dascha.semcov
28.11.06, 00:28
Muszę napisać tego posta, choć jest mi ciężko, bo będzie bardzo intymnie i
szczerze do bólu. Zdaję sobie sprawę, iż mogę narazić się na krytykę, osądy,
ale muszę to z siebie wyrzucić.
Cała historia zaczęła się dokładnie 4 lata temu. Miałam wtedy kiepsko płatną
pracę w Wawie (wcześniejszą, stałą straciłam – bo zaczynał się właśnie wtedy
czas redukcji etatów), rodzice odmówili mi sfinansowania studiów, na które
tak bardzo chciałam wrócić, a na dodatek mieszkałam na stacji u upierdliwego
dziadka i codzienne przepraszałam za to, że żyję.
I wtedy coś we mnie pękło. Nie chciałam już dłużej tak żyć, chciałam wracać
do domu, w którym czułabym się bezpiecznie, nie narażona na werbalne ataki
sfrustrowanego dziada.
Wysupłałam resztki oszczędności i po raz pierwszy w życiu wynajęłam małe,
przytulne mieszkanko tylko dla siebie.
Aby je utrzymać musiałam znaleźć sponsora. Znalazłam. Przyznaję, początkowo
był to typowy układ sponsorowany – spotkania intymne za pieniądze. Ale po
kilku miesiącach bardzo zbliżyliśmy się do siebie, stał się dla mnie
najważniejszą osobą na całym świecie, moim przyjacielem.
Niemcy mają na to określenie – Bezugsperson, daremnie szukam odpowiednika w
języku polskim, ale to taka osoba, do której przybiegasz ze wszystkimi
problemami, traktujesz jak powiernika, której wszystko możesz powiedzieć.
Generalnie jestem bardzo zamkniętą osobą, ale on mnie otworzył, a może to po
prostu ja chciałam otworzyć się na niego.
Chyba mogę powiedzieć, że prowadziliśmy coś na kształt normalnego związku. Co
prawda nie wiem, jak wyglądają inne układy sponsorowane, ale mam wrażenie, iż
nasz daleko wykraczał poza te ramy.
Był przy mnie kiedy zdiagnozowano u mnie torbiel na jajniku, przejmował się,
szukał lekarzy, finansował leczenie. Mimo, że miałam absolutny zakaz
uprawiania seksu, który mógł potrwać wiele tygodni.
Był przy mnie, kiedy płakałam z powodu ekstrakcji zęba, robił mi zakupy,
nawet podpaski kupował (zresztą chyba po raz pierwszy w życiu :-)))
Ale co najważniejsze, dzięki niemu mogłam spokojnie studiować, odbywać
bezpłatne praktyki (lub minimalnie płatne) w dobrych firmach, a przede
wszystkim nie tylko nie martwić się skąd wezmę na czynsz, ale inwestować
nadwyżki po to, by kiedyś spełnić swoje największe marzenie – własne
mieszkanie.
Teraz jestem na IV roku studiów (UW) i właśnie zmagam się z pracą
magisterską. Trochę pieniędzy ulokowanych w papierach wartościowych i innych
lokatach przeznaczonych na czarną godzinę.
I chyba właśnie ona nadeszła. Bo przechodzimy kryzys, z którego już raczej
nie wyjdziemy.
On milczy od 10 dni i nie liczę już na to, że zadzwoni.
Z drugiej strony, te kilka dni świetnie wykorzystałam do namysłu i doszłam do
wniosku, że nie chcę już z nim być. Już nie potrafię. Bo mimo wszystko nie
mogę zapominać, że jest to mój SPONSOR, nie chłopak.
A ja bardzo się zmieniłam przez te 4 lata. Chyba nie potrafiłabym już szukać
nowego sponsora, spotykać się z kandydatami i oferować swoje seksualne usługi.
Chcę czegoś więcej, mężczyzny, który mnie pokocha, który będzie przy mnie na
dobre i na złe, wtedy, kiedy tego potrzebuję, a nie 3 razy w tygodniu z
doskoku.
Choć nie wiem, czy nie jest już za późno, czy nie zmarnowałam swojej szansy
na normalne życie.
Właśnie podejmuję decyzję, aby nie wracać do niego, nawet gdyby on jeszcze
tego chciał. Mogę przez następne 6-7 miesięcy żyć skromnie, naruszając tylko
małą część oszczędności i jednocześnie szukać pracy. Od lutego na uczelni
zajęć powinno być coraz mniej, więc powinnam się wyrobić.
Ale boję się. Boję się, bo zostanę sama, bez przyjaciela (nawet, jeżeli jest
on na zasadzie – na bezrybiu i rak ryba), któremu mogłam wypłakać się w rękaw.
A nie mam innych przyjaciółek, czy koleżanek, bo ja naprawdę jestem bardzo
zamknięta w sobie.
Boję się, bo przez ostatnie 3,5 roku nie musiałam myśleć o szukaniu pracy, a
teraz będę musiała ją znaleźć.
Martwie się, że nawet jeśli ją znajdę, to i tak będę za mało zarabiać, aby
myśleć o kredycie mieszkaniowym. A ja po ponad 9 latach tułania się po Wawie
chciałabym mieć własny kąt, choćby najmniejszy.
Wreszcie, boję się, że nie znajdę mężczyzny, który mnie pokocha i będzie
chciał spędzić ze mną życie, i całe moje poświęcenie, aby żyć uczciwie
pójdzie na marne.
Trudno rozstać się z kimś po prawie 4 latach, zwłaszcza, jeżeli było się od
tego kogoś uzależnionym emocjonalnie. Ale przecież nie mam wyboru, prawda?
*****
Morgen wirst du sein was du heute denkst