ydorius
11.09.03, 10:52
przykro mi, tym razem wyszło mi dłuższe niż zwyczajowe miniatury, co oznacza
konieczność (a nie tylko chęć) podzielenia. Życzę miłej lektury.
m,
.y.
----------------------------------
Szachy
Teraz, skoro jestem tu gdzie jestem (a w zasadzie, choć tego wcale
nie jestem pewien – gdzie jesteśmy), nic nie ma znaczenia. Ale przecież w ten
sposób można powiedzieć o wszystkim, co trwało i się skończyło. Nic już nie
ma znaczenia. Dowiedziałem się, że wbrew temu, co czytałem wcześniej, czas
jednak istnieje, choć nie jest czwartym wymiarem, jak chcieliby fizycy, jest…
ale to nie należy do toku tej opowieści, zresztą obawiam się, że mógłbym
zostać ukarany za to co bym wyjawił. Pomijając zaś sprawę niedoszłej zbrodni
wyjawienia i kary, chodzi mi w zasadzie o to, że teraźniejszość również.
Istnieje znaczy. I choć jest najważniejsza i sama sobą określa to, czy ma się
czas na rozważanie przeszłości, to jednak nie jest wszystkim… Ja mam dużo
czasu na rozważania. Gdy żyłem nie miałem. Już zaczynam, uprzedzam tylko
lojalnie, że bywam strasznym gadułą.
Gdy patrzy się na to wszystko z dystansu, można właściwie ocenić, co
było przyczyną leżącą u podstaw osiągniętego skutku. Bez tej jednak
perspektywy wszystko zdaje się być zagmatwane. Ponieważ Ty, drogi czytelniku,
nie masz owej perspektywy (i obyś jak najdłużej nie miał, życie wszak jest
cudowne), przedstawię moją historię tak, jakby zdarzyła się Tobie, choć, nie
przeczę, ze wszech miar może wydać Ci się nieprawdopodobna. Wiem, oczywiście,
dużo więcej, niż opowiedziałem w tej krótkiej historii. Opowiedzenie
wszystkiego byłoby jednak zdecydowanym zepsuciem zabawy. Tak myślę. Ale do
rzeczy.
Bardzo lubiłem spacerować parkiem, zwłaszcza wczesną porą, na
godzinę – półtorej przed świtem. To, że bardzo lubiłem, wcale jednak nie
oznacza, że często to robiłem. W zasadzie to zdarzyło mi się to raptem parę
razy, za każdym z nich było to przy okazji powrotu z jakiejś imprezy. Być
może dlatego (ten rausz...) tak miło to wspominam, ale przychylam się raczej
do wersji, że to nieobecność ludzi i oddychająca chłodną wilgocią ziemia
sprawiały, że lubiłem tam przebywać.
To właśnie powrót z imprezy, zresztą niespecjalnie udanej, rozpoczął
bieg wydarzeń.
Ciągle te dygresje i dygresje. Na dygresjach, wtrąceniach, przypisach
i odwołaniach straciłem pół życia. Gdybym tylko potrafił jasno się wyrażać,
porządkować swoje myśli, moje życie byłoby bardziej esencjonalne, a mniej
chaotyczne. Choć może tak miało być? Tym razem, zanim w ogóle opowiem, co się
wydarzyło, muszę opowiedzieć o swojej pasji. W zasadzie określenie "pasja"
zostało tu użyte trochę na wyrost – nie oddałem życia za nią, objawiała się
zresztą dość incydentalnie… Zbierałem. Nie metodycznie znaczki, czy monety.
Zbierałem różne przedmioty. Miałem w domu, na przykład, kołek wycięty w
drewnie, pomalowany kiedyś na czerwono – zabrałem go ze sobą, bo wyobraziłem
sobie, że jest to osinowy kołek, a czerwień… No właśnie. Wydało mi się to
zbyt piękne, by pozostawić gdzieś w kurzu na poboczu. Miałem obcas od czarnej
szpilki, kobiecego buta. W zasadzie, to gdyby nie lektura Baricco, w życiu
bym go nie przytargał do domu. A tak – ilekroć spojrzałem nań, przypominały
mi się różne rzeczy, związane z tą książką – zazwyczaj dobre. Największym i
najcięższym eksponatem była wielkości cegły, kostka brukowa. Zabrałem ją z
chodnika, po prostu, leżała luzem. Wyobraziłem ją sobie z wydrążonym otworem –
idealnie na świeczkę. Cudowny, najcięższy i najbardziej nieporęczny
świecznik, jaki znam. Oczywiście – nie muszę tego chyba nawet dodawać – otwór
ów nigdy nie powstał, zaś sama kostka brukowa leżała na lewej kolumnie, koło
wzmacniacza – bezużyteczna, szara, ciężka. Piękna.
Było tego dużo więcej, choć przedmioty owe pojawiały się i znikały.
Czasem sam je wyrzucałem, czasem obdarowywałem nimi kogoś, kto – jak
podejrzewałem – choć w części będzie potrafił docenić nieskażony
utylitaryzmem przedmiot.
Wędrując o czwartej trzydzieści nad ranem, całkiem pustym parkiem,
znalazłem czarnego konika szachowego. Wrzuciłem go do plecaka obiecując
sobie, że obejrzę go w domu, w lepszym świetle.
Konik, w rzeczy samej, był zwykły aż do bólu. Żadnej wymyślnej
ornamentyki, żadnego serca włożonego w wykonanie – ot zwykła masowa robota,
jakich wiele. Gdyby pojawił się na mej drodze w inny – bardziej
konwencjonalny – sposób, pewnie nawet nie zwróciłbym na niego uwagi. Ale
konik, nawet najpośledniejszy, leżący nocą na ścieżce (a dookoła nawet
jednego, nawet widmowego, czy nieżywego gracza. W sumie byłaby to przednia
zagadka kryminalna, gdyby konik ów tkwił w ręce martwego mężczyzny. Albo
martwej kobiety. Albo, jak sobie myślę – jakiż piękny obraz. Martwa natura z
szachowym konikiem…) sprawił, że poczułem dotknięcie czegoś osobliwego. Jak
się potem okazało dotykającą była pewna wyjątkowo chuda postać z kościstymi
palcami. Ale gdyby człowiek co dzień obawiał się o swoje życie – czy żyłby w
ogóle..?
Kiedy nie chodziłem nocą po parkach, nie przebywałem w wąskim gronie
znajomych, nie piłem, nie grałem na komputerze i nie czytałem książek (czyli,
mniej więcej raz na pół roku) lubiłem czasem wpaść do jakiegoś pubu. Robiłem
to, w zasadzie, nawet bez specjalnej przyjemności, a nawet, rzekłbym, w
jednym, ściśle określonym celu. Bynajmniej nie w celu napicia się – picie w
knajpie zdaje mi się zajęciem tyle trywialnym ile bezbarwnym – jako urodzony
socjopata (stąd też wąski krąg znajomych) zdecydowanie wolałem picie w formie
spotkania tete-a-tete. Knajpy zaś odwiedzałem z powodu książek fantastycznych.
Kiedy żyłem, byłem postrzegany jako snob, człowiek, który za wszelką
cenę stara się być wyjątkowy. Jako dwudziestoparolatek chodziłem w szarym
prochowcu od Hugo Bossa (kupionym, zresztą, za równowartość trzech piw mniej
więcej w pobliskim ciuchlandzie) i kapeluszu odziedziczonym po dziadku (po
którym, jak sądzę, odziedziczyłem również ową socjopatię). Nie zadowalałem
się powszechnie dostępnymi alkoholami – cieszyłem się za to jak dziecko, gdy
udało mi się ściągnąć z Czech lub Rosji absynt. U nas nielegalny, tam wciąż
produkowany. Czytałem dziwne opasłe księgi. Wyszłoby z tego wszystkiego
materiału na dwóch lub trzech snobów. Mi jednak marginalnie zależało na tym,
co sobie ludzie pomyślą, jak wyglądam czy się zachowuję. Dlatego też nie
nalegam, byś, czytelniku, uwierzył w moją własną teorię o knajpach. Choć miło
by było.
...cdn...
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.