, domek, dzieci itp. ale czuję, że wkrótce będę musiała dokonać wyboru. Oczywiście rozmawiałam z nim poważnie i szczerze o priorytetach, powiedziałam, że ja nie chcę wyjeżdżać, że jestem zadowolona z tego, co jest tutaj, że powinien znaleźć sobie lepszą pracę na miejscu itp. On przyznał mi rację, powiedział, że jestem dla niego najważniejsza, że beze mnie nie wyjedzie, ale prawdę mówiąc mam poważne wątpliwości. Poza intensywną nauką języka, w którą inwestuje czas, energię i pieniądze (na kursy), dopytuje przyjaciół, co mógłby robić na miejscu, sprawdza ceny zakwaterowania i generalnie zachowuje się, jakby szykował się na wyjazd. Za każdym razem, gdy go pytam, czemu to wszystko robi, skoro nie wyjeżdżamy, zawsze znajduje jakąś logiczną odpowiedź, np. uczę się języka i w ten sposób podnoszę swoje kwalifikację, albo chcę wiedzieć więcej o kraju, gdzie mieszkają nasi przyjaciele.
Boję się, że któregoś dnia i to w niedalekiej przyszłości poinformuje mnie, że wyjeżdża tam na 3 miesiące do pracy "na próbę", że później wróci, będzie co dziennie dzwonił i takie tam, a tak naprawdę wszystko się wtedy skończy. Albo że po prostu postawi mi ultimatum: wyjeżdżam na stałe, jedziesz ze mną czy nie, Twój wybór... :( Moi najbliższi znajomi i przyjaciele trzymają oczywiście jego stronę, więc na nich nie mam specjalnie co w tej sprawie liczyć.
Czy mam rację przewidując taki czarny scenariusz, czy martwię się niepotrzebne? Co powinnam zrobić, gdyby się jednak zrealizował? Ulec i jechać razem z nim, czy jednak zostać tutaj? Kocham go i bardzo mi na nim zależy, ale w pracy doszłam już dość wysoko (jestem główną specjalistką w ważnym urzędzie) a wiem, że za granicą byłabym tylko kolejną na zmywaku. Może nie na zmywaku, bo przyjaciele znaleźliby nam coś lepszego, ale bez porównania z tym, co tutaj. Co dalej?