agaoki
07.02.08, 23:46
Od miesiąca mieszkamy z mężem w nowym, własnym mieszkaniu. Kupiliśmy je
ponieważ: a)było w dość korzystnej cenie (ale nie jakaś szalona okazja),
b)jest na osiedlu, na którym chcieliśmy zostać (tu wynajmowaliśmy), c)pasowało
nam piętro, liczba pokoi i zieleń przed oknami. Jedyny zarzut to hałas z
ulicy. Nie jakiś straszny, ale jednak. Kiedy planowaliśmy zakup własnego
mieszkania, to najważniejsze było, że ma być w cichym (jak na duże miasto)
miejscu. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się na to mieszkanie tłumacząc sobie, że
a)nie jest gorzej niż w starym, b)przynajmniej północna strona jest w miarę
spokojna, c)będą plastikowe okna.
Przez cały remont cieszyliśmy się na to mieszkanie, wszystko szło dobrze,
chociaż sprawa hałasu trochę nie dawała mi spokoju.
Po przeprowadzce okazało się, że nie mogę zaakceptować tego hałasu. Wydał mi
się większy niż podczas oglądania mieszkania, co jest możliwe, bo wtedy było
lato=liście=naturalne wyciszenie oraz były wakacje=mniejszy ruch. Najgorsze
jest to, że plastikowe okna nie są jednak tak szczelne jak myślałam, słychać
przez nie szum ulicy, przejeżdżający autobus. Nie mogę się pogodzić, że wbrew
naszym priorytetom kupiliśmy mieszkanie blisko ulicy i to nie jest zwykła
złość. Mam na tym punkcie obsesję, ciągle o tym myślę, nasłuchuję, często
płaczę. Na początku miałam załamanie nerwowe (nie tylko z powodu hałasu). Nie
umiem się cieszyć tym mieszkaniem. Mąż i mama ciągle mi mówią, że jak się chce
mieszkać w dużym mieście, to trzeba się liczyć z hałasem. Dla mnie to bzdura,
bo w mieście też są ciche miejsca, choćby w środku dużych osiedli, z dala od
ulic. W takim miejscu chciałam mieszkać.
Zawsze byłam optymistką i cieszyłam się drobiazgami. Nie rozumiem, co się ze
mną dzieje. Byłam w życiu w dużo gorszych sytuacjach i zawsze się trzymałam
albo szybko dochodziłam do siebie. Tym razem zupełnie sobie nie radzę ze sobą.
Te myśli o hałasie, emocje, lęk i poczucie porażki są silniejsze ode mnie.
Staram się żyć normalnie - pracuję, sprzątam, gotuję, robię zakupy, spotykam
się z przyjaciółkami, czytam, chodzę do kina. Ale nic tak naprawdę nie sprawia
mi takiej przyjemności jak kiedyś. Przez większość czasu jestem spięta, czegoś
się boję, odczuwam niepokój. Owszem, momentami zapominam o wszystkim,
wyluzowuję się, ale za chwilę "to" wraca i trzyma. Płaczę z bezsilności, ze
złości, ze zmęczenia (bo to strasznie męczy). Chcę żyć normalnie, znowu
cieszyć się życiem, ale nie umiem.
Na pewno nie pomaga mi fakt, że mieszkanie jest jeszcze nie wykończone, że
żyjemy "na kartonach", że dwa pokoje są puste=akustyczne=nieprzytulne, że
śmierdzi farbą i lakierem. Tęsknię za starym (wynajętym) mieszkaniem, chociaż
było dużo mniejsze. Mam z nim same miłe wspomnienia i bardzo je lubiłam, wręcz
kochałam.
Czy wśród Was jest ktoś, kto mnie rozumie? Czy ktoś potrafi wyjaśnić, co się
ze mną dzieje? Czy kiedyś przyzwyczaję się do tego nowego mieszkania? Czy mam
szansę je polubić?
Nie piszcie, że jestem kolejną, której przewraca się w du..., bo ma za dobrze.
Wiem, że z boku to może tak wyglądać, ale dla mnie to naprawdę poważny
problem. Sama nie wiem, skąd takie moje reakcje i co mi jest.