stoje_i_patrze 16.12.09, 15:53 @rok 2010 Prognozy dużych podmiotów na 2010: ftalphaville.ft.com/blog/series/outlook-2010/ Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
diego_vesselis saxobank na 2009 17.12.09, 15:32 saxobank na 2009: Odważne prognozy Saxo Bank na rok 2009: 1) Ostre zamieszki społeczne będą miały miejsce w Iranie, ponieważ niższe ceny ropy oznaczają, że rząd nie będzie w stanie utrzymać zaopatrzenia w podstawowe niezbędne artykuły. 2) Cena ropy naftowej osiągnie poziom 25 dolarów z powodu zmniejszonego popytu wynikającego z najgłębszej globalnej recesji od czasu Wielkiej Depresji. 3) Indeks S&P osiągnie w roku 2009 poziom 500 punktów z powodu spadających zarobków, obniżającej się wartości nieruchomości oraz rosnących kosztów funduszy w sektorze przedsiębiorstw. 4) Unia Europejska prawdopodobnie podejmie poważne wysiłki aby poradzić sobie z nadmiernym deficytem budżetów rządowych w kilku krajach członkowskich, a Włochy mogą zrealizować swoje wcześniejsze pogróżki i odejść z systemu ERM. 5) Kurs AUD/JPY spadnie do 40. Spadek na rynkach towarów będzie miał wpływ na gospodarkę australijską. 6) Kurs EUR/USD spadnie do 0,95 a potem osiągnie poziom 1,30 ponieważ bilanse banków europejskich są pod dużą presją z powodu zagrożenia osłabieniem się rynków Europy Wschodniej oraz napięć gospodarczych wewnątrz Europy. 7) Tempo wzrostu PKB w Chinach spadnie do zera. Sektory chińskiej gospodarki napędzane eksportem znacznie ucierpią przez swobodną działalność gospodarczą w handlu międzynarodowym, w szczególności zaś w Stanach Zjednoczonych. 8) Kilka z walut wschodnioeuropejskich, które obecnie powiązały lub na wpół powiązały swoją wartość z euro, będzie pod rosnącą presją z powodu odpływu kapitału w roku 2009. 9) Reuters/ Jefferies CRB Index spadnie o 30% do poziomu 150 punktów. Bańka na rynku towarów pęknie z powodu spekulacji, które są tak duże, że wypaczyły statystyki podaży i popytu. 10) W roku 2009 pierwsze waluty azjatyckie uzależnią swoją wartość od CNY. Gospodarki krajów azjatyckich będą coraz bardziej spoglądały w stronę Chin aby znaleźć nowych partnerów handlowych i ograniczyć dotychczasowe plany skoncentrowane na USA Odpowiedz Link
pawel-l Re: saxobank na 2009 17.12.09, 18:08 Nie wiem czy zauważyłeś że to był mijający rok. A tu są na 2010r www.bankier.pl/wiadomosc/10-szokujacych-prognoz-Saxo-Banku-na-2010-r-2065346.html Odpowiedz Link
diego_vesselis Re: saxobank na 2009 17.12.09, 20:48 Nie wiem czy zauważyłeś że to był mijający rok nie, nie zauwazyłem, jestem slepy i dodatkowo głuchy a Ty kompletnie nie kumaty. Myslałem, że opatrzenie mojego wpisu komentarzem " poniżej dla przypomnienia prognozy na 2009 rok gdzie kazdy może ocenic czy były trafne czy nie" nie jest konieczne, bo tutaj sa ludzie myslący chociaz trochę. Ale cóż: nie wszyscy Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Re: saxobank na 2009 17.12.09, 21:29 diego, moze jestes swieżak na forum ale to chyba wiemy. Pisałem o tym nie raz, nawet wątek założyłem kiedys o tym, w tym mobiusie. poszukaj. wkleilem ich prognoze aby pokazac co mysla aby potem rozliczyc, i grac przeciwko analitykom Odpowiedz Link
diego_vesselis Re: saxobank na 2009 17.12.09, 22:15 doprawdy nie wiem co w tym świeżego, że dla porównania z planami na 2010 w jednym miejscu wklejam prognoze tego samego banku, której waznośc własnie upływa???? ja nie sledze wszystkich twoich wpisów na wszystkich możliwych forach (zreszta wszystkie dublowane) więc logiczne jest wklejenie tej prognozy tu i teraz aby kazdy mógł sie zapoznac z nią. Dorotka zakumała. A jesli tak bardzo przeszkadza mailnij do przycinka albo polarnego aby to usunął, nie ma sprawy. A tak przy okazji gdzie krach najpóźniej 11 gru? czyżbym coś ominął? Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Re: saxobank na 2009 18.12.09, 18:54 Czy wiesz co to jest czarny łabędz (black svan)? Oni to traktuja jako cos co może sie wydarzyc ALE NIE MUSI to primo drugie primo to co taki nie mily jestes? zly dzien? obrazilem Cię? trzecie primo to na jakich forach cos przeklejam? JA znam tylko jedno forum PiG na ktorym cos wklejam, i drugie na ktorym sie prawie ze w ogole nie udzielam (developerzy warszawa). Z innych nie korzystam, badz juz nie pamietam. przypomnij proszę. Do nikogo nie będę mailował aby usunac, bez sensu. A co do krachu na 11 grudnia to byla to wyliczanka do ktorej podchodzilo jako "entertainment" - nie obstawialem zywymi pieniedzmi krachu. Ba, mialem nawet pare dlugich w tym okresie na ktore mnie niestety cos tam kosztowaly. Odpowiedz Link
diego_vesselis Re: saxobank na 2009 18.12.09, 19:10 nie wierze że nie pamietasz, kiedy dzisiaj i wczoraj wklejałeś u WB i PK, ale nic w tym złego nie widze poza tym, że jak przegladam te fora to widze dośc czesto te same posty. PK juz dawno nie przegladam bo jest strasznie butny i zarozumiały i to samo jest z WB któremu palma juz dośc mocno strzeliła w głowę, a poza tym zaczął sie powaznie mylić. Jednak w aktywnym inwestowaniu czytanie takich teoretycznych doradców to porażka. Własne analizy i własne wyczucie rynku i określenie trafnych korelacji mniedzy instrumentami(teraz bardzo trudne) to klucz do sukcesu Odpowiedz Link
pawel-l Re: saxobank na 2009 18.12.09, 08:15 nie, nie zauwazyłem, jestem slepy i dodatkowo głuchy Dodałbym jeszcze szalenie agresywny... Odpowiedz Link
tartaczek Re: saxobank na 2009 18.12.09, 14:04 Szalona to moze byc glownie zabawa.Przypinanie komus latki agresywnego i to" szalenie "jest co najmniej nietaktowne.Diego slusznie zauwazyl ,ze ich prognozy nie sprawdzily sie juz wczesniej, wiec przytaczanie analizy tego rodzaju jest bez sensu.Rownie skuteczne ,a moze bardziej przydatne moze byc wrozenie z fusow. Odpowiedz Link
diego_vesselis Re: saxobank na 2009 18.12.09, 14:08 tartak, słuszie prawisz. Ale zdumiewające jest to, że rozprawia się o sposobie i czasie podania informacji, natomiast nikt nie chce sie odnieść do tego, czy np pomyłka na S&P o 166 pkt to duzo czy mało, w momencie stawiania prognozy było poniżej 900 pkt Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Re: saxobank na 2009 18.12.09, 18:50 Nie rozumiesz dobrze celu wklejenia prognoz - napisalem juz o tym w tym watku. przeczytaj nie chce mi sie pisac ponownie. co do saxo to bez sensu BO TO CZARNE ŁABĘDZIE potwarzam CZARNE ŁABĘCZIE Odpowiedz Link
dorota_3 Re: saxobank na 2009 17.12.09, 21:08 Hehe, dobre przypomnienie Jak to jest możliwe, żeby aż tak mylić się (z wyjątkiem jednego - 8 - wszystkie punkty są kulą w płot). To uzmysławia, jak trudną rzeczą jest inwestowanie. Analitycy mylą się zawsze, mnie na to nie stać Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Re: saxobank na 2009 17.12.09, 21:30 Nie zauważyłaś chyba iz, chociazby w tekscie o 2010, napisano iz to "czarne łabędzie, zatem wydazyc sie z definicji nie musza. to byly czarne typy łabędzi. to nie byla prognoza na 2009. Odpowiedz Link
przycinek.usa Re: saxobank na 2009 30.12.09, 01:33 Tak. Ale ja ich rozumiem. Trudno przewidywac rozwoj sytuacji rynkowej w oparciu o dane, ktorych nie ma. Na przyklad poziom monetyzacji. Rynek jest niewiarygodnie zmanipulowany. Mozliwe, ze ich pomylka polega jedynie na tym, ze sie wychylili z prognoza. Moze po prostu na takim rynku nie powino sie ani inwestowac, ani prognozowac? Odpowiedz Link
dirloff Re: saxobank na 2009 30.12.09, 03:01 Uważaj Przycinku, bo zaczynasz prawić niczym radykalny goldbug... Odpowiedz Link
dirloff PS. W sprawie duńskiego SaxoBank... 30.12.09, 03:14 W pewnym sensie to na przekór sobie, stanę jednak w obronie tego duńskiego banku. Pamiętam, że na samym początku tego kryzysu, kiedy na tym forum debatowaliście nad polityczno-medialnymi przepychankami nad pierwszym bailoutem w USA czy nawet jeszcze wcześniej, kiedy w Stanach ruszyła lawina upadków pierwszych wielkich podmiotów finansowych, to specjaliści z Saxo Bank jako jedni z nielicznych tworzyli pesymistyczne analizy. W przeciwieństwie do większości bankowych czy funduszowych instytucji. Oczywiście, były osoby pokroju Roubiniego czy Schiffa, jednak żadna z większych komercyjnych instytucji nie złowróżyła tak radykalnie. Pamiętam, że wtedy to mnie zaskoczyło. Bardzo pozytywnie, zwłaszcza przy palecie łżących w żywe oczy czy p......cych co im ślina na język przyniesie "analityków". Takie wpuszczenie świeżego powietrza do dusznego pomieszczenia. Od tamtego czasu pamiętam w ogóle jako taki ten bank i podejrzewam, że zachłyśnięci rozgłosem medialnym własnych prognoz zaczęli kassandryczyć bez żadnej kontroli. Stąd przypuszczalnie ta fatalna prognoza na 2009r., hehe. Konkludując, rzeczywiście, poplynęli, zwłaszcza tymi Chinami, jednak warto zapamiętać ich kontrariański zryw z tamtego kluczowego okresu, godny pochwały. Odpowiedz Link
lj-3 Re: saxobank na 2009, a powinien być później! 08.01.10, 00:56 przycinek.usa napisał: >„pomylka polega jedynie na tym, ze sie wychylili z prognoza.” Według mnie ich jedyny błąd, to taki, że napisali za wcześnie, co najmniej o rok.....może dwa. Wszystko idzie jakoś dzięki pompce Bena – i tyle. Co będzie jak pompka się skończy? A skończy się z pewnością! A co jak nie skńczy się nigdy i świat zatopią $$$$$$$? Kto powie? Odpowiedz Link
stoje_i_patrze inne z pb.pl 17.12.09, 21:35 S&P500 wzrośnie o 10 proc., Dow Jones o 6 proc. wynika z prognoz 40 analityków firm z Wall Street, które zebrał Reuters. Mediana prognoz analityków, których Reuters poprosił o wyznaczenie wartości S&P500 na koniec 2010 roku, to 1203 pkt. Mediana prognoz wartości średniej Dow Jones to 11.100 pkt. Oba indeksy zyskają w 2009 roku po ok. 20 proc. Analitycy uważają, że większa część przyszłorocznego wzrostu zostanie osiągnięta w pierwszym półroczu. Wzrosty w drugim półroczu mają być raczej umiarkowane. Popyt ma hamować oczekiwanie na rozpoczęcie przez Fed podwyżek stóp procentowych oraz uruchomienie polityki redukcji nadmiernej płynności systemu finansowego. - Większość danych makro wciąż wskazuje na stabliny wzrost w 2010 roku – powiedział Reutersowi Peter Cardillo, główny ekonomista Avalon Partners z Nowego Jorku. – Nie spodziewam się podwójnego dna recesji. Problemy zadłużenia w Europie, Dubaju czy gdziekolwiek, są do ogarnięcia. To kolejny plus – dodał. Część analityków uważa, że Fed może zdecydować się na podwyższenie stóp w drugim półroczu przyszłego roku, najprawdopodobniej w czwartym kwartale, lub na początku 2011 roku. pb.pl/2/a/2009/12/16/SP500_wzrosnie_o_10_proc__Dow_Jones_o_6_proc “S&P500 wzrośnie o 21 proc.” prognozuje John Praveen, główny strateg inwestycyjny Prudential International Investments Advisers. raveen prognozuje, że S&P500 osiągnie 1350 pkt. na koniec przyszłego roku. Oznacza to 21 proc. wzrost wartości wobec poniedziałkowego zamknięcia indeksu. Praveen jest większym optymistą niż Thomas Lee z JP Morgan Chase i David Kostin z Goldman Sachs Group, którzy najtrafniej prognozowali wartość indeksu w tym roku. Ich prognozy dla S&P500 na 2010 rok, to odpowiednio 1300 i 1250 pkt. Średnia 10 prognoz wartości S&P500 na koniec 2010 roku, zebrana wśród największych instytucji finansowych, plasuje wartość indeksu na poziomie 1223 pkt. - Jesteśmy trochę agresywniejsi w naszych prognozach dla amerykańskiego rynku akcji – powiedział Praveen – Zarówno po stronie makro, jak i zysków spółek spodziewamy się pozytywnych niespodzianek – dodał. www.pb.pl/a/2009/12/15/SP500_wzrosnie_o_21_proc S&P500 wzrośnie o 11 proc. w 2010 r. prognozują stratedzy, którzy trafnie przewidzieli odbicie na amerykańskim rynku akcji w tym roku. Średnia 10 prognoz dla S&P500, przedstawionych przez strategów, plasuje wartość indeksu na koniec przyszłego roku na poziomie 1223 pkt. Średnia szacunków łącznego zysku na akcję spółek wchodzących w jego skład to 73,69 USD. Nawet jeśli S&P500 wzrośnie tyle, ile prognozują stratedzy, wciąż będzie potrzebował kolejnego, 28 proc. wzrostu do osiągnięcia rekordowej wartości z października 2007 roku. Wówczas indeks osiągnął 1565,15 pkt. Po wspięciu się na szczyt S&P500 spadł o 57 proc. do 12-letniego dołka, zanotowanego w marcu tego roku. Mediana błędu prognoz strategów dla S&P500 w okresie 10 lat ich publikowania przez Bloomberga wynosiła 8,5 pkt. procentowego. Najtrafniej przewidywali wartość indeksu w 2005 roku, kiedy zyskał on 3 proc., czyli dokładnie tyle ile zapowiadali. S&P500 wzrósł od początku 2009 roku już o 22,5 proc., a od tegorocznego minimum z 9 marca o 63,5 proc. www.pb.pl/images/article/2009/12/14/98233131-d012-4844-bc04-368c4123928b.jpg www.pb.pl/a/2009/12/14/SP500_wzrosnie_o_11_proc__w_2010_r “S&P500 wzrośnie o 13 proc. do końca 2010 r.”prognozuje zespół strategów Goldman Sachs, kierowany przez David Kostina. Oparli ją na założeniu, że stopy procentowe pozostaną na niskim poziomie, przychody spółek będą rosły i nie spadnie ich atrakcyjność inwestycyjna. Według zespołu kierowanego przez Kostina, S&P500 znajdzie się na koniec przyszłego roku w pobliżu 1250 pkt. Zysk operacyjny spółek na akcję ma wzrosnąć w przyszłym roku o 33 proc. do 76 USD dzięki 8,9 proc. wzrostowi ich przychodów. Stratedzy Goldman Sachs prognozują, że inwestorzy indywidualni i instytucjonalni kupią w 2010 roku akcje amerykańskich spółek warte ok. 600 mld USD, zwiększając kapitalizację wchodzących w skład S&P500 spółek o ok. 6 proc. Spodziewają się jednak, że w drugiej połowie roku nastąpi odwrót inwestorów z rynków akcji w związku z rosnącym oczekiwaniem rozpoczęcia procesu zacieśniania polityki pieniężnej przez Fed. Stratedzy Goldman Sachs oczekują jednak, że Fed utrzyma podstawową stopę na poziomie 0-25 pkt. bazowych co najmniej do 2012 roku. Przyznają, że ich prognozy mogą się nie spełnić jeśli Fed zdecyduje się wcześniej na rozpoczęcie serii podwyżek stóp. www.pb.pl/a/2009/12/08/SP500_wzrosnie_o_13_proc__do_konca_2010_r Odpowiedz Link
stoje_i_patrze kolejne 18.12.09, 19:00 www.parkiet.com/artykul/7,880059_Zarzadzajacy__W_2010_r__gieldy_beda_rosly.html Zarządzający: W 2010 r. giełdy będą rosły Menedżerowie funduszy inwestycyjnych w Wielkiej Brytanii są wyjątkowo optymistycznie nastawieni do 2010 r. Trzy czwarte z nich oczekuje wzrostów na głównych światowych giełdach Takie wnioski płyną z ankiety przeprowadzonej przez Związek Firm Inwestycyjnych (Association of Investment Companies). Połowa zarządzających wierzy, że największe zyski przyniosą właśnie inwestycje w akcje, zaraz po nich będzie złoto i towary.Bycze nastroje dotyczą indeksu FTSE 100, w przypadku którego ponad połowa menedżerów zakłada, że do końca 2010 r. zamknie się on w przedziale 5500 – 6000 pkt. Wyniki ankiety wskazują na nową falę optymizmu wśród brytyjskich zarządzających. Jeszcze bowiem na początku 2009 r. w ich szeregach przeważał pesymizm. Głównymi przesłankami pozytywnej wiary we wzrosty są nadzieje na wyższe od prognoz wzrosty PKB największych gospodarek na świecie, niskie stopy procentowe i rosnące zarobki i dywidendy. Trochę ponad połowa menedżerów funduszy obawia się jednak, że niski kiepska dynamika światowego PKB będzie największym zagrożeniem w przyszłym roku. Jedna piąta ankietowanych wróży przedłużenie się recesji. Aktualizacja strategii Wielu zarządzających deklaruje zmniejszanie w swoich portfelach ilości obligacji, ponieważ widzą większy potencjał zysku w inwestycjach w akcje spółek surowcowych i blue chipów. Do najbardziej ulubionych papierów należą udziały spółek finansowych i technologicznych. - Rynek obligacji wyprzedził w ciągu ostatnich 30 lat inwestycje w akcje, ale nie oczekuję aby menedżerowie funduszy dalej chętnie skupowali papiery dłużne – tłumaczy James Anderson, menedżer Scottish Mortgage Invetment Trust. Drugim trendem w przyszłym roku ma być zwiększenie nakładów na inwestycje w spółki o mocnych fundamentach, które mają dobry cash flow, rzetelnych partnerów i stabilne prognozy wzrostu. Nadal jednak jedna trzecia zarządzających deklaruje chęć inwestycji na bardziej ryzykownych rynkach wschodzących, ponieważ ich zdaniem stopy zwrotu w przypadku tamtych akcji będą najwyższe. Steve Meyers: Market Outlook and Analysis for 2010 www.youtube.com/watch?v=rl5Gp-VWBG0 Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Barry Ritholtz 19.12.09, 10:13 "We haven't seen a change of trend yet," says Barry Ritholtz, CEO of Fusion IQ. "The market's bias is still to the upside. We're giving the rally the benefit of the doubt. Innocent until proven guilty." Ritholtz expects the market to continue to go higher in the first part of 2010, suggesting 1250-1300 as an upside target for the S&P 500. But Ritholtz, who correctly forecast the "mother of all bear market rallies" was upon us in early March Odpowiedz Link
stoje_i_patrze David Rosenberg's 2010 Outlook 19.12.09, 10:32 David Rosenberg's 2010 Outlook "The Recession Is Really A Depression" www.zerohedge.com/article/david-rosenbergs-2010-outlook-recession-really-depression Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Credit Suisse Asset Management 21.12.09, 09:30 Credit Suisse Asset Management Hossa wróci wiosną 21.12. Warszawa (PAP/Media) - Rynki wschodzące, w tym Polska, wzrosną w 2010 r. o 20-30 proc., uważa Robert Parker, wiceprezes giganta zarządzania aktywami, Credit Suisse Asset Management, pisze "Puls Biznesu". To ekspert, który najwyraźniej wie, co mówi. W marcu namawiał do kupowania polskich akcji. Kto posłuchał, nie żałuje - indeksy wzrosły o ponad 80 proc. Teraz Parker zapowiada do lutego zahamowanie wzrostów, a nawet korektę, ale twierdzi, że w całym 2010 r. to akcje będą najlepszą inwestycją. Wzrosty - jego zdaniem - powrócą w marcu-kwietniu, a na koniec roku indeksy będą wyżej niż teraz. Parker spodziewa się wzrostu giełdy amerykańskiej o 10-15 proc., w krajach strefy euro - o 15-20 proc., a rynków wschodzących, do których zalicza się Polskę, o 20-30 proc. (PAP) Odpowiedz Link
stoje_i_patrze PL - parkiet 27.12.09, 15:41 art W nadchodzącym roku giełdę czeka umiarkowany wzrost notowań CytatW 2010 roku indeksy warszawskiej giełdy nadal powinny rosnąć. Zwyżki będą jednak dużo, dużo mniejsze niż w czasie euforii obserwowanej na rynku od wiosny – wynika z ankiety „Parkietu” wśród analityków domów maklerskich Analitycy 11 domów maklerskich, które odpowiedziały na naszą sondę, przewidują, że na koniec przyszłego roku indeks WIG20 wyniesie średnio 2542 pkt, a indeks WIG sięgnie 43 684 pkt. Oznaczałoby to, odpowiednio, ponad 7-proc. zwyżkę wskaźnika blue chips i 10-proc. zwyżkę indeksu całej giełdy względem notowań ze środy, czyli ostatniej sesji przed świętami. Spytaliśmy też o maksymalny poziom, na jaki w przyszłym roku mogą wspiąć się dwa najważniejsze warszawskie indeksy. I tak, według średnich prognoz, WIG20 powinien zahaczyć o próg 2725 pkt, a WIG o 46 634 pkt. Daje to indeksom, odpowiednio, 15-proc. i 18-proc. potencjał wzrostowy. – Niemal cały wzrost powinien dokonać się przed połową roku. Oczekiwalibyśmy korekty w końcówce II kwartału i mozolnego odbudowywania się rynku w drugiej połowie roku – napisali nam analitycy UniCredit CAIB Poland. Część sądzi jednak, że wzrost będzie dość równomierny i rynek najwyższy pułap osiągnie na sam koniec przyszłego roku. Najwięksi optymiści przewidują, że wskaźnik największych spółek może wynieść w ciągu roku 2900 pkt, a WIG nawet 50 tys. pkt.Z jednej strony to dużo – taki wynik oznaczałby wzrost indeksów o jedną czwartą, co większość inwestorów zapewne wzięłaby w ciemno. Jednak z drugiej strony widać, że analitycy nadal nie dają giełdzie nawet najmniejszych szans na osiągnięcie pułapów notowanych przed kryzysem, na szczycie hossy, która skończyła się jesienią 2007 r. Przypomnijmy, że WIG20 sięgał wtedy ponad 3900 pkt, a WIG miał wartość przekraczającą 67 tys. pkt. Na rynku panuje pogląd, że przebicie szczytów poprzedniej hossy jest możliwe w 2012 r., ale tylko pod warunkiem, że w światowej gospodarce nie powróci już recesja, a Polska nie będzie mieć swoich własnych problemów, np. związanych z nadmiernym deficytem budżetowym.Wśród ankietowanych przeważa opinia (sześć głosów do czterech), że lepszym wyborem na przyszły rok będą akcje spółek małych lub średnich niż dużych (co zresztą widać po nieco bardziej optymistycznych prognozach dla WIG niż dla WIG20). Zwykle ożywienie w gospodarce, które jest obserwowane od kilku miesięcy, oznacza poprawę warunków do ekspansji właśnie dla mniejszych podmiotów. – Małe spółki mogą zachowywać się lepiej niż duże, co będzie związane z dopływem środków do funduszy inwestycyjnych – wskazuje ponadto Marcin Materna, szef działu analiz w DM Millennium. Analitycy preferujący duże przedsiębiorstwa argumentują natomiast, że to właśnie nimi będzie interesować się kapitał zagraniczny i że są one bezpieczniejsze ze względu na znacznie większą płynność notowań.Eksperci podkreślają przy tym, że ważniejsza niż rozmiar jest sytuacja konkretnej firmy. Rynek ma być bowiem w przyszłym roku bardziej selektywny niż w mijającym. W jakie więc branże warto zainwestować? Tutaj trudno o jakikolwiek jednolity obraz. We wskazaniach pojawił się niemal pełen przekrój naszej giełdy – polecane są m.in. spółki medialne („ponieważ są mocno przecenione”, „rynek reklamy ma się zacząć odbudowywać”, zajmujące się budownictwem infrastrukturalnym, energetyczne, petrochemiczne, banki („najszersza ekspozycja na rynek, reagują na bezpośrednio przekazywane sygnały kredytobiorców”, „możliwe bardzo dobre wyniki”, spółki reprezentujące sektory cykliczne, jak IT i przemysłowe, firmy elektromaszynowe, deweloperskie (oczekiwany wzrost popytu na nowe mieszkania), meblarskie czy reprezentujące sektor handlu detalicznego. Można więc ocenić, że inwestorów czeka naprawdę trudne zadanie zbudowania dobrego portfela na przyszły rok. Na dodatek nie ma też wśród analityków jednoznacznego wskazania, czy lepiej pozostać przy giełdzie warszawskiej, czy też może zainwestować na innych parkietach zaliczanych do rynków wschodzących, reprezentujących podobną klasę ryzyka. Część pytanych uważa, że wypadniemy na ich tle korzystnie. – Polski rynek powinien zachowywać się lepiej niż inne emerging markets. Nasze korzystniejsze wskaźniki makroekonomiczne, jak również potencjał do dalszej aprecjacji złotego powinny powodować przeważanie polskiego rynku w globalnych i regionalnych portfelach względem innych rynków wschodzących o podobnym rozmiarze do naszego – uważa Jacek Tyszko, makler z DM BOŚ. Co innego sądzą jednak m.in. analitycy UniCredit CAIB. Piszą oni, że nasz rynek będzie sobie radzić słabiej względem innych emerging markets, gdyż w warunkach ożywienia popytu w krajach zachodnich globalni inwestorzy powinni preferować spółki z gospodarek o większej ekspozycji przemysłowo-eksportowej niż Polska. Nie ma też zgody co do oceny wpływu na nasz rynek czekających nas w przyszłym roku ogromnych prywatyzacji (m.in. PZU, Tauron, sama GPW). Zdaniem części ekspertów mogą one przyczynić się do zwiększenia zainteresowania całym naszym rynkiem i poskutkować napływem nowego kapitału także do firm już notowanych. Ale sporo analityków upatruje w dużych IPO i ofertach uzupełniających zagrożenia dla koniunktury na rynku wtórnym. Według wyliczeń UniCredit CAIB wartość ofert pierwotnych i uzupełniających może przekroczyć 20 mld zł, i to z wyłączeniem potencjalnej sprzedaży udziałów Skarbu Państwa. Większość ekspertów zgadza się natomiast, że mamy na przyszły rok lepsze perspektywy niż większość giełd gospodarek rozwiniętych. – Polski rynek akcji będzie radzić sobie lepiej niż rynki dojrzałe ze względu na wzrost apetytu na ryzyko i zwiększenie przepływów do emerging markets – uważa Marcin Materna z DM Millennium. – Agresywne fundusze globalne będą poszukiwać kilkuletnich „okazji inwestycyjnych”, czyli rynków o niskiej wrażliwości na możliwe kolejne odsłony kryzysu w największych gospodarkach lub rynków wyraźnie silniejszych od innych, o dużym potencjale – finansowym i gospodarczym, i jednocześnie – odpowiednio dużych. W Europie powinny to być Polska i Turcja – dodaje Jacek Tyszko z DM BOŚ. www.parkiet.com/artykul/7,882093.html wig20 - max 2725 pkt na koniec 2010 - srednia wartosc z prognoz wig20 - 2542 - srednia wartosc z prognoz Odpowiedz Link
stoje_i_patrze sylwetki - parkiet - 1/2 27.12.09, 15:57 Mały leksykon przepowiedni słynnych byków i niedźwiedzi Mijający rok wyjątkowo mało łaskawie się obszedł z rynkowymi wyroczniami. Najpierw zaskoczył bezprecedensową przeceną akcji, a później rekordowo szybkim odbiciem, które nie znajduje wyraźnego oparcia w fundamentach. W tych warunkach tylko nielicznym spośród najbardziej prominentnych inwestorów i strategów udawało się stawiać trafne prognozy. Czy w 2010 r. będą mieli większe wyczucie? Mimo ewidentnej poprawy koniunktury w światowej gospodarce i na rynkach finansowych większość giełdowych autorytetów wciąż wykazuje daleko idącą ostrożność – taki obraz wyłania się z naszego przeglądu przewidywań prominentnych inwestorów. Początkowo zamierzaliśmy przedstawić sylwetki czterech słynnych byków i czterech niedźwiedzi, lecz upieranie się przy tej symetrii byłoby nieuzasadnione. Większość nieuwzględnionych w naszym zestawieniu tuzów także pesymistycznie zapatruje się na możliwość kontynuacji hossy (np. Andrew Smithers, Jeremy Grantham, Gerald Celente, Nouriel Roubini). Jednym z nielicznych pominiętych byków jest John Paulson. Co znamienne, niektórzy z rynkowych guru, którzy dawniej lubowali się w radykalnych i kontrowersyjnych tezach, obecnie od nich stronią (np. Marc Faber i Marc Mobius). Czyżby zaskakujące swoją gwałtownością wydarzenia z ostatnich lat nauczyły ich pokory? W naszym zestawieniu pominęliśmy takich inwestorów, jak Warren Buffett czy George Soros, a także wspomnianego Roubiniego. Ten ostatni jest jednym z nielicznych ekonomistów, którzy przewidzieli kryzys (i to z pewnymi szczegółami), więc z braku jego opinii musimy się czytelnikom usprawiedliwić. Otóż, jak powiedział nam niedawno jeden z londyńskich analityków, Roubini wypowiada się obecnie tak często, że jego poglądy straciły wyrazistość. Zgadzamy się z tym. W mniejszym stopniu dotyczy to również Buffetta i Sorosa. Jak się wydaje, stronią oni od wypowiedzi, które mogłyby się okazać nieprawdziwe i podważyć ich autorytet. David Rosenberg - niedźwiedź Jest koniec listopada 2009 r. Na Uniwersytecie Wilfrida Lauriera w kanadyjskiej prowincji Ontario odbywa się konferencja lokalnej izby handlowej. Gdy na mównicę wychodzi David Rosenberg, z głośników dobiega komunikat: – Alarm uruchomiony! – Czyżbym był aż takim niedźwiedziem? – żartuje były główny ekonomista ds. Ameryki Północnej w Merrill Lynch, a od maja 2009 r. główny ekonomista i strateg kanadyjskiej firmy inwestycyjnej Gluskin Sheff. Odpowiedź brzmi: tak. Rosenberg jest od dawna znany z alarmistycznych wypowiedzi. Co gorsza, często trafnych. O zbliżającym się krachu na rynku nieruchomości przestrzegał już w 2005 r. Ostateczny koniec okresu ekspansji kredytowej w USA obwieścił latem 2007 r., gdy nie było to jeszcze powszechnie uznane. Już w grudniu tegoż roku ogłosił początek recesji, choć spowolnienie nie było wówczas jeszcze widoczne. Dopiero rok później Narodowe Biuro Badań Ekonomicznych (NBER), które określa początki i końce recesji w USA, potwierdziło konkluzję Rosenberga. Jego przewidywania były trafne także w trakcie kryzysu. Przykładowo, pod koniec 2008 r. wskazywał, że stopa bezrobocia w USA przekroczy 10 proc., co wówczas jeszcze wydawało się nieprawdopodobne. Prognoza ta sprawdziła się w październiku 2009 r. Dzięki temu wyczuciu Rosenberg uplasował się na szóstej pozycji w opracowanym przez agencję Bloomberga rankingu najlepszych prognostów amerykańskiej gospodarki w czterech kwartałach do połowy 2009 r. Mimo sygnałów ożywienia w światowej gospodarce kanadyjski ekonomista wciąż pozostaje sceptykiem. Kiedy w III kwartale amerykański PKB odbił się po roku spadków, Rosenberg ostrzegał, że w IV kwartale może nastąpić nawrót recesji. Nawet gdyby tak się nie stało, USA muszą się przygotować na dłuższy okres stłumionego wzrostu gospodarczego. – Oszczędność stała się nową modą i tak pozostanie przez całe lata, ponieważ w podejściu [Amerykanów] do wydatków, kredytu i posiadania domów nastąpiło przesunięcie w kierunku roztropności i konserwatyzmu – argumentuje strateg Gluskin Sheff. Przez długi czas głównym zagrożeniem pozostanie więc deflacja, a nie inflacja. W tej sytuacji odbicie indeksu S&P 500 o ponad 60 proc. od marcowego dołka jest tylko korektą wzrostową w długotrwałej bessie – twierdzi Rosenberg, zalecając pozostanie przy defensywnych strategiach inwestycyjnych, skierowanych m.in. na rynek pieniężny. – Biorąc pod uwagę perspektywy gospodarki, właściwa wycena S&P 500 wynosi około 900 pkt – powiedział w połowie grudnia, gdy indeks ten oscylował wokół 1100 pkt. Pewnym pocieszeniem dla inwestorów może być fakt, że akurat giełdowe prognozy ekonomisty ostatnio się nie sprawdzały. W maju sugerował, że indeks S&P 500 może w II połowie roku zanurkować poniżej marcowych dołków. Od czasu tej wypowiedzi wskaźnik podskoczył o ponad 22 proc. Niedźwiedziego usposobienia Rosenberg nie rozciąga jednak na rynek złota. Według niego kruszec może podrożeć w niedalekiej przyszłości nawet do ponad 2600 USD za uncję, z około 1130 USD obecnie. Przemawiają za tym plany zakupu złota przez banki centralne, zwłaszcza chiński. Nawet 20-proc. korekty, do których może dojść, nie będą w stanie przełamać wzrostowego trendu na tym rynku – twierdzi strateg. Anthony Bolton - byk Anthony Bolton renomę jednego z najlepszych brytyjskich inwestorów zyskał jako wieloletni zarządzający funduszami największego na świecie towarzystwa Fidelity International. Od końca 1979 r. do końca 2007 r. główny z kierowanych przez niego funduszy osiągał średnią roczną stopę zwrotu bliską 20 proc. W czasie kryzysu jego opinie – publikowane m.in. w felietonach na łamach „Financial Timesa” – mogły jednak inwestorom nie wydawać się zbyt przekonywające. Przed dwoma laty 59-letni menedżer wycofał się bowiem z aktywnego zarządzania kapitałem, a jak wiadomo, łatwiej słuchać kogoś, kto na swoich poradach także może stracić. Kto jednak tak pomyślał, tym razem mógł wiele stracić. Kilka dni po upadku banku Lehman Brothers 15 września 2008 r. Bolton ogłosił, że rynki finansowe wkraczają w ostatnią fazę kryzysu. Nie twierdził, oczywiście, że przecena akcji już się skończyła (w odniesieniu do surowców spodziewał się, że na dobre dopiero się rozpocznie), jednak wskazywał, że kierując się strachem, inwestorzy mogą nie wykorzystać pierwszych kilkunastu dni hossy, które z reguły są najważniejsze. Tak jak najwięcej entuzjazmu na rynkach widać tuż przed krachem, tak skrajnie pesymistyczne nastroje i ogromna zmienność notowań są sygnałem zbliżającego się odbicia – mówił znany z kontrariańskich przekonań Bolton. „Po raz pierwszy od kilku lat stałem się optymistą (...) Wszystkie czynniki, po których zwykle poznaję ożywienie, są już widoczne (...) Wszyscy są bardzo ostrożni, a to nastraja mnie byczo” – pisał na początku października 2008 r., podkreślając, że własne pieniądze już ulokował w akcjach, głównie państw rozwiniętych. Z całą pewnością koniec bessy stwierdził dwa miesiące później. Akcje wprawdzie taniały jeszcze do początku marca, ale i tak od chwili wydania przez Boltona rekomendacji „kupuj” do dzisiaj amerykański indeks S&P 500 zyskał 24 proc. Walory banków, które inwestor uznał wówczas za najatrakcyjniejsze, podrożały jeszcze wyraźniej. Pod koniec października 2009 r., gdy po ośmiu miesiącach hossy wielu analityków ostrzegało, że wyczerpała ona już swój potencjał, Bolton przekonywał spóźnialskich, że wciąż mogą się załapać na zwyżki. Ostrzegał przed inwestowaniem w surowce i koncerny przemysłowe, ale wskazywał, że wyceny producentów dóbr konsumpcyjnych oraz spółek technologicznych wciąż są atrakcyjne. – Okres okazji już minął. Ale mimo że notowania mocno odbiły się już od dna, rynek byka jeszcze potrwa. To kilkuletnia hossa – mówił na konferencji w Seulu. Optymizm Bolton wyka Odpowiedz Link
stoje_i_patrze sylwetki - parkiet - 2/2 27.12.09, 15:57 – Centrum grawitacji przesunęło się w te strony świata – stwierdził. Jak wskazuje, chociaż wyceny w Chinach nie są już tak okazyjne jak na początku roku, to nie są też tak wysokie, żeby skłaniać do ostrożności. Nieco więcej sceptycyzmu inwestor wykazuje wobec rynków dojrzałych. W połowie grudnia ocenił, że ożywienie gospodarcze na Zachodzie za pół roku wytraci impet. W tych warunkach, gracze giełdowi powinni, jego zdaniem, postawić na spółki farmaceutyczne i technologiczne, które są mniej wrażliwe na cykle koniunkturalne. Mark Mobius - byk Guru rynków wschodzących, którymi zajmuje się już prawie 40 lat. Zarządzający funduszami Templeton Asset Management. Według obiegowych opinii – niemal wieczny byk. Nie są znane żadne jego wypowiedzi, w których przewidywał wybuch kryzysu. Przez cały 2008 r. powtarzał, że spadki na giełdach to tylko chwilowe zjawisko i okazja do nabycia atrakcyjnych cenowo akcji na rynkach wschodzących. Później zapewniał, że rok 2009 będzie rokiem giełdowej hossy, szczególnie na rynkach wschodzących. Jego prognozy zaczęły się sprawdzać dopiero wczesną wiosną. Wtedy mógł już z uśmieszkiem satysfakcji na ustach radzić inwestorom, by nie przegapili okazji i kupowali walory na parkietach Rosji czy Brazylii, póki są one jeszcze stosunkowo tanie. W czerwcu zapowiadał, że WIG wzrośnie do końca roku o 30 proc. W październiku wykazywał już dużo większą ostrożność co do rynków wschodzących. Mówił wówczas, że akcje notowane na giełdach Brazylii, Rosji, Indii i Chin mogą zyskać 30–40 proc. Ale w ciągu trzech – czterech lat... W sierpniu Mobius zaczął mówić o możliwej korekcie, do której dojdzie na rynkach wschodzących. Spadki miały sięgnąć 20 proc. i być spowodowane m.in. wysypem dużych ofert pierwotnych na giełdach. Przyznawał jednak, że korekta będzie krótkotrwała. Kiedy holding Dubai World ogłosił pod koniec listopada, że ma kłopoty ze spłatą wielomiliardowego zadłużenia, a światowe giełdy zareagowały na to krótkotrwałą paniką, Mobius twierdził, że może to już być początek korekty. Gdy dubajski kryzys minął, stwierdził, że inwestowanie w Dubaju to długoterminowa okazja. Mimo wszystko Mobius nadal jest więc bykiem. Tyle że nieco ostrożniejszym niż przed upadkiem Lehman Brothers. Jim Rogers - byk (ale tylko sektorowy) Na rynku obecny od 1970 r. Wspólnie z Georgem Sorosem zakładał Quantum Fund, stworzył też surowcowy Rogers International Commodity Index (RICI) i odbył motocyklową podróż dookoła świata. Jest uznawany za byka. Ale specyficznego, bo surowcowego. Wieszczy, że rola rolnictwa w przyszłości ogromnie wzrośnie. Rogers żartobliwie więc doradza młodym maklerom i maklerkom, by się uczyli prowadzić traktory. Byłby zapewne traktowany jak nieszkodliwy wariat, gdyby nie inwestował na potęgę w surowce i surowcowe spółki oraz gdyby nie zarabiał na tym dużych pieniędzy. Prognozy Rogersa dotyczące złota są zawsze bardzo przewidywalne: uważa, że będzie drożeć. W grudniu stwierdził np., że będzie ono w 2010 roku zyskiwać na wartości niezależnie od tego, czy światowa gospodarka będzie się podnosić z kryzysu czy też jej stan się pogorszy. Gospodarcze przyspieszenie sprzyja bowiem wzrostowi cen surowców. Dekoniunktura często zaś prowadzi do zwiększenia deficytu budżetowego, a to z kolei do drukowania pieniędzy, które winduje w górę ceny złota. Złoty kruszec może zaś, dzięki tym czynnikom, zdrożeć w ciągu dekady nawet do 2 tys. USD za uncję. Jak trafne były dotychczas prognozy Rogersa? W 2007 r. zapowiadał załamanie amerykańskiego rynku finansowego. Później twierdził, że ostry spadek cen surowców rozpoczęty jesienią 2008 r. jest tylko przejściowy a sektor surowcowy będzie pierwszym, który podniesie się z kryzysu. Znacznie gorzej mu szło, jeśli idzie o rynki akcji. W maju 2009 r. zapowiadał, że trwająca wówczas hossa jest tylko przejściowa, a rynek może się załamać, gdyż giełdowe zwyżki nie są wynikiem prawdziwego ożywienia gospodarczego, lecz pompowania przez rządy pieniędzy w gospodarki. Prognoza ta na razie się nie sprawdziła, ale Rogers obecnie twierdzi, że dolar będzie znacznie tracił na wartości. Sam chyba jednak do końca nie wierzy w swoje przepowiednie, bo w listopadzie przyznał, że przez dwa miesiące kupował „bezwartościowe” dolary, licząc, że w średnim terminie waluta ta zdrożeje. Peter Schiff - niedźwiedź Jeśli ktokolwiek może się równać z Nourielem Roubinim, jeśli chodzi o rozgłos, którego przysporzył mu kryzys finansowy, to jest to Peter Schiff, założyciel i główny strateg Euro Pacific Capital. On także na kilka lat przed upadkiem banku Lehman Brothers wieszczył rychłe załamanie na rynkach finansowych i w gospodarce. Chętnie zapraszano go wówczas do programów telewizji CNBC i CNN, aby rozbawiał publiczność i gospodarzy swoimi nieziemskimi, skrajnie liberalnymi, poglądami. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Dziś fragmenty tamtych programów robią furorę w Internecie, jego dwie książki należą do najchętniej czytanych pozycji w swoim gatunku, a on sam znów gości w telewizji, lecz w roli wyroczni, a nie komika. Nie zmieniło się tylko jedno: jego prognozy. Schiff utrzymuje, że Amerykanie za dużo pożyczają, wydają i importują, a za mało oszczędzają, produkują i eksportują. Kryzys był korektą tej nierównowagi. A raczej byłby, gdyby rząd swoimi działaniami stymulacyjnymi nie starał się ponownie napompować bańki. Odwlekanie jej nieuchronnego pęknięcia tylko pogarsza sytuację. Według niego USA czeka wieloletnia recesja, połączona z inflacją oraz załamaniem dolara i notowań giełdowych. W tej sytuacji zaleca ucieczkę od amerykańskiej waluty w kierunku franka szwajcarskiego i dolara singapurskiego oraz inwestycje w surowce, zwłaszcza złoto, które podrożeje według niego nawet do 5000 tys. USD za uncję. Problem w tym, że jego porady inwestycyjne były identyczne na początku 2009 r. Jego wierni naśladowcy przegapiliby zatem odbicie na Wall Street. Z drugiej strony na surowcach mogli w tym roku zarobić więcej, podobnie jak na akcjach rynków wschodzących, których Schiff nie przekreśla. Marc Faber - niedźwiedź Słynny kontrariański (czyli postępujący wbrew opinii ogółu) inwestor znany pod nieco komiksowym przydomkiem Dr. Doom. Przed krachem z 1987 r. przestrzegał inwestorów, by wycofali pieniądze z giełd. W 2000 r. trafnie wskazywał jako korzystne długoterminowe inwestycje: aktywa z rynków wschodzących (szczególnie z Chin), ropę naftową i metale szlachetne. Przez niemal cały zeszły rok mówił o dużej korekcie na giełdach, choć nie wiadomo, czy się spodziewał, jak wielkie okaże się rynkowe załamanie. Na pewno nie zauważył obecnej hossy. W połowie marca 2009 r. mówił przecież: „Zwyżki mogą trwać jeszcze do końca kwietnia. Prawdopodobnie później, w drugiej połowie roku, dojdzie jednak do totalnego załamania, gdy okaże się, że mamy totalną gospodarczą katastrofę”. Na jesieni, gdy zapowiadane „totalne załamanie” nie nastąpiło, Faber prezentował już znacznie bardziej ostrożne opinie. Przyznał nawet, że polityka rządów i banków centralnych dobrze wpłynęła na giełdy. Co prawda wciąż wierzy, że obecnie nam znany system kapitalistyczny upadnie w ciągu kilku lat, a w USA pojawi się hiperinflacja, jednakże zanim to się stanie, wciąż będzie można dobrze zarobić na giełdach. Zwyżki mogą potrwać jeszcze rok lub półtora. Tak więc indeks S&P 500, zdaniem Fabera, sięgnie w 2010 r. 1250 pkt, choć może przejściowo spaść nawet do 900 pkt. Dolar w dłuższej perspektywie będzie tracił na wartości, chociaż tymczasowo może się umacniać. Najlepszą długoterminową inwestycją będzie złoto, mimo że chwilowo jego cena może spaść do 800 USD za uncję. Faber, choć powszechnie uchodzi za niedźwiedzia, nie stroni więc od wpadania w byczy nastrój. Robert Prechter - niedźwiedź Propagator kontrowersyjnej teorii fal Elliotta i wydawca bazującego na niej biuletynu dla inwestorów statuse Odpowiedz Link
stoje_i_patrze sylwetki - parkiet - 3/3 27.12.09, 15:58 Później jednak, kiedy dwa kolejne załamania giełdowe (w 2000 r. i w 2007 r.) „przewidział” o kilka lat za wcześnie, jego gwiazda zgasła. Dziś wschodzi znowu. Cokolwiek bowiem można powiedzieć o naukowych podstawach i prognostycznych walorach teorii fal Elliotta, trzeba przyznać, że podczas kryzysu prognozy 60-letniego Prechtera były nadzwyczaj trafne. Teoria ta wskazuje m. in., że ruchy w kierunku przeciwnym do trendu następują w trzech falach. Ponieważ teraz znajdujemy się jakoby w wieloletniej „deflacyjnej depresji”, trend jest spadkowy. Pod koniec lutego br. Prechter dał sygnał do kupowania akcji, twierdząc, że lada moment zaczynie się korekta wzrostowa. Jej pierwsza fala miała się skończyć w czerwcu po odbiciu indeksu S&P 500 o około 300 pkt. Po krótkiej fali spadkowej miała się rozpocząć ostatnia fala korekty, która powinna dobiec końca na przełomie roku, gdy S&P500 sięgnie 1000–1100 pkt. I rzeczywiście, indeks ten osiągnął dołek na początku marca (676 pkt), zwyżkował do 12 czerwca (do 942 pkt), po czym nastąpiła miesięczna korekta i kolejna faza zwyżkowa. Dziś S&P 500 oscyluje wokół 1110 pkt. Zgodnie ze scenariuszem Prechtera wkrótce powinna powrócić bessa, która przebije marcowe dołki. Jest on o tym przekonany do tego stopnia, że w połowie grudnia nie tylko apelował o powstrzymanie się od inwestowania w akcje, ale wręcz zachęcał do grania na ich przecenę z wykorzystaniem dźwigni. A co potem? Rynek niedźwiedzia potrwa – jak twierdził analityk w lipcowym wywiadzie dla „Parkietu” – jeszcze blisko siedem lat. Indeks Dow Jones tąpnie poniżej 1000 pkt (obecnie około 10 300), a ropa do 10 USD za baryłkę (obecnie około 70 USD). Zwyciężą ci, którzy ulokują kapitał w najbezpieczniejszych bonach skarbowych i złocie. Bill Gross - niedźwiedź Założyciel PIMCO, czyli jednego z największych (jeśli nie największego) funduszy obligacji na świecie. Wielokrotny zdobywca tytułu najlepszego zarządzającego przyznawanego przez firmę analityczną Morningstar. Inwestor niebojący się stawiać długoterminowych i kontrowersyjnych prognoz. Światowego kryzysu jednak raczej nie przewidział. Co więcej, inwestował w toksyczne aktywa, czyli obligacje Fannie Mae i Freddie Mac, znacjonalizowanych firm finansujących rynek nieruchomości. W kryzysowych miesiącach zimy 2008/2009 i wiosny 2009 r. wieszczył głównie spadek wartości dolara i twierdził, że rządowe obligacje są przewartościowane. Uzależniał też ożywienie na giełdach od spadku premii za ryzyko kredytowe. Był sceptyczny co do rynków Europy Środkowo-Wschodniej, gdyż uważał je za najmocniej wystawione na kryzys. Obecnie wciąż pozostaje sceptyczny wobec ożywienia gospodarczego w USA. Uważa, że Fed nie podniesie stóp, póki nie zdoła wystarczająco rozruszać rynku kredytowego. Jego zdaniem może to w ogóle nie nastąpić w 2010 r. Obligacje emitowane przez spółki będą więc raczej słabą inwestycją. Akcje banków i wielu innych firm nie będą zaś przynosić takiej stopy zwrotu jak w 2009 r., gdyż ożywienie wciąż będzie powolne, a rząd będzie zwiększał regulację w gospodarce. Dobrą inwestycją mogą się jednak okazać akcje spółek użyteczności publicznej. – Przyszły model amerykańskiego kapitalizmu będzie odzwierciedlał ich sposób działania. Poza tym ich ceny znajdują się już tylko w połowie drogi między szczytami z 2007 r. a dołkami z 2008 r. – uzasadnia Gross. Sam jednak zwiększył odsetek akcji w swoim portfelu do poziomu sprzed upadku Lehman Brothers. Jak widać, temu niedźwiedziowi nieobce są bycze zachowania. www.parkiet.com/artykul/7,882092_Maly_leksykon_przepowiedni_slynnych_bykow_i_niedzwiedzi_.html Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Debata „Parkietu” 1/x 27.12.09, 16:11 W przyszłym roku najwięcej zarobią wytrawni traderzy Debata „Parkietu” z udziałem: Tomasza Bardziłowskiego, wiceprezesa UniCredit CAIB, Wojciecha Białka, analityka CDM Pekao, Konrada Łapińskiego, zarządzającego autorskim funduszem Total FIZ, Roberta Nejmana, zarządzającego autorskim funduszem MCI Gandalf Aktywnej Alokacji oraz Piotra Zagały, zarządzającego funduszami Idea TFI, na temat tego, co może się wydarzyć w gospodarce i na rynkach finansowych w 2010 r. Czy 2010 r. minie pod znakiem odłączania rządowych kroplówek zaaplikowanych gospodarkom w dobie kryzysu? Jak można w najmniej szkodliwy sposób odejść od programów pomocowych? Jakiej reakcji rynków można oczekiwać? Piotr Zagała: Wycofywanie się z pakietów stymulacyjnych będzie negatywnie oddziaływało na popyt. W związku z tym będą musiały pojawiać się kolejne pakiety pomocowe. Tak właśnie będzie wyglądał przyszły rok. Nie widzę w tym jednak nic złego. Najlepiej, by pacjent, który był bardzo chory, do formy dochodził powoli. A nie nagle ozdrowiał, by zaraz potem ponownie to odchorować. Robert Nejman: Sęk w tym, że na przykład sektor finansowy ozdrowiał nagle. Wystarczy spojrzeć na wyniki finansowe, także wielkich instytucji. Piotr Zagała: Jeszcze niedawno też byłem gotów tak twierdzić. Jednak ostatnie wydarzenia w Dubaju pokazują, że sektor finansowy wcale nie jest do końca uzdrowiony. Ponadto do ostrożności skłaniają też na przykład obniżki ratingu Grecji. Właśnie wracam ze spotkania, na którym dowiedziałem się o planach kolejnych obniżek – tym razem Portugalii, Estonii, Rosji, Bułgarii, Czech, Słowacji czy Belgii. Są powody do korekty na giełdach. Tomasz Bardziłowski: O ile na rynkach finansowych mieliśmy odbicie w kształcie V, o tyle szanse, by tak ono wyglądało w gospodarkach, są niewielkie, prawie żadne. Pytanie, czy będzie to W. Moim zdaniem to dość realny scenariusz. Po wzroście globalnego PKB, szczególnie w USA, i stymulacji monetarnej, zakładam, że w połowie przyszłego roku nastąpi istotne spowolnienie. To sprawi, że odejście od luzowania ilościowego i polityki zerowych stóp procentowych będzie musiało być bardzo stopniowe. To jest stosunkowo dobry scenariusz dla rynków – kroplówka nie zostanie szybko odłączona. Wojciech Białek: Jestem wielkim optymistą, jeśli chodzi o światową koniunkturę w 2010 r. W przyszłym roku spodziewam się szczytu tempa wzrostu gospodarczego. Dzisiaj Polska jest w połowie ożywienia. Dynamika produkcji przeszła z minus 15 proc. do zera. Wkrótce sięgnie plus 15 proc. Jeśli przyglądać się amerykańskiej produkcji przez pryzmat wskaźnika ISM, to szczyt ożywienia powinien przypaść na przełom II i III kwartału 2010 r. To wynika też z efektu bazy. Najniższą produkcję obserwowaliśmy w USA w czerwcu tego roku. Obecne ożywienie jest efektem ucieczki inwestorów od dolara i zamieniania go na aktywa bardziej odporne na inflację. Nie jestem przekonany, czy pakiety stymulacyjne w tym względzie miały aż tak duże znacznie. Dużo istotniejsza była decyzja Fedu o druku pieniądza. Wyobrażam sobie, że impuls do wycofania części stymulacji przyjdzie właśnie z rynku walutowego lub surowcowego. Dolar, który jeszcze mniej więcej do lutego będzie się osłabiał, zapewne podąży w stronę dołka zarówno wobec euro, jak i jena. Wówczas mógłby właśnie w takich warunkach ustanowić nowe minima już w I kw. 2010 r. To właśnie ze strony Japonii i strefy euro, wpychanych przez mocną walutę w recesję, pojawi się presja na USA. Fed zacznie sprzedawać obligacje hipoteczne. To powinno być odwróceniem programów stymulacyjnych. Rynki zareagują na to tąpnięciem. Zresztą dynamika podaży pieniądza M1 w USA, która w sierpniu (+18,5 proc.) była porównywalna jedynie do poprzedniego rekordu ze stycznia 1987 r. (17,5 proc.) już ostro spada. W 1987 r. giełdowy krach nastąpił po dziewięciu miesiącach od początku spadku dynamiki M1. Piotr Zagała: Z prostego modelu produkcji przemysłowej bazującego na złotowych cenach miedzi wynika, że teraz powinniśmy notować wzrost produkcji przemysłowej ok. 10 proc., choć dane GUS podają, że to dopiero około zera. Wojciech Białek: W GUS powoli liczą. (śmiech) Piotr Zagała: Modele prognozują wyższy wzrost niż w rzeczywistości. Może to wynikać z niskiego wykorzystania mocy produkcyjnych. Przy wzroście gospodarczym, oprócz zwykłego odbicia, pojawia się mnożnik inwestycyjny. Jednak przy niskim wykorzystaniu mocy, nowych inwestycji będzie niewiele. To będzie ograniczać skalę ożywienia. Spójrzmy na przykład na Wielton. Spodziewałem się, że będzie miał dobre wyniki, bo będzie mu sprzyjać osłabienie złotego. Jednak tak się nie stało, gdyż się okazało, że w Niemczech jest dużo bankrutujących firm, wyprzedających swoje zapasy. Mieliśmy więc do czynienia z przeinwestowaniem. Na rynku jest jeszcze sporo zapasów. To będzie tłumiło ożywienie. Wojciech Białek: Jednak listopadowy PMI w Polsce wzrósł powyżej 50 pkt. To był największy skok wskaźnika od lipca 2007 r. i najwyższy poziom od marca 2008 r. Piotr Zagała: To oznacza, że zamówienia mogą już się pojawiać na dużą skalę. Ale niekoniecznie szybko pójdzie za tym nowa produkcja. Wspomnieliśmy o obniżkach ratingów. Czy obok konieczności obsługi większego długu, to kolejny koszt poluzowania polityki fiskalnej? Piotr Zagała: Agencje ratingowe zawsze się mylą i zawsze na samym końcu zmieniają zdanie. (śmiech) Robert Nejman: Mogą uznać, że wcześniej były zbyt łagodne, więc teraz okażą się przesadnie surowe, by naprawić stare błędy. Czyli panowie jesteście optymistami, jeśli chodzi o wzrost gospodarczy w przyszłym roku. Tomasz Bardziłowski: Najgorsze za nami, więc można być optymistą. Ale pacjent musi być nadal pod kroplówką. Przedwczesne wycofanie płynności z rynku europejskiego spowodowałoby, że takie kraje jak np. Grecja mogłyby nie poradzić sobie z problemami. M.in. jednym z elementów wspomagania płynności jest możliwość brania pożyczek z EBC przez greckie banki pod zastaw obligacji skarbowych. Bez tej możliwości obligacje greckie byłyby jeszcze mniej warte niż są teraz. W tle decyzji o wycofywaniu płynności są kursy walut. Wojciech Białek: Być może w skali globalnej poziom płynności zostanie utrzymany. Lecz w latach 2010–2011 będzie to w większym stopniu pochodną działań właśnie Europejczyków i Japończyków niż Amerykanów. Robert Nejman: Koordynacja działań ma miejsce raczej w sferze deklaracji. Jedni drugich próbują przechytrzyć, bo każdy chciałby jak najbardziej osłabiać swoją walutę. Tomasz Bardziłowski: Nie wspomnieliśmy jeszcze o jednym kraju, który jest najbardziej istotny z punktu widzenia przyszłorocznego wzrostu gospodarczego na świecie i kursów walut. Chodzi o Chiny. Jeśli nie pozwolą na aprecjację juana, to dolar wcale nie musi się osłabić. Trzeba wziąć pod uwagę, że jest to kraj praktycznie w unii monetarnej z USA. Deficyt obrotów bieżących USA jest w dużej mierze pokryty przez nadwyżkę Chin. Tak naprawdę to, co stanie się z dolarem, będzie zależne od danych gospodarczych z Chin. Jeśli eksport będzie zbyt mocno rósł, zagrażając stabilności koniunktury, to juan zostanie zrewaluowany, co przełoży się na zniżkę dolara. Ale bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w którym do istotnej rewaluacji juana nie dochodzi – bo dlaczego Chiny mają strzelać sobie w piętę? Dalszy spadek dolara jest więc powstrzymany, jednocześnie tłumiąc hossę na rynku złota i towarów. Upraszczając, kurs dolara zależy od Chin. Jakich jeszcze kosztów programów stymulacyjnych można się spodziewać? Piotr Zagała: Deficyty budżetowe wypierają z rynku prywatny kapitał. Papiery korporacyjne są teraz emitowane z premiami 4–5 pkt proc. ponad papiery skarbowe. Są w przybliżeniu dwa, trzy razy wyższe niż w okresie ostatniego ożywienia. Większe koszty finansowania będą musiały się wkrótce odbić na wynikach spółek. Robert Nejman: Programy stymulacyjne mają coraz słabsze oddziaływanie. W Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Debata „Parkietu” 2/3 27.12.09, 16:12 Raczej będzie tak, iż to rynki pokażą, że utrzymywanie programów nie ma sensu, bo generują jedynie dodatkowe koszty, a gospodarkom i tak to nie pomaga. Wojciech Białek: Mamy trzy główne sektory gospodarki: rząd, konsumentów i przedsiębiorstwa. Najlepiej gdy zadłużają się przedsiębiorstwa, inwestując w nowe technologie, które zwiększają wydajność pracy. Wtedy mamy zdrową hossę. Robert Nejman: To była hossa lat 80. i 90. Wojciech Białek: Zadłużanie się gospodarstw domowych nie jest już tak korzystne. Obserwowaliśmy to przez większość obecnej dekady. Tworzy to bardzo sprzyjające warunki dla przedsiębiorstw, którym umożliwia delewarowanie (zmniejszanie zadłużenia – red.). Ma też potężne stymulujące działanie na całą gospodarkę. Ale nowe domy nie zwiększają wydajności pracy, a ceną poprawy komfortu życia jest zwiększenie długu. Konrad Łapiński: Z tym że to delewarowanie tym razem nie nastąpiło. Dlatego i o siłę stymulacyjną trudno. Wojciech Białek: Najgorszy typ hossy to zadłużanie się sektora rządowego. To przykład Japonii. W jej przypadku opinia, że nie przynosi to skutków, jest jednak krzywdząca, bo gdyby nie to, już dawno ten kraj zapadłby się w czarną dziurę. Konrad Łapiński: Zadłużenie rządu powoduje, że japoński PKB, choć generalnie nie rośnie, utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, licząc w jenach. Robert Nejman: Sektor rządowy jest ostatnim, który może się zadłużyć. Pytanie, co dalej? Jak długo może to trwać? Jak długo możemy być świadkami pozytywnego oddziaływania na gospodarkę japońską? Na początku tego roku ekonomiści wiele mówili o ryzyku inflacji. Inni o ryzyku deflacji. Pod jakim znakiem upłynie 2010 r.? Konrad Łapiński: Wysoka inflacja w USA byłaby najlepszym rozwiązaniem obecnych problemów. Przy 10-proc. tempie wzrostu cen i 1-proc. koszcie pieniądza szybko spadłaby wówczas wartość zobowiązań. Chociaż w mniej komfortowej sytuacji byłyby kraje finansujące amerykański dług. Niestety, w ten sposób Amerykanie i kraje europejskie straciłyby status nieskazitelnych pożyczkobiorców. To by bardzo zmieniło obecny porządek w świecie finansów. Robert Nejman: Inflacja jest dobrą drogą dla wszystkich rozwiniętych państw, także europejskich. Trudno znaleźć inne rozwiązanie, bo zadłużenie sektora rządowego przekroczyło granicę, spoza której trudno wrócić. Wojciech Białek: Ostatnie czasy nauczyły nas myśleć niekonwencjonalnie, więc stwierdzenia, że nie da się wrócić spoza jakiejś granicy brzmią nader dramatycznie. Granica, która w poprzednim reżimie była nieprzekraczalna, teraz taką już się nie wydaje. Dziś poza nią jest masowa monetyzacja długu, czyli odkupienie przez bank centralny obligacji od banków komercyjnych w zamian za dodrukowane pieniądze. Czy w skali globalnej, a nie pojedynczych państw, inflacja też byłaby najlepszym rozwiązaniem? Piotr Zagała: Typowy inwestor nabywający obligacje oprocentowane poniżej inflacji działałby irracjonalnie. Tego nie należy oczekiwać po inwestorze, jakim jest organizacja rządowa. Chiny mają inne ukryte cele – zdobycie przewagi technicznej, gospodarczej. Dopiero gdy je osiągną, mogą doprowadzić do zachwiania istniejącej obecnie równowagi globalnej. Kiedy to nastąpi – nie wiadomo. Oczywiste jest jednak, że kiedyś w końcu Chiny zaczną działać. Tomasz Bardziłowski: Celem chińskiej polityki jest stwarzanie warunków do migracji ze wsi do miast. Do tego potrzebują wzrostu gospodarczego ok. 8 proc. rocznie. Konrad Łapiński: A jak się ten cel zrealizuje, to co dalej? Tomasz Bardziłowski: Wtedy Chiny będą mogły pozwolić sobie na dużą aprecjację juana, bo będą miały ogromny i silny rynek wewnętrzny. No i zacząć masowo kupować aktywa na świecie, podobnie jak Japończycy w latach 80. A wracając do pytania o inflację, na początku minionego roku mieliśmy pytania o deflację, ale zaraz potem nastąpił impuls reflacyjny. Dziś konsensus jest taki, że zagrożenia nadmierną inflacją nie ma. Inflacja zależy od trzech parametrów: sytuacji na rynku pracy, luki popytowej we wzroście gospodarczym i polityki monetarnej. Najbardziej istotne jest bezrobocie, które wciąż jest bardzo wysokie, więc presja na inflację cen jest minimalna. Jednocześnie jednak mamy inflację aktywów finansowych i to jest problem. Zwracał na to uwagę Fed. Pamiętając o błędach poprzednika, Bernanke zapewne nie będzie chciał dopuścić do powstania kolejnych baniek spekulacyjnych. Jeśli więc podwyżki stóp procentowych będą miały miejsce, to po to, by uniknąć inflacji aktywów, a nie cen. Robert Nejman: Inflacja części aktywów, szczególnie akcji, jest w interesie rezerwy, gdyż stanowi podstawę bogactwa amerykańskiego społeczeństwa. Fed jakby mógł, to „dołowałby” surowce, a sprzyjał zwyżkom cen akcji. Wojciech Białek: Na krótką metę silna i długotrwała inflacja – czytaj hiperinflacja dolara – w obecnym systemie nie jest możliwa. Wzrost cen w USA spowoduje osłabienie dolara, a to wepchnie w kłopoty europejskich i japońskich eksporterów, wywołując reakcję EBC i BoJ w zakresie polityki monetarnej (obniżki stóp procentowych – red.). Więc ten sposób nie dojdzie do hiperinflacji w USA. Piotr Zagała: Wzrost cen surowców wynika obecnie z popytu sektora finansowego, a nie z poprawy w sferze realnej. Przyniesie on znaczny wzrost kosztów działania przedsiębiorstw. Inflacja, która sprzyja stopie zwrotu na portfelu, niestety, może też nieść zagrożenia dla koniunktury. Wojciech Białek: Jestem największym przeciwnikiem Chin. Wiem, że to jest podejście kontrariańskie (oparte na działaniu wbrew powszechnym opiniom – red.). Czemu mam pewność, że taka postawa jest słuszna? Po pierwsze na liście 20 największych wieżowców na świecie, dziesięć to chińskie. W przeszłości obecność jakiegoś kraju na tej liście wróżyła kryzys związany z przeinwestowaniem. Był na niej np. borykający się obecnie z ogromnym zadłużeniem Dubaj. Kiedy problemy Chin mogą się ujawnić? Czy w 2010 r. będzie się mówić, że wzrost w Chinach może wkrótce ostro wyhamować? Czy może się na przykład okazać, że chińskie banki mają problem złych długów? W tym roku gospodarka Państwa Środka rozwijała się m.in. dzięki zwiększonej akcji kredytowej. Tomasz Bardziłowski: W Chinach nie ma problemu wielkiego wzrostu kredytów. Rzeczywiście na początku tego roku odnotowano skok, ale potem miesięczna wartość nowych kredytów utrzymywała się na średnim poziomie z ostatniej dekady. Pamiętajmy też, że chiński rząd dysponuje 2 bln dolarów. Ma więc pieniądze, żeby wspomóc kapitały banków i wymusić akcję kredytową. Tam można wzrost gospodarczy pobudzać choćby budową autostrad, na których potem będzie schło zboże. (śmiech) Czy powody do niepokoju mają gospodarki Starego Kontynentu? Wojciech Białek: Przed problemem stoi strefa euro, gdzie wzrost wspólnej waluty podnosi wartość dolarowych zobowiązań wyrażonych w tym pieniądzu. Wyobrażam sobie, że zanim dolar „umrze”, jakąś słabą owieczkę spekulanci z tego europejskiego stada sobie znajdą i ją zaatakują. Tomasz Bardziłowski: To, co dzieje się w najsłabszych krajach eurolandu, może być zarazą dla krajów naszego regionu. W ocenie Polski przez zagranicznych inwestorów nasz kraj jest plasowany razem z najsłabszymi państwami regionu. Przez problemy np. Grecji w przyszłym roku może dojść do wzrostu cen kontraktów zabezpieczających przed niewypłacalnością Polski (CDS). To już ma i może nadal mieć negatywny wpływ na nasze rynki. Robert Nejman: Czytałem ostatnio, że problemy amerykańskie wszyscy rozpracowali, ale jakieś miny zalegają jeszcze poza USA. Najwięcej tych min jest w Europie. Wojciech Białek: Mam deja vu, jakbym wrócił do początku lat 90. Ówczesny Savings & Loan Crisis w USA (kryzys kas oszczędnościowo-pożyczkowych – red.) to kryzys strukturalnie identyczny z obecnym. On był też wtedy największy w historii. Już w 1992 r. dalszą konsekwencją był kryzys systemu walutowego w Eur Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Debata „Parkietu” 3/4 27.12.09, 16:13 Tomasz Bardziłowski: Tym razem bankom się upiekło – na skutek rządowych pakietów stymulacyjnych rynki się odbiły i banki zamiast prosić rządy o dalszą pomoc, dostały kapitał od rynków, unikając nacjonalizacji. Tylko faktem jest, że ten kapitał de facto pochodzi od podatnika, bo za pakiety stymulacyjne ktoś musi zapłacić. Cena, którą przyjdzie nam zapłacić, zależy od tego, czy ruszy gospodarka. Więc rządy naciskają na banki, żeby te zaczęły dawać kredyty na rozruszanie gospodarki. Piotr Zagała: Wbrew niektórym doniesieniom nadal widzę dużą niechęć polskich banków do udzielania kredytów. Niektóre nie mogą nawet zwiększyć akcji kredytowej bez dokapitalizowania. Dopóki banki nie zaczną udzielać kredytów, samo zwiększanie bazy monetarnej niewiele pomoże. To banki muszą w wyniku kreacji wtórnej tworzyć pieniądz, żebyśmy mogli mieć do czynienia z dalszym rozwojem gospodarczym. Wojciech Białek: Oczywiste jest jednak, że bankowi urzędnicy przestaną się bać udzielać kredytów dopiero w szczycie boomu. (śmiech) Jakie są perspektywy dla rynku akcji. Czy warto jeszcze w nie inwestować? Tomasz Bardziłowski: Uważam, że przyszły rok będzie stał pod znakiem podwyżek stóp procentowych, ale dojdzie do nich dopiero w II półroczu. Ze względu na niewielkie ryzyko inflacji, środowisko dla inwestycji w akcje jest nadal dobre. Warto je mieć przynajmniej do końca I kwartału przyszłego roku. Możemy mieć bowiem do czynienia z silnym efektem stycznia. Jeśli tylko dane makroekonomiczne będą korzystne dla globalnych rynków i jeśli nie będziemy mieli sygnałów o wycofywaniu się z luźnej polityki monetarnej, to ci, którzy są niedoważeni w akcjach, będą w styczniu równać do średniej. Idąc dalej, w połowie roku spodziewam się korekty. Konrad Łapiński: Trwająca teraz hossa jest odreagowaniem załamania z 2008 r. To odreagowanie powinno stracić na sile w przyszłym roku. Będzie to zatem czas dobry na pozbywanie się akcji. Sytuację na giełdzie porównałbym do tej z lat 1999–2000. Brakuje jednak czegoś na kształt ówczesnych dotcomów, co doprowadziłoby do kompletnej euforii, by nie powiedzieć ogłupienia. Jeśli na początku 2010 r. ceny akcji dojdą do poziomów trochę wyższych niż dzisiejsze, po udanym I kwartale nie spodziewałbym się załamania, ale „ubijania” obecnego poziomu. Sprzyjałaby temu podaż akcji sprzedawanych przez Skarb Państwa i powolne podwyżki stóp procentowych. W takim scenariuszu zaczęłaby się agonia, która byłaby bardzo męcząca, szczególnie dla posiadaczy jednostek funduszy akcji, którzy podejmują decyzje na podstawie krótkoterminowych historycznych stóp zwrotu. Tym samym ten segment nie będzie generatorem popytu na akcje. Ewentualne spadki w ujęciu procentowym nie będą tak mocne i widowiskowe jak w 2008 r. Raczej widzę powolne osuwanie lub męczący trend horyzontalny. Piotr Zagała: Podstawową zasadą analizy technicznej jest zachowanie trendu. Zgodnie z nią należy oczekiwać dalszych zwyżek na giełdach. Zmiana trendu następuje dopiero po pojawieniu się bardzo silnych czynników, które go zmieniają. Im silniejszy trend, tym trudniej go odwrócić. Mieliśmy bardzo silny trend spadkowy, który zmienił się w wyniku silnej stymulacji monetarnej oraz pomocy rządowej. Oba te czynniki wciąż są obecne. Przy dołkach pojawia się też panika. Teraz dominuje raczej ostrożność. Dołkowi towarzyszy też skrajne niedowartościowanie aktywów. Tego teraz już nie mamy, choć też trudno mówić o skrajnie wysokich wycenach. Nie ma więc czynników, które miałyby zmienić trend. Są jednie takie, które mogą go osłabiać. Chodzi na przykład o alokację OFE w akcjach, która przekracza już 30 proc. Po zwyżce rynku o kolejne 30 proc. wyniesie blisko 40 proc. W takich warunkach fundusze emerytalne będą musiały zmniejszać zaangażowanie na giełdzie. Jeśli nie będzie czynnika popytowego OFE, to przy jednoczesnej podaży akcji Skarbu Państwa ciężko będzie myśleć o znaczących zwyżkach. Jednocześnie trudno mówić o atrakcyjnych branżach, bo w każdej z nich są spółki lepsze i gorsze. Dlatego w przyszłym roku bardzo ważna dla stopy zwrotu z inwestycji będzie selekcja firm. Wojciech Białek: W ramach analogii historycznych i cyklu, który nazywam cyklem pokoleniowym, ostatni kryzys można porównać do tego z lat 1974–1975, 1938 czy też z 1907 r. Przyszły rok jest analogiczny do 1909 r., 1939 oraz 1976 r. Z tego wynikają ciekawe wnioski. Choćby to, że będziemy mieli czołgi na ulicach Warszawy. (śmiech). Mamy niemalże pewność geopolitycznych napięć na świecie. Od strony finansowej te lata mają jedną wspólną cechę: realnie, bez uwzględnienia dywidend, inwestorzy odzyskiwali ulokowane pieniądze kilkanaście lat później. Dla mnie przyszły rok jest rokiem szczytu koniunktury, także giełdowej. Wyobrażam sobie, że licząc od dzisiaj, kolejne tygodnie będą bardzo udane i przyniosą dokończenie ruchu w górę. Jednak za kilka tygodni, w styczniu, lutym, uciekałbym od akcji. Sygnałami będą wyjście na plus zmian zatrudnienia na amerykańskim rynku pracy oraz wspominane przeze mnie już wejście dolara na nowe minima. To będą bowiem sygnały dla Fedu, że trzeba zaostrzyć politykę pieniężną. Generalnie jako model oceny koniunktury w I półroczu 2010 r. proponuję sytuację z wiosny 2006 r. Miało to miejsce w czasie poprzedniego ożywienia, które zaczęło się na wiosnę 2005 r. Wtedy Bank of Japan wycofał się z quantitative easing (dodruku pieniądza – red.), co spowodowało mały krach na naszym parkiecie, po którym nastąpił trend zwyżkowy już o słabszej niż wcześniej sile. Taki 25-proc. krach może się przydarzyć już wiosną 2010 r. Po nim będziemy świadkami powolnego wzrostu, który potrwa mniej więcej do jesieni. Potem przyjdzie niekończąca się bessa, która kulminację będzie miała przy końcu świata, czyli w 2012 r. (śmiech) Robert Nejman: Zastanawiam się, czy jest jakieś prawdopodobieństwo, by giełdy z tegorocznego dna zapoczątkowały długoletnią hossę, typu tej z lat 50., 60. czy 80., 90. Oceniam, że jest ono znikome, gdyż większość problemów, które doprowadziły do obecnego kryzysu, nie została wyeliminowana. Tak jak mówiliśmy – sektory prywatny i przedsiębiorstw nie zdelewarowały się, a potężnie zlewarował się sektor państwowy, który mógł nieść jeszcze jakiś ratunek. Wydaje mi się zatem, że tegoroczny wzrost, który jeszcze jakiś czas potrwa, ma charakter odreagowania wcześniejszych spadków i jest napędzany zastrzykiem płynności. Kiedy mogą się skończyć? Albo wtedy, gdy ta płynność zacznie być wycofywana na skutek poprawy sytuacji gospodarczej, albo gdy rządy zostaną do takich ruchów zmuszone przez rynki finansowe. Bardziej realna wydaje mi się ta druga opcja. To oznacza, że płynność może skończyć się wcześniej, niż pojawi się stabilne ożywienie gospodarcze. W związku z tym nie wydaje mi się, by akcje były dobrą inwestycją w długim horyzoncie, nawet 1dziesięcioletnim. Wojciech Białek: Trzeba zatem samemu spekulować, a nie dawać pieniądze funduszom inwestycyjnym. Tomasz Bardziłowski: Należy jednak spojrzeć na atrakcyjność akcji względem innych klas aktywów. Perspektywa dla obligacji, przynajmniej w średnim horyzoncie czasowym, nie jest zbyt różowa. Gotówka też nie wygląda ciekawie. No właśnie. Jak panowie oceniacie przyszłoroczne perspektywy obligacji? Robert Nejman: Amerykańskie obligacje powinny w przyszłym roku tracić na wartości. Jednak niedawno ktoś powiedział, że parkiety na całym świecie usłane są trupami tych, którzy przez lata grali na spadek cen japońskich obligacji. To daje do myślenia. Piotr Zagała: Za pomocą swapów mógłbym utrzymywać krótką pozycję na portfelu obligacji. Gdybym jednak tak zrobił, miałbym ujemną stopę zwrotu z funduszu dłużnego i to mój trup leżałby na parkiecie. (śmiech) Jeśli spojrzymy na polski rynek, rentowność dziesięciolatek wynosi teraz 6,3 proc. Przy cenie pieniądza na poziomie 3 proc., przy którym ja mogę finansować zakup tych obligacji, widzimy, że rynek dysko Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Re: Debata „Parkietu” 4/4 27.12.09, 16:13 Zakładając, że nie sprawdzi się optymistyczny scenariusz, ale neutralny albo pesymistyczny, polskie obligacje skarbowe dadzą dobrze zarobić. Tomasz Bardziłowski: Rzeczywiście, polskie papiery wyglądają atrakcyjnie, ale tego nie można powiedzieć o obligacjach amerykańskich. Robert Nejman: I Fed, i wielkie banki, do niedawna nazywane inwestycyjnymi, starają się przekonać ludzi, którzy trzymają pieniądze na lokatach albo w funduszach pieniężnych, do bardziej ryzykownych inwestycji. Natknąłem się niedawno na porównanie tej sytuacji do okopów z czasów I wojny światowej. Jak żołnierze siedzieli dwa, trzy tygodnie w błocie, to potem było im już wszystko jedno i z chęcią rzucali się pod kule karabinów. Wracając do rynku akcji, szczególnie największych spółek, czy są one tanie czy drogie? Wojciech Białek: Ceny akcji są teraz nijakie. Tak wynika z indeksu Shillera, który jest w połowie historycznego przedziału wahań (indeks Shillera to wskaźnik cena/zysk dla amerykańskich akcji liczony na podstawie średnich dziesięcioletnich zysków spółek – red.). Piotr Zagała: Skoro wyceny są w trendzie wzrostowym, to siłą rozpędu powinny urosnąć jeszcze bardziej, aż akcje staną się przewartościowane.Robert Nejman: Ryzyko dla inwestycji w akcje podnosi trochę to, że nie było od dawna mocniejszej korekty. Większość pieniędzy, jakie per saldo odpłynęły na świecie z funduszy inwestycyjnych pieniężnych, ponad 450 mld dolarów w tym roku, trafiła na bardziej ryzykowne rynki, w tym w dużej części na wschodzące rynki akcji. Czy ten segment pozostanie atrakcyjny także w przyszłym roku? Tomasz Bardziłowski: Te przepływy są pochodną ucieczki od aktywów dolarowych i są mocno związane z sytuacją na rynku surowców. Pytanie jest o cenę ropy. Jeśli ta nie będzie szła stabilnie w górę, to dynamika napływu może spaść. Piotr Zagała: Nie zawsze jest opłacalne inwestowanie w rynki wzrostowe. W obecnej sytuacji, kiedy wszyscy wiedzą, że rynki wschodzące będą się rozwijały, możemy mieć do czynienia z przewartościowaniem spółek i ze zbyt wysokim dokapitalizowaniem firm, które w efekcie przeinwestują, prowadząc do obniżenia marż. To spowoduje, że te inwestycje w dłuższej perspektywie nie będą wcale takie dobre. Patrząc, jak wysoko wyceniane są niektóre spółki w Brazylii, czy w Meksyku, zastanawiam się, czy nie czas już przestać inwestować w całe rynki, a szukać pojedynczych atrakcyjnych firm – na wszystkich rynkach, rozwiniętych i rozwijających się. Mieliśmy do czynienia z silnym niedowartościowaniem rynków wschodzących w związku z brakiem płynności, ale teraz to zjawisko już zanikło. Tomasz Bardziłowski: Ten rok był rokiem inwestowania top-down (wybierania najbardziej atrakcyjnych sektorów – red.), w sektory, przyszły rok będzie rokiem stock pickingu – na giełdach poradzą sobie ci, którzy umieją wybierać spółki. Jakość spółki będzie ważniejsza od korelacji z globalnymi trendami. Czy można oczekiwać utrzymania się dodatniej korelacji między cenami akcji i surowców? Piotr Zagała: Ceny surowców są ostatnio bardzo rozbieżne, w zależności od tego, czy są to surowce typowo spekulacyjne, czy też uzależnione przede wszystkim od popytu z realnej gospodarki. Na przykład surowce rolne w ogóle nie zyskują na wartości. Miedź zyskała sporo, a część metali, które nie są lubiane przez finansistów, nie urosła. Jeśli będziemy mieli do czynienia z dalszym ożywieniem gospodarczym, to można oczekiwać, że dołączą do zwyżek. Przeciwko towarom przemawia jednak to, że hossy się nie powtarzają. Po hossie internetowej nie mieliśmy kolejnego boomu technologicznego. Po hossie nieruchomościowej też druga taka nie nastąpiła. Analogicznie, teraz nie będzie drugiej hossy surowcowej. Zakładam na przykład, że na miedzi warto będzie mieć krótką pozycję, a na rolnych surowcach długą. Inwestowanie na rynku surowców nie będzie proste. Czy warto jeszcze inwestować w złoto? Konrad Łapiński: Skrytykowaliśmy akcje, obligacje, o surowcach też niezbyt ciepło się wyrażaliśmy, to samoistnie pada na złoto jako atrakcyjną propozycję. (śmiech) Robert Nejman: Krótkoterminowo złoto utworzyło hiperbolę, niedźwiedzia na tym rynku trudno było znaleźć. Dlatego należy się tu duża korekta. Złoto jest dobrą inwestycją w okresie, kiedy rządy na świecie psują waluty. Złoto trzeba rozpatrywać nie jako surowiec, ale jako jedną z walut. Wojciech Białek: Jeśli przyjąć analogię, że odpowiednikiem hossy internetowej będzie teraz końcowa faza ucieczki od dolara do aktywów inflacyjnych, to ta fala powinna być też ostatnią falą zwyżki cen złota. W krótkim terminie można więc jeszcze trochę na nim zyskać. Podsumowując strategię na przyszły rok. Czy można powiedzieć, że któraś klasa aktywów wypadnie bardzo dobrze? Rok temu przy okazji podobnego spotkania, także z częścią panów, wskazaliśmy na obligacje korporacyjne i towary. Sprawdziło się. Tomasz Bardziłowski: W tym roku trudniej wybrać tak www.parkiet.com/artykul/7,882095_W_przyszlym_roku_najwiecej_zarobia_wytrawni_traderzy.html Odpowiedz Link
pawel-l Re: rok 2010 - prognozy 29.12.09, 19:28 Prognozy i opinie blogerów: bespokepremium.com/roundtable/ Twelve of the most popular financial blogs/websites agreed to participate in the roundtable. Each participant was asked to respond to the same 25 questions regarding their 2010 outlooks as well as their take on 2009 A to dyskusja (audio) deflacjonistów i inflacjonistów o przyszłym roku: financialsense.com/fsn/main.php Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Re: rok 2010 - prognozy 29.12.09, 22:36 MF Global's Ten Predicitions For 2010 The latest in the 2010 forecast series comes courtesy of MF Global. Unlike the trite cheerfest from the sellside bankers (who can blame them, their jobs depend on optimism) which we have been largely ignoring, this piece is certainly worth five minutes of your reading time. www.zerohedge.com/article/mf-globals-ten-predicitions-2010 Odpowiedz Link
stoje_i_patrze sprott 29.12.09, 22:42 Sprott Says S&P 500 to Tumble Below its March Low Dec. 29 (Bloomberg) Odpowiedz Link
pawel-l Re: rok 2010 - prognozy 06.01.10, 12:35 Co tam rozdrabniać się na jednoroczne prognozy. Bill Bonner daje prognozy na całe 10-lecia. Poprzednia z 2000r (buy gold, sell stocks) była całkiem udana. dailyreckoning.com/our-new-trade-of-the-decade/ As long-suffering Daily Reckoning readers will recall, we announced our 'Trade of the Decade' in 2000: Sell Stocks; buy go ld. "It turned out to be a good plan," observes colleague, Merryn Sommerset, in a recent Financial Times story. "In 2000, you could buy an ounce of gold for $280 (the average price over the year). Now, it will cost you about $1,100. At the time, Bonner saw what most others did not. He saw the US not as an economy carefully and cleverly managed by then Federal Reserve chairman Alan Greenspan and his passion for low interest rates, but as a massive credit bubble waiting to burst. So there is our Trade of the next Decade: Sell US Treasury debt/Buy Japanese stocks. Crazy, right? Maybe not. Treasury debt has been going up for the last 27 years. Japanese stocks have been going down for the last 20 years. Does this mean we're giving up on gold? Not at all. We're sticking with gold. Aurus eternis, or something like that. The yellow metal is what you buy when you think the financial authorities are making a mess of things. We have little doubt about it. So we'll continue to buy and hold gold...until the financial system blows up. But gold at $1,100 an ounce is fully priced. It is not cheap. It's been going up for the last 10 years! At this level, it is insurance against a monetary catastrophe and a speculation on when and how the blow-up will finally come. It is definitely worth having. And holding. And using to protect your wealth. Odpowiedz Link
the-only_el_matador9 Re: celente 07.01.10, 02:21 Gerald Celente przewiduje dla Ameryki gigantyczny "Obamageddon" na 2010 ,coś na wzór końca świata czyli Armageddonu: Warto tutaj wspomnieć iż Gerald Celente jest nie tylko bardzo uznawanym astrologiem gospodarczym, ale analitykiem giełdowo- finansowym oraz kulturoznawcą i wie wiele nza przykłąd o astrologicznych i interakcyjnycho zależnościach kulturowych na linii IRAN - rasa aryjska - Indoeuropejczycy.Jak dotąd wszystkie jego astro-prognozy gospodaczo-giełdowe i polityczne spawdzały się co do joty. Przewidział między innymi, z dokładnością co do dnia, słynny "default" rosyjski i machloje finansowe ówczesnego premiers Kiryczenki wyzerowywujące udziały giełdowe podmiotów zachodnich w różne typy akcji rosyjskich na giełdzie rosyjskiej RTS, opiewające na kilkaset miliardów USD do całkowitego przysłowiowego "zera" z roku 1998. Modelem }astrologiczno-prevoyance"owym{ Geralda Celente po opublikowaniu jego prognozy na 2010 rok w "New York Timesie" z miejsca zainteresowała się CIA. Oto elementy amerykańskiego Armageddonu anno domini 2010: a}totalny krach dolara. b]zakaz uzywania bankomatów. b.1.}racjonowanie żywności i kartki na amerykańską żywność jak w polskim stanie wojennym. c}stan wyjątkowy na terenie całych USA. d}krach systemu giełdowego w Europie i jako odpowiedż na krach amerykański i gigantyczne straty banków europejskich - krach EURO i dalsza bezlitosna rozwałka gospodarek europejskich ale i przy okazji solidarność poszkodowanych banków austriackich, niemieckich, szwedzkich i fancuskich z częsciowo doprowadzona do totalnej uiny ekonomicznej Europą Wschodnią, gdzie łącznie przepompowały one od 1990 roku w róznych formach ekspotu kapitału miliardów 1790 miliardów USD kapitału finansowego i inwestycyjnego. e}spadek poziomu PNB USA o 50% do poziomu dochodu narodowego obecnej Polski. f}wzmożone ataki terrorystyczne Jemenu{trwatam równie krwawa wojna co w Afganistanie}, Pakistanu, Afganistanu, Iranu, Iraku na obiekty cywilne i wojskowe USA. f.1.}możliwość choć nie konieczność ,jako czkawka poobiednia amerykańskiego kompleksu wojenno=przemysłowego, po amerykańskiej czkawce ekonomicznej, ataku Izraela na Iran, jako iż najlepszym sposobem wylizania się z opałów i pobudzania koniunktury jest potężny sztucznie wywołąny konflikt zbrojny, konflikt irański przy nieopatrznym wmieszaniu sie weń Rosji ogarniętej obecnie silnymi mrzonkami wielkomocarstwowymi, oznaczać będzie III, pewną wojnę światową. g}powodem gigantycznego krachu w połowie 2010,było nie uruchomienie paralelne amerykańskich zdolności produkcyjnych i usług produkcyjnych waz z napływającym strumieniem pieniądza, a jedynie zalanie rynku papierów wartościowych lawiną pomocy finansowej jako pokrycie strat subprime,transakcji terminowych i CDSwaps=ów czyli zalanie USA czystą inflacjogenną nadpłynnościa, czyli w rzeczywistości drukowanym pieniądzem bez pokrycia.Wszystko zgodne z marksowską tezą o konieczności równoważenia nowopowstałej masy pieniądza pojawiającej się w obiegu pieniężnym równoległo uruchamianymi zdolnościami produkcyjnymni w sektorze środków produkcji i w usługach produkcyjnych. h}dodatkowym powodem może okazać się też ukryta bańka spekulacyjna i złodziejska gra na zniżkę powierzonych finansowych aktywów krajowych i zagranicznych, nawet w odniesieniu do własnych wieloletnich, tadycyjnych klientów, takich podmiotów inwestycyjnego świata finansów jak Goldman Sachs czy Meryll Lynch i inne amerykańskie banki inwestycyjne które jeszcze uchowały się tam po krachu Lehmann Brothers. i}jawne i ordynarne fałszowanie amerykańskich danych ekonomicznych i gospodarczych z III i IV kwartałów 2009. Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Re: celente 07.01.10, 16:24 nie wiem skad to przekleiles (zawsze lepiej podawaj źródło) ale w tej jego prognozie az takiej mega czarnej wizji nie ma. jest mowa o nowym krachu itd. ale nie wszystkie punkty byly wypowiedziane. moze masz wersje rozszerzona, kto wie kto wie Odpowiedz Link
the-only_el_matador9 Re: celente 07.01.10, 17:04 a ty ciągle ze swoim amerykański zbankrutowanyy do cna niedowiarku, patrzyłem na obszerną recenzję licznych i nie jedynych wypowiedzi Celente w licznych ekonomicznych blogach francuskich ,gdzie dołączono także cały artykuł sciągniety z jego włąśnie pognozą na 2010 z NYT. Przy okazji prostuję moje stwierdzenie zawarte w moim poście internetowym : chodzi mi o taki spadek PNB bankruta amerykańskiego USA ,który dojdzie w swoim dołowaniu wskażników makroekonomicznych do poziomu osiąganego obecnie na jednego mieszkańca w bardzo biednej i niedorozwiniętej ekonomicznie i społecznie a także i naukowo- technicznie, dzięki dwudziestoletnim rządom zbodniczej Solidarności Polsce. Odpowiedz Link
kylax1 Astrolo co? 09.01.10, 14:57 Wszystko co napisales mozna wydedukowac logicznym mysleniem. Odpowiedz Link
ostrygojadek Re: celente 18.10.11, 12:40 Przepraszam, że się ośmielam, ale czy ta prognoza jest już odwołana czy przesunięta na jakiś inny rok? Odpowiedz Link
lj-3 Re: celente vs saxobank na 2010? 08.01.10, 02:47 Zatoczyliśmy koło (roczną sinusoidę?) i powróciliśmy do odważnej prognozy Saxo Banku na rok 2009: forum.gazeta.pl/forum/w,17007,104450957,104498075,saxobank_na_ 2009.html Odpowiedz Link
stoje_i_patrze 26 kwietnia 2010 02.05.10, 20:50 Gerald Celente on BILL MEYER 26 April 2010 www.youtube.com/watch?v=49CAJa6OlFo Odpowiedz Link
pawel-l Re: rok 2010 - prognozy 07.01.10, 12:22 Cały zestaw prognoz wszystkich świętych i jeszcze trochę... pragcap.com/the-ultimate-guide-to-2010-investment-predictions-and- outlooks Odpowiedz Link
sevenseas Re: Jedno jest pewne 09.01.10, 17:27 Smierc i podatki. PIENIADZE MOZNA PSUC W NIESKONCZONOSC. Nie bedzie konca swiata , krachu na dolarze i ciszy w zaden sobotni letni poranek , bo sasiad bedzie kosil trawe. Odpowiedz Link
the-only_el_matador9 Re: Jedno jest pewne 09.01.10, 21:27 www.marketoracle.co.uk/Article16208.html American Demise,opinia Amerykanów o przyszłości Ameryki. Odpowiedz Link
pawel-l Re: rok 2010 - prognozy 19.01.10, 19:51 Gary Shilling poleca: www.investorsinsight.com/blogs/john_mauldins_outside_the_box/archive/2010/01/18/2010-investment-strategies-six-areas-to-buy-11-areas-to-sell.aspx Inflacjoniści lepiej niech nie zaglądają. Kupuj bondy, sprzedawaj CRB (towary) Odpowiedz Link
stoje_i_patrze Investment outlook 2010 - przypomnienie prognoz 29.12.10, 15:52 Investment outlook 2010 - przypomnienie prognoz stojeipatrze.blogspot.com/2010/12/investment-outlook-2010-przypomnienie.html Odpowiedz Link