m_buziaczek
04.11.06, 16:50
Nie wiem nawet jak sensowinie napisać ten wątek
i do tego mam wrażenie, że sama nie wiem o co mi chodzi.
Jak ktoś nie chce, to niech nie czyta...
Siedzę w pokoju przy kompie na jakimś malowniczym
zadupiu. Mam ciszę i spokój i mogę wykonywać swoją
prace. Chłopaka mam 280 km od mojego miejsca zamieszkania.
Widujemy się raz w miesiącu. Czuje, że się chyba wypaliło
te nasze uczucie. Zaczynam mieć problem, bo mój kochany
chce abyśmy zamieszkali razem, ale ja już sama nie wiem
czy chce.. czy chce z nim być. Takie spotkania raz na miesiąc
są od dwoch lat. Razem jeteśmy od trzech lat. Mam 25 lat
i chciałabym pójść czasami na jakąś impreze z drugiej strony
nic nie robię w tym kierunku. Zastanawiam się nad dalszym
sensem bycia razem. Sama zamykam się na jakieś nowe znajmości
z facetami. Czuję się beznadziejnie i zaczyna mnie to wkurzać
wszystko. Mam takie wrażenie, że nie tylko mój związek się
wypalił, ale ja też się wypaliłam :/.
Chciałabym kogoś poznać i się zakochać, ale jakoś mi nie wychodzi.
Nie wiem, co mam już zrobić. Czy powiedzieć, że to koniec. Zrywam
z Tobą po trzech latach...
Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to bezbolesne, ani dla mnie
ani dla niego. W dodatku będę sama, jak palec.
Nie dopuszczę i nie chce być z kimś np: bo jest OK.
Muszę się zakochać, a jakoś też mi nie wychodzi.
Na tym malowiniczym zadupiu, gdzie jestem nawet nie ma w kim.
Alternatywą dla mnie byłoby się wyprowdzić do pobliskiego większego
miasta. Wynając jakiś pokój i pracować. Radzić sobie samej i być
znowu samą, jak palec, jak pustelniczka, ale wśród ludzi.
Już to przerabiałam, to wiem czym to się je.
Moze będzie ciężko samej, ale jakoś się to wszystko poukłada?
Może łatwiej będzie mi zapomnieć ból po zerwaniu z moim
obecnym chłopakiem?
Wiem, takich historyjek tutaj na miliony.
Przyszło na mnie...
Co ja mam zrobić, żeby w końcu poczuć, że żyje
i wszystko zaczęło się układać w dobrym kierunku.
Nawet nie chodzi o to, żeby się jakoś układało, ale
żeby przede wszystkim to miało sens!