vea170586
11.11.06, 04:12
wczoraj wieczorem, moj Mezczyzna MOjego Zycia (tak mi sie wydawalo), zerwal ze
mna po niemalze 2,5 roku wspanialaego, szczesliwego zwiazku. w polowie
wrzesnia odkryałm ze flirtuje z kolezanka z pracy (bardzo namientne maile,
moze cos wiecej - zarzekał sie, ze nie..), dla mnie byla to jednak zdrada,
bardzo mocno to przezyłam. wydawało mi sie ze nie mozna upasc nizej niz ja,
zwlaszcza, ze przed ta zdrada bylo nam genialnie, myslelismy o zareczynach,
spedzialismy wspaniale wakacje, wszytsko sie nam zaczeło układac. kochalismy
sie, tak myslalam, dalam mu wiec druga szanse, bo wierzyłam, ze moze nams ie
udac, sama pragnelam do niego wrocic, on zreszta takze, twierdzil,z e poruszy
niebo i ziemie by mnie odzyskac. bardzo załował, ze mnie skrzywdzil.
wrocilismy do siebie, przez tydzien bylo cudownie, kochalismy sie, uprawialsmy
seks - to brzmi absurdalnie, jakbym nie miala wlasnego honoru, prawda?
chcialam mu pokazac jak mocno go kocham, widzialam, ze to c mi zrobil,
wpedziło go w depresje..chcialam mu pomoc, pokazac, ze go kocham, ze chce z
nim dalej byc, choc samej bylo mi trudno. spedzilysmy w sumie 2 fajne tygodnie
razem. kolejny tydzien od poczatku listopada, byl beznadziejny, on byl
zapracowany, dziwny, mialam do niego pretensje ze jestnieczuly, zimny, czułam
ze cos jest nie tak. bałam sie, ale zwałalam to na moja zaborczosc,
przewrazliwienie. spotkalismy sie na specerze, na ktorym uslyszlalam, typowe
formuki, takie jakie słyszy sie z serialach czy kiepskich filmach
milpsnych...ze on sie wypalił,z e nie ma siły kolejny raz probowac, ze cos sie
w nim wykruszyło i ze nie daje nam teraz szans (moze w pzryszlosci?), nie chce
mnie oszukiwac,z e jest wszytsko ok i ze kocha mnie tak jak
dawniej...płakal..ale twardo powiedzial nie, postanowil ze nie chce abysmy
byli z esoba, utzrymywali kontakt...nie chce zmienic zdania, choc twierdzi ze
nie przestal mnie kochac...ale czas to uleczy..ze moze lepiej abym go
znienawidzila..,z e znajde kogos lepszego...ze w sumie tomamy inne oczewkiania
i nie pasujemy do siebie, ze to nie ma szans teraz sie udac...ze probowal mnie
odzyskac, chcial z eby nam wyszlo,a le jednak nie moze (k...a, ale przecec t
on mnie zdradzil i mial odzyskiwac?! to ja chyba mam prawo do watpliwosci, nie
on! ja byłam w stanie dac nam szanse...)
wiem, brzmi to banalnie...wiem, powinnam odejsc z honorem, odtracił mnie, nie
chce mnie kchac, nie kocha...teraz ja musze sie z tego wyleczyc...
wiem tez, on de facto ma do tego prawo - przestac kogos kochac - wusmie
normalnie, 99 % ziwakzow rozstaje sie z tego powodu..takie jest zycie, prawda?
pisze to, bo msuze sie wygadac, nie wiem jak wstane jutro rano, nie wyobrazam
sobie zycia bez niego...potwornie boli mnie to,z eon mnie nie cce, nie chce
wiedziec co u mnie, nie cce ze man miec zadnego kontaktu...sam mi
powiedzial,ze tak bedzie nam lepiej...nby prawda, tylko czemu do mnei to
niedotarlo...czuje sie jak najgorsz szmata, nei wiem,co mam o tym sadzic,
zainwestowalam w ten zwiazek wszytsko, co mialam, kocham go nad zycie...czy on
jest po porstu złym czlowiekiem? czy to po prostu meska swinia? znudzialm mu
sie? za co to wszytsko?
potwornie boli mnie to ze on ze mnie zrezygnowal, z menie odtracl, choc wie,
jak mocno go kocham..nie chce mnie, nie kocha mnie, aprzynajmniej nie tak
jakkiedys (wie po co to ciagnac?), to takie proste,a jednoczsenie tak
tragicznie smutne i krzywdzace...
on chce zaczac zycie beze mnie, od nowa...mnie tez do tego zmusił...
prosze o pomoc...bardzo...