pysia113
29.05.07, 09:28
Po kilkunastu latach cudownego (tak mi się wydawało) małżeństwa zostałam
zdradzona. Mój mąż miał romans z Ukrainką. Czy zakończył definitywnie, nie
wiem. Przypłaciłam to ogromnym cierpieniem, którego nie da sie opisać, to
gorsze niż śmierć bliskiej osoby, bo ta jest nieuchronna. Pierwszym odruchem
było rozstanie, ale postanowiłam dać sobie, nam trochę czasu, bo myślę, że on
jest dobrym doradcą.
Dziś wiem,że nie warto poświęcać się nawet w imię ogomnej miłości. Kochać
trzeba przede wszystkim siebie. Przez lata uważałam męża za prawego,
lojalnego człowieka, nigdy nie okłamał mnie boleśnie, ale jak widać to tylko
moje wyobrażenie, które niestety legło w gruzach. Zmieniam się, przede
wszystkim dla siebie. Mąż raz wyraził skruchę i twierdzi, że chce zapomnieć,
nie wracamy tymczasem do bolesnych tematów, czy to dobrze, czas pokaże. Jak
mantrę powtarzam sobie słowa księdza Twardowskiego: bo gdy sensu juz nie ma,
to sens się zaczyna. Pozdrawiam wszystkie walczące o związek zdradzone, a
każdej kochance życzę doświadczenia, które przyniesie kilkakrotnie większy
ból, niż ten, który przeżywa każda upokorzona żona.