po-ranna-kawa
12.09.17, 18:35
Byłam w kwietniu na nartach w większej grupie znajomych i znajomych znajomych. W sumie kilkanaście osób. Był wśród nich nazwijmy go Darek. Miły facet, towarzyski, kulturalny. Tam się poznaliśmy. Nasz znajomość nie wychodziła poza stosunki panujące w takiej grupie znajomych. Wszyscy razem jeździliśmy, wieczorami piliśmy wino, byliśmy na jakiejś wycieczce. Przed powrotem wszyscy wymieliśmy się numerami telefonów, mailami, żeby sobie zdjęcia powysyłać, czasem pogadać itp. Kilka dni po powrocie Darek wysłał mi jakieś fotki, stwierdził, że mnie polubił, chciał się umówić na (jak to nazwał) odreagowanie stresu. Ponieważ nie za bardzo wiedziałam, o co chdozi, poza tym wiem, że jest żonaty, odpowiedziałam, że też go lubię, ale tak sumo lubię wiele innych osób, spytałam, kto oprócz nas będzie odreagowywał. Powiedział, że tylko my we dwoje i że z pewnością będę zadowolona. Odmówiłam grzecznie ale jednoznacznie. Później Darek kilka razy przysłał wiadomość z jakimś memem, wymienialiśmy wtedy zdawkowe kilka zdań typu "co słychać?", "jestem na wakacjach" itp. Wczoraj Darek zadzwonił z takim mniej więcej tekstem: "Jak długo masz jeszcze zamiar ciągnąć tę zabawę? Wiem, że jesteś sama i potrzebująca. Kiedy się bzykamy? Decyduj się, bo się rozmyślę". Zatkało mnie i rozłączyłam się. Pomyślałam, że straszne panują stereotypy, skoro nawet kulturalny wydawało się facet jest przekonany, że skoro nie mam męża ani stałego partnera, to można mi bez najmniejszej zachęty z mojej strony złożyć wprost taką propozycję i oczekiwać, że powinnam nie tylko ją przyjąć, ale też być wdzięczna. Przykre.