Gość: Lilka
IP: *.71.107.41.213.rev.coltfrance.com
22.10.03, 14:50
Kara za "wersję sprzeczną z istotą macierzyństwa"
Moja matka nie miała ukończonych szesnastu lat, kiedy mnie urodziła.
Później wyszła za mąż i urodziła kolejne dzieci; jest nas sześcioro. Od
najmłodszych lat musiałam pomagać w prowadzeniu domu i wychowywaniu
rodzeństwa. Matka ciężko pracowała, żeby nas utrzymać. Ojczym pił. W szkole
miałam słabe wyniki i dużo nieobecności. Przez nadmiar innych obowiązków, nie
mogłam się zajmować nauką. Kiedy byłam w szóstej klasie, pedagog szkolny
zdecydowała, że należy mnie umieścić w domu dziecka. Zostałam skierowana do
Domu Dziecka w Piławie Górnej, gdzie skończyłam szkołę podstawową.
Wróciłam do domu. Chciałam się dalej uczyć, ale musiałabym pozostać na
utrzymaniu matki, która z trudem zarabiała na nas wszystkich. Rodzinie, jako
niewydolnej wychowawczo, przyznano kuratora.
Poszłam do pracy i podjęłam naukę w liceum wieczorowym, ale wkrótce ją
przerwałam. Poznałam w pracy chłopaka. Zakochałam się. Wynajęłam mieszkanie i
wyprowadziłam się z domu. Miałam dwadzieścia trzy lata. Jak każda młoda
kobieta, marzyłam o miłości, o bliskości kochanego mężczyzny, o czułości, o
stworzeniu kochającej się rodziny. Zaszłam w ciążę. Kiedy mój chłopak
dowiedział się o dziecku, zaczął mnie unikać. Wtedy postanowiłam, że sama je
wychowam. Byłam chyba w piątym miesiącu ciąży, kiedy zainteresował się mną
Mirosław. Nie przeszkadzało mu, że spodziewam się dziecka. Zamieszkałam z nim
w jego mieszkaniu w Strudze. Od początku mnie nie rozumiał: za wszelką cenę
chciał uprawiać seks, a ja się bałam o dziecko. Jeszcze wtedy wydawało mi
się, że to ma jakiś związek z uczuciem, że tak bardzo mnie kocha.
Kiedy zaczęłam rodzić, wezwał pogotowie i odwieziono mnie do szpitala.
Urodziłam Karolinkę (19 kwietnia 1998 r.). Wprawdzie miesiąc przed terminem,
ale była zdrowa. Poród był trudny. Założono mi kilka szwów. Po powrocie do
domu zaczęło się piekło. Mirosław dążył do kontaktów seksualnych, a ja bałam
się bólu i kolejnej ciąży. Nie miałam ochoty na zbliżenia. Cieszyłam się
swoją małą córeczką. On był zazdrosny o moją miłość do dziecka.
Kiedy zaproponował, że uzna Karolinkę zgodziłam się. Byłam jeszcze pełna
wiary w ludzi i nie spodziewałam się, że można być tak okrutnym. Stawał się
coraz bardziej zaborczy i agresywny. Nie pozwolił mi na wizytę w gabinecie
ginekologicznym w celu zdjęcia szwów - sam mi je zdjął. Czułam się
upokorzona. Mimo pierwszych doświadczeń seksualnych, moja wiedza na ten temat
była niewielka. Nigdy nie rozmawiałam o tym z matką, a i w szkole nie miałam
zajęć z wychowania seksualnego. Cała moja wiedza pochodziła z książek. Nie
byłam i nie jestem kobietą pewną siebie, świadomą swego ciała, wyzwoloną.
Wstydziłam się rozbierać przy nim, zwłaszcza przy świetle. Teraz wiem, że
moja nieśmiałość jeszcze bardziej go podniecała. Nie potrafił się
powstrzymać, działał instynktownie, nie licząc się z moimi uczuciami.
W tym czasie stracił pracę na budowie i zaczął pracować przy wyrębie lasu.
Prawie codziennie przychodził z pracy pijany. Był coraz bardziej wulgarny.
Nie przyjmował do wiadomości odmowy współżycia. Swój zamiar zawsze musiał
zrealizować. Jeśli nie chciałam się zgodzić, to mnie gwałcił. Wkrótce stało
się to codziennością. Gdy wracał z pracy, obojętnie, co robiłam - czy
gotowałam obiad, czy zajmowałam się małą - zdzierał ze mnie ubranie i gwałcił
mnie na oczach dziecka. Nie pomagały protesty ani krzyki. Karolinka zaczynała
płakać; czuła, że dzieje się coś złego. Po fakcie wychodził z kolegami na
piwo. Często, gdy wracał, robił to samo. Byłam w matni. Nie miałam dokąd
pójść. Kilka razy próbowałam uciec do matki, ale zawsze mnie tam znalazł.
Wiele razy podejmowałam rozmowy na temat zabezpieczenia się przed kolejna
ciążą. Ignorował to. Uważał, że to moje zmartwienie, moja sprawa. Prezerwatyw
nie chciał stosować, choć były w domu.
W kwietniu 1999 roku zorientowałam się, że znów jestem w ciąży. Był wściekły.
Nie pozwolił mi mówić o tym komukolwiek. Zabronił wizyty u lekarza i
wychodzenia z domu. I tak trudno by mi było z małą Karolinką gdziekolwiek
pójść czy pojechać bez pomocy osoby trzeciej. Mojej rodzinie i znajomym
opowiadał, że mam guza w jamie brzusznej. W czerwcu podczas wizyty u mojej
matki wszyscy obecni nalegali, aby wezwał pogotowie i zawiózł mnie na badania
do szpitala. To go rozzłościło - chciał ukryć ciążę. Jeszcze w kwietniu
pożyczając od znajomego pieniądze tłumaczył, że mamy potrzeby finansowe, bo
spodziewam się dziecka. W pierwszych dniach sierpnia, kiedy je oddawał,
mówił, że poroniłam - choć jeszcze byłam w ciąży.
Zaczęłam rodzić 12 sierpnia 1999 r. w godzinach popołudniowych. Sama, na
podłodze w pokoju. Krzyczałam z bólu. Nie wezwał pogotowia, nie poprosił
znajomych, aby odwieźli mnie do szpitala. Siedział w pokoju obok z 16-
miesięczną Karolinką i oglądał telewizję. Twierdził, że nic nie słyszał.
Jeden z sąsiadów zeznał w sądzie, że krzyk trwał około 20 minut, ale nikt nie
chciał interweniować, żeby się nie narazić. Wszyscy się go boją.
Urodziłam synka i kiedy jeszcze trzymałam go w ramionach, wszedł do pokoju,
odciął pępowinę, zabrał mi dziecko i wyszedł. Błagałam, prosiłam, ale nie
chciał powiedzieć, co z nim zrobił. Zagroził, że jeżeli sprawa się wyda i on
będzie posądzony, to zabije Karolinkę. Ktoś go jednak zobaczył, gdy kopał dół
w ogródku. We wrześniu anonimowy telefon spowodował interwencję policji.
Zostaliśmy oboje zatrzymani: on trafił do komisariatu, w którym pracuje jego
wujek, ja do innego. Oboje przeszliśmy badania psychologiczne w Krakowie.
Jego wypuszczono, a mnie zatrzymano. Wynajął dwóch adwokatów, co kosztowało
go 6000 złotych. Ciekawe skąd wziął tyle pieniędzy, gdy często brakowało nam
na życie. Ja otrzymałam adwokata z urzędu, który ani razu ze mną nie
rozmawiał osobiście ani telefonicznie, nie kontaktował się listownie, nie
uzgadniał apelacji.
Miejsce w ogrodzie, gdzie zakopane były zwłoki dziecka, poznałam podczas
wizji lokalnej, kiedy policjanci zaczęli kopać. Napracowali się i jak zeznali
w sądzie, kobieta po porodzie nie byłaby w stanie tego dokonać. Jednak biegła
sądowa stwierdziła, że kobiety reagują bardzo różnie - jedne opadają z sił,
inne potrafią przenosić góry.
W śledztwie i przed sądem uparcie twierdził, że nie wiedział o mojej ciąży:
dowiedział się o tym dopiero od policjantów. Sąd dał temu wiarę. Dorosły
mężczyzna, którego intelekt oceniono "w granicach normy", nie wiedział, że
mogę być w ciąży po tym, co mi robił? Przecież sypialiśmy ze sobą, bo on
nadal nie mógł powstrzymać swego popędu. Musiał czuć ruchy dziecka, a potem
słyszeć jego płacz. Nawet gdyby rzeczywiście pękł guz, o którym opowiadał
również mojej rodzinie, to czy dorosły, odpowiedzialny mężczyzna nie powinien
wezwać lekarza? Może czekał aż się wykrwawię? Odegrał teatralne
przedstawienie i tak dobrze wczuł się w rolę, że sąd dał mu wiarę. Przyznano,
że moja wersja opisywanych wypadków jest zbieżna z wersją podawaną przez
świadków, ale dla sądu była to wersja niewiarygodna.
Sąd twierdził, że konkubinat dawał mi poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji
życiowej. Nie wiem, na jakiej podstawie i dlaczego to nie mnie pytano, jak
się czułam w tym związku. Zarówno podczas badań psychologicznych w Krakowie,
jak i przed sądem opisywałam, w jaki sposób byłam traktowana, że to mi nie
odpowiadało, a uciekając próbowałam to zmienić. Sąd zinterpretował ucieczki
na moją niekorzyść twierdząc, że mam "skłonność do zmiany partnerów".
Sąd twierdzi, że moja sytuacja materialna była na tyle dobra, iż nigdy nie
musiałam korzystać z pomocy opieki społecznej. Czy 700 złotych na utrzymanie
trzyosobowej rodziny przy alkoholizmie mężczyzny to dobra sytuacja
materialna, czy też arogancja i brak wyobraźni sądu?
Na jakiej podstawie sąd twierdzi, że nie miałam podstaw bać się tego
mężczyzny? To ja doznawałam przemocy i gwałtów. Tylko ja mogę pow