mb8001
29.06.05, 12:59
Pomocy bo zwariuję.Jestem kłębkiem nerwów.Przeżyłam toksyczną miłość i nie
mogę się pozbierać. Nie chce mi się żyć. Otóż byłam ze swoim mężczyzną 8 lat.
Raz było dobrze raz źle. Podjął w końcu decyzję by mi się oświadczyć i od
tego czasu było tragicznie. Gniewał się i awanturował o prawie o nic, zawsze
wszytko było moją winą. Po kłótni strzelał tzw"focha" i potrafił sie przez
nawet m-c nie odezwać.W trakcie narzeczeństwa było mi źle i wstyd nawet przed
rodzicami ,musiałam oszukiwać że wszystko jest ok i jak już miałam dość
kłamstw poszłam z nim porozmawiać. Podczas rozmowy wyszła straszna kłótnia
(były obecne jego mama i siostra)i on mnie uderzył. Rzuciłam mu pierścionek i
wszystko skończyłam. Zanim odwołałam ślub odczekałam 3 dni.Jego mama
wydzwaniała do mnie że powinnam z nim pogadać jednak on nie zrobił przez ten
czas nic.Nawet nie poczuł się winny. Mojej mamie powiedział że mnie uderzył
bo tego wymagała sytuacja i że ja jestem temu wszystkiemu winna.Więc wczoraj
podjęłam ostateczną decyzję.Koniec.Wysłałam mu info żeby był poinformowany o
moich krokach a on że jeśli tego chcę to ok.Mam wyrzuty sumienia. Może
rzeczywiście doprowadziałam go do takich nerwów że to zrobił. Może powinnam
ja z nim pogadać. Wiem że w związku sa dwie osoby winne , jednak on wszytkim
mówi że to tylko moja wina. Nie daję sobie z tym rady.