Dodaj do ulubionych

O pewnej internetowej znajomości.... (długie)

18.09.05, 23:29
Pomysł na ten post powstał wczoraj, a to dlatego, że ja zupełnie nie wiem co
mam sama o tej sytuacji myśleć – jest ktoś kto bardzo narzuca mi swoje
zdanie, jest mnóstwo niedomówień i nieporozumień, jest wina leżąca gdzieś po
środku i jest dwoje ludzi, mimo iż znali się tylko przez Internet...

Zaczęło się prawie 4 lata temu, na gg – jego numer wyszukany na chybił-trafił
w katalogu. 4 lata, kontakt który wciąż się z wielu powodów urywał, szukanie
możliwości skontaktowania się z nim...a dziś..."stawiam kropkę na końcu
zdania, które brzmi 'znajomość z M.'"” I chyba nie do końca rozumiem dlaczego
tak wszystko się potoczyło...

Na początku – jedna z wielu znajomości z Internetu. Tyle tylko, że wydawał
się kimś jednak mimo wszystko bardziej wyjątkowym...nie pytajcie mnie dziś
dlaczego. Po prostu tak. Zaledwie pół roku po tym jego życie zaczęło bardzo
się zmieniać, kontakt zaczął się rwać, a później spotkało go coś bardzo
złego. Życie wywrócone do góry nogami. A co ja mogłam w tej sytuacji zrobić?
Nic. Zupełnie nic. To nadal był tylko Internet, nawet nie było jak przy
pomocy niego się z nim skontaktować. A wiedziałam, że jest bardzo źle...i
bardzo chciałam wiedzieć jak się czuje...chciałam móc zrobić cokolwiek, żeby
choć na jedną maleńką chwilę zaświeciło słońce... Miałam adres domowy,
zaczęłam pisać listy...Nie maile, które kiedyś odbierze, przeczyta, zginą
gdzieś na dysku, ale listy... Były po to, żeby wiedział, że nie ważne jest
dla mnie to, że to tylko Internet, że nigdy się nie spotkaliśmy...ale ważne
jest co się z nim dzieje, jak wszystko się układa, jak się czuje...Z tego co
mówił wynikało, że chyba mu się...podobały...W sumie w ciągu roku wysłałam 3.
W tych listach były wszystkie moje uczucia, to było wszystko co mogłam mu
dać...nie mogłam mu pomóc...W ostatnim było coś...to był impuls...Zaraz
napiszecie, że jestem naiwna, ale...było coś, co miało być jak
talizman...maleńki miś Bukowski, nazwany Dziewczynką...gorąco wierzyłam, i
nadal wierzę, że wszystko się jeszcze w jego życiu ułoży i wszystkie swoje
uczucia przelałam na to maleństwo...ona nawet pachnie tak jak ja...i
wierzyłam, że jeżeli ona z nim będzie to tego zła, które go spotyka...ze
strony innych ludzi...będzie mniej, choć troszkę mniej... Po tym jak wysłałam
ten list ponownie udało nam się porozmawiać rok później, w listopadzie
zeszłego roku. Powiedział wówczas, coś, z czego wynikało, że wiele się w jego
życiu wciąż zmienia, wiele stracił, ale te listy i Dziewczynkę wciąż ma...i
wiele innych, bardzo miłych rzeczy...

Natomiast dziś, minął kolejny rok...i nadal się nie spotkaliśmy, nadal to
tylko Internet...Nie sądziłam, że nadejdzie dzień, w którym będę do tego
człowieka czuć tak ogromną niechęć jak dziś, ale nadszedł...niechęć i mnóstwo
żalu... Dlatego, że w ciągu ostatniego roku miało miejsce wiele przykrych
chwil...wiele razy z jego powodu płakałam... Aż nadeszła pewna sierpniowa
noc...po raz kolejny ja byłam nikim...I coś we mnie pękło, coś się
skończyło...To było o jeden raz bycia nikim za dużo...

Nikt nigdy mnie tak nie traktował. Czy to był tylko Internet, czy nie – nikt
nigdy. Absolutnie nikt. Tylko on. Przez całe te 4 lata jedyne czego chciałam,
to móc go poznać. Tak po prostu, jak poznaje się drugiego człowieka,
poznanego wcześniej przez Internet. Znalazł w tym czasie czas dla dziesiątek
kobiet poznanych przez któryś z portali randkowych, ale dla mnie nigdy...
Nawet nie zaproponował spotkania – a gdy zrobiłam to ja, owszem zgodził się,
ale dzień później zaczął mnie unikać...Miał listy, Dziewczynkę...i nawet nie
chciał mnie poznać – to bardzo bolało... Zapewniał, że absolutnie mam się nie
porównywać do "lasek z Sympatii, z którymi idzie do łóżka"...Ale ja zawsze w
porównaniu z nimi czułam się gorsza...nie jestem taka jak one – ze mną nie
mógł przeżyć upojnej nocy. Ja nie chciałam go zaliczyć i zapomnieć, ja
chciałam go poznać...Mam inny system wartości, nie wyobrażam sobie czegoś
takiego jak przelotna przygoda... Wiedział o tym. I dla mnie nie znalazł ani
chwili na żywo. W pewnym momencie zrobiło się z tego takie trochę błędne
koło: gdy mu zarzucałam, że jestem traktowana jak numer, bo to tylko
Internet – oburzał się, że to nieprawda. A w innej sytuacji znów podkreślał,
że to przecież Internet, nigdy go na oczy nie widziałam. Jak mu pasowało. W
międzyczasie spotykał kolejne panie z Sympatii, dla mnie nigdy nie miał
czasu... Ale wiecie co tak naprawdę było w tym wszystkim najsmutniejsze? To,
że te wszystkie przykre momenty...po których niejeden raz bardzo płakałam…
chyba zawsze były związane z którąś z tych pań z gatunku ona-potencjalna
upojna noc-znana kilka dni-jeszcze tylko Internet. W każdej z tamtych
sytuacji chodziło o drobiazg...o odrobinę dobrej woli...o uszanowanie uczuć
moich i jakiejś jej...n-tej pani z Internetu...i zawsze moje uczucia były
niczym. Ja absolutnie nie porównuje się do kobiet, które znał normalnie – to
by było lekko chore - mówię konkretnie o tych, które znał w takiej a nie
innej chwili również tylko przez Internet. Ją znał kilka dni. Mnie prawie 4
lata. Ona była zapowiedzią upojnej nocy, ja nie...Ona była boginią, ja
nikim...Pytam: ok, ja nie mam nic do wszystkich kobiet, które przewijają się
przez Twoje życie, ale dlaczego nie znalazłeś ani chwilki, aby uszanować
RÓWNIEŻ moje uczucia? Nie TYLKO moje, absolutnie. Ale RÓWNIEŻ. Nie obchodzą
mnie one, obchodzi mnie jak RÓWNOCZEŚNIE traktujesz, po tylu latach,
mnie...Czy byłam zazdrosna? Tak, w pewnym momencie zaczęłam...bo raz po raz
demonstrował mi, że w porównaniu z pierwszą lepszą chętną na przygodę z
Sympatii – choćby ją znał dzień lub dwa - ja jestem nikim... I nie
rozumiałam dlaczego...

Tak jak w moje urodziny...To były pierwsze moje urodziny, w które mieliśmy
stały kontakt. Wiedział bardzo dobrze, że je mam. Ja o jego urodzinach nie
zapomniałam nigdy, choć czasem nie miałam zupełnie jak się z nim
skontaktować – Dziewczynka była z okazji urodzin... W ostatnie wysłałam sms –
odpisał, ale tydzień później twierdził, że go nie dostał...Smutne...Tak czy
owak nadszedł dzień moich urodzin...Demonstracyjnie je zignorował. Jedyne co
zobaczyłam to to jak opisami na gg demonstruje jak tęskni za jedną z tych ona-
potencjalna upojna noc-znana kilka dni-jeszcze tylko internet. Był cały dzień
na gg, miał mój mail...Nie zostało dla mnie czasu na choć jedno zdanie. Ja
naprawdę na nie czekałam, po tylu latach, po Dziewczynce...Dzień później, gdy
poskarżyłam się, ze było mi smutno....wyładował na mnie złość. A żeby było
jeszcze milej – opisy świadczyły o tym, że w drugim okienku jest ta pani,
którą jest zachwycony...Kilka dni i kilka lat...w tej samej chwili dla mnie
ignorancja i złość, dla niej zachwyt. Napisał mi tego samego wieczoru,
że "nie jest możliwe nasze kontaktowanie się". No tak – ona była czarująca,
jej urodzin właśnie nie zignorował, na niej nie wyładował złości...więc ja
byłam tą najgorszą, z którą "nie jest możliwe kontaktowanie się". Pamiętam,
że bardzo długo tamtej nocy płakałam...i do dziś nie potrafię o tym spokojnie
myśleć...Właśnie przejrzałam archiwum...Po tym wszystkim jeszcze ja go
przepraszałam...Po tym, jak z okazji moich urodzin, w podzięce za
Dziewczynkę, wyładował na mnie złość, jeszcze ja go przepraszałam...
Zapomniałam o tym zupełnie...Musze na chwilę przestać pisać...

Takich momentów było mnóstwo. Napiszecie – to tylko Internet. Właśnie -
miałam tylko gg, tylko to, więc wszystko wyglądało inaczej. Nie znałam innego
jego. Poza tym w jego przypadku na wszystko reagowałam bardzo emocjonalnie,
wszystko brałam bardzo do siebie...bo uważałam go za kogoś naprawdę
wyjątkowego... I raz po raz czułam, że w porównaniu z pierwszą lepszą z tego
portalu, jestem nikim...
Obserwuj wątek
    • drzewko_sandalowe ciąg dalszy... 18.09.05, 23:30
      Moje smsy kasowane bez czytania, obiecanie czegoś (nawet dwukrotne) i
      niedotrzymanie słowa, błyskawiczne pozbywanie się mnie z gg, choćby oznaczało
      to przerwanie mi w pół zdania, demonstrowanie mi, pewnego wieczoru, gdy po
      prawie 3 latach napisałam co czuję...napisałam mu o tym, co dojrzewało przez
      tyle lat, schowane głęboko...dwie godziny później zademonstrował mi, że jedyne
      o czym myśli to jedna z tych ona-potencjalna upojna noc-znana kilka dni-jeszcze
      tylko internet...dwie godziny...ok, mógł myśleć, ale czy musiał specjalnie
      demonstrować? I tak wciąż i wciąż...takich sytuacji było mnóstwo...i mnóstwo
      łez...I niejeden raz, kiedy jeszcze ja przepraszałam za to, że miałam odwagę
      napisać, że mi z jego powodu przykro...

      Aż nadszedł sierpień. Postaram się opisać to jak najobiektywniej i
      najdokładniej – powiedzcie proszę, jak wy czulibyście się na moim miejscu w tej
      sytuacji. Może coś źle zrozumiałam? Tak się czasami dzieje, że mam jakieś
      przeczucia...tym razem dotyczyło jego. Poza tym nie pojawiał się na gg itd.
      Napisałam mail – rzeczywiście, właściwie opisał mi to, o czym myślałam. Coś się
      nie układało, chodziło o pracę...Naprawdę zaczęłam się martwić. Chciałam
      zadzwonić, porozmawiać, choćby po to, żeby mu nie było choć przez chwilkę
      smutno...spytałam czy mogę. Napisał, że już nie ma swojego telefonu i "nie ma
      się do mnie jak dodzwonić". Zdziwiło mnie to trochę, bo zaledwie kilka dni
      wcześniej opowiadał, że chce podłączyć neostradę – zatem musiał mieć telefon
      stacjonarny, raczej się tego nie podłącza do mikrofalówki. Ale założyłam, że
      niedawno się przeprowadzał, wcześniej nie miał stacjonarnego, może odpisywał na
      szybko, może zapomniał...Napisałam kolejny mail, i kolejny...naprawdę się
      martwiłam i chciałam wiedzieć jak się wszystko układa, jak się czuje. Nie
      odpisywał, nie było go na gg – zakładałam, że nie ma do tego głowy, ze naprawdę
      coś musi być nie tak. Napisałam w sumie 4, trwało to ponad tydzień. Na żaden
      nie dostałam odpowiedzi. Tak się złożyło, że w tym samym dniu, w którym odebrał
      mój ostatni mail zaczął bardzo intensywnie bywać i na Interii, i na Sympatii
      (tytułem tłumaczenia – jego bywanie tam jest w pewnym sensie oznaką, że
      wszystko jest ok, dlatego tam czasami zaglądam, w takich właśnie momentach...)
      więc założyłam, że chyba zaczęło się układać, czekałam dalej na odpowiedź,
      kolejny dzień, i kolejny...Przypuszczalnie wysłał w tym czasie mnóstwo maili,
      dla mnie nie starczyło czasu na choć jedno zdanie...Od ponad tygodnia się
      martwiłam, czekałam na odpowiedź...i ani słowa...Miło, że wszystko się ułożyło,
      ale chciałabym, żeby może sam mi to powiedział, tym bardziej, że tyle razy o to
      pytałam, a nie żebym musiała domyślać się z częstotliwości logowania na
      Sympatii... Ale było jeszcze coś. Ja nadal nie miałam żadnego jego nowego
      numeru telefonu. A na Sympatii przeczytałam "dziękuję za telefon".... ona-
      potencjalna upojna noc-znana kilka dni-jeszcze tylko internet...niczego innego
      niż plany upojnego weekendu z tego wpisu nie można było wywnioskować... I w tej
      chwili zaczęło coś pękać...Patrzyłam na to i płakałam...Wiecie jak mi było
      przykro? Myślałam o tym, że ja się martwiłam, prosiłam o telefon, bo nie
      chciałam, żeby mu było smutno...a dostała go pierwsza lepsza dziwka... I
      myślałam jeszcze o tym, że mnie okłamał...Ja rozumiem, że może wówczas mógł nie
      mieć ochoty na rozmowę – każdy ma takie dni, że nie ma ochoty na rozmowę z
      kimkolwiek – ale mógł mi to napisać...a nie kłamać..."nie ma się jak do mnie
      dodzwonić". Nie wiem jaki telefon jej podał – nowy komórkowy czy stacjonarny –
      to już nieistotne. Zakładam, że wówczas miał już dwa, a ja nie dostałam ani
      jednego...Chyba nie byłby aż tak głupi i naiwny, żeby komuś znanemu jeden
      dzień, przez zapewniający totalną anonimowość portal, na hasło "seks" podawać
      numer stacjonarny, czyli praktycznie adres. Mniejsza zresztą o to. Przez tyle
      lat czasem stawałam na uszach, żeby się z nim skontaktować a teraz, gdy
      naprawdę się martwiłam…zostałam zredukowana do kogoś, kto chce numer, ale on
      nie chce go podać, więc trzeba się jej jakoś pozbyć, więc najlepiej będzie
      napisać "nie ma się jak do mnie dodzwonić". Świadomie mnie okłamał... Czułam
      się nikim... Siedziałam przed monitorem i płakałam. Bo nie rozumiałam
      dlaczego...po tylu latach już nawet nie mogę dostać numeru telefonu, choć się
      martwię, a dostaje go pierwsza lepsza dziwka (drogi Adminie, wybacz dosłowność,
      ale inaczej nie mogę...), która za miesiąc nie będzie pamiętać jak on ma na
      imię? Naprawdę TYLKO o to JEDNO mu chodzi? Tylko to jedno ceni? Ja się
      martwiłam i chciałam porozmawiać, ona chciała się z nim przespać – to nas
      różniło. Nie, nie "groziło" mu, że będę do niego wydzwaniać 10 razy dziennie i
      jeżeli tylko mógł tego numeru nie podać, to skorzystał – w ciągu ostatniego
      roku dzwoniłam do niego 3, może 4 razy. Dlaczego nie mógł podać tego numeru
      RÓWNIEŻ mnie, odpisać RÓWNIEŻ mnie... I jeszcze jedno: chodziło o to samo
      miasto...dla niej mógł przyjechać do Krakowa, na upojny weekend, dla mnie, mimo
      4 lat, nie znalazł czasu...Tamta noc..to było o jeden raz za dużo...O jeden raz
      pomiatania moimi uczuciami za dużo... O jeden raz demonstrowania mi, że w
      porównaniu do pierwszej lepszej z tego portalu jestem nikim za dużo... Pytanie
      do kobiet: a co wy czułybyście potraktowane dokładnie tak? Co
      myślałybyście...może ja coś źle zrozumiałam? Powinnam stwierdzić "ok, trudno,
      martwiłam się, nie dostałam ani numeru ani odpowiedzi, dostała je ona, nie ma
      sprawy"? A może coś jeszcze innego?

      Opowiedziałam komuś o historii tej znajomości. Przez długie lata o nim
      wiedziałam tylko ja, nikt inny. O kilku z tych sytuacji wie moja mama, ale nie
      ma pojęcia o kogo chodzi: jakiegoś abstrakcyjnego pana x z Internetu. On jako
      pierwszy zaczął swego czasu opowiadać o mnie osobom trzecim (zaraz jeszcze o
      tym napiszę), teraz zaczęłam i ja. Bo chciałam, żeby ktoś mi może wytłumaczył
      coś, czego nie rozumiem, coś, co może źle zrozumiałam...i jak w ogóle wygląda
      to wszystko z punktu widzenia kogoś jeszcze. Bo już zupełnie nie wiedziałam co
      mam myśleć. Opisuję to też tutaj teraz – forum to zupełnie anonimowe miejsce,
      więc chyba mogę...

      Ten ktoś powiedział mi "W facecie, który na dwóch największych portalach
      ogłasza, że chodzi mu tylko o seks chcesz widzieć coś więcej. Nie łudź się".
      Powiedział mi również, że ten ktoś nie zasłużył na to, żebym przez tyle lat o
      nim myślała, martwiła się, nie zasłużył na listy, Dziewczynkę, bo on czegoś
      takiego jak szczere, bezinteresowne uczucia nie potrafi docenić..."samiec,
      który myśli za pomocą spermy" (wybaczcie dosłowność, ale to usłyszałam...)
      Staram się nie myśleć w kategoriach zasłużył/nie zasłużył, bo ja naprawdę
      chciałam tamte listy wysyłać, tam były wszystkie moje uczucia, cząstka mnie...a
      świadomość tego, że te listy mogą już dzisiaj nie istnieć (w sumie sama na sam
      koniec poprosiłam, żeby je spalił...) jest zbyt bolesna... To ten ktoś
      przekonał mnie, że czas najwyższy zakończyć tą znajomość. Że zasługuję na
      szacunek. To wydawało się takie proste: czekałam 4 lata, żeby go poznać, a on
      tylko wciąż mi demonstruje, że w porównaniu do pierwszej lepszej "laski z
      Sympatii, z którą idzie do lóżka" jestem nikim...dlaczego mam z jego powodu
      płakać? Za co? Za to, że mam inne wartości? Za to, że chciałam go poznać, a nie
      zaliczyć i zapomnieć? Tyle tylko, że ta decyzja była tak na 90%...Poza tym w
      pewnym momencie poczułam, ze ten ktoś za wszelką cenę nastawia mnie przeciwko
      niemu, zniechęca do niego dodatkowo...Ale zarazem był też jedynym który
      rozumiał, że we wszystkich tych sytuacjach było mi ogromnie przykro...To nie do
      końca jest takie proste, jest jeszcze druga strona medalu...To nie jest tak, że
      był tylko zły...
    • drzewko_sandalowe i jeszcze troszkę... 18.09.05, 23:31
      Tych przykrych sytuacji było naprawdę wiele, ale było również wiele bardzo
      miłych chwil...Poza tym, to nie było tak, że ja mu się narzucałam, a on ledwie
      tolerował moją obecność. Po tych wszystkich smutnych historiach chyba zawsze on
      pierwszy się do mnie odzywał, pisał coś miłego, jakby nigdy nic...Choć nie raz
      padło pod jego adresem wiele przykrych słów. Przecież nie musiał – gdyby
      chodziło mu tylko o jedno, to sytuacji po których mógł mi powiedzieć "pa" (no
      bo w imię czego miałby znosić moje żale i pretensje?) było mnóstwo, a tego nie
      zrobił...tolerował nie zawsze przyjemne zachowanie kogoś, kto na pewno nie
      byłby kolejną przygodą... On sam zresztą ma bardzo dużo swoich problemów, żyje
      w ogromnym stresie, pod ogromna presją – ja mu jeszcze do tego
      czasem "dokładałam" swoje żale i przykre słowa. Ja – ktoś tylko z Internetu. A
      cała reszta pań z Internetu była nim zachwycona. Czemu to znosił? Nie musiał.
      A nie raz okazywał mi świętą cierpliwość i mnóstwo wyrozumiałości. Była taka
      historia, sprzed kilku miesięcy, zupełnie z nim nie związana, ale jednak ja go
      w to wplątałam. To było wiele moich problemów, które się nałożyły, kumulowały
      przez długi okres czasu...śmierć kogoś bliskiego…zerwane zaręczyny...jeszcze
      kilka spraw... czego efektem była próba samobójcza, kilka miesięcy temu...Byłam
      wówczas w takim stanie, że miałam żal do wszystkich i o wszystko...a że jakby
      przy okazji do niego również o te wiele przykrych chwil, zebrałam to wszystko,
      włożyłam do koperty i wysłałam jemu...Tamten list zresztą nie był jedynym,
      który wówczas napisałam, był jednym z kilku, dla kilku osób. Napisał mi
      później "nie jestem winien wszystkich twoich życiowych niepowodzeń" –
      oczywiście, że absolutnie nie jest, nigdy absolutnie tak nie myślałam, to co
      miałam do niego a reszta moich problemów to dwie różne sprawy. Faktem jest
      jednak, że go w to zaangażowałam (przy okazji, ale zawsze...), padło wiele
      przykrych słów...Bardzo tego dziś żałuję. Ale on wówczas...przecież po czymś
      takim mógł mieć tak dość, że zerwanie ze mną kontaktów było najlepszym
      wyjściem. Przypuszczalnie miał dość...ale on jeszcze starał się mnie
      zrozumieć...jeszcze próbował pocieszać...I sam do mnie pisał, jak gdyby nigdy
      nic...Nie musiał. Naprawdę podziwiam i doceniam cierpliwość człowieka, który
      sam będąc kłębkiem nerwów w tym wszystkim znajdywał dla mnie i czas i
      cierpliwość...wielokrotnie...

      A co mamy dziś? Koniec... Bo zarówno w moim przypadku, jak i jego, to było o
      jeden raz za dużo. Dla mnie o jeden raz za dużo pomiatania moimi uczuciami, dla
      niego – pretensji i żalu. Oboje byliśmy już za bardzo zmęczeni całą to sytuacją
      i sobą nawzajem. Ja mam go za egoistę, który potrafi docenić tylko upojną noc,
      on mnie za rozchwianą emocjonalnie małolatę, która nie potrafiła docenić jego
      cierpliwości. Tylko widzicie...było wiele takich sytuacji, że zarzucałam mu coś
      właśnie takiego...zawsze się oburzał, twierdził, że jest inny, że nikt nigdy
      nie rzucał w niego takimi absurdalnymi oskarżeniami. Z drugiej strony – mnie
      również nikt nigdy nie zarzucał tego co on mnie. A wiele przykrych słów pod
      moim adresem z jego strony również padło. I to mnie zaczęło zastanawiać..jest
      dwoje ludzi. I ich wzajemna opinia o sobie, wyciągnięta na podstawie tego co
      widać przez gg, jest zupełnie różna od tej, którą mają na ich temat ludzie,
      którzy znają ich całe lata. Coś nie pasuje, prawda?

      Jego opinia na mój temat kształtowała się na podstawie tego co pisałam, tego
      jak interpretowałam jego zachowanie – a było w tym bardzo dużo emocji. Poza tym
      przez kilka miesięcy rzeczywiście przedstawiałam obraz
      pewnego...hm...emocjonalnego popaprania, że tak to ujmę. Więc jeżeli połączyć
      to z faktem, że jego zawsze traktowałam inaczej niż każdą inna znajomość z gg,
      że wszystko brałam bardzo do siebie, nieraz coś źle zrozumiałam, a jeszcze
      mnóstwa rzeczy mi nie wyjaśniono, a wszystko działo się na gg, gdzie wiele
      rzeczy wygląda jeszcze inaczej...nie jest to ciekawy obraz mnie. I z drugiej
      strony: on mi mówi o sobie, że jest inny, dobry, że zarzucam mu rzeczy
      absurdalne...a co widzę na gg? "Nie ma się jak do mnie dodzwonić". Coś nie
      pasuje...gdzie w tym wszystkim jesteśmy prawdziwi my? Nie zniekształceni przez
      pryzmat Internetu, przez nieporozumienia, przez wzajemne żale i urazy, które
      narastały prawie rok? Bo wiele naprawdę przemawia za tym, że on jednak jest
      inny, że źle go oceniam. Wiem, że naprawdę może czuć się niesprawiedliwie
      oceniony. I tak samo czuję się niesprawiedliwie oceniana ja. I naprawdę po 4
      latach mam jednym zdaniem skreślić kogoś dlatego, że jego OBRAZ, który powstał
      przy pomocy gg, na który nałożyło się mnóstwo nieporozumień, jest okropny?

      Wiele razy naprawdę wyglądało to tak, że on nie zdawał sobie sprawy z tego, że
      sprawia mi czymś przykrość. Ja to brałam do siebie, a dla niego to był
      nieistotny drobiazg. Rzeczywiście mogło mu się wydawać, że jest cudowny, a ja
      mam "pretensje nie wiadomo o co". Ale również wiele razy mogłam coś źle
      zrozumieć, ale nikt mi nic nie wyjaśnił. Gdyby wyjaśnił – nie byłoby sprawy.
      Tak jak choćby ostatnio...cóż dostałam w odpowiedzi, jako tłumaczenie
      owego "nie ma się jak do mnie dodzwonić"? Cytuję dosłownie: "Moj psycholog
      zakazal mi kontaktow z Toba." Wybaczcie, ale dziś jak to czytam zaczynam się
      śmiać – to już naprawdę zakrawa na cyrk. Nie wytłumaczył nic mnie, słowem. Mam
      się domyślić? Telepatycznie? Pobiegł do psychologa skarżyć się, że znów
      mam "pretensje nie wiadomo o co" i dostał zakaz kontaktów ze mną. Uważacie, że
      w przypadku 29-letniego mężczyzny to normalne? A propos tego psychologa... To
      jest właśnie ktoś, komu zaczął swego czasu opowiadać o mnie. Nie wiem kto to.
      Faktem jest, że ten człowiek na podstawie: a) jego opinii o mnie – kogoś z
      Internetu, kogo na oczy nie widział b) jednego z moich listów czy maili c) nie
      wiedząc 95% rzeczy o mnie – to dość istotny podpunkt d) sugerując się tym, co
      mówił on, czyli ja ta niedobra, źle go oceniająca, a on ten cudowny, stworzył
      podobno coś takiego jak diagnoza mojego stanu psychicznego. Pięknie. Nie ma to
      jak diagnoza stawiana na podstawie informacji z trzeciej ręki i to jeszcze
      zdobytych przy pomocy Internetu. Nie ma to jak diagnoza na podstawie informacji
      wyrwanych z kontekstu. Nie widziałam jej na oczy, ale faktem jest, że powstała.
      To z grubsza tak jak stawiane w gazetach horoskopy – każdy dla 1/12 ludzkości,
      więc w sumie każdemu coś się z grubsza zgadza. I on w nią w 100% wierzy, bo ten
      psycholog, oczywiście w imię jego dobra, ma na niego ogromny wpływ. Ja nie mam
      szans na obronę. Na przedstawienie swojej wersji wydarzeń. Na podstawie
      zniekształconych strzępków informacji na mój temat stworzono coś, co przyjęto
      za pewnik. Pytanie: czy Ty chciałbyś, żeby ktoś na podstawie takich danych
      stworzył obraz Twojego stanu psychicznego? Pytanie do psychologów: czy takie
      coś wolno robić czy coś takiego jak ostrożność w wydawaniu sądów to powinno być
      to co przede wszystkim powinien mieć na uwadze psycholog? Czy dobrze mi się
      wydaje, czy na podstawie takich strzępków informacji i w takich warunkach to ja
      sobie mogę stworzyć diagnozę na swój domowy użytek, a przedstawianie tego komuś
      zakrawa na manipulowanie przy pomocy fałszywych danych? Bo ten ktoś cos takiego
      jak "brakuje wielu informacji" puści mimo uszu, bo słowa psychologa-guru są
      święte, no i są mu na rękę? No ale może się nie znam. W tym momencie jednak ja
      czuję się bardzo niesprawiedliwie oceniona. Więc jedziemy na tym samym wózku.

      Ja mam go dość, on ma mnie dość. Poznałam mnóstwo ludzi przez Internet i nikt
      nigdy nie traktował mnie tak jak on. Nikt nigdy. I podobno nikt nigdy nie
      oceniał go tak źle jak ja jego.
      • gburiafuria1 Re: i jeszcze troszkę... 18.09.05, 23:56
        Czy ja dobrze zrozumiałam? NIGDY nie zobaczyłaś tego faceta na żywo???
        • drzewko_sandalowe Re: i jeszcze troszkę... 19.09.05, 00:10
          gburiafuria1 napisała:

          > Czy ja dobrze zrozumiałam? NIGDY nie zobaczyłaś tego faceta na żywo???

          Nigdy... Wiem ze zdjęć jak wygląda, to wszystko. Chciałam go spotkać, bardzo -
          bo utrzymywanie tego tak długo w sieci to absurd - ale on nie chciał...Nigdy
          tego nie zaproponował. I tak dotrwaliśmy do prawie 4 lat, a po drodze zrobiło
          się z tego właśnie takie chore coś...
          • gburiafuria1 Re: i jeszcze troszkę... 19.09.05, 18:01
            Dziewczyno, ocknij się, na Boga! Przecież ty go wcale nie znasz!
    • drzewko_sandalowe i jeszcze kilka słów... 18.09.05, 23:32
      Ja mam go dość, on ma mnie dość. Poznałam mnóstwo ludzi przez Internet i nikt
      nigdy nie traktował mnie tak jak on. Nikt nigdy. I podobno nikt nigdy nie
      oceniał go tak źle jak ja jego. I ja uważam, że jego obraz, stworzony na
      podstawie tych nieporozumień jest jedyny i słuszny, i on uważa, że mój. Tylko
      widzicie...nie można przez 4 lata udawać kogoś innego. Wiele naprawdę świadczy
      o tym, że on jest inny...cudowny...taki, jakim go pamiętam jeszcze zanim
      zaczęły się te nieporozumienia...taki jaki był pomiędzy nimi...Staram się
      oddzielić jego dobrego od jego z tych nieporozumień i przykrych chwil, bo nie
      zawsze wszystko było tak jak mi się wydawało. Ale tego złego jest już tak dużo,
      że tego dobrego jego już spod tego prawie nie widać. Jest dwoje ludzi, a
      pomiędzy nimi mgła nieporozumień...czy naprawdę są tacy źli, czy to tylko to co
      wytworzyło się przy pomocy Internetu, który ma to do siebie, że bardzo wszystko
      zniekształca? Wiem, że w tym wszystkim jest dużo mojej winy – wszystkie spięcia
      prowokowałam ja...ale czy miałam płakać nic nie mówiąc i udawać, że wszystko
      jest ok...? Ale zarazem czasem rzeczywiście mogłam czepiać się bez powodu, ale
      nie wiedziałam jak wszystko naprawdę wyglądało...a w jego przypadku reagowałam
      o wiele bardziej emocjonalnie niż w przypadku kogokolwiek innego...Wszystkie
      moje znajomości internetowe trwają wiele lat. I w każdej nadszedł kiedyś ten
      moment, że chciało się kogoś spotkać, po trwanie tylko w sieci stawało się
      bezsensowne. Ale chyba jest limit czasu, który można bezpiecznie i bez
      konsekwencji spędzić tylko tu – 4 lata to już stanowczo za dużo. Później jest
      już zmęczenie i poczucie bezsensu. Nie ma siły, nie można kogoś poznać dobrze
      przez gg, choćby to trwało latami. Można za to doprowadzić do takiej chorej
      sytuacji, do jakiej doprowadziliśmy my.

      Tak sobie właśnie myślę...że w pewnym momencie było chyba tak, że on nie
      wiedział czego ja oczekuje po tym spotkaniu i bał(?) się mnie spotkać...
      Wydawał się kimś bardzo wyjątkowym, z wielu powodów, i po prostu chciałam
      wiedzieć jaki jest naprawdę, na żywo. Z tego co mówił wnioskowałam, że chyba
      również uważa mnie za kogoś wyjątkowego...Dziś już zapewne tak nie myśli, ale
      wówczas tak pisał....Zdaję sobie sprawę z tego, że coś co może tutaj wydawać
      się super, na żywo jest do niczego – kilka lat na gg spędziłam. Poznawanie
      kogoś przez Internet jest jak poznawanie przez dziurkę od klucza – mało widać,
      niewyraźnie i do tego trochę zniekształcone. Więc o to z mojej strony chodziło.
      Nawet nie oczekiwałam na jakiekolwiek kolejne. A potem to spotkanie urosło do
      rangi być albo nie być...Wydaje mi się, że sądził, że ja oczekuję po nim nie
      wiadomo czego. No więc źle sądził, tylko ja nie miałam okazji go do tego
      przekonać. I w pewnym momencie zaczęła nakręcać się kolejna spirala
      nieporozumień: wiedziałam, że wciąż spotyka kolejne panie z Sympatii, dla mnie
      nigdy nie miał czasu, znów miało miejsce jakieś nieprzyjemne spięcie, w takim
      momencie nikt nie miał ochoty na spotkanie itd. Z tym, że...tak się składa, że
      on niedługo wyjeżdża z kraju i właściwie nie wiadomo, kiedy wróci. Chciałam go
      spotkać choć ten jeden raz, po tylu latach, zanim wyjedzie...W czasie pewnej
      rozmowy powiedział mi, że wyjedzie i nic się nie zmieni, nadal to będzie tylko
      gg – wówczas bardzo jasno i wyraźnie dotarło do mnie, że on już przestał brać
      pod uwagę spotkanie ze mną...To bardzo bolało…

      Dziś już nie mam najmniejszej ochoty na spotykanie go. Zbyt wiele razy z jego
      powodu płakałam. Jedyne co czuję to ogromny żal i niechęć. Ale cały czas
      zastanawiam się, co się z nami stało...gdzie w tym gąszczu niewyjaśnionych
      nieporozumień i pretensji jesteśmy prawdziwi my? I ja nie chcę być przez niego
      zapamiętana w taki sposób i sama nie chcę zapamiętać go takiego – bo czuję, że
      on jednak jest inny...Trwało to 4 lata – czasem trudne, pełne emocji, szukania
      kontaktu...i tak mam go skreślić, na dobra sprawę nie wiedząc jaki jest
      naprawdę? A może to będzie najlepsze wyjście...może się łudzę, może go
      idealizuję... Powinnam otworzyć oczy i uświadomić sobie, że dla mężczyzn takich
      jak on, jeżeli kobieta nie jest dziwką, to jest nikim....Bo tak dokładnie się
      teraz czuję... On twierdzi, że to nieprawda i że jest inny – i mam mu wierzyć
      na słowo? Próbowałam..."nie ma się jak do mnie dodzwonić:...Każda z nich
      chciała go poznać jako kochanka – i jest zachwycona. Ja chciałam poznać go jako
      człowieka – i zachwycona nie jestem. Czasem zastanawiam się gdzie podział się
      ten cudowny człowiek, który był kiedyś...i chyba on myśli tak samo o mnie...

      Ja nie chcę go takim zapamiętać...mimo wszystko nie chcę...Tłumaczę sobie, że
      to tylko Internet, że tu trzeba brać dużą poprawkę na wiele rzeczy...Ale już
      nie mam siły... Ja skreśliłam go ze zmęczenia, on mnie również...Ale ludzie nie
      są od tego, żeby ich skreślać za takie rzeczy...Tym bardziej, jeżeli tylu
      rzeczy się nie rozumie...On niedługo wyjeżdża, jego życie diametralnie się
      zmieni, wiem, że nie jest mu łatwo...chciałabym wiedzieć jak się czuje, jak się
      wszystko układa...To zawsze było dla mnie bardzo ważne...

      Przepraszam, że ten post wyszedł taki długi. Dziękuję wszystkim, którzy dotarli
      do tego momentu. Po prostu nie chciałam przedstawiać tylko jednego punktu
      widzenia. Cała ta historia jest bardzo skomplikowana, a wina leży gdzieś
      pośrodku. I ja już nie wiem co mam robić...czy koniec to najlepsze wyjście? Ale
      przecież to nie jest numer, który mogę usunąć z listy, to jest człowiek...który
      czuje się tak samo skrzywdzony jak ja... Mam skreślić kogoś po 4 latach za
      fałszywe wyobrażenie o nim? A jeżeli nie koniec...to co dalej...? Co ja mam
      zrobić...?
    • migdalek.niebieski Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 00:20
      Zacznij o nim myśleć jak o koledze z podstawówki z którym kiedyś się
      przyjaźniłaś a teraz ten ktoś ma swoje życie i jakieś tam problemy. Nie
      rozumiem jak mogłaś dopuścić do tego żeby jakaś internetowa znajomość aż tak
      zawładnęła Twoim życiem??podstawą normalnych kontaktów jest poznanie się,
      prawda??? a jak można 4lata nie znać kogoś i żyć tylko wyobrażeniami na temat
      tej osoby????
      • agnieszka_ka ALe dlugasneeeeee 19.09.05, 00:44
        Jedna rzecz mnie w tym wszystkim zastanowila, ten miś którego nazwalaś
        Dziewczynka i mu go wyslalaś.
        Czy nie sądzisz że dzięki tej zabawce "kupilas" sobie prawo do manipulowania
        psychicznego tym chlopakiem? Wyslalaś mu "prezent", ktory dla niego pewnie stal
        sie prześladowcą. Mis to przedmiot do którego w czlowieku budzi się dziwny
        zestaw uczuć, chcialoby się przytulić i chronić (jaky to żywe bylo), a
        jednocześnie pozawala myśleć o darczyńcy, bo patrzy dużymi, smutno - niewinnymi
        oczami.
        Jest milym przyjacielem, jesli wiążą sie z nim mile uczucia, ale ty probowalas
        manipulowac uczuciami tego chlopaka poprzez tego misia. "Ja jestem smutna, to
        nie rób żeym byla smutna, bo misiowi bedzie smutno".
        Nie żebym coś ci zarzucala. T tylko taka analiza.
        • drzewko_sandalowe Re: ALe dlugasneeeeee 19.09.05, 01:40
          agnieszka_ka napisała:

          > Jedna rzecz mnie w tym wszystkim zastanowila, ten miś którego nazwalaś
          > Dziewczynka i mu go wyslalaś.
          > Czy nie sądzisz że dzięki tej zabawce "kupilas" sobie prawo do manipulowania
          > psychicznego tym chlopakiem?

          Wiesz, w chwili kiedy mu to wysyłałam - ponad 2 lata temu, było zupelnie
          inaczej. Nie było tych nieporozumień, wyobrażeń, było normalnie i wysłanie tego
          to był bezinteresowny odruch - tym bardziej, że jego kłopoty były naprawdę
          bardzo poważne, i w 100% związane z oszustwem ze strony bliskiego mu człowieka.
          Chciałam, zeby wiedział, że może nie wszyscy sa tacy...że jest cos takiego jak
          bezinteresowność... W tym nie było absolutnie żadnych próba manipulowania,
          żadnego drugiego dna. Tylko tak myślę...rzeczywiście, zdarzało mi się ostatnimi
          czasy kilka razy powoływać na te listy i misia...Absolutnie nie robiłam tego
          specjalnie, ale chyba to była jakaś forma gry na emocjach... Absolutnie
          niezamierzona - chyba jakieś podświadome szukanie czegoś, co sprawi, że będę
          choc troche bardziej czlowiekiem, nie tylko numerem na liscie...Mnie nie
          spotkał na żywo, jedyną "realną" częścią mnie był ten miś...Więc padło na niego.

      • drzewko_sandalowe Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 01:29
        migdalek.niebieski napisała:

        > podstawą normalnych kontaktów jest poznanie się,
        > prawda??? a jak można 4lata nie znać kogoś i żyć tylko wyobrażeniami na temat
        > tej osoby????

        Wiem...Z tym, ze to on unikal spotkania, nie ja. Ja wrecz przeciwnie. Tylko
        jakos tak to zawsze bylo, ze moze juz niedlugo, wiec po co to przekreslac...Tak
        sobie mysle...chyba nalezalo powiedziec 'pa' juz po tych pierwszych unikach, bo
        do niczego dobrego nie moglo to doprowadzic. I ta pustka dotyczaca jego, ktora
        zostala, a którą powinien wypełnić real, zaczęły wypełniać wyobrażenia.
    • lady284 To dla Ciebie dobra lekcja 19.09.05, 07:24
      Dobra lekcja by zastanowić się nad sobą, nad tym co działo się w twojej głowie,
      nad tym czego pragniesz. Możesz wysnuć z tego wniosek. Poprzez internet
      jesteśmy w stanie idealizować drugą stronę, w rzeczywistości tam po drugiej
      stronie może siedzieć zwykły gbur. Nie ma co przedłużać tego jeśli któraś
      strona nie ma ochoty na spotkanie, Ty dodatkowo miałaś potwierdzenie jego
      przelotnych romansów. Więc tak naprawdę czego chciałaś ?? Szacunku od faceta
      który w ten sposób się zachowuje ?? Myślę, że Tobie potrzeba bliskości,
      drugiego człowieka, i przez te 4 lata wytworzyłaś fikcyjną więź, sama się w tej
      sieci zaplątałaś, uzależniłaś....on nie - wiedział co dzięki internetowi może
      mieć, wiedział czego potrzebuje - ale to nie byłaś Ty. Przecież to nie był
      związek, to były rozmowy, on nie czuł się w stosunku do Ciebie zobowiązany do
      czegokolwiek. I miał takie prawo. Ty zagubiłaś się sama w sobie.
      Powinnaś wstać od tego (pudła) komputera i wyjść na ulicę, do knajpki, do
      znajomych, tam z pewnością będziesz wiedziała z kim masz do czynienia jeśli
      kogoś poznasz...
      TUTAJ ZAWIODŁA TWOJA PSYCHIKA I TY SAMA.
      Powodzenia, i nie patrz wstecz:)
    • reniatoja Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 08:00
      Niesteety nie jestem w stanie przeczytac wszystkich odcinkow Twojej opowiesci -
      za dluga jest. Ale powiem Ci, ze bardzo ci wspolczuje. Jestes mloda, delikatna
      osoba, ktora wlewa uczucia w znajoosc z chlopakiem, ktory... no wlasnie - jest
      tylko chlopakiem. Ma duchowa opiekunke w Twojej osobie, a sam sobie zyje swoim
      zyciem. On ma dwa zycia - swoje realne, w ktorym je, spi, bzyka sie z takimi
      czy innymi pannami, kloci, pije, uczy, pracuje, i drugie zycie - wirtualne, w
      ktorym jestes Ty - Duch, moze jeszce kilka innych takich jak Ty dziewczyn, a
      kazda z Was mysli, ze jest jedyna. A jemu to nie przeszkadza.

      Ty zas masz jedno zycie - realne, ktore przenioslo sie do wirtualnosci.
      Wirtualny chlopak stal sie najwazniejsza osoba w Twoim zyciu. Zakochalas sie,
      myslisz o nim, tesknisz, pragniesz spotkania, spac nie mozesz, placzesz,
      znosisz upokorzenia itp.

      Moja rada: DAJ SE SIANA Z TYM CHLOPAKIEM. OLEJ GO. PRZESTAN SIE DO NIEGO
      ODZYWAC. POCZEKAJ AZ ON ZACZNIE SIE NIEPOKOIC. ZACZNIE CIE SZUKAC. BADZ SKAPA W
      UDZIELANIU MU ZASZCZYTU CZYTANIA TWOICH SLOW. JESLI JUZ BEDZIE DLUGO DOPRASZAL
      SIE O JAKIES WIESCI OD CIEBIE, TO KAPNIJ MU KILKA JEDNO - DWUSYLABOWYCH
      ROWNOWAZNIOW ZDAN. WYKASUJ TEZ WSZYSTKIE KONTAKTY JAKIE MASZ DO NIEGO, Z
      KOMORKI, KOMPA, NOTESU, ZEBYS NIE MOGLA ODEZWAC SIE DO NIEGO PIERWSZA, ZEBY
      JEDYNYM SPOSOBEM NA WASZE SKONTAKTOWANIE SIE BYL JEGO PIERWSZY KROK. ZACZNIJ
      CENIC SIEBIE A NIE JEGO.

      Cztery lata to naprawde za dlugo, zeby sie wreszcie nie ocknac, nie wyrwac z
      internetowego letargu, nie widzisz tego? W imie zego marnujesz dla niego swoj
      czas i swoje emocje, po co? Tylu fajnych ludzi jest wokol Ciebie w realnym
      swiecie, nawet nie zdjesz sobie sprawy, bo zakopalas sie w internecie. Robisz
      sobie wielka krzywde. I nie miej do tyego chlopaka zadnych pretensji, ze on
      traktuje Cie tak jak traktuje - to jego prawo. Jestes tylko numerem, nie osoba
      i taka jest wlasnie ta internetowa rzeczywistosc: jestes tylko numerem.
      • drzewko_sandalowe Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 20:23
        reniatoja napisała:

        > Ma duchowa opiekunke w Twojej osobie, a sam sobie zyje swoim
        > zyciem. On ma dwa zycia - swoje realne, w ktorym je, spi, bzyka sie z takimi
        > czy innymi pannami, kloci, pije, uczy, pracuje, i drugie zycie - wirtualne, w
        > ktorym jestes Ty - Duch, moze jeszce kilka innych takich jak Ty dziewczyn, a
        > kazda z Was mysli, ze jest jedyna. A jemu to nie przeszkadza.

        A propos tej duchowej opiekunki - chyba trafilas w sedno...Wiele razy mowil
        cos, z czego wynikalo cos takiego. No, moze nie w 100%, ale podobnego. Z tym,
        ze tak jak piszesz, dla niego to bylo to drugie zycie, a ja to bralam jako
        pewne wyroznienie mnie...cos szczegolnego... Ech...

        > Cztery lata to naprawde za dlugo, zeby sie wreszcie nie ocknac, nie wyrwac z
        > internetowego letargu, nie widzisz tego? W imie zego marnujesz dla niego swoj
        > czas i swoje emocje, po co? Tylu fajnych ludzi jest wokol Ciebie w realnym
        > swiecie, nawet nie zdjesz sobie sprawy, bo zakopalas sie w internecie. Robisz
        > sobie wielka krzywde. I nie miej do tyego chlopaka zadnych pretensji, ze on
        > traktuje Cie tak jak traktuje - to jego prawo. Jestes tylko numerem, nie
        osoba
        > i taka jest wlasnie ta internetowa rzeczywistosc: jestes tylko numerem.

        Musze cos wyjasnic, bo wychodze na chora siedzaca 24 godziny na dobe przed
        komputerem wariatke. Od wielu lat moje znajomosci internetowe przeplataja sie z
        normalnymi - kogos poznaje w klubie, kogos na gg. Ten z gg po pewnym czasie juz
        jest poznany na zywo. I tak to dziala. Tylko w jego wypadku trwalo to tak dlugo
        i zabrnelo tak dziwnie i daleko. Jak najbardziej mam swoje realne zycie. Tylko
        chyba przez ostatnie kilka miesiecy on - zupelnie wirtualny nieznajomy -
        zawladnal zbyt duza czescia jego, dodatkowo angażując duzo emocji. Tym
        bardziej, ze moje jak najbardziej realne problemy byly rowniez dosc duze i tak
        sie to zbieglo w czasie...emocjonalne popapranie do kwadratu, ktorego dzis mam
        konsekwencje.

        Dziekuje za Twoj post, duzo mi rozjasnil :)
    • marta.uparta Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 08:37
      Sorki, nie zmogłam całego, więc moze czegoś nie doczytałam.
      Nie pomyślałaś, ze facet może mieć żonę i rodzinę? Że te wszystkie historie o
      panienkach z sympatii to jedynie smętne gadadanie faceta, który bardzo by tak
      chciał, a dane jest mu jedynie pofantazjować?
      Ty byłas jego widownią, powiernikiem, kims anonimowym częściowo, nierealnym tak
      do końca. Może i miał do Ciebie szacunek, bo nie byłaś potencjalną panienką do
      przebzykania (niezaleznie od tego czy bzykał je czy nie), ale z drugiej strony
      byłas tylko tłem. Moze czasem angażował się w wasze rozmowy, ale na mój gust
      byłaś dla niego tylko elementem drugiego, wirtualnego życia.
      Może po południu będę miała czas żeby przeczytać to dokładniej, to może będe
      musiała zweryfikować moje twierdzenia. Pozdrawiam.
    • agnieszka_ka daj mi jego gadu gadu 19.09.05, 18:10
      Chce typa poznac
      • agnieszka_ka do drzewko_sandalowe 19.09.05, 18:16
        "Ja nadal nie miałam żadnego jego nowego
        numeru telefonu. A na Sympatii przeczytałam "dziękuję za telefon".... ona-
        potencjalna upojna noc-znana kilka dni-jeszcze tylko internet...niczego innego
        niż plany upojnego weekendu z tego wpisu nie można było wywnioskować... I w tej
        chwili zaczęło coś pękać...Patrzyłam na to i płakałam...Wiecie jak mi było
        przykro? Myślałam o tym, że ja się martwiłam, prosiłam o telefon, bo nie
        chciałam, żeby mu było smutno."

        CZY TY NAPRAWDE WIERZYSZ ZE W XXI WIEKU, W DOBIE KONTAKTOW JAKAKOLWIEK DROGA,
        KOMORKI, MAIL, INTERNET, WSZECHOBECNE KOMPUTERY, CZY TY NAPRAWDE WIERZYLAS
        ZE KTOS MOZE NIE MIEC TELEFONU?????
        ????
        ???
        ??
        ?
        PS. Daj mi jego GG, umowie sie z nim i nie przyjde (spoko, jestem mezatka, a
        poza tym mieszkam we francji, nie odbiore ci go, tylko tak dla jaj. To co?
        Dajesz?)
    • agnieszka_ka jeszcze raz sie wypowiem 19.09.05, 18:43
      Jak dla mnie ta twoja historia zakrawa na cyrk, jak mowisz, ale z twojej
      strony, niestety.
      Uzaleznilas sie najzwyczajniej w swiecie od tego faceta. A wlasciwie nie od
      niego tylko od jakiejs tajemnicy, ktora naokolo niego stworzylas.
      Nie zastanawialas sie nigdy dlaczego OD SAMEGO POCZATKU nie chcial cie poznac?
      Zaraz mi powiesz ze on jest niesmaly i dlatego nie chcial. A jak dla mnie to on
      ma rodzine, albo w najgorszym przypadku narzeczona. Mial jakies tam problemy,
      to zaczal surfowac w necie i znalazl bratnia dusze ktora go wysluchala. Tylko
      ze ta bratnia duzo myslala ze jest czyms wiecej niz tylko chwilowa powiernica.
      Jemu tymczasem problemy sie skonczyly, a tu sie okazalo ze ciebie nie moze sie
      tak latwo pozbyc, ze przywarlas do niego.
      Potem zaczal sie z twojej strony szntaz psychiczny (za cierpisz, ze wyslesz mu
      misia) a wszystko pod nazwa "ja sie o ciebie martwie". Nie martwilas sie o
      niego. Ani troche. Najwyzej zzerala cie ciekawosc co on porabia. Ale to nie
      bylo zatroskanie o jego los. To o ciebie chodzilo. A wytlumaczenie ze sie o
      niego martwisz (przed sama soba sie tlumaczylas) bylo dobre. Sama w nie
      uwierzylas.
      Piszesz ze on taki zly, ze przelatuje jakies dziwki. Kochana nieszczesna
      dziewczyno, on specjalnie stworzyl taki obraz, DLA CIEBIE, bo myslal ze jak
      wyjdzie przed toba na skur...yna to sie od niego wreszcie odkleisz. Tymczasem
      podzialalo odwrotnie, przywarlas jeszcze mocniej.
      No to posunal sie do ostatecznosci: zmiana numeru. Nie podzialalo? Nadal sie
      dobijalas? To posypaly sie klamstwa. Typu ze nie posiada w domu telefonu. A
      teraz te klamstwa masz mu za zle. Nie rozumiesz ze te klamstwa byly tylko dla
      ciebie? Na twoj pozytek, zeby sie ciebie pozbyc, bo osaczalas go coraz bardziej.
      Az w koncu, zdesperowany ( i zapewne nachodzony przez swoja dziewczyne, czy tam
      zone) powiedzial ci ze wyjezdza na stale zagranice. Zeby zakonczyc raz na
      zawsze. A ty znow uwierzylas.
      (Powiem ci na marginesie tyle: ja tez mieszkam zagranica, ale te 1700 km ktore
      dziela mnie od ukochanych osob w Polsce nie sa dla mnie zadna przeszkoda,
      kontaktuje sie CO DZIEN.)
      Zal mi ciebie, wiem jak sie meczysz, ale zal mi tego faceta rowniez. Mozliwe ze
      ma zrujnowane zycie rodzinne, przez jakas historie z netu ktora sie do niego
      przykleila i nie chce odkleic.

      • gburiafuria1 Re: jeszcze raz sie wypowiem 19.09.05, 18:47
        No właśnie... To w Drzewku jest coś niepokojącego...
      • migdalek.niebieski Re: jeszcze raz sie wypowiem 19.09.05, 19:02
        Łoł, jak ją pojechałaś!!! tak samo uważam, ze z tą dziewczyną coś jest nie tak.
        Wygląda to tak jakby wogóle nie miała życia w realu i skupiała się wyłącznie
        tylko na wyobrażaniu sobie swoich kontaktów z mężczyzną.
      • drzewko_sandalowe Re: jeszcze raz sie wypowiem 19.09.05, 20:14
        agnieszka_ka napisała:

        > Piszesz ze on taki zly, ze przelatuje jakies dziwki. Kochana nieszczesna
        > dziewczyno, on specjalnie stworzyl taki obraz, DLA CIEBIE, bo myslal ze jak
        > wyjdzie przed toba na skur...yna to sie od niego wreszcie odkleisz. Tymczasem
        > podzialalo odwrotnie, przywarlas jeszcze mocniej.
        > No to posunal sie do ostatecznosci: zmiana numeru. Nie podzialalo? Nadal sie
        > dobijalas? To posypaly sie klamstwa. Typu ze nie posiada w domu telefonu. A
        > teraz te klamstwa masz mu za zle. Nie rozumiesz ze te klamstwa byly tylko dla
        > ciebie? Na twoj pozytek, zeby sie ciebie pozbyc, bo osaczalas go coraz
        bardziej

        Posłuchaj, jeszcze nie upadłam na głowę do końca, żeby wyczyniac cos takiego.
        Jezeli ktos mi mowi NIE, albo widze, ze ja ciagle sie mu narzucam, a z drugiej
        strony zero odezwu, ledwie tolerowanie mnie - to znikam. Nie chce mi sie tracic
        czasu na cos takiego. I jeszcze mam na tyle po kolei w glowie. Jezeli chcialby
        sie mnie POZBYC okazji byly dziesiatki - problem w tym, ze to on SAM szukal ze
        mna kontaktu, pisal cos, wysylal, dzien po dniu, codziennie. Ja juz od dawna
        mialam watpliwosci co do tej znajomosci, czy jest jakikolwiek sens to ciagnac -
        ale on w 9 przypadkach na 10 SAM PIERWSZY sie odzywal, sam od siebie, sam
        ciagnal to dalej, wiec chyba nie jest tak jak mowisz. Wybacz, ale zrobilas ze
        mnie wiaratke, przed ktora facet musi uciekac zmieniajac numer telefonu - nie
        bylo tak niestety. Moze przesle archiwum gg.

        Co nie zmienia faktu, ze nadal nie rozumem tego numeru z telefonem...

        I ze to cyrk, tez prawda...

        > ma zrujnowane zycie rodzinne, przez jakas historie z netu ktora sie do niego
        > przykleila i nie chce odkleic.

        Jeszcze raz powtorze: bylo milion okazji, zeby to zakonczyc. On SAM inicjowal
        ciag dalszy. I to wiele komplikowalo - znosi to wszystko i jeszcze SAM sie
        odzywa, sam to ciagnie. Czemu? Przestancie ze mnie robic jakas zdesperowana
        wiaratke.

        • gburiafuria1 Re: jeszcze raz sie wypowiem 19.09.05, 20:20
          Tylko ze on traktowal jak luzna znajomosc z internetu, a ty zbudowalas sobie w
          glowie nie wiadomo, co. A podstawy ku temu zadne.
        • agnieszka_ka Re: jeszcze raz sie wypowiem 19.09.05, 20:24
          piszesz ze on sam inicjowal ciag dlaszy. Do ktorego momentu inicjowal?

          Bo jakos z tego co napisalas (przeczytalam od deski do deski) nie wynika mi
          zeby on w jakimkolwiek stopniu sie toba interesowal. No, moze z wyjatkiem
          kontaktu typu "masz i sie teraz ciesz, pojawilem sie".

          Przepraszam natomiast jesli cie urazilam, nie chcialam z ciebie zrobic
          wariatki. Chcialam tylko przeanalizowac twoja sytuacje bo jest naprawde chora i
          az chce sie pisac!

          • drzewko_sandalowe Re: jeszcze raz sie wypowiem 19.09.05, 21:03
            agnieszka_ka napisała:

            > piszesz ze on sam inicjowal ciag dlaszy. Do ktorego momentu inicjowal?

            Jezeli pamietasz co napisałam o tej historii z telefonem - w pewnym momencie
            przestał bywać na gg. A ostatnie kilka rozmów przed ta przerwa - wszystkie są z
            jego inicjatywy. Czyli moge napisac, ze caly czas, do samego konca. Poza tym w
            wakacje mialam utrudniony dostep do internetu - a on łapał mnie za kazdym razem
            jak tylko sie pojawilam. Wiec zupelnie nie rozumiem tej akcji z telefonem...


            > Bo jakos z tego co napisalas (przeczytalam od deski do deski) nie wynika mi
            > zeby on w jakimkolwiek stopniu sie toba interesowal. No, moze z wyjatkiem
            > kontaktu typu "masz i sie teraz ciesz, pojawilem sie".

            No wlasnie tak nie bylo... Ja naprawde jestem wyczulona na to, jezeli ktos mnie
            nie chce. W jego przypadku gdy wiedzialam, ze ma wiecej pracy, staralam sie nie
            przeszkadzac, nie nachodzic, nigdy mu sie nie narzucalam. On sam mi pisal, ze
            moge mu zawsze przeszkadzac... No dobra, wzielo mnie na zwierzenia: "jestes
            najbardziej wyjatkowa kobieta, jaka kiedykolwiek poznalem prez internet".
            Ckliwe prawda? Z archiwum gg, po bardzo powaznej klotni, rzucaniu w niego
            oskarzeniami i tym, ze ja to tylko numer i co w ogole obchodza go moje
            problemy: "moze obchodzisz w takim razie. sama sobie odpowiedz" (Chodzilo to co
            dzialo sie ze mne wiele miesiecy temu, ja mialam problemy, wiele rzeczy sie
            dzialo, dla niego bylam niemila, a on sam z siebie jeszcze chcial mi pomoc...)I
            takich przykladow jest mnostwo. Dlatego to tak komplikuje sprawe...z jednej
            strony czasem olewanie mnie, a z drugiej - o wiele czestsze - autentyczne jego
            lgnięcie do mnie z własnej woli...Dlatego tak dlugo to sie ciagnelo...

            > Przepraszam natomiast jesli cie urazilam, nie chcialam z ciebie zrobic
            > wariatki. Chcialam tylko przeanalizowac twoja sytuacje bo jest naprawde chora
            > i az chce sie pisac!

            Jest tak chora, ze sama sie dziwie, ze potrafilam w cos takiego zabrnac.
            Przyjaciolka uwaza mnie za 'uosobienie normalnosci'...hmm... W sumie kazdy
            czlowiek ma dwa oblicza :>

            A propos numeru gg - wybacz, ale nie jestem świną ;)
            • agnieszka_ka Re: jeszcze raz sie wypowiem 19.09.05, 21:09
              "Ja naprawde jestem wyczulona na to, jezeli ktos mnie
              nie chce."

              Wiec ty uwazasz ze on cie chce??!!! Po tym wszystkim co nam tu napisalas, to
              przyznaj ze to dosc osobliwe stwierdzenie.
            • agnieszka_ka Re: jeszcze raz sie wypowiem 19.09.05, 21:11
              "On sam mi pisal, ze
              moge mu zawsze przeszkadzac... No dobra, wzielo mnie na zwierzenia: "jestes
              najbardziej wyjatkowa kobieta, jaka kiedykolwiek poznalem prez internet".
              Ckliwe prawda? Z archiwum gg, po bardzo powaznej klotni, rzucaniu w niego
              oskarzeniami i tym, ze ja to tylko numer i co w ogole obchodza go moje
              problemy: "moze obchodzisz w takim razie. sama sobie odpowiedz" "

              I wedlug ciebie to jest jakies wyznanie?
              Widze ze bardzo lubisz roztrzasac slowa.
              A chlopak zapewne walnal to od niechcenia, zebys miala radosc.
            • agnieszka_ka Re: jeszcze raz sie wypowiem 19.09.05, 21:16
              "Dlatego to tak komplikuje sprawe...z jednej
              strony czasem olewanie mnie, a z drugiej - o wiele czestsze - autentyczne jego
              lgnięcie do mnie z własnej woli."

              Sluchaj, jakby do ciebie lgnal, to by pzyjechal do ciebie milion razy, bys
              miala z nim normalny kontakt (a nie utrudniony przez jego wieczne chowanie
              sie), byscie pewnie juz w ogole byli para.
              Przestan sobie w koncu wylawiac z konwersacji z nim to co ci przypadnie do
              gustu, ocknij sie, dziewczyna, spojrz na to krytycznie, w jakiej ty jestes
              sytuacji? Kim ty jestes? Jak dajesz sie traktowac??
              Przebudz sie, ta osoba kompletnie nic od ciebie nie chce, wrecz boi sie
              ciebie!! A dlaczego sie boi?
              Jak to on mawia "sama sobie na to pytanie odpowiedz".
              Ja mam tylko pewne sugestie. Jak dla mnie jest oczywiste ze ma zobowiazania
              wobec jakiejs kobiety. Zaznaczam, JEDNEJ kobiety. Te jego historie z dziwkami
              to byla pozywka, dla ciebie. Piszesz ze on jest porzadny. W to akurat wierze.
              Tez tak uwazam. Jestem przekonana ze ma laske, badz rodzine, i spokojne zycie,
              szarpane czasem jakimis klopotami (normalne, kazdy je miewa) i wtedy szuka
              swojej internetowej powiernicy.
              To wszytko czym dla niego jestes.
              A ty na nim psychicznie wymuszasz jakies wyznania, doprowadzajac wasza
              znajomosc do jakichs kryzysow, zupelnie jak to TY bys byla jego dziewczyna.
    • flawless1 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 18:55
      (sic!!!)wybacz ale przeczytalam cala twoja opowiesc i stwierdzam ze to ty
      powinnas udac sie do psychologa,bo w ktoryms momencie tej znajomosci psychika
      ci siadla.Mysle ze ten chlopak sadzi to samo co ja dlatego nie chce cie
      znac.Przeraza mnie yto co wypisujesz.Tak nie zachowuje sie normalna osoba
    • salamandra75 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 18:58
      Z twojego opisu syt. wywnioskowalam ,ze jestes glupia i namolna baba. Nie
      dziwie sie ,ze facet nie chcial cie poznac, bo wywczul ,ze z twoja psychika
      jest cos bardzo nie tak. Jak tak go chcialas to trzeba bylo dac mu dupy ,a nie
      zgrywac dobra ciocie klocie.
      Zreszta dla takich jak ty to szkoda slow. Jedyne co mozesz zrobic to zglosic
      sie do psychiatry,bo jestes powaznie chora.
      • evaliaa Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 19:56
        Nie byłabym taka ostra w ocenie. Moze to jeszcze młoda,niedoswiadczona osóbka
        która nie do konca wie jak wygladają kontakty z facetami,troche wyrozumiałosci
        ludzie.
        • salamandra75 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 20:23
          Nawet gdyby byla mloda i niedoswiadczona nie powinna tak sie angazowac w
          wirtualny swiat ,ktory z rzeczywistoscia ma bardzo malo wspolnego. Od kiedy to
          znajomosc przez druty jest lepsza od normalnych kontaktow z ludzmi. Ta
          dziewczyna ma poprostu porabane w glowie, mimo tego,ze tak ladnie potrafi
          przelewac swoje mysli "na papier".
          Mojej kolezance krzywde zrobily harlekiny. Tyle sie ich naczytala,ze porabal
          sie jej swiatopoglad. W zyciu nie spotka jej harlekinowa slodziutka
          historyjka,ale ona chyba nadal na to czeka. Szkoda mi jej. Ma ponad 30 lat i
          nigdy nie zaznala normalnej milosci,bo nie dala sobie szansy. Podobnie
          postrzegam ta dziewczyne z internetowym problemem. Co ona sobie w ogole
          ubzdurala w zwiazku z facetem ,ktorego nawet nie widziala na oczy? Stworzyla w
          swojej glowie jakis nierealny scenariusz i teraz przezywa tragedie ,bo koniec
          jest nie taki jaki byl zaplanowany.
          Osoby ,ktore sa w stanie tak bardzo zaufac internetowym znajomym,ze potem przez
          nie cierpia uwazam za infantylne. Internet to powinna byc luzna rozrywka,ale
          widac niektorzy jakos tego nie lapia.
          • agnieszka_ka do drzewka, drugi apel 19.09.05, 20:27
            Drzewko, dawaj jego numer gadu gadu, wszyscy chcemy zaszalec :))
            Co ci zalezy, tak cie skrzywdzil!
            • node Re: do drzewka, drugi apel 20.09.05, 14:43
              > Drzewko, dawaj jego numer gadu gadu, wszyscy chcemy zaszalec :))

              Nie licz na to.. to jest JEJ facet i ona go zadniej nie odda.. LOL
    • node PSYCHOGIRL 19.09.05, 21:05
      Wow, nie przeczytalem calosci, ale czulbym sie niepewnie majac taka wirtualna
      znajoma. To nie jest normalne rozkochac sie wirtualnie.. a do tego ton calej
      wypowiedzi... tylko o JEJ uczuciach.

      Jakby normalnej kobiecie zalezalo na spotkaniu, to moglaby zawsze sie podac za
      jedna z ~panienek na jedna noc~ i umowic sie z nim.

      I wiele innych rzeczy... jak np. zadna kobieta, ktora ma normalne zycie
      seksualne nie nazwie nocy z facetem 'upojna noca'...
    • pur.blanca Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 22:07
      Poruszające-to częściowo historia mojego życia.Nie dosłownie oczywiście,ale w
      zarysie.Bolesne....Tylko ,że ty kobieto masz chyba dużo mniej lat niż ja i nie
      masz męża i dzieci.A ja mam 40 lat i rodzinę.!!!!Wiem ,jak to boli.
      Cieszy mnie tylko to,że juz sie z tego otrząsnęłam,że to już jest poza mną.Ty
      też rzuć to wszystko w cholere i żyj,po prostu żyj.
    • lolitka251 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 22:21
      Jezus,dziewczyno!Martwisz mnie TROCHE.Po pierwsze sposob w jaki piszesz jest
      juz niepokojacy(ciagle powtarzasz to samo ,w kolko to samo),ty chyba juz sama
      sie w pewnym momecie zgubilas,co?Po rdugie jak mamy byc obiektywni jezeli na
      scislosc nie ma tam nic pozytywnego o tym gosciu.A nastepna rzecz to prubuje
      sobie wyobrazic jak mozna 4 lata wisiec na kims kogo sie wogole nie widzialo i
      kto nie chce byc widzianym.Mysle ze moi przedmowcy maja racje:On ma na pewno
      calkiem normalny dom,rodzinke,a ty bylas poprostu kims kto go wyslucha jak nie
      ma z kim pogadac.Sorry ze tak to brzmi,ale ty sama sie niszczysz tym co tu
      wypisujesz.
      • kajus10 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 19.09.05, 23:37
        jak dla mnie to jesteś nienormalna dziewczyno!!w jakim ty świecie żyłaś i nadal
        w to brniesz??czego oczekiwałaś po tym facecie przecież on bardzo wyraznie dał
        do zrozumienia że go nie interesujesz??przecież on mówił Tobie o swoich
        podbojach miłosnych a Ty głupia naiwna tego słuchałaś?!!on wyrażnie mówił DAJ
        MI SPOKOJ DZIEWCZYNO!byłaś tylko tak do pogadania gdy w danym momęcie nie było
        nikogo prócz Ciebie!sorry dla mnie jesteś psycholką która się przykleiła do
        tego faceta i nie rozumiesz słowa NIE!!!trochę godności szanuj siebie głupia
        babo!!wstydu sobie oszczędz nie wypisuj już tych bzdur w stylu że nic tylko
        przyjażni chciałaś !!przez 4 lata nie zrozumiałaś ku....wa lecz sie bo to
        patologiczne i obsesyjne!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!nie jest mi Ciebie nawet
        szkoda!!!!!!
    • czarrrownica Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 20.09.05, 02:21
      Troche nieswojo sie poczulam czytajac twoja historie. A w momencie kiedy
      dotarlam do fragmentu o misiu-Dziewczynce, ciarki przeszly mi po plecach.

      Nie chcialabym, zeby jakikolwiek internetowy kolega zaczal mnie tak osaczac jak
      ty tego biednego faceta. Listy, misie, powielanie prosb o spotkanie,
      dopytywanie sie o nr telefonu, wieczne pretensje(i o co wlasciwie? ze nie chce
      sie z toba spotkac? przeciez nie ma obowiazku spotykania sie z kazda adorujaca
      go kobieta..a w opisywanej sytuacji doskonale rozumiem, dlaczego nie chce-
      pewnie boi sie, ze po spotkaniu uczepisz sie jeszcze bardziej, a miec na glowie
      niezrownowazona, rozchwiana emocjonalnie kobiete to srednia przyjemnosc).
      • flawless1 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 20.09.05, 11:00
        dokładnie takie samo wrażenie odniosłam po przeczytaniu wszystkiego.To sie
        nadaje na scenariusz jakiegos thrilera;/
    • mathias_sammer Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 20.09.05, 11:17
      Hej drzewko-sandalkowe,
      preczytalem pierwsza czesc, pozniejsze juz tylko przebieglem wzrokiem- prosze
      nie pisz zadnych ksiazek, zadnych felietonow , ani zadnych podobnych form:),
      choc chwilami jestes naprawde zabawna, stad chcialoby sie dojsc do konca
      historii, ktorego niestety nie widac.

      Zapraszam Cie na ponizsza strone, mozesz dowiedziec sie czegos nowego:

      free.polbox.pl/k/konpluc/KUL.htm

      A teraz odnosnie zawartosci. Ktos napisal, ze przez lata nie poznalas w
      swiecie realnym owego mezczyzny i widoki na poznanie sa juz nikle, jednak nie
      zraza Cie to. Nie zraza Cie rola, jaka pelnisz i jaka on Tobie wyznaczyl, choc
      bronisz sie (teoretycznie).

      Przeczytaj uwaznie wpis "renitoja", ktora znakomicie ocenila to w jaki sposob
      egsystujesz oraz podala Ci jedyna mozliwosc rozwiazania tego problemu i wyjscia
      z niego obronna reka.
      Czy jestes w stanie wprowadzic ja w zycie, czy tez bedzie to teoria, ktora nie
      bedzie nie miajaca zadnego punktu stycznego z rzeczywistoscia- zalezy od Ciebie.

      Odpowiedz sobie tez na pytanie, czy zachowal sie jeszcze w Tobie instynkt
      samozachowawczy, czy wyparlas go juz calkowicie ( i nie mowa o agresji,
      wulgarnosci lecz o ochronie siebie).

      Jednego jestem jednak pewny, doskonale zdajesz sobie sprawe ze swojego
      polozenia.

      Nie zrozum mnie zle, nie chce Cie dolowac, wpis "renitoja" jest o wiele
      dosadniejsza kwintesencja problemu oraz wynikajacymi z niego nastepstwami.

      M.S.
      • mathias_sammer Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 20.09.05, 11:18
        Sorry za bledy, nie zczytalem przed wyslaniem po klikaniu.

        Klania sie,
        M.S.
    • olimpia01 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 20.09.05, 14:33
      Naprawdę ci współczuję ale nie obraź się wymagasz wizyty u psychologa.
    • martynika28 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 20.09.05, 15:22
      kurde, jestes kompletną wariatką. Naprawdę powinnas się leczyć. Chyba pierwszy
      raz widzę w necie tak dokładne świadectwo paranoi.
      biedny koleś.
      niezle ostrzeżenie dla facetów w internecie - uwaga, zawsze możesz trafić na
      wariatkę, która się do Ciebie przyssie jak wampir i zbuduje sobie całe piętrowe
      konstrukcje na temat Waszej "relacji". Ta Wasza relacja to całkowicie wytwór
      Twojej wyobraźni. Ten facet traktował Cię jak nic nieznaczącą netową znajomość,
      a Ty na podstawie kilku kontaktów na gg stwierdziłaś, że masz prawo od niego
      oczekiwać nie wiadomo czego. Że jest Ci winny zainteresowanie, rozmowy,
      spotkanie, telefony, maile, lojalność, wierność, ale z jakiej racji??

      Nie mogłam uwierzyć, jak to czytałam. Powtarzasz caly czas zaklęcia o swoich
      motywach i jego zaangażowaniu, ale to są tylko zaklęcia. Z Twoich słow wyziera
      zupełnie przeciwny obraz. Dokładnie ten, którego nie chcesz zobaczyć.

      Nadajesz się do leczenia, a lekarz powinien zacząć od pracy nad Twoja wizją
      świata - wyobraż sobie, że kobiety nie dzielą się na takie jak Ty - święte oraz
      resztę - czyli dziwki.

    • dyskopata Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 20.09.05, 18:23
      wybacz ale ostatniej części już nie przeczytałem:
      a potrafisz sobie wyobrazić taką sytuację że on właśnie potrzebował miłości
      czysto duchowej chciał czytać twoje słowa (notabene wcale mu się nie dziwię)
      pełne idealizmu byłaś dla niego taką utopią która istnieje tylko w wyobraźni
      może nie chciał cię sprowadzać do poziomu tych lasek z sympatii może wiedział że
      zasługujesz na coś więcej a on ci tego nie potrafił dać a może bał się
      konfrontacji z rzeczywistością że ten jego ukształtowany w głowie twój obraz z
      artystycznego pędzla delacroix stanie się tylko plagiatem wykonanym przez
      pokojowego malarza może wolał żyć marzeniami?
      • node Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 20.09.05, 19:12
        Dlugo nad tym myslales?

        Zeby tak bylo, on musialby byc tak samo poplatany jak nasza bohaterka. A o to
        naprawde trudno...
    • chocolate.coffee Do wszystkich jedynie słusznych i tych, co to 20.09.05, 23:24
      na ich cudowny obraz i podobienstwo stworzono Boga i wszystkich swietych:

      Ale sobie znalezliscie kozła ofiarnego. Jak jeden mąż odsyłacie ją do
      psychiatry - na pewno z kazdym z was jest wszystko w 100% w porzadku?

      Zadal sobie ktos z was pytanie, czy ten 29-letni facet naprawde chcial sie jej
      pozbyc? Gdyby uwazal ja za wariatke, ktora sie do niego przykleila - jaki to
      problem pozbyc sie kogos takiego, jezeli to tylko net? Zmieniam numer gg, nie
      odpisuje na maile. Ale on tego nie zrobil - jeszcze pisze, ze sam sie do niej
      odzywal. Sam do cholery. I sam ciagnal to 4 lata - w tym czasie ludzie sie
      poznaja, zenia, rozwodza, a to trwalo tylko w necie. To sie nie zdarza
      codziennie. Wiec chyba chcial. Wiec chyba mial jakis powod, drodzy Tylko Ja
      Jestem Normalny. Chyba jezeli dziewczyna pisze, ze sam sie do niej pierwszy
      odzywal, mimo tych chorych akcji - chyba nie chcial sie jej pozbyc. Tak, mamy
      tylko jej slowa - a na jakiej podstawie twierdzicie, ze jej slowa nie sa
      prawdziwe, a wasza abstrakcyjne przypuszczenia, na podstawie fragmentu historii
      tak? Wy, ktorzy juz najmniejsze macie o nim pojecie. A moze ma zone, dzieci
      itd. A niech ma. Faktem jest, ze chcial to ciagnac, mimo, ze cala sytuacja byla
      chora. Wiec nie robcie z niej chorej maniaczki, ktorej on unikal, a ona mu sie
      za wszelka cene narzucala i bombardowala go swoja osoba. Nie wynika to z
      zadnego fragmentu jej postu. I ja jej wierze. I jestem psychologiem.
      Dla mnie to raczej historia dwojga ludzi, z ktorych ona byla zbyt mloda i
      wrazliwa, zeby rozgraniczyc real i to co dzialo sie tylko na gg, a on - cos
      musialo go do niej ciagnac, skoro przetrwalo to 4 lata. Gdyby to byl uklad
      chora wariatka + facet, ktory chce, zeby sie od niego odczepila, nie trwaloby
      to nawet 4 miesiecy. Mamy tutaj 4 lata streszczone w kilku postach. To jest
      nic. Nie macie prawa na tej podstawie pisac, ze jest chora wariatka. Oni
      rozmawiali ze soba setki godzin. Nie wiemy co go spotkalo i co naprawde
      znaczyly dla niego te listy - jezeli to byla jakas ciezka choroba, bankructwo
      czy jakikolwiek z takich momentow, ze czlowiek zostaje sam jak palec - to
      swiadomosc, ze jakas tam dziewczyna, znana tylko przez net, o nim mysli,
      znaczyla dla niego bardzo duzo. Wy zrobiliscie z tych listow i misia probe
      osaczania go - bzdura. Napisala w jakich okolicznosciach i kiedy je wysylala.
      Nauczcie sie czytac ze zrozumieniem.
      Druga sprawa: napisala, ze nie byla zazdrosna o jego realne kobiety, tylko o to
      jak ją traktowal w porownaniu do innych netowych znajomych. To tez
      przeoczyliscie. A to zasadnicza roznica - chodzilo o ten sam wymiar
      znajomosci. Miala prawo tak sie czuc. Nie odmawiam jej tego. I widze, ze duzo
      musialo kosztowac ja takie otworzenie sie tutaj przed wami - ona nie klamie,
      nie koloruje. Pisze dokladnie jak bylo, a wy Jedyni I Nieomylni, wkladacie w
      jej usta slowa, ktorych nie bylo.

      Jestescie zalosni. Z tragedii dziewczyny zrobiliscie sobie pozywke do
      wyzłosliwiania sie. Moze wlasnie dlatego zabrnelo to tak daleko - bala sie
      opowiedziec o tym komukolwiek, bo bala sie wlasnie takiej reakcji,z strony tych
      wszystkich Patrzcie Mam Patent Na Normalnosc i Nieomylnosc.

      Do drzewka: zabrnelo to naprawde stanowczo za daleko. Ale czuje, ze przyczyny
      takiego stanu rzeczy leza o wiele glebiej, ze to nie bylo zwykla obsesja na
      czyims punkcie. Przede wszystkim jego wobec Ciebie zachowanie jest szczegolne.
      To naprawde bardzo zlozony problem - trzeba zaczac od poczatku, od pierwszych
      dni, przejrzec archiwum waszych rozmow, jezeli istnieje, historie
      korespondencji - tam gdzies jest moment, od ktorego sie zaczelo wyobrazanie
      sobie czegos wiecej. I jestem przekonana, ze nie zaczelo sie to tylko w jej
      glowie.

      Nie kaze Ci udawac sie od razu do psychologa - idz, jezeli tak czujesz.
      Najpierw sprobuj sama odtworzyc wszystko krok po kroku - mam wrazenie, ze sama
      wyczujesz, gdzie zaczelo sie dziac cos dziwnego, w ktorym momencie. I sprobuj
      przerobic ten moment od podszewki, przeanalizowac bardzo dokladnie, kazde slowo
      i kazda okilicznosc - jezeli zauwazysz, ze czegos nie rozumiesz, poszukaj
      odpowiedzi u specjalisty. Albo pisz na moj mail.

      pozdrawiam,
      cc.
      • agnieszka_ka Re: Do wszystkich jedynie słusznych i tych, co to 20.09.05, 23:26
        zgadzam sie z toba, i tez przyznaje ze cos musialo jednak go do niej ciagnac.
        tylko ze ty nie wiesz co to bylo, a ja wiem i umiem to sprecyzowac: LITOSC.
    • widokzmarsa nie uwierzę że ktoś to przeczytał 20.09.05, 23:35
      a na to wygląda, bo i odpowiedzi długie. Rozumiem, że to z naukowego podejścia
      do badań klinicznych.
    • martynika28 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 21.09.05, 09:29
      ale przeciez on robił wszystko, by ona się od niego odczepiła. zmienił telefon,
      kasował smsy, nie odpisywał na maile. to ONA to ciagnęła przez 4 lata, siłą
      własnej obsesyjnej iluzji
      • drzewko_sandalowe Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 21.09.05, 21:17
        martynika28 napisała:

        > ale przeciez on robił wszystko, by ona się od niego odczepiła. zmienił
        telefon,
        > kasował smsy, nie odpisywał na maile. to ONA to ciagnęła przez 4 lata, siłą
        > własnej obsesyjnej iluzji

        To akurat stek bzdur. Nie wiem skad to wzielas, ale trudno - na pewno wiesz
        lepiej niz ja jak dokladnie to wygladalo, ok. Tak sie nieszczesliwie sklada, ze
        jeszcze do konca na glowe nie upadlam, zebym miala tak i tyle czasu narzucac
        sie facetowi, ktory tak by sie zachowywal. Oczywiscie to, ze sam do mnie
        dzwonil, sam wysylal smsy - to nieistotny drobiazg.
        Aha, ktos tu pytal wczesniej o jego numer gg. I ktos rzucil jakis idiotyczny
        komentarz. Wiec prosze bardzo: 3421370.

        Z mojej strony to ostatni post, bo wymysliliscie juz tyle bzdur, ze szkoda
        slow. Moze w tej historii wiele rzeczy bylo nie tak, ale robienie ze mnie
        chorej psychicznie, ktora miala na jego punkcie obsesje i przez 4 lata nie mogl
        sie mnie pozbyc, to juz przegiecie. Podalam jego numer gg - jezeli ktos zyczy
        sobie poznac jego zdanie, droga wolna.

        eof
        • czarrrownica Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 21.09.05, 21:53
          > Aha, ktos tu pytal wczesniej o jego numer gg. I ktos rzucil jakis idiotyczny
          > komentarz. Wiec prosze bardzo: 3421370.
          >
          > Z mojej strony to ostatni post, bo wymysliliscie juz tyle bzdur, ze szkoda
          > slow. Moze w tej historii wiele rzeczy bylo nie tak, ale robienie ze mnie
          > chorej psychicznie, ktora miala na jego punkcie obsesje i przez 4 lata nie
          mogl
          >
          > sie mnie pozbyc, to juz przegiecie. Podalam jego numer gg - jezeli ktos zyczy
          > sobie poznac jego zdanie, droga wolna.


          I to ostatecznie utwierdza mnie w przekonaniu, ze calkiem normalna to ty nie
          jestes. Wyrazy wspolczucia dla tego biednego faceta.
        • agnieszka_ka Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 21.09.05, 22:59
          ej, kto go dodal do gg? :p
          • node Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 21.09.05, 23:14
            ja go nie dodam... ale daj znac jak sprawa sie rozwinie... LOL
    • martynika28 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 21.09.05, 09:32
      a ta "druga sprawa": ona nie miała żadnych podstaw i prawa oczekiwać, że on
      będzie traktował ją jak inne znajomości netowe. no bo niby z jakiej racji? mógł
      robić co chciał, a ona mogła się z tej znajomosci wypisać, jeśli czuła się tak
      zaniedbana i upokorzona
    • martynika28 Re: O pewnej internetowej znajomości.... (długie) 21.09.05, 09:35
      trudno mi uwierzyć, że psycholog mógłby tego nie widzieć. i że mógłby dawać
      takie rady.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka