pawel1940
25.05.08, 00:06
Zastanawialem sie ostatnio, czy istnieje taka zaleznosc, choc jako generalna
tendencja uwzgledniajaca wyjatki, ze czlowiek przechodzi pewna droge
odnajdywania sie w zwiazkach, patrzenia na zwiazki, ktorej elementem na pewnym
etapie jest docieranie do znacznego splycania relacji, podsycania pierwiastka
hedonizmu, zapatrywania sie na zwiazek bardziej chwilowo niz dlugoterminowo?
Patrze bowiem wokol. I co widze? Okres nastoletni, najczesciej sprzyja
zwiazkom nieco dluzszym, gdzie zwykle pierwsze skrzypce gra uczucie, pozniej
lozko. Ale w ktoryms momencie te zwiazki sie koncza. Tak juz jest, dozgonnie
szczesliwy pierwszy zwiazek to przypadek co najmniej 1:10 000. Rozstania
bywaja tu dosc dramatyczne, ale w koncu znajduje sie ktos nowy. Najczesciej
znow jest to cos dluzszego, choc juz niekoniecznie. Po pewnym czasie znow
upadek. W koncu w ktoryms momencie czlowiek dochodzi do takiego momentu, w
ktorym juz podswiadomie chroni sie przed dluzszymi zwiazkami. Poznaje, plytko,
na chwile, juz na tym etapie zwykle lozko dla samego lozka nie jest problemem.
I teraz zastanawiam sie wlasnie, czemu do cholery kobiety jakie ostatnio sa
wokol mnie sa w tym etapie ostatnim. Gdzie latwiej jest jakas poderwac na
chwile, ale po pewnych juz doswiadczeniach z przeszlosci nie jest latwo
stworzyc trwalszy zwiazek. To moze troche tak, ze w czasach mlodosci czlowiek
jest jeszcze strasznie plastyczny i latwo sie dopasoawc do partnera. A pozniej
kazdy stanowi coraz wieksze indywiduum i dopasowac sie trudniej. Ale tez jakos
tak wszyscy juz pozniej zaczynaja przebierac w partnerach... Nei ten to
nastepny... Sam sie na tym lapie. Ale czy w ten sposob nie umknie cos cennego?
Czy przebieranie zamiast jednak pewnej elastycznosci to dobra metoda na
osiagniecie sukcesu? Statystycznie trudno, aby przebierajac dwie osoby trafily
na siebie idealnie w tym samym momencie. Jest jeszcze metoda na "wszystko
jedno", "byle byl jakis partner". I jak sie znajdzie lepszy to zmienimy. Ten
temat pomine.
No wlasnie. Widzicie jakies takie zaleznosci, ze z czasem kolejne proby sa
jakby coraz bardziej bez wyrazu? Niby sercucho bije za kazdym razem, ale juz
taki wewnetrzny dystans jest coraz wiekszy. I latwiej to wykoleic. A moze
wprost przeciwnie? Zaangazowanie nie zmniejsza sie wraz z tzw. doswiadczeniem,
a jedynie podlega ewentualnym fluktuacjom na przestrzeni czasu? I czy jest
taka zaleznosc, ze po poprzednim zwiazku jest jakas taka wieksza chwilowa chec
na cieszenie sie tym co nowe? (nie myslic z jakimis przygodami lozkowymi -
kwestia indywidualna).
A moze to tylko ja na takim etapie jestem i w okolicach 40 bedzie juz tylko
rozpaczliwe poszukiwanie czegos dlugoterminowego? ;P
No dobra, na filozowanie mnie dzis wzielo :P