intern-autka
23.07.08, 23:04
U mnie przez caly okragly rok,co jakis czas przez mieszkanie
przetaczali sie ludzie.A to z rodziny,bo zjazd na studiach,a to
kolejna osoba z rodzinki,bo cos tam do zalatwienia przez pare dni,a
to znajomi w celu odwiedzin,ktore przeciagnely sie do dwoch dni,bo
dawno sie nie widzielismy.W sumie nie mam nic przeciwko,ale...nawet
z tymi z rodziny zaczyna zanikac kontakt.To raz.A dwa,ze co prawda
wychodza rano i wracaja wieczorem,ale sama swiadomosc,ze ktos trzeci
jest w domu jest meczaca.Zmeczona jestem tez tym,ze udostepniam swoj
pokoj i nagle...nie ma dla mnie miejsca w moim wlasnym domu!Moj
pokoj-moj azyl.A ja nie moge sobie spokojnie ksiazki
poczytac,posluchac radia,czy zwyczajnie polezec na lozku i nic nie
robic.Wokol gosci trzeba ciagle skakac.Kiedy przyjda zapytac czy nie
glodny,zmeczony,podgrzac obiad czy przygotowac kolacje.Co prawda
mozna tez olac sprawe-niech sobie rzadza,zrobia jesc,chyba maja
raczki?Ale nie potrafie tak zostawic kogos i nie lubie jak ktos sie
placze po mojej kuchni,zmywa naczynia,szpera w lodowce-drazni mnie
to!Wiec wole sama podac,zrobic.I tak zle i tak niedobrze.W sumie to
moja mama jest taka goscinna,my z ojcem mamy dosc!Raz na jakis czas
ok,ale w tym roku bylo tego zdecydowanie za duzo.Pozatym jak to sie
mowi-gosc jest jak ryba po trzech dniach smierdzi.Cos w tym jest.
Napisalam tak w watku pt:"JAK TAK MOZNA?"
Jak u Was jest z tymi goscmi-sa jak ta ryba po 3 dniach,czy raczej
jak w temacie i przyslowiu-gosc w dom,Bog w dom?