Dodaj do ulubionych

Deportowani na nieludzką ziemię (Syberię)

01.03.12, 13:41
Dziwna sprawa. Podczas pisania nowego wpisu w wątku zatytułowanym "Deportowani na nieludzką ziemię (Syberię)" okazało się, że nie można go wysłać, bo... wątek właśnie został zarchiwizowany. Z konieczności zatem muszę przypomnieć jego treść, a potem przejdę do następnych wpisów.

forum.gazeta.pl/forum/w,49301,107899354,,Deportowani_na_nieludzka_ziemie_Syberie_.html?v=2
Obserwuj wątek
    • tawnyroberts Nasza gehenna na Syberii 01.03.12, 13:58
      Jakiś czas temu wpadły mi w ręce "Nowiny" z artykułem Andrzeja Plęsa o Sybirakach z nieistniejącego obecnie przysiółka Dresina podjarosławskiej wsi Wietlin. Okazało się, że znacznie obszerniejsza wersja internetowa pojawiła się w sieci już przed trzema laty, ale jej autorem jest Marek Pękala. Poniżej prezentuję zapis tragedii deportowanych Polaków z Dresiny pióra tego ostatniego autora.


      "Nasza gehenna na Syberii"

      68 lat temu z niewielkiego przysiółka Dresina wygnano na sowiecki wschód 12 polskich rodzin. - Mieliśmy wiarę w sercu i to nas uratowało - mówią Sybiraczki.

      Te 6 lat zsyłki to był taki straszny czas, że jeszcze dziś, po prawie 70 latach, ciężko mi o tym opowiadać - mówi Maria Bednarz. Dlatego woli przeczytać wspomnienia, które spisała. Czyta ze łzami w oczach, drżącym, łamiącym się głosem. Brzmi to jak cicha, bolesna skarga.

      W poszarpanych opowieściach innych Sybiraczek też co chwilę pojawia się łza. I ani śladu w nich pretensji czy nienawiści. Wtedy były dziećmi, pozbawionymi dzieciństwa. Słuchaczowi udziela się wzruszenie pomieszane ze zdumieniem - to chyba ponad ludzkie siły, żeby tyle przeżyć. I przeżyć.

      *10 lutego 1940 roku*

      Wietlin, przysiółek Dresina, nieopodal Jarosławia. Mroźna noc, minus 20 st. C. Łomot do drzwi, walenie w okno.

      - Zbieratsa! Wsie! Pakowatsa! W poł czasa! - rozkazuje sołdat z karabinem i czerwoną gwiazdą na czubatej czapce. Płacz budzonych dzieci. - Dlaczego?! Dokąd?! - pytają gospodarze. - Zabrać jedzenia na trzy dni - tylko tyle słyszą. Z szybko zapakowanym w koce i prześcieradła dobytkiem kobiety i dzieci wsiadają do sań. A z przodu idą mężczyźni - pod eskortą NKWD. Wszyscy przerażeni. Docierają do stacji kolejowej w Bobrówce. Stoi pociąg towarowy. Każą wsiadać. W każdym wagonie - dwupiętrowe prycze, okno zabite deskami, piecyk, drewno, dziura w podłodze, czyli... ubikacja. Krzyki, płacz...

      Janina Adamkiewicz, z domu Kocur, ma 5 lat, najstarszy brat Staszek - 10, a najmłodsza siostrzyczka Kasia - trzy miesiące. W sumie: pięcioro dzieci i rodzice. 14-letnia Maria Bednarz, z domu Kiszka, jej trzy siostry i rodzice... Sarnowie z ośmiorgiem dzieci, Piekarzowie z czwórką dzieci i rocznym wnuczkiem, synkiem córki Heleny. Do wagonów upchnięto 12 rodzin z Dresiny, prawie 70 osób. Pociąg rusza dopiero następnego dnia.

      *Cztery tygodnie jak bydło*

      Opał kończy się po paru dniach. Ściany wagonów od wewnątrz pokryte szronem. Miarowy stukot kół i zdrowaśka za zdrowaśką. Jedzenia zostało niewiele, a oni jadą i jadą... Nie wiedzą dokąd. Drzwi - otwierane tylko od zewnątrz. Kto nie wytrzymuje zimna i głodu, umiera. Podczas postoju sołdaci z NKWD wyrzucają ciała w zaspę przy torach. - Wieczne odpoczywanie... - krótka modlitwa musiała wystarczyć za pogrzeb.

      W wagonie Piekarzów gnieżdżą się jeszcze dwie rodziny, w tym Czesnakowie z czwórką dzieci i szwagrem. Michał Czesnak - Rosjanin ożeniony z Polką Kazimierą Płonką, przez dziurkę wydłubaną kozikiem patrzy na zimowy krajobraz. - Już my hen w Rosji, ale jeszcze nie wiem, kuda jedziem. Jeszcze nie wiem - powtarza tak dzień po dniu. Modlili się, coraz dłużej. Aż po trzecim tygodniu męczarni Michał woła: - Zaraz będziem w Charkowie, to znak, że nas wiozą na Sybir! Szloch, krzyki i zrozpaczony śpiew:

      Serdeczna Matko, opiekunko ludzi,
      Niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi.
      Wygnańcy Ewy, do Ciebie wołamy,
      Zlituj się, zlituj, niech się nie tułamy...

      Dopiero w Charkowie dostają po kawałku chleba, po wiadrze bryi na wagon, przypominającej zupę, i po wiadrze "czaju”, czyli kipiatoku, czyli gorącej wody. Po 24 dniach i nocach koszmaru docierają do Omska. Brudnych, cuchnących, przemarzniętych sołdaci upychają po koszarach. Rano ładują na ciężarówki. Po trzech dniach docierają do Tary.

      *Dwa tygodnie przez tajgę*

      Stąd saniami wiozą ich przez tajgę. Konwój porusza się tylko nocami.

      - Chodziło o to, żeby nas miejscowi nie widzieli. Przypadkowo napotkane Ruski litowali się nad nami i chociaż sami byli biedni, dawali nam po garści ziemniaków, trochę słoniny - opowiada Zofia Ordon z Piekarzów.

      Za dnia śpią po szkołach i innych budynkach.

      - Od miejscowych słyszeliśmy, że my są "polskie kułaki”, "polskie pany” - wspomina Kazimiera Solarewicz z Sarnów.

      Po dwóch tygodniach docierają do Tewrizu w obwodzie Omsk. Wreszcie - do Białego Jaru. Ta syberyjska wieś to siedziba powiatu nad wielką rzeką Irtysz. Są skonani, opuchnięci z głodu, z odmrożonymi twarzami. Minus 40 st. to tam normalka.

      - Nasza malutka siostrzyczka, Kasia, nie wytrzymała tego mrozu, umarła - opowiada Janina Adamkiewicz i ociera łzę. - Sołdaci chcieli ją wyrzucić w śnieg, ale tata nie dał. Sam ją pochował, w rowie przy drodze, zostawiając na pastwę wilków.

      - Wieczne odpoczywanie...

      *Półtora roku katorgi*

      Z Białego Jaru zostają rozrzuceni po osadach. Kilka rodzin - Piekarzowie, Kiszkowie, Sarnowie, Wachowie - wyjeżdża do kołchozu "1-go Maja” w Czukrejówce. Śpią tam przez tydzień w stodole. Później Piekarzowie i Kiszkowie trafiają do Banikowej w tajdze, mieszkają w barakach, a Sarnowie - w ziemiance. Kocurowie trafiają do Kuźniecowej, a po jakimś czasie - do Banikowej. Tak Polacy znaleźli się wśród Rosjan, Niemców i Żydów, czyli takich samych jak oni "wrogów ludu”.

      - Nasz tata, Franciszek, to był legionista, postrzelony podczas pierwszej wojny - wspomina Zofia Ordon z Piekarzów. - Z zimna rany mu się rozerwały, ropiały, a tam ani lekarza, ani lekarstw. My, cali w strupach, opuchnięci... Siostrzeńcowi, rocznemu dzieciątku, ropa waliła uszami...

      Mieszkają w barakach z piętrowymi pryczami. A w nich pluskwy, wszy... Na robactwo nie ma sposobu, świerzb, wszawica - niemal u każdego.

      - Ty, ty, toże ty... - ten, kogo enkawudzista wskaże, idzie w tajgę, na wyrąb olbrzymich drzew. Ale najpierw trzeba się przekopać przez półtorametrowy śnieg. Pnie dowozi się potem do Białego Jaru, by spławiać Irtyszem. Na wyrąb idą i mężczyźni, i kobiety.

      - Jezus Maria! Stefcia! Uciekaj! - kobieta ucieka, ale jest za późno. Zwala się na nią olbrzymia gałąź spadającego potężnego buka. Nieprzytomną zawożą do szpitala w Tewrizie. Uszkodzony kręgosłup, połamane żebra, częściowo sparaliżowana. - Po miesiącu odesłali nam Stefcię jako kalekę - wspomina jej siostra Zofia Ordon.

      *Buty z lodu*

      Sołdat oznacza siekierą dwa niezbyt odległe od siebie drzewa.

      - Stąd dotąd wolno się wam poruszać i tu rąbać, a kto pójdzie dalej - bez żadnego ostrzeżenia kula w łeb!

      - 6 rubli i 15 kopiejek to dzienna zapłata przy wyrębie, jeśli brygada wyrobiła normę, a pracować trzeba było od świtu do nocy. To wystarczało na talerz lury, którą nazywano zupą i 80 deko chleba - wspomina Janina Adamkiewicz. - Jak cała rodzina mogła się tym najeść?

      Za zarobione w mordędze ruble można kupić kufajkę i walonki. - Mam mieć ciepło czy dzieci mają pomrzeć z głodu? - kołata się w głowie niejednego ojca.

      - Za spódnicę robił rozerwany parciany worek, przewiązany sznurem - opowiada Kazimiera Solarewicz z Sarnów. - A jak kogoś nie było stać na walonki, to obwiązywał stopę korą brzozową, owijał szmatami i... polewał te szmaty wodą. Ona szybko zamarzała. I to były takie buty z lodu.
      • tawnyroberts Nasza gehenna na Syberii - cz. II 01.03.12, 14:02
        *Zwierzęta i wiara*

        - Jedynym naszym oparciem była wiara - wtrąca Kazimiera Solarewicz. - Ktoś miał różaniec, książeczkę do nabożeństwa, i dużo się modliliśmy. Zwłaszcza wieczorami długo razem mówiliśmy pacierz.

        Janina Adamkiewicz opowiada o śnie swojej mamy Marii z samego początku syberyjskiej gehenny:
        - Nie płacz, córko, za 6 i pół roku wrócicie do Polski - tak mówiła do mamy Piękna Pani.

        Czyli kto? Sybiraczki są przekonane, że to była Matka Boża.

        - Boga nie ma! - kpią z rozmodlonych Polaków niektórzy sołdaci.
        - Ale ruscy zesłańcy lubili nas za to, że się modliliśmy - dodaje pani Janina. - Mieliśmy wiarę w sercu i to nas razem trzymało, to nas ratowało.

        Nie tylko przed zwierzętami w sowieckich mundurach.

        *Niedźwiedź! Już po nas…*

        - Tata poszedł do wyrębu, a nam, córkom, kazał nazbierać jagód - opowiada pani Kazimiera. - Zbieramy, w pewnej chwili patrzymy... niedźwiedź! Stoi jakieś 50 metrów przed nami. Zamarłyśmy ze strachu. Pomyślałam, że już po nas, chciałam się przeżegnać, odrętwiała, nie mogłam... A on poszedł sobie... Widocznie nie był głodny…

        *60 km przez tajgę*

        - Jak przyszła wiosna, to my, dzieciaki, zbieraliśmy pokrzywy, lebiodę i mama gotowała taką udawaną zupę - wspomina jedna z sybiraczek, z którymi rozmawiamy w Szkole Podstawowej w Wietlinie dzięki gościnności dyr. Doroty Czubacha-Zając.

        Nie wolno było oddalać się poza osadę. A jednak przekradali się do wiosek. Zosia i Marysia, jeszcze 10 lat nie miały, wybrały się ze starszym bratem. 30 km przez tajgę.

        - Po drodze - bagna, żmije, węże, najbardziej baliśmy się wilków... To cud, że ścieżki nie zgubiliśmy - opowiada Zofia Ordon. - Jak nas ludzie zobaczyli w wiosce, to aż się popłakali.

        Dostali mąki, ziemniaków. Dali im kąt do spania. Z workami na plecach ruszyli do Banikowej skoro świt.

        - Latem i jesienią najgorsze były komary i takie wściekłe muszki - dodaje pani Kazimiera. - Tak cięły, że trzeba było nosić na głowie worek z dziurami na oczy. A do tego jeszcze te pluskwy, wszy... Ale najgorszy był głód.

        *Rozpacz i radość*

        - Hitler napadł na Sowiety! - parę dni po 22 czerwca 1941 rozeszła się wieść po Białym Jarze i dalej.

        - Ruski płakały, że wojna, że koniec z nimi, a myśmy, Polacy, się cieszyli - wspomina Zofia Ordon. - Bo gdyby nie wojna z Hitlerem, to byśmy tam nie przeżyli. Te półtora roku katorgi w głodzie, w zimnie, w chorobach, to było nie do wytrzymania. Rzadko którego ranka nie zabierano z jakiegoś baraku zmarłego.

        - Wieczne odpoczywanie... - ileż to razy powtarzali.

        Urodzony w PRL Mieczysław Piekarz, wnuk sybiraka Franciszka, a syn sybiraka Walentego, wspomina jak to dziadek i ojciec powtarzali: - Potężne Cesarstwo Rzymskie, które zawojowało kawał świata, padło, to i komunizm kiedyś padnie...

        Zesłańcom zelżało, gdy pod koniec lipca 1941 roku Polska podpisała układ z ZSRR. Wreszcie mogli opuścić Biały Jar. Tylko jak przed zimą przebyć 5 tys. km, jak przez front sowiecko-niemiecki przebić się do Polski? Kiedy Niemcy byli już pod Moskwą i Stalingradem dowódca NKWD w osadzie zawołał do siebie Piekarza.

        - Słuchaj, Franciszek, ty musiałeś być dobry żołnierz, takich odznaczeń jak ty masz, to za darmo nie dają - gadał. - Mów, co teraz z nami, Sowietami, będzie?

        Franciszek zaczął prawić o Cesarstwie Rzymskim, przezornie o jego upadku nie wspominając.

        - Ameryka i Anglia wam pomogą i wygracie. Dowódca pokiwał głową, ale legionowych orderów, zabranych jeszcze w Dresinie, nie oddał. Oddał mu tylko Biblię i rzekł: - Masz i módl się, żeby tak się stało.

        *Tułaczka za gorzkim chlebem*

        - Tata zrobił duże sanki, zapakował nasz skromny dobytek, mnie i siostrę Bolę posadził na sankach. Tata i mama nas ciągnęli, a starsi bracia Stasiu i Tadziu szli z tyłu - opowiada pani Janina.

        Jak inni polscy zesłańcy, chcieli dotrzeć do Omska. Mieli więc przed sobą... 600 km.

        - Mijaliśmy wioski tatarskie, kirgizkie, rosyjskie i Bóg wie jeszcze jakie. Skazani byliśmy na żebraninę. Gdy prosiliśmy o kąt do przenocowania, o kromkę chleba, nikt nie odmawiał. Bez nich na pewno byśmy nie przeżyli - podkreśla.

        Na wiosnę 1942 roku Kocurowie poszli do pracy w kołchozie. Zamieszkali w ziemiance - niskiej chacie, częściowo wkopanej w ziemię. W kiepskim zbożu było dużo piołunu, dlatego chleb z niego był bardzo gorzki. Ale trzeba było jeść. Z głodu. We wspomnieniach Sybiraczek można przeczytać jak w ich kołchozie padła klacz. Zakopali ją. Ale zesłańcy w nocy odkopali. I zjedli.

        - A my psa zjedli - włącza się Kazimiera Solarewicz z Sarnów. - Brat Gienek go upolował i ugotował. Jemy, a mama naraz: - Z czego to mięso? Gienek tylko zaszczekał. Mama wybiegła z ziemianki i zwymiotowała. Nam nic nie było.

        *Zosia z Syberii*

        Na Trzech Króli 43 roku Marii i Ludwikowi Kocurom urodziła się córeczka. Zofia jej dali i sami wodą ochrzcili, bo księdza nie było. Podobnie jak chrzcin, bo za co? Bóg zabrał im Kasię, a dał Zosię.

        - Warunki dla siostrzyczki były przeokropne - wspomina pani Janina.

        Powędrowali dalej. - Zlituj się, zlituj, niech się nie tułamy... - śpiewali do Serdecznej Matki. Trafili na sowchoz w Abasku. Pracowali w "Masłozawodzie”. Wkrótce Ludwik poszedł do roboty w lesie, bo tam lepiej płacili. Ale za to rodzina widywała go tylko dwa razy w miesiącu. Najstarszy syn, Stanisław, 13 lat, trudził się obrządkiem koni, a zimą był woźnicą przy zwózce drewna.

        - Napadały go wilki, ale jakoś uchodził - mówi pani Janina. - A ja z Tadziem pasałam 500 wieprzów.

        *Nic nie zapomnieli*

        Jasia i Staszek, podobnie jak dzieci innych zesłańców, poszli do sowieckiej szkoły. Usłyszeli tam piosenkę: - Pomnij psy - atamany, pomnij polskije pany! W klasie wisiał portret Stalina. Mali zesłańcy wydłubali mu oczy. Nikt się nie przyznał. - Boga nie ma - znowu słyszeli. Jednemu z braci Pawełków rosyjscy rówieśnicy zerwali krzyżyk. Wpadł w szparę podłogi, nie do odzyskania. Mały Polak się wściekł, rzucił się z pięściami na głównego winowajcę, była bójka. Po 4 miesiącach przestali chodzić do szkoły.

        Niektórzy dostali się do domów dziecka. Młodzieńcy poszli do armii Berlinga. Wśród nich Walenty Piekarz, ale dopiero po trzech miesiącach łagru - za odmowę pracy w prymitywnej cegielni. A starszych zesłańców wzywano i namawiano do przyjęcia sowieckiego obywatelstwa. Nikt się nie zgodził. Dzięki paczkom z amerykańskiej UNRRA było im trochę lżej.

        *Kolejna straszna data*

        16 stycznia 44 roku.

        - Nie zapomnę tej daty wcale nie dlatego, że urodziłam się 16 stycznia - mówi Janina Adamkiewicz z Kocurów.

        Miała wtedy 9 lat. W chałupce przy stajni Bola i malutka Zosia płakały z głodu na pryczy, a ona i Tadzio tłukli skradzione ziarna pszenicy na placki. Z hukiem otworzyły się drzwi, do izby wtargnęli dwaj enkawudziści z karabinami.

        - Kuda atjec?! Przerażona Jasia, na bosaka po śniegu, w 30-stopniowym mrozie, pobiegła po tatę.

        Ludwik Kocur i siedmiu innych Polaków zostali aresztowani na 8 miesięcy "za agitację antyradziecką”. I słuch po nich zaginął. Dopiero w 2000 roku pani Janina otrzymała dokument poświadczający, że jej ojciec został skazany na 8 lat łagru w Republice Komi. Zmarł tam 9 kwietnia 1948 roku. Oficjalna przyczyna: gruźlica. Miał 42 lata. Miejsce pochówku - nieznane.

        - Wieczne odpoczywanie...
      • tawnyroberts Nasza gehenna na Syberii - cz. III 01.03.12, 14:05
        *Do Polski!*

        Połowa 1946 roku. Kiedy wyjeżdżali z Abaska, główny mechanik "Masłozawodu” Rosjanin Wołk zawołał: - Wam już słońce zaświeciło, a nam w tym reżimie nigdy! I włączył zakładową syrenę. Długo wyła.

        Kocurowie, oddalając się, słyszeli to pożegnalne zawodzenie chyba z pół godziny.

        - Płakaliśmy z radości i żalu - napisała pani Janina.

        Proroczy sen miała na Syberii w 1940 roku jej matka, Maria. Piękna Pani mówiła jej w tym śnie, że minie 6 i pół roku jak powrócą do Polski. I wrócili właśnie po tylu latach. Z mamą chorą na malarię. Bez ojca i bez siostry Kasi.

        Helenie Jasiewicz, z domu Pawełek, i jej rodzeństwu zmarli na Syberii: siostra Maria, ojciec Marcin i matka Anna.

        Kazimierze Solarewicz z Sarnów zmarły na Syberii dwie siostry, Jadwiga i Maria.
        - Wieczne odpoczywanie...

        Rodzina Piekarzów wróciła w komplecie, ale Stefania do końca życia pozostała kaleką.

        W swojej kolonii Dresina zesłańcy zastali same zgliszcza. Wielu osiadło w Wietlinie.

        *50 lat milczenia*

        Przez 50 lat prawda o stalinowskim terrorze była ukrywana.

        - Po wojnie zaczęłam średnią szkołę w Jarosławiu - opowiada Janina Adamkiewicz. - Pani od polskiego kazała nam napisać życiorys. No to napisałam, że byłam na Syberii.

        Nauczycielka złapała się za głowę: - Dziecko, co ty napisałaś?! To były tylko przesiedlenia! Ale nigdy o tym nawet nie wspominaj, bo i ty, i matka będziecie mieć wielkie kłopoty!

        Walenty Piekarz był prezesem koła ZSL i ZBOWiD w Wietlinie. Jego syn Mieczysław wspomina, jak już po 1980 roku odbywała się w gminie jakaś uroczystość.

        - Potem chłopi zeszli się na poczęstunek i tata powiedział im przy kieliszku prawdę o "przesiedleniach” - opowiada Mieczysław.

        Po jakimś czasie Walenty dostał wezwanie na SB do Jarosławia.

        - Przecież pan dobrze wie, że było tak, jak powiedziałem - rzucił Piekarz. Oficer SB milczał. Po chwili podarł wezwanie i to był koniec przesłuchania.

        *Co o nich wiemy*

        Co przeciętny Polak wie o męce rodaków na sowieckim Wschodzie? Świadczą o tym usłyszane przez seniorki z Wietlina komentarze osób w średnim wieku:
        - Z was są takie sybiraczki, jak ja walczyłam w Powstaniu Warszawskim. - Jak pani jest sybiraczką i ma 80 lat, to znaczy, że warto tam było jechać.

        Autor: Marek Pękala, "Nowiny".

        www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090207/WEEKEND/634669452
        www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090210/WEEKEND/348639618
    • tawnyroberts Re: Deportowani na nieludzką ziemię (Syberię) 27.02.13, 14:00

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka