zazdrosny11
14.06.17, 15:50
Zawsze byłem bardzo zazdrosny. Nie potrafię tego zwalczyć. O każdą dziewczynę, z którą byłem lub z którą nawet nie weszliśmy w związek, a mi się podobała.
Mam bardzo niską samoocenę. Porównuję się do innych i to pogarsza sprawę. Do dziś dnia pamiętam, jak moja dziewczyna (gdy jeszcze ze sobą nie byliśmy), stwierdziła pewnego dnia, będąc ze mną na piwie, że trudno jej pewnie będzie określić czego tak na prawdę chce, będąc tylko z jednym facetem przez całe życie bo nie będzie miała jak porównać. Było to 2,5 roku temu bo jakiś miesiąc po tym zdarzeniu zaczął się nasz związek. Ja mam lat 27, ona 26 obecnie.
Nigdy w życiu z nikim nie była, nawet nie było blisko tego. W końcu na ostatnim roku studiów dowiedziałem się, że jest taka jedna, która ma na mnie oko. Tak się zaczęło. W przeciągu dwóch miesięcy poznawania się, byliśmy już razem. Była osobą niezwykle zamkniętą. Musiałem włożyć spory wysiłek w to by ją chociaż cmoknąć, przytulić, o innych rzeczach nie wspomnę. Ale było warto. Kochałem ją niewyobrażalnie i kocham do dzisiaj. Wtedy fascynowała mnie jej nieśmiałość. Bała się praktycznie wszystkiego. Miałem na nią ten „wpływ”, działał mój „dar perswazji”.
Nie licząc koleżanek, miała jednego kolegę z gimnazjum, w którym, jak sama przyznała, w tym gimnazjum się podkochiwała. Już zapaliła mi się czerwona lampka. Wiem, że pierwsza miłość, to pierwsza miłość. Kontakt im się zerwał i nie rozmawiali przez jakieś kilka lat. Ona zainicjowała go od nowa (jeszcze mnie nie znając). Dziwna sprawa bo... z jednej strony poinformowała mnie, że on nie wie, że sięw nim wtedy podkochiwała, a z drugiej podobno na początku reaktywacji tej znajomści oboje ustalili, że to tylka przyjaźń/koleżeństwo. Pisali głównie na komunikatorach, dość często i niekiedy nawet długo (codzień, zdarzało się co 2-3 dni). Nie mogłem wytrzymać. Mój debilizm i zazdrość skłoniły mnie do przejrzenia rozmów (nie pytajcie skąd miałem dostęp...). Może przez to, że jestem jaki jestem, ale jak dla mnie nie były to zwykłe rozmowy kolegi z koleżanką. Nie było jednoznacznych powodów na to, że z nim flirtuje, czy mnie zdradza. Ale na widok treści rozmów można było dosłownie rzygać tęczą... Było tez kilka drobiazgów, które niesamowicie mnie zezłościły. 1) Widziałem tekst, w którym ona z nim pisała, a kiedy ja musiałem w tym momencie akurat dzwonić i jej reakcję na komunikatorze: „Ma kiedy dzwonić...”. Wtedy dowiedziałem się dlaczego niektóre nasze rozmowy były takie krótkie...
2) Następna akcja z komunikatora wieczorem. Moją dziewczynę rozkłada grypa. Znowu korespondencja z kolegą i JEGO debilny tekst: „Chłopak powinien być teraz przy tobie”. Zero reakcji z jej strony...
3) I następna... Początkowo, to ona przyjeżdżała częściej do mojego domu, a nie odwrotnie. Nie wiem dlaczego tak było. Zawsze twierdziła, że w moich okolicach jest po prostu co robić, u niej nie. Nadszedł jednak czas, gdzie to ja zacząłem przyjeżdżać do niej. Następny jej tekst do kolegi „w końcu zmusiłam go żeby do mnie przyjechał”.
4) Najgorszy przykład. Wiedziała już, że mam dostęp do jej korespondencji i wiedziała, że jestem strasznie zły na jej kontakt z kolegą. Pewnego dnia chciałem sprawdzić chociaż jej szczerość bo zapewniała, że nie ma nic do ukrycia, a jej kontakt jest czysto koleżeński. Podpatrzyłem ostatnią rozmowę z dnia poprzedniego, chyba jedną z dłuższych. Podpytałem, czy kolega może się odzywał ostatnio. Stanowczo powiedziała, że nie, mimo że pytałem ze 2-3 razy. Po chwili widzę jak rozmowa z komunikatora zostaje przez nią usunięta. Wtedy we mnie pękło. Wpadłem w furię i powiedziałem, że albo on, albo ja. Doszło do wielkiego płaczu i przepraszania. Wtedy wybrała mnie. Chciałem żeby zerwała z nim całkowicie kontakt, ale widziałem, że faktycznie jej na mnie zależy i poprosiłem, żeby go chociaż ograniczyła. Wcześniej dałem jej też przykłady tego, że 90% przypadków ich rozmów wychodziło z jej inicjatywy. Faktycznie... przestała inicjować kontakt. Kolega owszem odzywał się dalej, ale średnio raz na miesiąc, a nawet rzadziej. Po jakimś czasie sama przyznała mi rację, że gość ma ją gdzieś.
Wiem. Każdy potępi mnie za to, co zrobiłem. Wszyscy jednak mamy wady. Ta jest moją i z próbuję z nią walczyć. Jednak w tym przypadku sam nie wiem, czy chciałbym wiedzieć o tym czego się dowiedziałem, czy nie... Kiedyś ten sam kolega podwoził ją autem do domu z ich spotkania (miały miejsce moze ze 2-3 razy). Prosił ją wtedy, żeby mi nie mówiła o tej podwózce bo facet na pewno nie będzie zadowolony. Miał rację...
Ten problem został wyeliminowany. Wszystko wróciło do normy na dłuższy okres.
Jedna, bardzo głupia sytuacja była na weselu jej rodziny. Oczywiście byłem jako osoba towarzysząca. Nie lubię imprez, ona bardzo. Pomyślałem, że będziemy się dobrze bawić, tym bardziej, że nigdy, z nikim nie była w parze na takim evencie. Ustaliliśmy jednak, że będziemy tylko w swojej parze tańczyć. Słowa nic nie kosztują. Było fajnie dopóki do tańca nie zaprosił ją jeden, drugi, potem trzeci… Ostatni to kuzyn, więc nie byłoby w tym nic złego. Jednakże jakieś pół minuty przed kuzynem poprosiłem ją o jeszcze jeden taniec bo akurat puścili ładną nutę. Stwierdziła mi, że jest zmęczona i nie da rady. Słów mi wtedy już brakowało. Nawet z nią poszedłem na kurs tańca, myśląc, że jej na pewno się to spodoba (lubi tańczyć), a ja przynajmniej nabiorę większej wprawy. Wszystko było ok. Zbliża się drugie wesele, też w jej rodzinie. Obietnica ta sama, tym razem tylko z jej strony. Rodzina i kuzynostwo bez ograniczeń, ale nie obcy. Doszło do momentu, gdzie panna młoda rzuca welon, a pan młody muszkę. Oczywiście poleciała pierwsza… Wiedząc przecież, że łapiąc welon, może trafić na serię zabaw, jako „przyszła para młoda” z jakimś obcym gościem (na szczęście nie złapała). Stwierdziła, że lubi tę zabawę, ale zawsze dąży do tego by welonu nie złapać.
Prócz tych epizodycznych sytuacji można powiedzieć, że nasz związek kwitnął. Do czasu, gdy znalazła pracę (szukała jej rok, w Polsce nie ma lekko...). Była to praca w urzędzie. Bardzo się bała samej pracy i ludzi. Los chciał, że 70% pracowników, to faceci w wieku 25-35 lat..... Brak słów. Ale trzymałem się, nic nie dawało mi powodów do niepokoju. Zaczęło się...
1) Najpierw pierwsze zaproszenia na facebook. Sami koledzy... Była mała sprzeczka, ale niegroźna. Też mam koleżanki z pracy w znajomych. Pewnego dnia ucieszyłem się. W końcu dodała jakąś koleżankę! Ale... przez cały dzień miała dylemat, czy ją dodać bo jest plotkarą i się we wszystko wtrąca... Z żadnym kolegą, żadnych oporów nie miała nigdy. Z koleżanką już tak.
2) Zapytałem ją czy dzwoniłaby do mnie po pracy, żebym się nie martwił. Pomysł jej się spodobał do tego stopnia, że dzwoni do dziś, przed i po. Problem pojawił się, gdy po pół roku jej pracy tam zatrudniony do jej pokoju został gość o bodajże 2-3 lat młodszy od niej i krótko potem ich wspólna koleżanka. Zaczęli chodzić z pracy razem, co niezbyt zgrywało się z jej telefonami do mnie bo przy kimś już jej trudno zadzwonić.
3) Nowy gość był początkowo przez nią krytykowany. Ponoć nawijał bez sensu i tylko patrzył jej w monitor (tak mieli ustawione biurka). Ogólnie, strasznie ją denerwował. Po jakichś 2-3 miesiącach zaczynam słyszeć, że wszystkie dziewczyny go lubią bo biega im po obiadki do bufetu, tak też się wkupił w łaski kierowniczki. On sam chwali się jaki to on nie jest ambitny i mądry, wybiera się na doktorat. Jest zaręczony i ciągle gada o swojej dziewczynie. Jest obrotny i wszędzie wlezie. Zważywszy na moją zazdrość i brak zaufania, o których oboje wiedzieliśmy ustaliliśmy, że chociaż nie doda tego jedynego kolesia na fb do znajomych. Po około miesiącu słyszę, że kolega zaprasza ją na facebooku i że chce go przyjąć bo nie widzi w tym nic złego… Tylko o tą jedną rzecz prosiłem. To miała być symboliczna gwarancja tego, że nie mam o co się wpieniać.
4) Pewnego dnia musiała zostać o wiele dłużej w pracy, do północy. Dostała propozycję kilka dni wcześniej, że może ją ów kolega wyżej podwieźć bezpośrednio d