Gość: Anna26
IP: *.244.84.31.Dial1.Washington2.Level3.net
03.11.01, 02:04
Lat temu szecdziesiat dziewiec urodzila sie Sylvia Plath. Na te okolicznosc
Wysokie Obcasy zapodaly nam jej biografie. Ta biografia nie dotyknela czelusci
duszy Sylvii i pozostawila mnie z uczuciem niedosytu. Z pomoca przyszla mi
tesciowa, ktora odszukala, specjalnie dla mnie Sylvia Plath. Method and
Madness Edwarda Butschera. Jak wol tam jest napisane, ze Sylvia swoim zyciem i
tworczoscia laczyla dwie skrajnosci czyli ‘bitch’ I ‘godess’. Ona w zasadzie
byla bitch-godess.
Zacznijmy od tej bitch-y. Sylvia zyla w spoleczenstwie zdominowanym przez
mezczyzn. Chca w nim zaistniec musiala gryzc jak suka i okazac spora doze
agresji i wole walki. W ostatnich latach studiow byla dosyc aktywna
seksualnie. Tak jakby chciala sobie udwodnic insrumentalne podejscie do seksu
i mezczyzn. Ale do czasu...jak mowi Ewngelia. W 1956 Sylvia spotkala Teda
Hughsa i siup, po paru miesiach wzajemnej adoracji stali sie malzenstwem.
Wtedy Sylvia juz nie chciala byc suka, ale ‘godess’, czyli bostwem
macierzynskim, muza, zona, kobieta plodna, kochajca matka, aniolem, producentem
ciepla domowego etcetera. Po urodzeniu dzieci, odczuwala nawet cos w rodzaju
wspolczujacej pogardy dla babek, ktore dzieci miec nie chcialy. Jalowe lono
czesto pojawialo sie w jej wierszach wraz ze slowami politowania. W ten sposob
Sylvia utwierdzala sama siebie w przekonaniu, ze malzenstwo i dzieci byly
slusznym wyborem. Ale ‘bitch’ w niej od czasu do czasu zawyla i wtedy Sylvia
pisala bardzo gniewne wiersze.
Co mylsicie o koncepcie 'bitch-godess'. Bo ja mysle, ze w naszych czasach
latwiej te polaczyc te dwie skrajnosci niz 40 lat temu.