Dodaj do ulubionych

Czy wolno wszystko?

IP: proxy / *.nll.se 18.11.02, 12:54
Dziekuje p. Piotrowi Zarebie za Ta refleksje. Wlasnie brak
troski rzadzacych o wartosci duchowe i ochrone symboli waznych
a czesto bardzo drogich, zazwyczaj milczacej wiekszosci Polakow
doprowadza do coraz wiekszego poparcia dla LPR, Samoobrony i
Radia Maryja. Klopoty gospodarcze kraju sa tutaj prawdopodobnie
mniejszym problemem. Symbole narodowe i religijne sa w Polsce
podobnie jak i w innych krajach jednymi z absolutnie
najwazniejszych fundamentow, na ktorym jest zbudowane samo
panstwo. Symbole spelniaja tez funkcje spoiwa, ktore decyduje,
ze mozemy mowic o narodzie polskim ale tez i jakimkolwiek innym.
Zapominanie o tym prowadzi z a w s z e do upadku najpierw
kultury w panstwie a w koncu i do upadku samego panstwa.
Wystarczy przesledzic historie upadku wielkich cywilizacji ale
tez i pojedynczych panstw. Regula jest wszedzie ta sama:
najpierw upadaja symbole a to z kolei doprowadza do degeneracji
kultury. Pozniej dochodza inne czynniki, zazwyczaj zewnetrzne,
ktore doprowadzaja do ostatecznego upadku slabego organizmu
panstwowego, nie potrafiacego sie zmobilizowac do walki z
przeciwnosciami, ktore wczesniej czy pozniej sie pojawiaja.
Wejscie do UE, ktore jest wielka szansa dla naszego kraju, wiaze
sie scisle z tym co pisze wyzej. Mam nadzieje, ze w 2004
bedziemy w Europie. Akcesja jest niezwykla szansa dla Polski. Sa
jednak wyzwania!!! Zadaniem o kardynalnym znaczeniu dla
rzdzacych w Polsce oraz dla nas wszystkich jest, zebysmy weszli
tam nie tylko na warunkach stawianych przez Europe. Przez
Europe, ktora prwdopodobnie znajdzie sie w (za wiele z
perspektywy jednego zycia a niewiele z punktu widzenia historii
lat), kryzysie cywilizacyjnym prowadzacym do jej upadku.
Oczywiscie jezeli przyczyny tego stanu rzeczy nie zostana w pore
usuniete.
Polska musi bronic w swoim interesie zasad, ktore stoja
u podstaw jej powstania i przetrwania. Wejscie do Europy
i swiata zachodu z pewnoscia w krotkim czasie podniesie nasz
kraj na inny, wyzszy poziom kultury materialnej a moze
tez i duchowej, jazeli bedziemy potrafili brac od Europy co
dobre i co jest dobre w polskiej kulturze zachowac. Jezeli
bedzie inaczej i rzadzacy nami kompletnie o tym zapomna, to
prawdopodobnie wejdziemy do Europy z prezydentem Lepperem i byc
moze premierem Gietrychem a za kilkaset lat, albo i wczesniej,
na fundamentach Europy stanie prezna wspolnota muzulmanska.
To co pisze nie ma zwiazku z brakiem tolerancji dla innych, ma
natomiast scisly zwiazek z brakiem k u l t u r y i milczaca
zgoda na destrukcyjne ponizanie symboli a tym samym ludzi, dla
ktorych sa one niezwykle wazne. Ludzi, ktorzy sa podstawa
trwalosci panstwa.
Pozdrowienia dla p. Zaremby
Andrzej

Obserwuj wątek
    • Gość: Jasio Re: Czy wolno wszystko? IP: *.zapora / 126.56.12.* 18.11.02, 13:39
      Nie jestem zwolennikiem LPR ani SLD ale nie podoba mi się
      wszystko co robią pseudoartyści. Skandal dźwignią handlu w
      ich "artystycznych" duszach. Jeżeli posuwają się za daleko, jak
      we wspomnianym przypadku, to powinni odpowiadać przed sądem.
      Karą winno być sprzątanie ulic (może być artystyczne)- myslę, że
      dałoby to trochę do myślenia artystom miernotom.
    • Gość: Helena Re: Fatwa LPR IP: *.kw.bbc.co.uk / 10.141.19.* / 132.185.134.* 18.11.02, 15:12
      Czyli, ze słuszna byla ta fatwah na Rushdiego, co?
      Z drugiej strony prokuratura uznala, że porownanie Gwiazdy
      Dawida do swastyki przez ksiedza Jankowskiego, to czyn o
      znikomej szkodliwosci społecznej. Wiec niech mi kto wytlomaczy,
      please..
      • Gość: Andrzej Re: Fatwa LPR IP: proxy / *.nll.se 18.11.02, 16:04
        Ksiazka Rushdiego jak i porownanie uzyte przez ks. Jankowskiego
        jest czyms zupelnie innym niz problemy, o ktorych pisze p. Piotr
        Zaremba choc na pozor sa to sprawy z tej samej beczki.
        Zrozumienie roznic dla jednych bedzie proste a dla innych nie.
        Jak np: wytlomaczyc roznice kolorow daltoniscie albo niuanse
        muzyki przygluchej osobie? Pomimo, ze zarowno odbior kolorow jak
        i dzwiekow jest sprawa jak najbardziej subiektywna, istnieja
        obiektywne okreslenia: daltonizm i gluchota. Wiekszosc ludzi wie
        co one oznaczaja pomimo, ze ludzie dotknieci tymi schorzeniami
        maga miec duze trudnosci z uswiadomieniem sobie o co naprawde
        chodzi. Najgorsze, ze czesto skomplikowane i wymagajace duzo
        czasu, ktorego nam wszystkim brakuje, tlumaczenia sa z przyczyn
        obiektywnych bezowocne.
        Pozdrowienia
        Andrzej
        • Gość: waldi Re: Fatwa LPR IP: *.wieczysta.krakow.pl 18.11.02, 17:59
          no to mamy powrot do sredniowiecza i bedzie topienie czarownicy
          w 21 wieku w kraju ktory ma sie demokratycznym a w ktorym
          ciemnota z lpr i czesc kleru robi spektakl by nas w ten sposob
          przedstawic w europie. politycy demokraci ludzie swiatli gdzie
          wy jestescie ? kregoslup czlowieka dupa i nogi tez wyobrazaja
          krzyz a posrodku jest odbyt srom u kobiety a u merzczyzny jądra
          ipenis .wszyscy i nawet lpr do przerębli lub do spalenia!!!!!
          • Gość: TomiK Re: Fatwa LPR IP: proxy / 12.149.95.* 18.11.02, 21:21
            Jestem ateista, nie mam nic wspolnego z partiami
            wykorzystujacymi jakakolwiek wiare dla celow politycznych,
            staram sie by inni, sadzac mnie po moich czynach uznali mnie za
            czlowieka tolerancyjnego. Jednoczesnie sieganie po symbole
            religijne i umieszczanie ich w obrazliwym lub wulgarnym
            kontekscie uwazam za zwykle chamstwo podobne do obrzucenia
            kogos "miesem" na ulicy. Za jedno powinno sie byc pociaganym do
            odpowiedzialnosci podobnie jak za drugie. Nazwij to nawet fatwa
            jesli tak sobie zyczysz, fatwa w imieniu dobrego wychowania i
            szacunku dla godnosci innych.
      • Gość: xxx Re: Fatwa LPR IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl 18.11.02, 18:20
        kwestja jest prosta, "artystka" chciała tanim kosztem zrobić wkolo siebie dużo
        szumu. Wiadomo, że w Polska jest krajem katolickim i jak się coś takiego
        wystawi to oburzenie pewnej części społeczeństwa i co za tym idzie medialny
        szum będzie ogromny. Argumentem za tym jest także to, że później sama artystka
        nie potrafiła za bardzo wyjaśnić o co jej chodziło. Gdyby ta pani była taka
        odważna to może potraktowałaby w ten sposób znak religii muzeuzańskiej ? A co
        byłoby gdyby zrobiła to z jakimś znakiem firmowym np. Nike (jej wnuki ni
        wypłaciłyby się z odszkodowaniem).
        • Gość: rrreee Re: Fatwa LPR IP: *.wieczysta.krakow.pl 18.11.02, 18:51
          za chec rozglosu nikogo nie sadza sie przed sadem .sądy powinny sie zając
          powazniejszymi sprawami a nie rojeniami ludzi lpr ktorzy robia kapital
          polityczny na ciemnogrodzie
          • Gość: xxx Re: Fatwa LPR IP: *.visp.energis.pl 18.11.02, 23:35
            OK tylko
            1. Ktoś kto chce rozglosu nie musi tego robić za publiczne pieniądze (bądź co
            bądź wystawa byla w publicznej galerii, za podatników pieniądze w tym tych
            podatników któży nie życzą sobie takiej "sztuki")
            2. chodziło mi o to, że dzisiaj można dowolnie opluwać symbol religii z którą
            identyfikuje się duża większość tych podatników a nie można tego uczynić z
            dowolnym innym znakiem firmowym (np. Nike) bo za to już grozi proces i wysokie
            odszkodowanie
            3. Naprawdę nigdy nie myślałem, nawet w najczarniejszych koszmarach że będę
            popierał dzałania LPR a tu ....
    • Gość: grzechu Fatwa LPR IP: *.thls.bbc.co.uk / 10.141.19.* / 132.185.136.* 18.11.02, 20:42
      A od kiedy to Podemski (albo Piotr Zaremba) jest krytykiem
      sztuki? Od kiedy ich zdanie w tej mierze znaczy COKOLWIEK?
      • Gość: Jan Głos obywateli i podatników IP: *.hispeed.ch 19.11.02, 01:44
        Gość portalu: grzechu napisał(a):
        > A od kiedy to Podemski (albo Piotr Zaremba) jest krytykiem
        > sztuki? Od kiedy ich zdanie w tej mierze znaczy COKOLWIEK?

        A znaczy, bo są obywatelami i podatnikami.
        Wiem, że współczesną sztukę i muzykę jest czasem trudno zrozumieć i nie powinno
        być referendum, czy grać (i finansować) Lutosławskiego. Ale nie podoba mi się
        robienie z artystów nietykalnego zakonu, który może wcisnąć innym WSZYSTKO i
        wszystko z nich wycisnąć bez żadnej odpowiedzialności

        Jak fizycy chcą zbudować akcelerator cząstek, to politycy im czasem mówią, że
        nie ma na to pieniędzy. Fizyków skręca (jak w przypadku przerwania budowy
        supercollidera w Teksasie), ale nie mówią o paleniu czarownic i nie porównują
        się do Galileusza, a Clintona do Papieża Barberini (Urbana VIII - zbieżność z
        Jerzym U. przypadkowa). Po prostu reszta społeczeństwa ma też coś do
        powiedzenia.

        I jeszcze:
        > Re: Fatwa LPR adres: *.wieczysta.krakow.pl
        > Gość: waldi 18-11-2002 17:59
        > no to mamy powrot do sredniowiecza i bedzie topienie czarownicy

        Już miałem ochotę na stworzenie dzieła sztuki z Waldim w roli głównej, ale
        niech tam...
    • Gość: igstr Re: Czy wolno wszystko? IP: *.nik.gov.pl / 212.160.156.* 19.11.02, 12:43
      Dla mnie ukrzyżowane genitalia mają więcej wspólnego z
      malowaniem na ścianie gwiazdy Dawida na szubiennicy, niż z
      rzeźbami Michała Anioła czy Mistrzem i Małgorzatą. Kontekst
      filmu z siłowni niewiele tu zmienia, raczej ukazuje płytkość
      całego konceptu. Podobnie jak te butelki instalacja miała przede
      wszystkim obrazić i zaszokować, a nie przekazać ludziom jakąś
      wartościową myśl czy emocję. Jest w tym jakaś niezdrowa
      nachalność przed którą ludzie mają prawo się bronić, tak jak
      przed rozlegniżowanymi panienkami na bilbordach. Ale to jest
      moje zdanie, a decyzję podejmie sąd. Mam nadzieję, że na
      podstawie obiektywnej oceny czy mamy doczynienia z dziełem
      sztuki czy dętą prowokacją. A nie na podstawie medialnej nagonki.
    • Gość: Adam Re: Czy wolno wszystko? IP: *.fas.harvard.edu 21.11.02, 07:15
      Czytajac wiele wypowiedzi na tyn forum musze stweirdzic ze
      powinno sie w Poslce wprowadzic prawo obrazy zdrowego rozsadku.
      Bo w koncu:

      1. Fundamentem naszego panstwa jest rozsadek a nie wiara
      2. Podatnicy nie powinni finansowac durnoty, w tym przypadku
      tego rodzaju procesow. Jest to bardziej szkodliwe niz
      finansowanie nawet kiepskiej sztuki.

      A tak na koniec, sztuka ma prowokowac, ma powodowac oburzenie i
      refleksje. To nie penis na krzyzu jest obrazliwy tylko to z czym
      on sie kojarzy roznym dewotom.
      • Gość: Kato Bicie piany. Ile mozna? ---------------- n/t IP: *.chello.pl 21.11.02, 10:06
        • Gość: marcy skandal do czasu IP: *.79.41.168.adsl.vbr.worldonline.dk 22.11.02, 15:59
          I to sie kiedys znudzi. Artysci bez talentu i pomyslu musza sie
          chwytac wszystkiego, co lamie jakiekolwiek tabu. Ale nawet
          sranie na scenie przez cieniutkich wokalistow rokowych juz sie
          ludziom przejadlo. Ciesze sie, ze w naszym prowincjonalno-
          naiwnym kraju sa jeszcze jakies tabu.Pani artystka, ktora tego
          nie docenia i probuje za pomoca taniochy zdobyc popularnosc,
          jest plaska, pretensjonalna kretynka. Jej "sztuka" to jedynie
          skandal. Jest w tym cos taniego, a rownoczesnie anachronicznego.
          Zamiast cos powiedziec, obrazajmy, prowokujmy, zarabiajmy...



      • Gość: Marc Re: Czy wolno wszystko? IP: *.tkchopin.pl 23.11.02, 17:51
        Nie rozumię tej burzy o nic, oczywiście na koszt podatnika.
        Nie rozumię też specjalnie o jakie to wartości chrześcijańskie
        chodzi?
        Czyżby o te, które na polecenie papieża Leona III przez
        kilkadziesiąt lat wycięto w pień ludność Langwenocji i
        zniszczono kulture katarską?
        A kolonizacja Ameryki, gdzie śmierć była codziennością, to tez
        wartości chrześcijańskie?
        O świętej Inkwyzycji już nie wspomnę.
        Bo jezeli chodzi o symbole tej samej wiary, która przez ostatnie
        2 tysiące lat nawracała ogniem i mieczem niewinne społeczeństwa
        to chyba przyszedł już czas, ażeby oddać te krzywdy.
        Czas na stosy dla katolików!

        Sztuka niech zostanie wolna, Michała Anioła także powinniśmy
        postawić przed sądem, ale na to jeszcze Wojtyła nie wpadł.

        Widać, że jeszcze dużo ciekawych rzeczy nas czeka.
        Niech każdy zajmie się tym do czego jest stworzony, do pracy na
        rzecz Ojczyzny - jednej dla wszystkich ,szacunku do innych i
        wychowaniu dzieci w torerancji i akceptowania pogladów innych!
        • Gość: DSD Re: Czy wolno wszystko? IP: 212.33.88.* 23.11.02, 18:27
          > Sztuka niech zostanie wolna, Michała Anioła także powinniśmy
          > postawić przed sądem, ale na to jeszcze Wojtyła nie wpadł.

          Bo nie wypadaloby - mecenasem Michala Aniola byl papiez Juliusz II...

    • Gość: Bartek Kozłowski b.kozlov1@wp. Obraza wolności słowa IP: *.acn.waw.pl 23.11.02, 19:48
      Czy prawo powinno zrezygnować z ochrony Boga lub Matki Boskiej -
      skoro chroni przcież dobre imię ludzi? Czy istnieje jednak
      rzeczywista analogia pomiędzy istniejącymi zarówno w kodeksie
      karnym, jak i cywilnym przepisami, pozwalającymi ludziom
      reagować na drodze sądowej na pomówienia i oszczerstwa, a
      przepisem kodeksu karnego dotyczącym przestępstwa "obrazy uczuć
      religijnych"? Czy ratio legis, stojące u podstawy tych
      pierwszych, uzasadnia też istnienie drugiego - jak sugeruje to
      Piotr Zaremba?

      Odnosząc się do tak sformułowanego pytania, warto na wstępie
      zauważyć kilka rzeczy. Po pierwsze, jest niewątpliwą prawdą, ze
      istnienie przepisów skierowanych przeciwko pomówieniom i
      oszczerstwom jest jednym z powszechnie uznanych ograniczeń
      wolności słowa. Nawet najbardziej zagorzali obrońcy swobody
      wypowiedzi - do których się zresztą zaliczam, nie posuwają się
      do twierdzenia, ze prawo powinno po prostu tolerować
      wypowiedzi, których treścią jest pomówienie innego człowieka o
      popełnienie przestępstwa lub inne postępowanie albo
      właściwości, które - gdyby były w jego przypadku prawdziwe,
      narażają go na hańbę, potępienie, lub utratę zasłużonego
      zaufania w oczach innych. Spory, rzecz jasna dotyczą tego,
      gdzie i w jaki sposób prawo powinno wyznaczać granice miedzy
      prawem do wolności wypowiedzi jednej osoby, a prawem do ochrony
      dobrego imienia innej. Czy ciężar dowodu prawdy - albo
      fałszywości zniesławiającego twierdzenia winien leżeć po
      stronie autora inkryminowanej wypowiedzi - czy tez należy
      obarczyć nim oskarżyciela (którym w sprawie o zniesławienie
      jest na ogół osoba poszkodowana)? Czy twierdzenia obiektywnie
      fałszywe - lecz wypowiadane lub publikowane w przekonaniu o ich
      prawdziwości powinny stanowić przesłankę odpowiedzialności
      cywilnej lub karnej w sprawie o zniesławienie? Jak duży
      powinien być stopień niedbalstwa, jeśli chodzi o sprawdzenie
      prawdziwości stawianego komuś publicznie zarzutu, aby
      pociągnięcie jego autora do odpowiedzialności za zniesławienie
      było usprawiedliwione? Czy - wreszcie, za wystarczającą reakcję
      na pomówienie lub oszczerstwo należałoby uznać sankcje
      przewidziane w prawie cywilnym (sprostowanie, przeprosiny,
      wyplata odszkodowania ze strony autora zniesławiającej
      wypowiedzi) - czy tez uzasadnione jest w tych przypadkach
      sięganie po prawo karne - z kara więzienia włącznie? To tylko
      niektóre (choć najbardziej klasyczne) dylematy związane z
      problemem wolności wypowiedzi z jednej strony, a ochrona czci i
      dobrego imienia jednostki z drugiej. Odpowiedzi na tego rodzaju
      pytania są niezmiernie istotne, jeśli chodzi o zakreślenie
      granic swobody wypowiedzi, lecz w kontekście postawionego
      powyżej pytania czymś wystarczającym jest stwierdzenie, ze
      istnienie w systemie prawnym przepisów pozwalających
      konkretnemu człowiekowi wystąpić na drogę sądową przeciwko
      autorowi zniesławiającej go wypowiedzi jest - generalnie rzecz
      biorąc, bez wchodzenia w szczegóły, rzeczą uzasadnioną.
      Przepisy o zniesławieniu istnieją nawet w najbardziej
      liberalnym, jeśli chodzi o stosunek do wolności wypowiedzi,
      systemie prawnym, jaki istnieje w USA. Wprawdzie amerykański
      Sąd Najwyższy w sposób bardzo poważny ograniczył zakres praw
      przeciwko zniesławieniom, jeśli chodzi o wypowiedzi dotyczące
      urzędników i "osób publicznych" (Sąd Najwyższy USA uznał, ze
      urzędnik państwowy lub osoba publiczna może wygrać proces o
      zniesławienie tylko wówczas, gdy udowodni, ze autor (lub osoba
      odpowiedzialna za publikacje) zniesławiającego twierdzenia miał
      świadomość jego fałszywości lub co najmniej godził się z tym,
      że wypowiadany lub publikowany przez niego zarzut może być
      fałszywy, lecz nawet w amerykańskim systemie prawnym przepisy o
      zniesławieniu uznawane są za uzasadniony wyjątek od generalnej
      zasady wolności słowa, chronionej w USA na podstawie I poprawki
      do konstytucji.

      Jednak, o ile faktycznie można stwierdzić, że istnienie
      przepisów chroniących dobre imię żywych ludzi jest - generalnie
      rzecz biorąc, powszechnie istniejącym i ogólnie akceptowanym
      wyjątkiem od zasady wolności słowa, to w żadnym wypadku nie da
      się tego powiedzieć o przepisach chroniących dobre imię
      zmarłych. W polskim prawie nie ma przepisów chroniących osoby
      nieżyjące przed pomówieniem, oszczerstwem lub zniewagą.
      Pomówienie osoby zmarłej może stanowić przesłankę
      odpowiedzialności prawnej tylko wówczas, gdyby stanowiło
      jednocześnie pomówienie osoby aktualnie żyjącej - lecz nie jest
      zakazane jako takie. Przepis przewidujący karę za obrazę
      pamięci osoby zmarłej istnieje natomiast w Niemczech - i na
      jego właśnie podstawie ścigane były swego czasu (do uchwalenia
      w 1994 r. nowelizacji kodeksu karnego, wprowadzającej karę do 5
      lat wiezienia za "aprobowanie, negowanie lub umniejszanie"
      ludobójstwa popełnionego pod rządami Hitlera) wypowiedzi
      negujące lub umniejszające zagładę Żydów w okresie II wojny
      światowej (czyli tzw. „kłamstwo oświęcimskie”). Lecz,
      generalnie rzecz biorą, ochrona przez prawo dobrego imienia
      zmarłych jest anomalią a nie regułą i nie może być (w
      przeciwieństwie do ochrony dobrego imienia żywych) uznana za
      powszechnie akceptowane ograniczenie wolności słowa. Krótko
      mówiąc, powoływanie się na prawną ochronę dobrego imienia
      zmarłych stanowi kiepski argument w dyskusji na temat
      zasadności istnienia w systemie prawnym przepisów chroniących
      przed obraźliwymi wypowiedziami Boga, Matkę Boską, Świętych itd.

      Czy argument taki stanowi jednak - jak sugeruje to Piotr
      Zaremba, istnienie w systemie prawnym takich przepisów, jak np.
      przepisy skierowane przeciwko oszczerstwom i zniesławieniom?
      Czy racje uzasadniające prawną ochronę dobrego imienia ludzi
      stanowią także odpowiednie uzasadnienie prawnej ochrony dobrego
      imienia Boga, Matki Boskiej, itd.? Aby ocenić tą kwestie,
      należy wpierw przyjrzeć się temu, jakie racje stoją u podstaw
      istnienia w systemie prawnym przepisów dających ludziom prawo
      do sądowej ochrony dobrego imienia. Racje te, jak sądzę, dobrze
      przestawia art. 212 & 1 obowiązującego w Polsce kodeksu
      karnego, definiujący przestępstwo zniesławienia. Według tego
      przepisu, karze za zniesławienie podlega ten "kto pomawia inna
      osobę (a także grupę osób, instytucje, osobę prawna lub
      jednostkę organizacyjna nie mającą osobowości prawnej) o takie
      postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii
      publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla
      danego stanowiska, zawodu, lub rodzaju działalności". W świetle
      tego sformułowania cel przepisu o zniesławieniu jest jasny:
      jest nim zapewnienie ludziom prawa do ochrony reputacji, jaka
      cieszą się oni w oczach innych. Zniesławienie jest karalne
      dlatego, ze naraża człowieka, którego się tyczy, na poniżenie w
      oczach innych, lub utratę zaufania potrzebnego dla określonej
      działalności, zawodu lub pełnienia stanowiska - a nie dlatego,
      ze obraża ono czyjeś subiektywne uczucia - w tym uczucia osoby,
      której bezpośrednio się tyczy.

      W świetle powyższego stwierdzenia oczywiste jest, że racje
      uzasadniające ochronę prawną dobrego imienia ludzi nie są
      odpowiednią przesłanka prawnej ochrony Boga, Matki Boskiej itd.
      Sama już myśl, że prawo powinno chronić Boga, lub Matkę Boską
      przed "narażeniem na poniżenie w opinii publicznej lub utratę
      zaufania potrzebnego dla danego stanowiska...(Boga)" itp.
      byłaby niedorzecznością. Panu Bogu - inaczej niż ludziom -
      zaszkodzić nie można (wprawdzie w czasie spowiedzi mówi
      się "obraziłem Pana Boga", lecz jest to chyba jednak pewna
      przenośnia). Prawna ochrona Boga - jako takiego - w oczywisty
      sposób kłóciła by się też z jedną z podstawowych zasad
      demokracji, jaka jest zasada neutralności religijnej i
      światopoglądowej państwa. Zasada ta oznacza w pierwszym rzędzie
      to, że państwo, jako takie, nie wypowiada się na temat
      istnienia lub nie istnienia Boga, lub rzeczywistości
      nad
    • Gość: Bartek Kozłowski Re: Czy wolno wszystko? IP: *.acn.waw.pl 23.11.02, 19:56
      nadprzyrodzonej w ogóle. To, czy ludzie wierzą - lub nie wierzą
      w Boga (lub inne siły nadprzyrodzone) musi być traktowane przez
      państwo jako ich prywatna sprawa, a jedyną rolą państwa jest w
      tym zakresie zagwarantowanie im prawa do swobodnego uprawiania
      kultu i wyrażania swoich przekonań w powyższej kwestii.
      Oczywiście, prawo to nie może być po prostu nieograniczone
      (nikt nie twierdzi przecież, że "wolność praktyk religijnych"
      może usprawiedliwiać np. - znane skądinąd z pewnych religii
      składanie ofiar z ludzi), lecz ograniczenia tego prawa wynikać
      musza z przesłanek neutralnych wobec jakiejkolwiek konkretnej
      religii, lub zjawiska religii jako takiej w ogóle. Prawna
      ochrona Boga musiałaby opierać się na formalnym uznaniu przez
      państwo tego, że Bóg rzeczywiście istnieje - a tego ze
      wspomnianą powyżej zasadą neutralności religijnej państwa
      pogodzić się po prostu nie da. Jeśli w systemie prawnym
      istniałby jakiś przepis, którego przedmiotem ochrony byłby Pan
      Bóg, oznaczałoby to, że żyjemy - zarówno w praktycznym, jak i
      całkiem formalnym znaczeniu tego pojęcia, w państwie
      wyznaniowym.

      Jednak, jak się zdaje, celem istnienia przepisu, na podstawie
      którego oskarżona została Dorota Nieznalska, nie jest ochrona
      Boga przed obrazą czy znieważeniem jaka taka, lecz ochrona
      ludzi przed zranieniem ich uczuć związanych z wiarą w Boga (a
      także Matkę Boską, Świętych) - lub w przypadku wyznawców innych
      niż chrześcijańskie religii z wiarą w Proroka Mahometa, Buddę
      itd. Artykuł 196 k.k. w oparciu o który Nieznalska jest
      sądzona sformułowany jest następująco: "Kto obraża uczucia
      religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci
      religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania
      obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia
      wolności albo pozbawienia wolności do lat 2".

      W świetle zawartego w tym przepisie sformułowania (a także po
      prostu zdrowego rozsądku), czymś oczywistym jest to, ze
      analogia miedzy przepisami o zniesławieniu a przepisem o
      obrazie uczuć religijnych jest analogia fałszywą. Przesłanki na
      jakich opierają się te pierwsze nie są żadnym uzasadnieniem
      drugiego.

      Jeśli więc szukamy analogii między przepisem o ochronie uczuć
      religijnych a innymi ograniczeniami wolności słowa, to musimy
      odwołać się do innych przykładów, niż przepisy o zniesławieniu.
      Lepsza, niż w przypadku przepisów o zniesławieniu występuje tu
      moim zdaniem w przypadku przestępstwa zniewagi. O ile bowiem
      zniesławienie jest ścigane przez prawo dlatego, że naraża ono
      człowieka, którego się tyczy na utratę dobrego imienia w oczach
      innych, to zniewaga jest, jak ujmują to niektórzy komentatorzy
      kodeksu karnego „przestępstwem przeciwko subiektywnemu poczuciu
      godności człowieka jako jednostki ludzkiej”. Inaczej mówiąc,
      zasadniczym ratio legis, jakie stoi u podstaw istnienia w
      kodeksie karnym przepisu przewidującego karę za "zniewagę" jest
      ochrona przed psychiczną i moralną krzywdą, jaką zniewaga może
      wyrządzić osobie, której się tyczy (w odróżnieniu od
      zniesławienia, które ściganie jest z tego powodu, że naraża
      daną osobę na poniżenie w opinii innych - nie jej własnej).
      Jednak, również w tym przypadku miałbym wątpliwości. O ile
      bowiem uważam, że w systemie prawnym powinny istnieć przepisy,
      które pozwalały by człowiekowi pokrzywdzonemu w wyniku
      opublikowania na jego temat fałszywych twierdzeń na uzyskanie
      stosownej rekompensaty za wyrządzoną krzywdę od autora
      zniesławiającej wypowiedzi (szczególnie, jeśli zdawał sobie on
      sprawę z ich fałszywości, lub nie podjął starań, jeśli chodzi o
      sprawdzenie prawdziwości lub fałszywości stawianych zarzutów)
      to nie jestem przekonany co do tego, że prawo powinno karać za
      zniewagę. Znieważenie drugiego człowieka jest niewątpliwie
      wyrazem chamstwa i braku kultury, lecz nie jest w wolnym
      społeczeństwie rolą państwa odgrywanie roli arbitra
      elegantiarum. Choć zniewaga może być bez wątpienia czymś
      przykrym, a nawet bolesnym dla dotkniętej nim osoby, to tak
      samo jednak dotkliwe może być dla kogoś odwrócenie się do niego
      plecami, okazanie postawy typu "nie znam cię" - a więc takie
      formy zachowania, które nie zostałyby raczej potraktowane przez
      sąd jako karalna zniewaga (zob. Krzysztof "Critto"
      Sobolewski "Terror i tyrania pozwów o "znieważanie"
      http://www.libertaryzm.prv.pl/). Ponadto, pojęcie "znieważania"
      w prawie karnym jest czymś bardzo elastycznym i podatnym na
      różnego rodzaju subiektywne interpretacje. To, co jest zniewagą
      dla jednego człowieka, nie koniecznie jest nią dla innego.
      Warto też zauważyć, że w amerykańskim systemie prawnym nie ma,
      generalnie rzecz biorąc, czegoś takiego, jak zniewaga w
      rozumieniu art. 216 naszego k.k. Choć swego czasu (w r. 1942)
      amerykański Sąd Najwyższy stwierdził, że I Poprawka do
      Konstytucji nie chroni tzw. "napaści słownych" (fighting
      words)"...które wyrządzają krzywdę (w domyśle - krzywdę
      psychiczną) lub zachęcają do natychmiastowego zakłócenia
      spokoju", to w późniejszym okresie zawęził on zakres tego
      pojęcia i uznał, że ochronie ze strony I poprawki nie podlegają
      wyłącznie obelgi kierowane do przez kogoś do drugiej
      osoby "twarzą w twarz" w sytuacji, gdy obelgi takie mogą
      sprowokować taką osobę do natychmiastowego użycia przemocy
      fizycznej wobec ich autora (zob. m.in. What is the fighting
      words doctrine?
      http://www.freedomforum/org/pacages/first/fightingwords/index.ht
      m). Zaś w słynnym orzeczeniu w sprawie "Hustler Magazine v.
      Jerry Falwell" (1989) (będącym ponikąd jednym z tematów
      wyświetlanego kilka lat temu w polskich kinach
      filmu "Skandalista Larry Flynt") Sąd Najwyższy USA orzekł, że I
      Poprawka wyklucza możliwość przyznania osobie publicznej (lub
      urzędnikowi publicznemu) odszkodowania za "krzywdę emocjonalną"
      wyrządzoną tej osobie na skutek opublikowania obraźliwej
      publikacji na jej temat - chyba, że osoba taka udowodni, że
      autor publikacji wiedział o tym, że publikacja ta stwierdza
      nieprawdziwe fakty na temat takiej osoby, lub wykazał rażące
      niedbalstwo, jeśli chodzi o sprawdzenie prawdziwości lub
      fałszywości takich faktów.

      Lecz jeśli nawet przepis kodeksu karnego o znieważaniu jest
      właściwym i uzasadnionym ograniczeniem wolności słowa, to w
      dalszym ciągu analogia między przestępstwem zniewagi, a
      przestępstwem "obrazy uczuć religijnych" nie jest oczywista. W
      przypadku bowiem przestępstwa zniewagi chodzi o takie
      wypowiedzi (a także ewentualnie gesty i inne zachowania) które
      bezpośrednio tyczą się osoby pokrzywdzonej. W przypadku
      przestępstwa "obrazy uczuć religijnych" chodzi natomiast o
      takie wypowiedzi lub zachowania, które odnoszą się do - jak
      określa to kodeks karny "przedmiotu czci religijnej" - a więc,
      jak podają to uczeni komentatorzy kodeksu karnego, Boga, Matki
      Boskiej, Jezusa, Buddy, Mahometa, lub przedmiotów albo symboli -
      takich jak np. krzyż, monstrancja, itp. - a nie bezpośrednio
      do osoby lub osób pokrzywdzonych.
      Czym innym, na zdrowy rozum, jest wypowiedź, która tyczy się
      kogoś w sposób bezpośredni, czym innym zaś wypowiedź, która -
      choć przykra, tyczy się jednak kogoś (lub czegoś) innego, niż
      pokrzywdzony. Warto w tym miejscu wspomnieć, że amerykański Sąd
      Najwyższy kategorycznie odrzucił możliwość traktowania jako
      niechronionych przez I Poprawkę "napaści słownych" takich
      obelg, wulgaryzmów lub innych obraźliwych wypowiedzi, które nie
      są kierowane do kogoś konkretnie, lecz raczej do jakiejś
      szerszej grupy ludzi lub do nikogo w szczególności. Jak w
      uzasadnieniu głośnej swego czasu decyzji Sądu Najwyższego USA w
      sprawie publicznego palenia flagi amerykańskiej stwierdził jej
      autor, sędzia William Brennan "żaden rozsądny obserwator nie
      mógłby też uznać ... (publicznego palenia flagi jako formy
      antyrządowego protestu)... za bezpośrednią, osobistą
      zniewagę..." (zob. decyzję Sądu Najwyższego USA w sprawie Texas
      v
    • Gość: Bartek Kozłowski Obraza wolności słowa - c.d. IP: *.acn.waw.pl 23.11.02, 20:08
      Texas v. Johnson (1989)
      http://www.riverreporter/com/news/library/491us397.htm) . A
      warto tu zauważyć, że flaga narodowa jest w Stanach
      Zjednoczonych symbolem otaczanym mistyczną, religijną wręcz
      czcią. Jeśli więc publiczne znieważenie (w tym przypadku, w
      formie spalenia) flagi narodowej nie może być uznane za
      bezpośrednią, osobistą zniewagę dla osób będących świadkami
      zbezczeszczenia flagi (choćby nawet faktycznie poczuły się one
      dotknięte takim zachowaniem) to za "bezpośrednią osobistą
      zniewagę" nie można uznać także takiej wypowiedzi (lub
      zachowania) której treścią jest znieważenie Boga, lub "innego
      przedmiotu czci religijnej" - nawet, jeśli ktoś tego rodzaju
      zachowaniem rzeczywiście czuje się obrażony.

      Tak więc, choć analogia między zawartym w kodeksie karnym
      zakazem znieważania innych osób, a zakazem obrażania uczuć
      religijnych poprzez "publiczne znieważenie przedmiotu czci
      religijnej" jest nieco bardziej trafna, niż analogia między
      przepisem o ochronie uczuć religijnych i przepisami o
      zniesławieniu, to w dalszym ciągu analogia ta jest kulawa. Czy
      można zatem znaleźć jakiś przykład ograniczenia wolności słowa,
      w przypadku którego analogia ta była by bardziej oczywista?
      Można by tu, oczywiście, powoływać się na zawarte w kodeksie
      karnym zakazy "publicznego znieważania Narodu lub
      Rzeczypospolitej" (art. 133 k.k.) lub "publicznego znieważania
      grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu przynależności
      narodowościowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej lub z powodu
      bezwyznaniowości (art. 257 k.k.). W tych przypadkach kodeks
      karny przewiduje karę za wypowiedzi, które nie tyczą się
      żadnego człowieka w sposób konkretny (a raczej dotyczą całych
      grup - takich, jak naród, lub jakaś grupa narodowościowa albo
      religijna), warunkiem karalności za takie wypowiedzi nie jest
      też w żadnym wypadku to, by były one bezpośrednio kierowane do
      osób, które czują się nimi pokrzywdzone. Co więcej, w przypadku
      przestępstw określonych w tych właśnie artykułach nie jest
      rzeczą konieczną, by ktokolwiek poczuł się faktycznie obrażony
      zakazanymi przez któryś z tych przepisów wypowiedziami. W
      odróżnieniu od przestępstwa "obrazy uczuć religijnych", którego
      nie po prostu nie ma wówczas, jeśli nie znajdą się jakieś
      (przynajmniej dwie) osoby obrażone "publicznym znieważeniem
      przedmiotu czci religijnej", przestępstwa "publicznego
      znieważenia Narodu lub Rzeczypospolitej" względnie "publicznego
      znieważenia grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu
      przynależności narodowej ...itd." mogą być stwierdzone - i
      ścigane na drodze sądowej nawet wówczas, gdyby nikt nie poczuł
      się dotknięty inkryminowaną wypowiedzią. Analogia między
      wspomnianymi przepisami, a przepisem o "ochronie uczuć
      religijnych" jest faktycznie wyraźna - lecz z drugiej strony,
      powoływanie się na taką analogię jako na uzasadnienie istnienia
      w systemie prawnym przestępstwa "obrazy uczuć religijnych" jest
      dla mnie kłopotliwe. Aby bowiem w taki akurat sposób uzasadniać
      istnienie w kodeksie karnym przestępstwa "obrazy uczuć
      religijnych" musiałbym być najpierw przekonany o zasadności
      karania za "publiczne znieważanie Narodu lub Rzeczypospolitej"
      względnie za "publiczne znieważanie grupy ludności albo
      poszczególnej osoby z powodu przynależności narodowej..." itp. -
      lecz moje zdanie w tej kwestii jest odwrotne. Choć przepisy
      przewidujące odpowiedzialność karną za publiczne wypowiedzi,
      które obrażają lub szkalują określone grupy
      narodowościowe , rasowe, wyznaniowe itp. (lub zachęcają do
      wrogości albo nienawiści wobec takich grup) istnieją w bardzo
      wielu krajach, to nie można uznać, że tego rodzaju zakazy
      wypowiedzi, z jakimi mamy do czynienia we wspomnianych powyżej
      artykułach 133 i 257 k.k. są jakimś powszechnie akceptowanym i
      ogólnie uznanym ograniczeniem wolności słowa - takim, jak np.
      przepisy o zniesławieniu (w przypadku których, jak wspomniałem,
      istnieje bardzo wiele sporów szczegółowych, lecz ich istnienie
      nie jest kontestowane samo w sobie) czy podżeganiu do
      popełnienia przestępstwa (w przypadku których spory dotyczą
      takich kwestii, jak np. czy nieskuteczne podżeganie do
      przestępstwa winno być karalne, jak bliski czasowo i
      przestrzennie musi być związek przyczynowo - skutkowy między
      zachęcaniem do popełnienia przestępstwa a jego faktycznym
      popełnieniem, aby ściganie za podżeganie do przestępstwa było
      uzasadnione, lecz co do istnienia których - jako takich w
      ogóle, nawet najbardziej liberalni prawnicy nie mają
      zastrzeżeń). W Stanach Zjednoczonych jakakolwiek próba
      wprowadzenia takich przepisów zostałaby niechybnie uznana za
      naruszenie I Poprawki do Konstytucji USA. Lecz nawet w tych
      krajach, gdzie przepisy tego rodzaju istnieją i są stosowane
      zasadność ich istnienia i egzekwowania jest przedmiotem
      zażartych nieraz dyskusji.

      Lecz również w przypadku tych przepisów (art. 133 i 257 k.k.)
      analogia między nimi, a przepisem o obrazie uczuć religijnych
      nie jest dla mnie czymś w 100 % oczywistym. Jak już
      wspomniałem, przepisy te zabraniają obraźliwych wypowiedzi na
      temat Państwa, jako takiego, a także całych grup społecznych -
      takich, jak naród, lub jakaś grupa narodowościowa, etniczna,
      religijna, itd. W przypadku tych przepisów można - od biedy -
      twierdzić, że ich celem jest ochrona czci osób będących
      członkami znieważonej grupy. Naruszenie czci konkretnych osób,
      będących członkami znieważonej grupy następuje w przypadku
      wypowiedzi zakazanych przez wspomniane powyżej przypisy w
      sposób pośredni, poprzez implikację: grupa X ma cechę Y,
      Kowalski jest członkiem grupy X, a zatem ma cechę Y. Tego
      rodzaju zniewaga jest czymś na zdrowy rozum o wiele bardziej
      rozmytym i pośrednim - a przez to mniej dotkliwym, niż zniewaga
      bezpośrednio tycząca się danej osoby - i z tego już choćby
      względu ściganie za wypowiedzi, których treścią jest
      znieważenie narodu, państwa, lub jakiejś grupy społecznej
      (narodowej, rasowej. itd. jest dla mnie czymś jeszcze bardziej
      wątpliwym, niż ściganie za znieważanie w ogóle (które, jak
      przypomnę, ścigane jest wyłącznie z oskarżenia prywatnego).
      Lecz jednak w tych przypadkach argumentacja odwołująca się do
      ochrony czci jednostki nie jest czymś po prostu logicznie
      wykluczonym - skoro chodzi o takie wypowiedzi, które, mimo
      wszystko, dotyczą ludzi, a nie "przedmiotów" (wliczając w
      to "przedmioty" w znaczeniu metafizycznym) które tacy lub inni
      ludzie darzą szczególnym szacunkiem. Fakt istnienia w kodeksie
      karnym przepisów zakazujących znieważania Narodu, Państwa, oraz
      niektórych grup społecznych nie może być, moim zdaniem, w
      sposób automatyczny uznany za uzasadnienie istnienia w nim
      także przepisu o ochronie uczuć religijnych.

      Jaki zatem przepis, ograniczający wolność słowa byłby czymś w
      największym stopniu analogicznym do przepisu zakazującego
      obrażania uczuć religijnych? Jak już wcześniej wspomniałem, w
      niemieckim kodeksie karnym istnieje przepis przewidujący
      odpowiedzialność karną za znieważenie pamięci osoby zmarłej.
      Przestępstwo to jest, generalnie rzecz biorąc, ścigane na
      wniosek któregoś z żyjących krewnych zmarłego, którego
      dotyczyła obraźliwa wypowiedź (wyjątek od tej zasady istnieje w
      przypadku, gdy osoba zmarła straciła życie w wyniku ludobójstwa
      dokonanego w okresie III Rzeszy). Jedynym sensownym (co nie
      znaczy przekonującym) uzasadnieniem dla istnienia w systemie
      prawnym przestępstwa "obrazy pamięci osoby zmarłej" może być,
      jak sądzę, to, że znieważenie kogoś, kto już nie żyje, może
      obrazić uczucia tych osób żyjących, którzy wobec takiej osoby
      odczuwają jakiś szczególny szacunek (np. członków rodziny
      zmarłego). Krzywda, jaką znieważenie pamięci osoby zmarłej może
      wyrządzić ludziom, którzy darzą taką osobę szczególnym
      szacunkiem jest w istocie rzeczy bardzo zbliżona do krzywdy,
      jaką znieważenie "przedmiotu czci religijnej" może wyrzą
    • Gość: Bartek Kozłowski Obraza wolności słowa - c.d. IP: *.acn.waw.pl 23.11.02, 20:12
      wyrządzić ludziom darzącym ów "przedmiot" jakąś szczególną
      czcią. Tak więc analogia między przepisem o ochronie pamięci
      osoby zmarłej a zakazem "obrazy uczuć religijnych" jest
      faktycznie czymś niewątpliwym. Jednak, z drugiej strony,
      przepis o ochronie czci zmarłych jest czymś bardzo
      kontrowersyjnym z punktu widzenia wolności słowa - i, jak
      wspomniałem - nie wydaje mi się, by przepisy takie (w
      odróżnieniu od przepisów mających na celu ochronę czci osób
      żywych) były czymś powszechnym (lub nawet względnie częstym) w
      systemach prawnych. Przede wszystkim zaś - żadnego tego rodzaju
      przepisu nie ma w prawie polskim. I z tego choćby względu
      powoływanie się na prawną ochronę czci zmarłych jako na
      argument w dyskusji na temat zasadności istnienia w systemie
      prawnym przestępstwa "obrazy uczuć religijnych" jest, jak
      wspomniałem, argumentem kiepskim.

      Jak zatem widać, powołanie się na istnienie w systemie prawnym
      przepisów chroniących cześć i dobre imię ludzi nie jest
      argumentem uzasadniającym w przekonujący sposób istnienie
      przepisów o bluźnierstwie czy "obrazie uczuć religijnych". Nie
      znaczy to oczywiście, że istnienia w kodeksie karnym takiego
      przepisu, jak art. 196 nie można by usiłować bronić na jakiejś
      innej podstawie. Choć bowiem nie można powiedzieć,
      że "znieważenie przedmiotu czci religijnej" jest (w odróżnieniu
      od np. personalnego pomówienia) czymś zagrażającym dobremu
      imieniu jakiegoś konkretnego człowieka (nikt, jak sądzę, nie
      twierdzi, że zakaz "znieważania przedmiotu czci religijnej może
      być uzasadniony potrzebą ochrony dobrego imienia Pana Boga -
      jako dobra samego w sobie) to z drugiej strony nie jest tak, by
      zachowania i wypowiedzi zakazane przez art. 196 k.k. były po
      prostu czymś moralnie obojętnym i nie wyrządzającym nikomu
      żadnej krzywdy. Nie ulega bowiem wątpliwości, ze bluźniercze
      wypowiedzi i zachowania mogą być dla wielu ludzi czymś bardzo
      nieprzyjemnym, a fakt, że krzywda, jaka takie wypowiedzi lub
      zachowania wyrządzają może być jedynie krzywdą moralną i
      psychiczną nie zmienia faktu, że jest to jednak jakaś krzywda.

      Czy jednak ochrona ludzi przed moralną i psychiczną
      dolegliwością, jaką mogą niektórym ludziom wyrządzić
      bluźniercze zachowania i wypowiedzi powinna być traktowana
      przez prawo jako coś ważniejszego od wolności słowa? Czy
      przyjęcie stanowiska, że ochrona uczuć religijnych jest czymś
      ważniejszym od wolności słowa nie prowadziłoby nas do wniosków,
      jakie mało kto zapewne chciałby w sposób świadomy wyciągnąć?

      Aby zilustrować absurd, jaki musiałby wynikać z przyjęcia
      stanowiska, że ochrona ludzi przed "obrazą uczuć religijnych"
      powinna być traktowana przez prawo jako rzecz ważniejsza od
      ochrony wolności słowa, posłużę się fragmentem Ewangelii według
      św. Mateusza (rozdział 26, wersy 63 do 66): "A najwyższy kapłan
      rzekł do Niego: "Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam:
      Czy ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?" Jezus mu odpowiedział: "Tak,
      Ja Nim jestem. Ale powiadam wam: Odtąd ujrzycie Syna
      Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego, i
      nadchodzącego na obłokach niebieskich". Wtedy najwyższy kapłan
      rozdarł swoje szaty i rzekł: "Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze
      potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam
      się zdaje?". Oni odpowiedzieli: "Winien jest śmierci".

      Rozdarcie szat było według panujących w czasach Jezusa
      obyczajów wyrazem najwyższego oburzenia. To, co Jezus
      powiedział do Arcykapłana było w jego oczach - a także w oczach
      pozostałych członków Wysokiej Rady, największym z możliwych
      bluźnierstw, JAK NJBARDZIEJ zasługującym na najwyższy wymiar
      kary. Jeśli więc uważamy, że "ochrona uczuć religijnych" jest
      czymś, co usprawiedliwia zakaz pewnych wypowiedzi, to - o ile
      tylko kierujemy się pewnymi zasadami, a nie koniunkturalizmem
      jesteśmy w sposób elementarny konsekswentni, zmuszeni bylibyśmy
      uznać, że domaganie się przez Żydów ukarania Jezusa za jego
      wypowiedzi było czymś całkowicie uzasadnionym.

      Warto też zauważyć inne sprawy. Obrońcy istnienia w systemie
      prawnym przepisów tego rodzaju, co art. 196 k.k. argumentują
      niekiedy, że przepisy takie nie zabraniają krytyki religii jako
      takiej, a tym, czego przepisy takie zakazują jest raczej forma
      wypowiedzi niż jej "merytoryczna" treść. Lecz jeśli celem
      istnienia i stosowania przepisów tego rodzaju, co art. 196 k.k.
      jest ochrona uczuć ludzi wierzących przed ich zranieniem, to
      czy jest czymś uzasadnionym zakazywanie tylko takich wypowiedzi
      obrażających uczucia religijne, które wyrażane są w
      znieważającym lub nieprzyzwoitym języku (jak przypomnę,
      przestępstwo "obrazy uczuć religijnych" popełnia według art.
      196 k.k. ten kto "obraża uczucia religijne innych osób,
      znieważając publicznie przedmiot czci religijnej"). Warto w tej
      kwestii zacytować fragment stanowiska brytyjskiej komisji do
      spraw reformy prawa, która w 1985 r. opowiedziała się za
      usunięciem przestępstwa "bluźnierstwa" z brytyjskiego systemu
      prawnego. Jak komisja ta stwierdziła w swoim stanowisku, "jest
      całkiem możliwe, ze poważne dzieło literackie może wywołać
      oburzenie wśród niektórych ludzi i jest w równym stopniu
      możliwe, ze racjonalna dyskusja, jeśli w wystarczająco
      przekonujący sposób przedstawia jakiś niepopularny argument,
      może spowodować gwałtowaną reakcje. Jeśli społeczeństwo miałoby
      ucierpieć na skutek wykazanego braku poszanowania przekonań
      religijnych, to można sugerować, że ucierpiało by ono jeszcze
      bardziej wówczas, gdyby przekonania takie poddane zostały
      destrukcyjnej analizie i krytyce, nawet jeśli taka krytyka lub
      analiza byłaby wyrażona w umiarkowany sposób, gdyż racjonalna
      perswazja jest, ostatecznie rzecz biorąc, czymś znacznie
      bardziej skutecznym, jeśli chodzi o osiągnięcie zamierzonego
      celu, niż atak pozbawiony intelektualnej treści".

      Poza tym, można też postawić pytanie, dlaczego prawo miałoby w
      sposób szczególny chronić uczucia religijne - lecz nie uczucia
      innego rodzaju - np. uczucia estetyczne, artystyczne, uczucia
      związane z wyznawanym światopoglądem (innym niż religijny)
      itd.? Czy obraza tego rodzaju uczuć stanowi mniejszą krzywdę,
      niż obraza uczuć związanych z przekonaniami religijnymi? Czy
      istnieje jakaś na tyle obiektywna różnica między uczuciami
      związanymi z z przekonaniami o charakterze religijnym, a
      uczuciami jakiegokolwiek innego rodzaju (związanymi np. z
      określonymi osobami, ideami, dziełami sztuki itd.), by w
      przekonujący sposób uzasadniało to szczególną ochronę tych
      pierwszych - przy jednoczesnym lekceważeniu przez prawo
      drugich? Jest to dla mnie co najmniej wątpliwe. Ten właśnie
      problem związany z prawną ochroną uczuć religijnych poruszyła
      wspomniana już brytyjska komisja do spraw reformy prawa w swoim
      stanowisku na temat przestępstwa bluźnierstwa. Jak komisja
      stwierdziła m.in. w swoim raporcie "Szacunek dla Boga, można
      argumentować, nie różni się zasadniczo w swoim charakterze od
      szacunku do jakiejkolwiek osoby, wobec której ci, którzy darzą
      ją szacunkiem są niechętni wobec krytycznego spojrzenia.
      Powinno więc z tego wynikać, ze ochrona jaką wyznawcom
      zorganizowanych religii zapewnia prawo o bluźnierstwie powinna
      zostać rozciągnięta w celu ochrony wrażliwości tych, którzy
      mają podobnie bezkrytyczny szacunek dla innej osoby lub
      instytucji - czy to osoby mającej wyjątkową pozycje w umysłach
      znacznej liczby osób - takiej, jak Monarcha, czy do obiektu, na
      którym ogniskują się podobne uczucia - takiego, jak flaga
      narodowa, lub nawet filozof, artysta lub muzyk, którego dzieło
      ma dla pewnych ludzi takie samo duchowe znaczenie, jakie dla
      innych ma religia" (zob. International Commitee For Defence of
      Salman Rushdi And His Publishers"
      http://www.article19.org/docimages/1053.htm). Jak już uprzednio
      wspomniałem, jedną z podstawowych zasad, na których powinno
      opierać się prawo w demokratycznym i szanującym ludzka wolność
    • Gość: Bartek Kozłowski Obraza wolności słowa - c.d. IP: *.acn.waw.pl 23.11.02, 20:15
      i godność państwie winna być zasada religijnej neutralności
      państwa i prawa. Zasada ta, jak stwierdził swego czasu Sąd
      Najwyższy USA oznacza to, że państwo nie może stanowić praw
      skierowanych przeciwko jakiejkolwiek konkretnej religii, lub
      religii jako ogólnemu zjawisku, ani też praw faworyzujących
      pewne religie wobec innych, lub religię jako taką względem nie -
      religii. Przypis karny zapewniający prawną ochronę uczuć
      religijnych - lecz nie uczuć innego rodzaju stanowi klasyczny
      przykład prawa faworyzującego religie wobec nie religii.
      Takiego rozwiązania z zasadą neutralności światopoglądowej
      państwa pogodzić się nie da.

      Lecz inny aspekt przepisu o "obrazie uczuć religijnych" jest
      dla mnie daleko bardziej oburzający niż to, że przepisowi temu
      można zarzucić naruszenie zasady neutralności (czy, jak to mówi
      obowiązująca konstytucja "bezstronności")światopoglądowej
      państwa. Dotychczas rozważałem bowiem problem pt. "ochrona
      uczuć religijnych versus swoboda ekspresji" jako konflikt
      miedzy dwoma jedynie interesami: swobody wypowiedzi mogących
      obrazić czyjeś uczucia religijne z jednej strony, a interesem,
      jaki stanowi ochrona ludzi przed krzywdą, jaką może wyrządzić
      im obraza uczuć religijnych z drugiej. Co jednak z prawami osób
      trzecich - ewentualnych czytelników, widzów, itd., które
      przecież także wchodzą w przypadkach zachowań mogących stanowić
      przesłankę zastosowania art. 196 k.k. w rachubę? Czy z faktu,
      że jakaś książka, jakiś film lub inne dzieło sztuki - takie,
      jak choćby praca Doroty Nieznalskiej obraża uczucia niektórych
      ludzi wynikać powinno to, że wszyscy ludzie powinni być
      pozbawieni prawa do zapoznania się z takim dziełem? Myśl o
      czymś takim jest dla mnie absurdalna, lecz z art. 196 k.k.
      dokładnie coś takiego właśnie wynika. Gdyby określone w
      kodeksie karnym przestępstwo "obrazy uczuć religijnych"
      polegało na tym, ze osoba A kieruje bezpośrednio do osoby B
      wypowiedź (lub pokazuje jej obraz, fotografię, gest, itd.) o
      której wie, że obrazi ona uczucia religijne tej osoby, to
      mógłbym się zgodzić, że zakaz tego rodzaju zachowań nie
      stanowiłby jakiegoś drastycznego ograniczenia swobody
      wypowiedzi. Przede wszystkim - w przypadku takiego
      ujęcia "przestępstwa obrazy uczuć religijnych" nie mielibyśmy
      wspomnianego problemu praw osób trzecich (co nie znaczy, że
      istnienie nawet tak stosunkowo wąsko ujętego
      przestępstwa "obrazy uczuć religijnych" byłoby czymś
      bezproblematycznym z punktu widzenia wolności słowa - jak
      pisałem już wcześniej - z jakiego powodu prawo obowiązujące w
      neutralnym religijnie państwie miałoby wyróżniać uczucia
      religijne spośród wszystkich innych?). Lecz nic takiego nie
      jest jednak koniecznym wymogiem oskarżenia, a następnie
      skazania kogoś za przestępstwo z art. 196 k.k. Nie jest nawet
      konieczne, by osoby "pokrzywdzone" przestępstwem "obrazy uczuć
      religijnych" zetknęły się w ogóle z materiałem, którego treścią
      poczuły się rzekomo dotknięte. W sprawie, jaką wytoczono
      Nieznalskiej nikt z działaczy LPR, uznanych przez prokuraturę
      za "pokrzywdzonych" nie widział jej pracy na własne oczy. Nikt
      z pośród tych ludzi nie był zmuszony do zapoznania się z nią -
      przeciwnie, chcieli się oni zapoznać z nią na siłę, po tym, jak
      praca ta została zdjęta z wystawy. W każdej niemal sprawie
      o "obrazę uczuć religijnych" do prokuratury kierowane są
      zbiorowe listy osób "pokrzywdzonych przestępstwem" - z których
      olbrzymia większość inkryminowanego dzieła (filmu, książki,
      dzieła artystycznego) nigdy nie widziała, lub - co gorsza, nie
      ma zielonego pojęcia o tym, co takie dzieło faktycznie
      przedstawia. I dla prokuratury stwierdzenia takich osób, że
      poczuły się one "obrażone" treścią takiego dzieła są takim
      samym dowodem w sprawie o "obrazę uczuć religijnych" jak
      oświadczenia tych osób, które z dziełem takim faktycznie
      bezpośrednio się zetknęły - i mimo tego nie poczuły się nim
      dotknięte. Jest to po prostu czymś horrendalnym.

      Tak więc, przepis o obrazie uczuć religijnych nie spełnia
      warunku równowagi między ochroną trzech interesów, o których
      wspomniałem powyżej: interesu związanego wolnością wypowiedzi z
      jednej strony, interesu związanego z ochroną uczuć religijnych
      z drugiej i praw ewentualnych odbiorców do zapoznania się z
      tym, co ktoś inny chce im przekazać z trzeciej. Ci bowiem,
      których uczucia religijne mogłyby doznać szwanku na skutek
      kontaktu z taka czy inna książką, filmem lub innym "dziełem
      sztuki" mogą chronić je w sposób bardzo prosty: poprzez
      unikanie kontaktu z ekspresją, którą czują się obrażeni. Nikt
      nie jest zmuszony do tego, by czytać książki lub oglądać filmy,
      które obrażają jego uczucia. Odwoływanie się do prawa o
      ochronie uczuć religijnych nie jest tu do niczego potrzebne.
      Lecz, z drugiej strony, wszyscy ci, który z własnej woli
      chcieliby się zapoznać z jakąś książką, jakimś filmem lub innym
      dziełem sztuki mogą być pozbawieni tego prawa tylko z tego
      powodu, ze jacyś ludzie (którzy, jak przypomnę, mogli takiego
      dzieła nie widzieć na oczy) uznali się za "obrażonych" jego
      treścią. "Krzywda" przed jaką chroni ludzi art. 196 k.k. nie
      polega zatem tak bardzo na obrazie uczuć religijnych
      spowodowanej przez bezpośredni kontakt z inkryminowanym
      dziełem, lecz raczej na "obrazie uczuć" wywołanych samą myślą o
      istnieniu takiego dzieła (lub innej formy ekspresji). Trudno
      wyobrazić sobie bardziej klasyczny przykład prawa opartego na
      zwykłej nietolerancji i lekceważeniu praw innych.

      Czymś najgroźniejszym jednak z praktycznego punktu widzenia
      jest w przypadku przestępstwa określonego w art. 196 k.k.
      nieostrość zawartych w przepisie tym pojęć. Jak już wcześniej
      wspomniałem, warunkiem skazania kogoś za przestępstwo "obrazy
      uczuć religijnych" jest to, by jego wypowiedź lub zachowanie
      stanowiły "publiczne znieważenie przedmiotu czci religijnej".
      Czy w świetle powyższego stwierdzenia można uznać, że Dorota
      Nieznalska popełniła zarzucane jej przestępstwo? Czy
      wystawiając publicznie w gdańskiej galerii "Wyspa" swoją pracę
      znieważyła ona przedmiot czci religijnej, jakim niewątpliwie
      jest dla chrześcijan krzyż? To, że posłużyła się ona jakimś
      symbolem krzyża jest bezsporne. Ale czy krzyż, jakiego użyła w
      swej pracy Nieznalska jest takim krzyżem, o którym bez
      większych wątpliwości można powiedzieć, że stanowi on przedmiot
      czci religijnej chrześcijan? Czy każdy przedmiot przypominający
      krzyż spełnia takie kryteria - skoro przedmiot taki może się
      niektórym ludziom kojarzyć z krzyżem będącym głównym symbolem
      chrześcijaństwa? Czy może chodzi tu wyłącznie o tzw. krzyż
      łaciński - na jakim faktycznie umarł Jezus? Pytanie to jest
      istotne z tego powodu, że tylko wówczas, gdyby można było ponad
      wszelką rozsądną wątpliwość stwierdzić, że krzyż użyty w pracy
      Nieznalskiej był przedmiotem kultu religijnego (lub był co do
      swojej formy tożsamy z krzyżem będącym przedmiotem takiego
      kultu) Nieznalska mogła by - zgodnie z ogólną zasadą prawa
      karnego "in dubio pro reo" zostać uznana winną publicznego
      znieważenia przedmiotu czci religijnej i - co za tym idzie,
      obrazy uczuć religijnych innych osób. Czy jednak kryterium to
      zostało w przypadku dzieła Nieznalskiej spełnione? Andrzej
      Osęka twierdzi, ze nie, gdyż krzyż, jakiego użyła w swej pracy
      Nieznalskiej był krzyżem równoramiennym, tzw. "greckim", który,
      jak pisze Osęka, stanowi po prostu pewien uniwersalny symbol
      sacrum - i jest symbolem daleko starszym niż chrześcijaństwo.
      Wiemy też dobrze, że krzyż wiszący w naszych kościołach lub w
      naszych domach ma formę nieco inną (choć na pewno nie całkiem
      inną), niż krzyż w pracy Nieznalskiej. Lecz, z drugiej strony,
      mógłby ktoś stwierdzić, że w polskiej kulturze krzyż -
      niezależnie od swojej szczegółowej formy - jest symbolem
      mającym jednoznaczne konotacje religijne - i, że Nieznalska
      musiała zdawać sobie z tych konotacji sprawę, a przez
    • Gość: Bartek Kozłowski Obraza wolności słowa - c.d. IP: *.acn.waw.pl 23.11.02, 20:20
      to - musiała co najmniej godzić się z tym, że krzyż użyty w jej
      pracy może być odebrany jako przedmiot czci religijnej. Jednak,
      samo użycie w pracy artystycznej symbolu krzyża nie może, z
      oczywistych chyba względów, być uznane za przesłankę do
      zastosowania art. 196 k.k. Aby przepis ten mógł w sprawie
      Nieznalskiej znaleźć zastosowanie konieczne byłoby uznanie, że
      sposób, w jaki wykorzystała ona krzyż w swojej pracy
      (zakładając, dla dobra argumentacji, że faktycznie stanowi on
      przedmiot czci religijnej) stanowił "publiczne znieważenie"
      tego akurat "przedmiotu czci religijnej". Ale czy fakt, że na
      użytym w pracy Nieznalskiej krzyżu znalazła się fotografia
      męskich genitaliów jest równoznaczny ze "znieważeniem" krzyża,
      jako przedmiotu czci religijnej? Jeśli tak - to co byśmy
      powiedzieli o wspomnianych przez Andrzeja Osękę dziełach
      sztuki, takich jak rzeźba Michała Anioła "Zbawiciel
      Zmartwychwstały" lub o renesansowych krucyfiksach? Czy
      wystawienie któregoś z takich dzieł w galerii - lub choćby
      opublikowanie jego kopii w albumie mogłoby skończyć się
      interwencją prokuratora i wyrokiem sądowym za "obrazę uczuć
      religijnych"? Jeśli nie - jak odróżnić przedstawienia będące
      przestępstwem, od takich, które ze "znieważaniem przedmiotu
      czci religijnej" nie mają nic wspólnego? Wracając do kwestii
      pracy Nieznalskiej oczywistą jak dla mnie rzeczą jest to, że
      Nieznalska nie miała zamiaru - poprzez umieszczenie fotografii
      męskich genitaliów na krzyżu - okazać pogardy dla symbolu
      krzyża jako takiego. Raczej - posługując się symbolem krzyża (o
      którym, jak już wspomniałem, można dyskutować, czy stanowi on
      przedmiot czci religijnej, czy jedynie nie związany z żadną
      konkretną religią ogólnikowy symbol sacrum) i naklejoną na nim
      fotografią męskich genitaliów, oraz będącym jego tłem filmem
      ukazującym mężczyznę w trakcie intensywnych ćwiczeń
      kulturystycznych, chciała ona wyszydzić pewien zakorzeniony w
      kulturze stereotyp męskości - stereotyp, któremu wielu mężczyzn
      niewolniczo wręcz ulega. Lecz, z drugiej strony, wcale nie
      jestem pewien, czy warunkiem skazania kogoś za "obrazę uczuć
      religijnych" musi być "dolus directus" - tj. bezpośredni zamiar
      osiągnięcia skutku przestępczego - tj. w przypadku
      przestępstwa "obrazy uczuć religijnych" zamiar
      znieważenia "przedmiotu czci religijnej" i zamiar obrażenia w
      ten sposób uczuć religijnych innych osób (jak, sądzę, zwłaszcza
      drugi z tych zamiarów może być zamiarem czysto wynikowym).
      Zgodnie bowiem z generalną zasadą prawa karnego, sformułowaną w
      art. 9 & 1 k.k. przestępstwo z winy umyślnej (a takim
      przestępstwem jest przestępstwo "obrazy uczuć religijnych")
      zachodzi zarówno wówczas, gdy sprawca chce osiągnąć skutek
      stanowiący znamię czynu zabronionego, jak i wówczas, gdy
      sprawca, przewidując jedyni możliwość tego, że jego działanie
      spowoduje skutek będący znamieniem czynu zabronionego, na
      osiągnięcie takiego skutku zaledwie się godzi. Czy można
      twierdzić, że Nieznalska nie zdawała sobie sprawy z tego, ze
      użyty przez nią krzyż może być odebrany przez niektóre osoby
      jako symbol religijny i że nie godziła się ona z tym, ze
      umieszczenie na tym krzyżu fotografii męskich genitaliów może
      być odebrane przez niektórych ludzi jako znieważenie krzyża?
      Nie chcę tu odpowiadać na tak postawione pytanie - wystarczy
      tylko, ze wspomnę, ze tego rodzaju pytania pojawiają się w
      każdej niemal sprawie o "obrazę uczuć religijnych". W
      Szwajcarii do dziś dnia trwają dyskusje na temat tego, czy
      autor obrazu przedstawiającego ukrzyżowaną nagą kobietę,
      którego w 1961 roku (!) skazano za jego namalowanie na karę
      grzywny w oparciu o przepis bardzo zbliżony do art. 196 naszego
      k.k. rzeczywiście popełnił przestępstwo "obrazy uczuć
      religijnych" (które, w dodatku, jak stwierdza szwajcarski
      kodeks karny, musi być popełnione w "grubiański" sposób). A co
      z kolei powiedzielibyśmy o np. poezji Matki Teresy z Kalkuty -
      w której Jezus nazywany jest m.in. "prostytutka" i "żebrakiem".
      Oczywiście, nie ma wątpliwości co do tego, że Matka Teresa nie
      miała zamiaru znieważać w taki akurat sposób osoby Jezusa. Czy
      jednak w innych przypadkach - podobnych być może przypadkach,
      bylibyśmy pewni tego jaka intencja kryła się za użyciem takich,
      przykładowo, słów? Intencja autora dzieła sztuki rzadko jest
      czymś oczywistym i widocznym na pierwszy rzut oka. Problem
      polega też, jak już sugerowałem, na samym użyciu
      terminu "znieważa" w definicji przestępstwa "obrazy uczuć
      religijnych". "Znieważanie" - jak wspomniałem wcześniej, nie
      należy do pojęć odznaczających się szczególną precyzją. Coś, co
      dla jednego człowieka jest zniewagą, dla innego może być
      zaledwie żartem. Krótko mówiąc, stwierdzenie tego, czy w danym
      wypadku - takim, jak choćby casus pracy Nieznalskiej mamy - czy
      też nie mamy do czynienia z przestępstwem "obrazy uczuć
      religijnych" zależne jest w wielkiej mierze od
      subiektywnego "widzimisię" dokonującej oceny danego przypadku
      osoby. Z drugiej jednak strony, w tzw. państwie prawa, za jakie
      rzekomo uważa się Polska, rzeczą oczywistą powinno być to, że
      takie prawo, którego zastosowanie opiera się na "widzimisię"
      konkretnego prokuratora lub sędziego jest, w istocie rzeczy,
      zaprzeczeniem samej idei prawa.

      Tak więc, jestem zdania, że przepis o "obrazie uczuć
      religijnych powinien zostać usunięty z kodeksu karnego". Czy
      wynika z tego, ze "wszystko wolno"? Oczywiście, nie - jak już
      bowiem wspomniałem, pewne ograniczenia wolności słowa, takie,
      jak choćby przepisy pozwalające ludziom dotkniętym pomówieniem
      czy oszczerstwem na domaganie się na drodze cywilnoprawnej
      odszkodowania lub przeprosin od człowieka, który swoja
      wypowiedzią wyrządził im krzywdę, mogą - o ile tylko wchodzące
      w takich przypadkach w grę różne interesy są odpowiednio i
      sprawiedliwie wyważone przez prawo, być całkowicie uzasadnione.

      Co jednak z przepisami podobnymi do przepisu o ochronie uczuć
      religijnych - takimi, jak choćby przepis o zakazie wzniecania
      nienawiści rasowej i narodowej? - pyta Piotr Zaremba. Czy jeśli
      usuniemy z kodeksu karnego przepis o ochronie uczuć
      religijnych, to czy również ten drugi powinien zniknąć z
      systemu prawnego? Odnosząc się do tak sformułowanego pytania,
      chciałbym na wstępie zauważyć, że Piotr Zaremba przekręca nieco
      w tym przypadku zawarte w obowiązującym kodeksie karnym
      sformułowanie. Nie ma bowiem w polskim prawie przestępstwa
      polegającego na "wzniecaniu nienawiści". Jest w nim natomiast
      przepis (art. 256 k.k.) przewidujący karę grzywny, ograniczenia
      wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 za "publiczne
      nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych,
      etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na
      bezwyznaniowość" (ten sam przepis przewiduje również karę
      za "publiczne propagowanie faszystowskiego lub innego
      totalitarnego ustroju państwa"). Jednak to, czy "nawoływanie do
      nienawiści" rzeczywiście wznieca w danym przypadku nienawiść -
      lub ma choćby realną szansę na wywołanie takiej nienawiści jest
      z prawnego punktu widzenia rzeczą całkowicie obojętną. Żadne -
      posługując się terminologią zaczerpniętą z amerykańskiego
      orzecznictwa sądowego w kwestii granic wolności
      słowa "bezpośrednie i wyraźne niebezpieczeństwo" nie jest
      koniecznym warunkiem osądzenia kogoś i skazania za "nawoływanie
      do nienawiści". Z tego już choćby względu taki zakaz wypowiedzi
      jest moim zdaniem czymś bardzo wątpliwym z punktu widzenia
      wolności słowa. Przepisowi o "nawoływaniu do nienawiści" można
      też zarzucić to samo, co przepisowi o "obrazie uczuć
      religijnych", a mianowicie to, że zawarte w nim pojęcia są
      wybitnie nieostre i podatne na subiektywne interpretacje. W
      świetle doświadczeń innych krajów, w których przepisy takie,
      jak art. 256, względnie wspomniany tu wcześniej art. 257 k.k.
      istnieją i są rzeczywiście egzekwowane można mieć też
      zasadniczą wą
    • Gość: Bartek Kozłowski Obraza wolności słowa - c.d. IP: *.acn.waw.pl 23.11.02, 20:23
      wątpliwość, czy przepisy takie są odpowiednim i skutecznym
      narzędziem walki z takimi zjawiskami społecznymi, jak np.
      dyskryminacja czy przemoc na tle narodowościowym rasowym lub
      religijnym. Jak David Little z amerykańskiego Instytutu Pokoju
      pisał w swoim eseju "Tolerance, Equal Freedom and Peace"
      (http://www.usip.org/research/rehr/equalfree.html), poświęconym
      problemowi karalności - lub prawnej tolerancji dla "hate
      speech" "doświadczenia Anglii i Niemiec, gdzie rasistowskie
      wypowiedzi od dawna są zakazane dowodzą tego, że zakazy takich
      wypowiedzi nie zapobiegną nienawistnym inwektywom, rozwojowi
      rasistowskich organizacji lub - co ważniejsze przestępstwom z
      nienawiści. W Anglii, po 25 latach, prawa
      kryminalizujące "podżeganie do nienawiści rasowej" wywarły mały
      wpływ na Front Narodowy i inne neonazistowskie grupy. Podobnie,
      choć prawa, jakie obowiązują w Niemczech przyczyniły się do
      zredukowania lub rozwiązania niektórych rasistowskich grup, to
      w oczywisty sposób nie powstrzymały one rozwoju ruchu
      skinheadów lub niedawnych, brutalnych przestępstw przeciwko
      imigrantom. Jedną z możliwych tego przyczyn jest, oczywiście,
      to, że publiczne oskarżenia i inne represje skierowane
      przeciwko rasistowskim grupom mogą przydawać im widzialności i
      czynić je czymś atrakcyjnym jako "zakazany owoc", i zwiększać w
      ten sposób ich zdolność do rekrutowania nowych członków".
      Wniosek, że przepisy w stylu art. 256 lub 257 naszego k.k. nie
      są odpowiednim narzędziem rozwiązywania zjawiska rasizmu i
      nietolerancji religijnej wyciągnięty został również w
      opublikowanym w 1992 r. przez międzynarodową organizację
      ochrony praw człowieka Humane Right Watch raporcie pt. "Hate
      speech and freedom of expression". W raporcie tym, opartym na
      analizie doświadczeń całego szeregu krajów z przepisami
      prawnymi skierowanymi przeciwko rasistowskim wypowiedziom, HRW
      opowiedziała się przeciwko wszelkim restrykcjom prawnym
      wobec "hate speech" - poza tymi, marginalnymi zakazami, które
      amerykańskie orzecznictwo sądowe uznaje za zgodne z I Poprawką
      do Konstytucji (tj. zakazami, dotyczącymi takich wypowiedzi,
      jak np. intencjonalne podburzanie do natychmiastowych aktów
      przemocy w sytuacji, gdy podburzanie takie
      stwarza "bezpośrednie i wyraźne niebezpieczeństwo" spowodowania
      takich czynów, czy werbalne prześladowanie lub zastraszanie
      określonych osób. HRW przedstawiła swoje stanowisko w
      sprawie "hate speech" w sposób następujący "Humane Rights Watch
      usiłuje w swojej polityce zastosować zasady wolności słowa w
      kontekście walki z dyskryminacją w sposób wykazujący szacunek
      dla obu tych pryncypiów, uważając, że są one wzajemnie
      uzupełniające się, a nie przeciwstawne. Choć zdajemy sobie
      sprawę z tego, że polityka ta jest bardziej zbliżona do
      podejścia prawnego, jakie przyjęte jest w Ameryce, niż do
      podejścia przyjętego w jakimkolwiek innym kraju, to została ona
      jednak osiągnięta po starannej analizie doświadczeń wielu
      innych krajów. Na podstawie tej analizy stało się jasne, że
      mały w praktyce jest związek między drakońskimi prawami
      przeciwko "szerzeniu nienawiści" a zmniejszeniu rasowej i
      etnicznej przemocy lub napięć. Ponadto, większość krajów, które
      wprowadziły przepisy przeciwko "hate speech" ma przed sobą
      daleką drogę do przebycia, jeśli chodzi o wypełnienie
      postanowień Konwencji o Eliminacji Dyskryminacji Rasowej, która
      nakazuje eliminację dyskryminacji z powodu rasy. Jedne z
      najsurowszych praw przeciwko "hate speech" istniały np. w
      Republice Południowej Afryki, gdzie stosowane były niemal
      wyłącznie przeciwko czarnej większości". (zob. m.in. w tej
      kwestii Nadine Strossen "Incitement to hatred: should there be
      a limit?" http://www.law.siu.edu.lawjour/25_2/strossen.pdf)
      Podobne konkluzje wyciągnięte zostały również na
      międzynarodowej konferencji na temat praw przeciwko "mowie
      nienawistnej", jaką zorganizowała w 1991 r. broniąca wolności
      słowa międzynarodowa organizacja Article 19. Większość z
      autorów opracowań na temat doswiadczeń różnych krajów z
      przepisami przeciwko "hate speech", jakie znalazły się w
      wydanej po wspomnianej konferencji książce, której nadany
      został symptomatyczny tytuł "Striking a Balance: Hate Speech,
      Freedom of Expression and Non - Discrimination" stwierdziła, że
      ograniczenia wolności wypowiedzi nie ograniczają takich
      zjawisk, jak przemoc, lub dyskryminacja rasowa, narodowa itp.
      Inni stwierdzili brak konkretnego związku przyczynowo -
      skutkowego między rasistowskimi wypowiedziami, a zjawiskami
      tego rodzaju, co dyskryminacja lub przemoc. (zob. informację na
      stronach http://www.article19.org) Warto też dodać, że, jak
      wskazują doświadczenia różnych krajów (o czym mowa jest we
      wspomnianym raporcie HRW i książce wydanej przez Article 19)
      przepisy skierowane przeciwko "hate speech" stosowane są często
      w sposób odległy od założeń ich zwolenników. W tak
      demokratycznym i cywilizowanym, bądź co bądź kraju, jak Kanada,
      pod istniejący w tamtejszym kodeksie karnym przepis,
      zabraniający "świadomego promowania nienawiści do określonej
      grupy" (definiowanej jako grupa obywateli mających wspólną
      przynależność rasową, kolor skóry, pochodzenie narodowe lub
      wyznanie) usiłowano podciągnąć swego czasu film o więzionym
      wówczas południowoafrykańskim czarnym przywódcy Nelsonie
      Mandeli, a także "Szatańskie Wersety" Salmana Rushdiego. W RPA
      w oparciu o tego rodzaju przepis zakazany został amerykański
      serial o niewolnictwie w USA pt. "Korzenie", gdyż władze
      uznały, że może on pobudzać do nienawiści na tle różnic
      rasowych. Do niesłychanych wręcz nadużyć przepisu o "podżeganiu
      do nienawiści" dochodziło np. w Turcji, gdzie nie tak dawno
      doszło do skazania kogoś na podstawie tego przepisu za użycie
      wyrażenia "kurdyjskie kobiety". Warto więc co najmniej
      zastanowić się nad celowością istnienia takich przepisów, jak
      wspomniane tu art. 256 i 257 k.k. w naszym systemie prawnym.
      (zainteresowanych kwestią "hate speech" odsyłam do mojego
      artykułu "Faszyści do pierdla?" zob.
      http://strony.wp.pl/wp/b.kozlov1/bartlomiej%20kozlowski.htm)

      Tak więc, reasumując moje zdanie kwestii wolności wypowiedzi
      (bo o to chyba chodzi Piotrowi Zarembie - nie przypuszczam
      bowiem, by zadając pytanie "czy wolno wszystko?" miał on na
      myśli wszelkie możliwe rodzaje zachowań) jest takie, że mogę
      się zgodzić co do tego, że wolność ta może podlegać pewnym
      ograniczeniom - ale tylko wówczas, gdy nie ma innej, realnie
      rzecz biorąc, możliwości zapobieżenia szkodzie, jaka mogłaby
      wynikać z korzystania z wolności wypowiedzi, jak ograniczenie,
      w danym przypadku, wolności słowa. Do takich wypowiedzi,
      których powstrzymywanie przez prawo jest uzasadnione zaliczyć
      można wspomniane tu oszczerstwa i pomówienia, groźby użycia
      przemocy wobec innych, czy nawoływanie do zastosowania przemocy
      lub innego przestępstwa w sytuacji, gdy nawoływanie takie
      powoduje bezpośrednie i wyraźne niebezpieczeństwo spowodowania
      takich działań, i nie jest rzeczą realistyczną zapobieżenie
      takim działaniom w sposób inny, niż poprzez zakaz wypowiedzi.
      Nie zgadzam się jednak z tym, że pewne treści powinny być
      zakazane przez prawo z tego względu, że jakaś część - lub nawet
      znakomita większość społeczeństwa odbiera takie treści jako
      głupie, niemoralne czy obraźliwe. Pod tym względem obiema
      rękami podpisuję się pod stwierdzeniem wspomnianego tu sędziego
      Sądu Najwyższego USA Williama Brennana, zawartym w napisanym
      przez niego orzeczeniu w sprawie publicznego palenia flagi
      amerykańskiej: "jeśli jakaś zasada stanowi istotę ..(wolności
      słowa) to jest nią zasada, że władze nie mogą zakazać wyrażania
      jakiegoś poglądu tylko dlatego, że społeczeństwo uznaje ten
      pogląd za obraźliwy lub niemiły". Ludzie, którzy czują się
      dotknięci lub obrażeni jakimiś treściami - czy to "instalacją"
      Nieznalskiej, czy publikacjami o charakterze antysemickim, czy
      wreszc
    • Gość: Bartek Kozłowski Obraza wolności słowa - zak. IP: *.acn.waw.pl 23.11.02, 20:28
      wreszcie pornografią - żeby wymienić tylko niektóre, mają
      święte prawo do tego, by przeciwko takim treścią protestować i
      przekonywać innych, że są one czymś złym i wyrządzającym innym
      ludziom krzywdę. Demonstracja pod kinem, w którym wyświetlany
      jest film, zawierający zdaniem jakichś osób bluźniercze, lub
      inne niedopuszczalne według nich treści jest - o ile tylko nie
      utrudnia się innym ludziom oglądania takiego filmu, takim samym
      korzystaniem z wolności słowa, jak wyświetlanie takiego filmu.
      Poza tym, ludzie, którzy autentycznie czują się dotknięci
      jakimś treściami mogą, jak już wspomniałem, kontaktu z takimi
      treści po prostu unikać. Jest to na ogół bardzo łatwe. Nikt nie
      był zmuszony do tego, by oglądać pracę Doroty Nieznalskiej.
      Nikt nie jest zmuszony do tego, by czytać tygodnik "Nie"
      Jerzego Urbana. Nikt nie musi zapoznawać się z niemiłymi dla
      siebie treściami w Internecie. Lecz, jak pisał swego czasu
      Wojciech Sadurski (odnosząc się do zaproponowanego wówczas
      przepisu, przewidującego karę za "publiczne i wbrew faktom"
      zaprzeczanie zbrodniom nazistowskim i komunistycznym,
      popełnionym na Polakach w okresie od 1 IX 1939 r. do 31 XII
      1989 r." - czyli, popularnie mówiąc, tzw. "kłamstwo
      oświecimskie") "w demokratycznym państwie nikt nie ma
      generalnego prawa do niestykania się z treściami, które go
      oburzają. Możemy starać się omijać tytuły, w których
      prawdopodobne jest, że natkniemy się na treści nam niemiłe, ale
      nie mamy prawa do życia w społeczeństwie, w którym takie
      treści są nieobecne. "Prawo" takie takie przekładałoby się
      bowiem na uprawnienie do zakazu jakiejś wypowiedzi oparte tylko
      na tym, że kogoś ona oburza. Trudno o bardziej oczywiste
      zaprzeczenie istoty wolności słowa. Łatwo natomiast wyobrazić
      sobie, jak żałośnie wąski obszar wolności słowa pozostałby po
      zastosowaniu reguły, że wypowiedzi mogą być zakazane na tej
      tylko podstawie, że ktoś jest nimi oburzony" (zob. Wojciech
      Sadurski "Cenzura pamięci narodowej"
      www.media.org.pl/pp22.htm) . Ci, którzy zażądali
      postawienia Doroty Nieznalskiej przed sądem za wystawioną przez
      nią pracę takiego właśnie, jak wspomniane w przytoczonym
      powyżej fragmencie artykułu Wojciecha Sadurskiego "prawa" dla
      siebie się domagają. Oczywiste jednak chyba jest to, że
      szanujący indywidualne prawa i wolności system prawny nie może
      nikomu przyznawać takich "praw", których realizacja nie dała by
      się pogodzić z prawami innych.

      Na koniec wreszcie chciałbym odnieść się do fragmentu artykułu
      Piotra Zaremby, w którym autor ten pisze: ..."zdumiewa łatwość,
      z jaką gromi się tych, którzy odwołują się do sądu. Ktoś, kto
      chce prowokować, obrażać, szokować, powinien liczyć się też z
      minimalnym choćby ryzykiem. Przecież nie mówimy tu o groźbie
      kary więzienia. Tymczasem artyści chcą prowokować i żądają dla
      siebie całkowitej bezkarności - niejako już w punkcie wyjścia".

      W tym punkcie muszę z Piotrem Zarembą w pewien sposób się
      zgodzić. Jest rzeczą Oczywistą, że ktoś, kto chce rowokować,
      obrażać czy szokować musi liczyć się z jakimś ryzykiem. Musi
      liczyć się z ryzykiem potępienia w opinii publicznej. Musi
      liczyć się z tym, że mogą nie znaleźć się sponsorzy chętni do
      tego, by finansować jego prace. Dotkliwość tego
      rodzaju "sankcji" może być niekiedy równie mocna - a nawet
      większa, niż dotkliwość wyroku w sprawie karnej. Lecz różnica
      pomiędzy takim ryzykiem - które jest rzeczą oczywistą, a
      ryzykiem oskarżenia przez prokuraturę i skazania przez sąd w
      sprawie karnej jest fundamentalna. I czy na pewno nie mówimy tu
      o groźbie kary więzienia - jak pisze Piotr Zaremba?
      To pewne, że wymierzenie w przypadku pracy Nieznalskiej takiej
      właśnie kary (zwłaszcza bez warunkowego jej zawieszenia) wydaje
      się mało prawdopodobne. Lecz fakt jest faktem, że przepis, na
      podstawie którego sądzona jest Dorota Nieznalska taką właśnie
      karę przewiduje. Jaka jest gwarancja tego, że nie znajdzie się -
      jak nie w tej, to w innej podobnej sprawie jakiś sędzia -
      fanatyk, który taką właśnie karę wymierzy? I powiemy może
      wówczas, ze kara przewidziana w przepisie o "obrazie uczuć
      religijnych" jest niska? "Dwa lata jak dla brata?"

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka