Gość: Andrzej
IP: *.waw.cdp.pl
13.05.02, 22:37
Ave,
ostatnio toczy się ożywiona dyskusja nad wprowadzeniem zasady parytetów płci na
listach wyborczych: zdaniem feministek powinno być tyle samo kandydatów
mężczyzn i kobiet. Feministki argumentują, że źle jest, że w Sejmie kobiety
stanowią tylko (powiedzmy) 20% składu, skoro jest ich w społeczeństwie 53%.
Moim zdaniem tego typu myślenie jest błędne i wypacza zasady gryb
demokratycznej. Czy Sejm ma być bowiem dokładnym odzwierciedleniem polskiego
społęczeństwa? Pamiętajmy, 20% to dzieci (nie mają w ogóle reprezentacji), 20%
to emeryci i renciści (mało ich w Sejmie), kretyni stanowią 10% ludności i nie
mają własnej reprezentacji. 99% ludności to katolicy, a w Sejmie jest dużo
ateistów itp. 1/3 społęczeństwa ma wykształcenie podstawowe,a w Sejmie takich
jest mało.
Myślenie feministek idzie w takim kierunku: wyborca -kobieta jest głupia i nie
wie na kogo powinien głosować, więc trzeba ją zmusić, żeby głosował na tego
kogo trzeba, a nie na tego na kogo by chciał. Takie myślenie zakłada, że tylko
kobieta powinna reprezentować w Sejmie kobiety.
Tu dwa fundamentalne pytania: czy mężczyzna nie może reprezentować interesów
kobiet w ogólności?
Czy kobiety mają wspólne interesy, które by uzasadniały przyjęcie zasady, że
procent kobiet w Sejmie powinien odpowidać ich udziałowi w społeczeństwie?
Moim zdaniem takich wspólnych interesów nie ma. Co może łączyć bowiem
sprzątaczkę z małego miasta, która musi przeżyć za 500 zł miesięcznie z biznes
women z Warszawy zarabiającą krocie?
Moim zdaniem wprowadzenie parytetów będzie jedynie służyło wąskiej grupie
aktywnych w polityce kobiet, oraz kochanek i przyjaciółek polityków, które będą
miały ułatwioną rywalizację z mężczyznami. Straci na tym natomiast inna grupa
kobiet - których mężczyźni, lepsi od kontrkandydatek, przepadną w wyborach itp.
Myślę bowiem, że kobiety łączy więcej z ich mężami, synami, braćmi, niż z
nieznanymi im osobami, które wyłącznie dzięki swojej żeńskiej płci będą
faworyzowane.
Andrzej