Dodaj do ulubionych

rok 2010 - prognozy

16.12.09, 15:53
@rok 2010
Prognozy dużych podmiotów na 2010:
ftalphaville.ft.com/blog/series/outlook-2010/
Obserwuj wątek
    • diego_vesselis saxobank na 2009 17.12.09, 15:32
      saxobank na 2009:
      Odważne prognozy Saxo Bank na rok 2009:

      1) Ostre zamieszki społeczne będą miały miejsce w Iranie, ponieważ niższe ceny
      ropy oznaczają, że rząd nie będzie w stanie utrzymać zaopatrzenia w podstawowe
      niezbędne artykuły.

      2) Cena ropy naftowej osiągnie poziom 25 dolarów z powodu zmniejszonego popytu
      wynikającego z najgłębszej globalnej recesji od czasu Wielkiej Depresji.

      3) Indeks S&P osiągnie w roku 2009 poziom 500 punktów z powodu spadających
      zarobków, obniżającej się wartości nieruchomości oraz rosnących kosztów
      funduszy w sektorze przedsiębiorstw.

      4) Unia Europejska prawdopodobnie podejmie poważne wysiłki aby poradzić sobie
      z nadmiernym deficytem budżetów rządowych w kilku krajach członkowskich, a
      Włochy mogą zrealizować swoje wcześniejsze pogróżki i odejść z systemu ERM.

      5) Kurs AUD/JPY spadnie do 40. Spadek na rynkach towarów będzie miał wpływ na
      gospodarkę australijską.

      6) Kurs EUR/USD spadnie do 0,95 a potem osiągnie poziom 1,30 ponieważ bilanse
      banków europejskich są pod dużą presją z powodu zagrożenia osłabieniem się
      rynków Europy Wschodniej oraz napięć gospodarczych wewnątrz Europy.

      7) Tempo wzrostu PKB w Chinach spadnie do zera. Sektory chińskiej gospodarki
      napędzane eksportem znacznie ucierpią przez swobodną działalność gospodarczą w
      handlu międzynarodowym, w szczególności zaś w Stanach Zjednoczonych.

      8) Kilka z walut wschodnioeuropejskich, które obecnie powiązały lub na wpół
      powiązały swoją wartość z euro, będzie pod rosnącą presją z powodu odpływu
      kapitału w roku 2009.

      9) Reuters/ Jefferies CRB Index spadnie o 30% do poziomu 150 punktów. Bańka na
      rynku towarów pęknie z powodu spekulacji, które są tak duże, że wypaczyły
      statystyki podaży i popytu.

      10) W roku 2009 pierwsze waluty azjatyckie uzależnią swoją wartość od CNY.
      Gospodarki krajów azjatyckich będą coraz bardziej spoglądały w stronę Chin aby
      znaleźć nowych partnerów handlowych i ograniczyć dotychczasowe plany
      skoncentrowane na USA
      • pawel-l Re: saxobank na 2009 17.12.09, 18:08
        Nie wiem czy zauważyłeś że to był mijający rok.
        A tu są na 2010r
        www.bankier.pl/wiadomosc/10-szokujacych-prognoz-Saxo-Banku-na-2010-r-2065346.html
        • diego_vesselis Re: saxobank na 2009 17.12.09, 20:48
          Nie wiem czy zauważyłeś że to był mijający rok
          nie, nie zauwazyłem, jestem slepy i dodatkowo głuchy a Ty kompletnie nie
          kumaty. Myslałem, że opatrzenie mojego wpisu komentarzem " poniżej dla
          przypomnienia prognozy na 2009 rok gdzie kazdy może ocenic czy były trafne czy
          nie" nie jest konieczne, bo tutaj sa ludzie myslący chociaz trochę. Ale cóż:
          nie wszyscy
          • stoje_i_patrze Re: saxobank na 2009 17.12.09, 21:29
            diego,
            moze jestes swieżak na forum ale to chyba wiemy. Pisałem o tym nie raz, nawet
            wątek założyłem kiedys o tym, w tym mobiusie. poszukaj.

            wkleilem ich prognoze aby pokazac co mysla aby potem rozliczyc, i grac przeciwko
            analitykomsmile
            • diego_vesselis Re: saxobank na 2009 17.12.09, 22:15
              doprawdy nie wiem co w tym świeżego, że dla porównania z planami na 2010 w
              jednym miejscu wklejam prognoze tego samego banku, której waznośc własnie
              upływa???? ja nie sledze wszystkich twoich wpisów na wszystkich możliwych
              forach (zreszta wszystkie dublowane) więc logiczne jest wklejenie tej prognozy
              tu i teraz aby kazdy mógł sie zapoznac z nią. Dorotka zakumała. A jesli tak
              bardzo przeszkadza mailnij do przycinka albo polarnego aby to usunął, nie ma
              sprawy. A tak przy okazji gdzie krach najpóźniej 11 gru? czyżbym coś ominął?
              • stoje_i_patrze Re: saxobank na 2009 18.12.09, 18:54
                Czy wiesz co to jest czarny łabędz (black svan)? Oni to traktuja jako cos co
                może sie wydarzyc ALE NIE MUSI to primo

                drugie primowink to co taki nie mily jestes? zly dzien? obrazilem Cię?

                trzecie primowink to na jakich forach cos przeklejam? JA znam tylko jedno forum
                PiG na ktorym cos wklejam, i drugie na ktorym sie prawie ze w ogole nie udzielam
                (developerzy warszawa). Z innych nie korzystam, badz juz nie pamietam.
                przypomnij proszę.

                Do nikogo nie będę mailował aby usunac, bez sensu.

                A co do krachu na 11 grudnia to byla to wyliczanka do ktorej podchodzilo jako
                "entertainment" - nie obstawialem zywymi pieniedzmi krachu. Ba, mialem nawet
                pare dlugich w tym okresie na ktore mnie niestety cos tam kosztowaly.
                • diego_vesselis Re: saxobank na 2009 18.12.09, 19:10
                  nie wierze że nie pamietasz, kiedy dzisiaj i wczoraj wklejałeś u WB i PK, ale
                  nic w tym złego nie widze poza tym, że jak przegladam te fora to widze dośc
                  czesto te same posty. PK juz dawno nie przegladam bo jest strasznie butny i
                  zarozumiały i to samo jest z WB któremu palma juz dośc mocno strzeliła w
                  głowę, a poza tym zaczął sie powaznie mylić. Jednak w aktywnym inwestowaniu
                  czytanie takich teoretycznych doradców to porażka. Własne analizy i własne
                  wyczucie rynku i określenie trafnych korelacji mniedzy instrumentami(teraz
                  bardzo trudne) to klucz do sukcesu
                  • stoje_i_patrze Re: saxobank na 2009 18.12.09, 21:09
                    to blogi, BLOGI, nie forawink
          • pawel-l Re: saxobank na 2009 18.12.09, 08:15
            nie, nie zauwazyłem, jestem slepy i dodatkowo głuchy

            Dodałbym jeszcze szalenie agresywny...
            • tartaczek Re: saxobank na 2009 18.12.09, 14:04
              Szalona to moze byc glownie zabawa.Przypinanie komus latki
              agresywnego i to" szalenie "jest co najmniej nietaktowne.Diego
              slusznie zauwazyl ,ze ich prognozy nie sprawdzily sie juz wczesniej,
              wiec przytaczanie analizy tego rodzaju jest bez sensu.Rownie
              skuteczne ,a moze bardziej przydatne moze byc wrozenie z fusow.
              • diego_vesselis Re: saxobank na 2009 18.12.09, 14:08
                tartak, słuszie prawisz. Ale zdumiewające jest to, że rozprawia się o sposobie
                i czasie podania informacji, natomiast nikt nie chce sie odnieść do tego, czy
                np pomyłka na S&P o 166 pkt to duzo czy mało, w momencie stawiania prognozy
                było poniżej 900 pkt
              • stoje_i_patrze Re: saxobank na 2009 18.12.09, 18:50
                Nie rozumiesz dobrze celu wklejenia prognoz - napisalem juz o tym w tym watku.
                przeczytaj nie chce mi sie pisac ponownie. co do saxo to bez sensu BO TO CZARNE
                ŁABĘDZIE potwarzam CZARNE ŁABĘCZIE
      • dorota_3 Re: saxobank na 2009 17.12.09, 21:08
        Hehe, dobre przypomnienie smile Jak to jest możliwe, żeby aż tak
        mylić się (z wyjątkiem jednego - 8 - wszystkie punkty są kulą w
        płot).

        To uzmysławia, jak trudną rzeczą jest inwestowanie. Analitycy mylą
        się zawsze, mnie na to nie stać wink
        • stoje_i_patrze Re: saxobank na 2009 17.12.09, 21:30
          Nie zauważyłaś chyba iz, chociazby w tekscie o 2010, napisano iz to "czarne
          łabędzie, zatem wydazyc sie z definicji nie musza. to byly czarne typy łabędzi.
          to nie byla prognoza na 2009.
        • przycinek.usa Re: saxobank na 2009 30.12.09, 01:33
          Tak. Ale ja ich rozumiem. Trudno przewidywac rozwoj sytuacji rynkowej w oparciu
          o dane, ktorych nie ma. Na przyklad poziom monetyzacji. Rynek jest
          niewiarygodnie zmanipulowany. Mozliwe, ze ich pomylka polega jedynie na tym, ze
          sie wychylili z prognoza. Moze po prostu na takim rynku nie powino sie ani
          inwestowac, ani prognozowac?
          • dirloff Re: saxobank na 2009 30.12.09, 03:01
            Uważaj Przycinku, bo zaczynasz prawić niczym radykalny goldbug...wink
            • dirloff PS. W sprawie duńskiego SaxoBank... 30.12.09, 03:14
              W pewnym sensie to na przekór sobie, stanę jednak w obronie tego duńskiego
              banku. Pamiętam, że na samym początku tego kryzysu, kiedy na tym forum
              debatowaliście nad polityczno-medialnymi przepychankami nad pierwszym bailoutem
              w USA czy nawet jeszcze wcześniej, kiedy w Stanach ruszyła lawina upadków
              pierwszych wielkich podmiotów finansowych, to specjaliści z Saxo Bank jako jedni
              z nielicznych tworzyli pesymistyczne analizy. W przeciwieństwie do większości
              bankowych czy funduszowych instytucji. Oczywiście, były osoby pokroju Roubiniego
              czy Schiffa, jednak żadna z większych komercyjnych instytucji nie złowróżyła tak
              radykalnie. Pamiętam, że wtedy to mnie zaskoczyło. Bardzo pozytywnie, zwłaszcza
              przy palecie łżących w żywe oczy czy p......cych co im ślina na język przyniesie
              "analityków". Takie wpuszczenie świeżego powietrza do dusznego pomieszczenia. Od
              tamtego czasu pamiętam w ogóle jako taki ten bank i podejrzewam, że zachłyśnięci
              rozgłosem medialnym własnych prognoz zaczęli kassandryczyć bez żadnej kontroli.
              Stąd przypuszczalnie ta fatalna prognoza na 2009r., hehe. Konkludując,
              rzeczywiście, poplynęli, zwłaszcza tymi Chinami, jednak warto zapamiętać ich
              kontrariański zryw z tamtego kluczowego okresu, godny pochwały.
          • lj-3 Re: saxobank na 2009, a powinien być później! 08.01.10, 00:56
            przycinek.usa napisał:
            >„pomylka polega jedynie na tym, ze sie wychylili z prognoza.”
            Według mnie ich jedyny błąd, to taki, że napisali za wcześnie, co
            najmniej o rok.....może dwa. Wszystko idzie jakoś dzięki pompce
            Bena – i tyle. Co będzie jak pompka się skończy? A skończy się z
            pewnością! A co jak nie skńczy się nigdy i świat zatopią $$$$$$$?
            Kto powie?
    • stoje_i_patrze inne z pb.pl 17.12.09, 21:35
      S&P500 wzrośnie o 10 proc., Dow Jones o 6 proc. wynika z prognoz 40 analityków
      firm z Wall Street, które zebrał Reuters.
      Mediana prognoz analityków, których Reuters poprosił o wyznaczenie wartości
      S&P500 na koniec 2010 roku, to 1203 pkt. Mediana prognoz wartości średniej Dow
      Jones to 11.100 pkt.
      Oba indeksy zyskają w 2009 roku po ok. 20 proc.
      Analitycy uważają, że większa część przyszłorocznego wzrostu zostanie
      osiągnięta w pierwszym półroczu. Wzrosty w drugim półroczu mają być raczej
      umiarkowane. Popyt ma hamować oczekiwanie na rozpoczęcie przez Fed podwyżek stóp
      procentowych oraz uruchomienie polityki redukcji nadmiernej płynności systemu
      finansowego.

      - Większość danych makro wciąż wskazuje na stabliny wzrost w 2010 roku –
      powiedział Reutersowi Peter Cardillo, główny ekonomista Avalon Partners z Nowego
      Jorku. – Nie spodziewam się podwójnego dna recesji. Problemy zadłużenia w
      Europie, Dubaju czy gdziekolwiek, są do ogarnięcia. To kolejny plus – dodał.

      Część analityków uważa, że Fed może zdecydować się na podwyższenie stóp w drugim
      półroczu przyszłego roku, najprawdopodobniej w czwartym kwartale, lub na
      początku 2011 roku.
      pb.pl/2/a/2009/12/16/SP500_wzrosnie_o_10_proc__Dow_Jones_o_6_proc

      “S&P500 wzrośnie o 21 proc.” prognozuje John Praveen, główny strateg
      inwestycyjny Prudential International Investments Advisers.
      raveen prognozuje, że S&P500 osiągnie 1350 pkt. na koniec przyszłego roku.
      Oznacza to 21 proc. wzrost wartości wobec poniedziałkowego zamknięcia indeksu.
      Praveen jest większym optymistą niż Thomas Lee z JP Morgan Chase i David Kostin
      z Goldman Sachs Group, którzy najtrafniej prognozowali wartość indeksu w tym
      roku. Ich prognozy dla S&P500 na 2010 rok, to odpowiednio 1300 i 1250 pkt.
      Średnia 10 prognoz wartości S&P500 na koniec 2010 roku, zebrana wśród
      największych instytucji finansowych, plasuje wartość indeksu na poziomie 1223 pkt.

      - Jesteśmy trochę agresywniejsi w naszych prognozach dla amerykańskiego rynku
      akcji – powiedział Praveen – Zarówno po stronie makro, jak i zysków spółek
      spodziewamy się pozytywnych niespodzianek – dodał.
      www.pb.pl/a/2009/12/15/SP500_wzrosnie_o_21_proc
      S&P500 wzrośnie o 11 proc. w 2010 r. prognozują stratedzy, którzy trafnie
      przewidzieli odbicie na amerykańskim rynku akcji w tym roku.
      Średnia 10 prognoz dla S&P500, przedstawionych przez strategów, plasuje wartość
      indeksu na koniec przyszłego roku na poziomie 1223 pkt. Średnia szacunków
      łącznego zysku na akcję spółek wchodzących w jego skład to 73,69 USD.

      Nawet jeśli S&P500 wzrośnie tyle, ile prognozują stratedzy, wciąż będzie
      potrzebował kolejnego, 28 proc. wzrostu do osiągnięcia rekordowej wartości z
      października 2007 roku. Wówczas indeks osiągnął 1565,15 pkt. Po wspięciu się na
      szczyt S&P500 spadł o 57 proc. do 12-letniego dołka, zanotowanego w marcu tego
      roku.

      Mediana błędu prognoz strategów dla S&P500 w okresie 10 lat ich publikowania
      przez Bloomberga wynosiła 8,5 pkt. procentowego. Najtrafniej przewidywali
      wartość indeksu w 2005 roku, kiedy zyskał on 3 proc., czyli dokładnie tyle ile
      zapowiadali.

      S&P500 wzrósł od początku 2009 roku już o 22,5 proc., a od tegorocznego minimum
      z 9 marca o 63,5 proc.
      www.pb.pl/images/article/2009/12/14/98233131-d012-4844-bc04-368c4123928b.jpg
      https://www.pb.pl/images/article/2009/12/14/98233131-d012-4844-bc04-368c4123928b.jpg

      www.pb.pl/a/2009/12/14/SP500_wzrosnie_o_11_proc__w_2010_r
      “S&P500 wzrośnie o 13 proc. do końca 2010 r.”prognozuje zespół strategów Goldman
      Sachs, kierowany przez David Kostina. Oparli ją na założeniu, że stopy
      procentowe pozostaną na niskim poziomie, przychody spółek będą rosły i nie
      spadnie ich atrakcyjność inwestycyjna.
      Według zespołu kierowanego przez Kostina, S&P500 znajdzie się na koniec
      przyszłego roku w pobliżu 1250 pkt. Zysk operacyjny spółek na akcję ma wzrosnąć
      w przyszłym roku o 33 proc. do 76 USD dzięki 8,9 proc. wzrostowi ich przychodów.

      Stratedzy Goldman Sachs prognozują, że inwestorzy indywidualni i instytucjonalni
      kupią w 2010 roku akcje amerykańskich spółek warte ok. 600 mld USD, zwiększając
      kapitalizację wchodzących w skład S&P500 spółek o ok. 6 proc. Spodziewają się
      jednak, że w drugiej połowie roku nastąpi odwrót inwestorów z rynków akcji w
      związku z rosnącym oczekiwaniem rozpoczęcia procesu zacieśniania polityki
      pieniężnej przez Fed.
      Stratedzy Goldman Sachs oczekują jednak, że Fed utrzyma podstawową stopę na
      poziomie 0-25 pkt. bazowych co najmniej do 2012 roku. Przyznają, że ich prognozy
      mogą się nie spełnić jeśli Fed zdecyduje się wcześniej na rozpoczęcie serii
      podwyżek stóp.
      www.pb.pl/a/2009/12/08/SP500_wzrosnie_o_13_proc__do_konca_2010_r
    • stoje_i_patrze kolejne 18.12.09, 19:00
      www.parkiet.com/artykul/7,880059_Zarzadzajacy__W_2010_r__gieldy_beda_rosly.html
      Zarządzający: W 2010 r. giełdy będą rosły
      Menedżerowie funduszy inwestycyjnych w Wielkiej Brytanii są wyjątkowo
      optymistycznie nastawieni do 2010 r. Trzy czwarte z nich oczekuje wzrostów na
      głównych światowych giełdach
      Takie wnioski płyną z ankiety przeprowadzonej przez Związek Firm Inwestycyjnych
      (Association of Investment Companies).

      Połowa zarządzających wierzy, że największe zyski przyniosą właśnie inwestycje w
      akcje, zaraz po nich będzie złoto i towary.Bycze nastroje dotyczą indeksu FTSE
      100, w przypadku którego ponad połowa menedżerów zakłada, że do końca 2010 r.
      zamknie się on w przedziale 5500 – 6000 pkt.

      Wyniki ankiety wskazują na nową falę optymizmu wśród brytyjskich zarządzających.
      Jeszcze bowiem na początku 2009 r. w ich szeregach przeważał pesymizm.

      Głównymi przesłankami pozytywnej wiary we wzrosty są nadzieje na wyższe od
      prognoz wzrosty PKB największych gospodarek na świecie, niskie stopy procentowe
      i rosnące zarobki i dywidendy.

      Trochę ponad połowa menedżerów funduszy obawia się jednak, że niski kiepska
      dynamika światowego PKB będzie największym zagrożeniem w przyszłym roku. Jedna
      piąta ankietowanych wróży przedłużenie się recesji.
      Aktualizacja strategii

      Wielu zarządzających deklaruje zmniejszanie w swoich portfelach ilości
      obligacji, ponieważ widzą większy potencjał zysku w inwestycjach w akcje spółek
      surowcowych i blue chipów. Do najbardziej ulubionych papierów należą udziały
      spółek finansowych i technologicznych.

      - Rynek obligacji wyprzedził w ciągu ostatnich 30 lat inwestycje w akcje, ale
      nie oczekuję aby menedżerowie funduszy dalej chętnie skupowali papiery dłużne –
      tłumaczy James Anderson, menedżer Scottish Mortgage Invetment Trust.

      Drugim trendem w przyszłym roku ma być zwiększenie nakładów na inwestycje w
      spółki o mocnych fundamentach, które mają dobry cash flow, rzetelnych partnerów
      i stabilne prognozy wzrostu.

      Nadal jednak jedna trzecia zarządzających deklaruje chęć inwestycji na bardziej
      ryzykownych rynkach wschodzących, ponieważ ich zdaniem stopy zwrotu w przypadku
      tamtych akcji będą najwyższe.

      Steve Meyers: Market Outlook and Analysis for 2010
      www.youtube.com/watch?v=rl5Gp-VWBG0
    • stoje_i_patrze Barry Ritholtz 19.12.09, 10:13
      "We haven't seen a change of trend yet," says Barry Ritholtz, CEO of Fusion IQ.
      "The market's bias is still to the upside. We're giving the rally the benefit of
      the doubt. Innocent until proven guilty."

      Ritholtz expects the market to continue to go higher in the first part of 2010,
      suggesting 1250-1300 as an upside target for the S&P 500.

      But Ritholtz, who correctly forecast the "mother of all bear market rallies"
      was upon us in early March
    • stoje_i_patrze David Rosenberg's 2010 Outlook 19.12.09, 10:32
      David Rosenberg's 2010 Outlook "The Recession Is Really A Depression"
      www.zerohedge.com/article/david-rosenbergs-2010-outlook-recession-really-depression
    • stoje_i_patrze Credit Suisse Asset Management 21.12.09, 09:30
      Credit Suisse Asset Management
      Hossa wróci wiosną
      21.12. Warszawa (PAP/Media) - Rynki wschodzące, w tym Polska, wzrosną w 2010 r.
      o 20-30 proc., uważa Robert Parker, wiceprezes giganta zarządzania aktywami,
      Credit Suisse Asset Management, pisze "Puls Biznesu".
      To ekspert, który najwyraźniej wie, co mówi. W marcu namawiał do kupowania
      polskich akcji. Kto posłuchał, nie żałuje - indeksy wzrosły o ponad 80 proc.
      Teraz Parker zapowiada do lutego zahamowanie wzrostów, a nawet korektę, ale
      twierdzi, że w całym 2010 r. to akcje będą najlepszą inwestycją.

      Wzrosty - jego zdaniem - powrócą w marcu-kwietniu, a na koniec roku indeksy będą
      wyżej niż teraz. Parker spodziewa się wzrostu giełdy amerykańskiej o 10-15
      proc., w krajach strefy euro - o 15-20 proc., a rynków wschodzących, do których
      zalicza się Polskę, o 20-30 proc. (PAP)
    • stoje_i_patrze PL - parkiet 27.12.09, 15:41
      art
      W nadchodzącym roku giełdę czeka umiarkowany wzrost notowań
      CytatW 2010 roku indeksy warszawskiej giełdy nadal powinny rosnąć. Zwyżki będą
      jednak dużo, dużo mniejsze niż w czasie euforii obserwowanej na rynku od wiosny
      – wynika z ankiety „Parkietu” wśród analityków domów maklerskich
      Analitycy 11 domów maklerskich, które odpowiedziały na naszą sondę, przewidują,
      że na koniec przyszłego roku indeks WIG20 wyniesie średnio 2542 pkt, a indeks
      WIG sięgnie 43 684 pkt. Oznaczałoby to, odpowiednio, ponad 7-proc. zwyżkę
      wskaźnika blue chips i 10-proc. zwyżkę indeksu całej giełdy względem notowań ze
      środy, czyli ostatniej sesji przed świętami.

      Spytaliśmy też o maksymalny poziom, na jaki w przyszłym roku mogą wspiąć się dwa
      najważniejsze warszawskie indeksy. I tak, według średnich prognoz, WIG20
      powinien zahaczyć o próg 2725 pkt, a WIG o 46 634 pkt. Daje to indeksom,
      odpowiednio, 15-proc. i 18-proc. potencjał wzrostowy.

      – Niemal cały wzrost powinien dokonać się przed połową roku. Oczekiwalibyśmy
      korekty w końcówce II kwartału i mozolnego odbudowywania się rynku w drugiej
      połowie roku – napisali nam analitycy UniCredit CAIB Poland. Część sądzi jednak,
      że wzrost będzie dość równomierny i rynek najwyższy pułap osiągnie na sam koniec
      przyszłego roku.

      Najwięksi optymiści przewidują, że wskaźnik największych spółek może wynieść w
      ciągu roku 2900 pkt, a WIG nawet 50 tys. pkt.Z jednej strony to dużo – taki
      wynik oznaczałby wzrost indeksów o jedną czwartą, co większość inwestorów
      zapewne wzięłaby w ciemno. Jednak z drugiej strony widać, że analitycy nadal nie
      dają giełdzie nawet najmniejszych szans na osiągnięcie pułapów notowanych przed
      kryzysem, na szczycie hossy, która skończyła się jesienią 2007 r. Przypomnijmy,
      że WIG20 sięgał wtedy ponad 3900 pkt, a WIG miał wartość przekraczającą 67 tys. pkt.

      Na rynku panuje pogląd, że przebicie szczytów poprzedniej hossy jest możliwe w
      2012 r., ale tylko pod warunkiem, że w światowej gospodarce nie powróci już
      recesja, a Polska nie będzie mieć swoich własnych problemów, np. związanych z
      nadmiernym deficytem budżetowym.Wśród ankietowanych przeważa opinia (sześć
      głosów do czterech), że lepszym wyborem na przyszły rok będą akcje spółek małych
      lub średnich niż dużych (co zresztą widać po nieco bardziej optymistycznych
      prognozach dla WIG niż dla WIG20). Zwykle ożywienie w gospodarce, które jest
      obserwowane od kilku miesięcy, oznacza poprawę warunków do ekspansji właśnie dla
      mniejszych podmiotów.

      – Małe spółki mogą zachowywać się lepiej niż duże, co będzie związane z dopływem
      środków do funduszy inwestycyjnych – wskazuje ponadto Marcin Materna, szef
      działu analiz w DM Millennium. Analitycy preferujący duże przedsiębiorstwa
      argumentują natomiast, że to właśnie nimi będzie interesować się kapitał
      zagraniczny i że są one bezpieczniejsze ze względu na znacznie większą płynność
      notowań.Eksperci podkreślają przy tym, że ważniejsza niż rozmiar jest sytuacja
      konkretnej firmy. Rynek ma być bowiem w przyszłym roku bardziej selektywny niż w
      mijającym.

      W jakie więc branże warto zainwestować? Tutaj trudno o jakikolwiek jednolity
      obraz. We wskazaniach pojawił się niemal pełen przekrój naszej giełdy – polecane
      są m.in. spółki medialne („ponieważ są mocno przecenione”, „rynek reklamy ma się
      zacząć odbudowywać”wink, zajmujące się budownictwem infrastrukturalnym,
      energetyczne, petrochemiczne, banki („najszersza ekspozycja na rynek, reagują na
      bezpośrednio przekazywane sygnały kredytobiorców”, „możliwe bardzo dobre
      wyniki”wink, spółki reprezentujące sektory cykliczne, jak IT i przemysłowe, firmy
      elektromaszynowe, deweloperskie (oczekiwany wzrost popytu na nowe mieszkania),
      meblarskie czy reprezentujące sektor handlu detalicznego. Można więc ocenić, że
      inwestorów czeka naprawdę trudne zadanie zbudowania dobrego portfela na przyszły
      rok.

      Na dodatek nie ma też wśród analityków jednoznacznego wskazania, czy lepiej
      pozostać przy giełdzie warszawskiej, czy też może zainwestować na innych
      parkietach zaliczanych do rynków wschodzących, reprezentujących podobną klasę
      ryzyka.

      Część pytanych uważa, że wypadniemy na ich tle korzystnie. – Polski rynek
      powinien zachowywać się lepiej niż inne emerging markets. Nasze korzystniejsze
      wskaźniki makroekonomiczne, jak również potencjał do dalszej aprecjacji złotego
      powinny powodować przeważanie polskiego rynku w globalnych i regionalnych
      portfelach względem innych rynków wschodzących o podobnym rozmiarze do naszego –
      uważa Jacek Tyszko, makler z DM BOŚ. Co innego sądzą jednak m.in. analitycy
      UniCredit CAIB. Piszą oni, że nasz rynek będzie sobie radzić słabiej względem
      innych emerging markets, gdyż w warunkach ożywienia popytu w krajach zachodnich
      globalni inwestorzy powinni preferować spółki z gospodarek o większej ekspozycji
      przemysłowo-eksportowej niż Polska.

      Nie ma też zgody co do oceny wpływu na nasz rynek czekających nas w przyszłym
      roku ogromnych prywatyzacji (m.in. PZU, Tauron, sama GPW). Zdaniem części
      ekspertów mogą one przyczynić się do zwiększenia zainteresowania całym naszym
      rynkiem i poskutkować napływem nowego kapitału także do firm już notowanych. Ale
      sporo analityków upatruje w dużych IPO i ofertach uzupełniających zagrożenia dla
      koniunktury na rynku wtórnym. Według wyliczeń UniCredit CAIB wartość ofert
      pierwotnych i uzupełniających może przekroczyć 20 mld zł, i to z wyłączeniem
      potencjalnej sprzedaży udziałów Skarbu Państwa.

      Większość ekspertów zgadza się natomiast, że mamy na przyszły rok lepsze
      perspektywy niż większość giełd gospodarek rozwiniętych. – Polski rynek akcji
      będzie radzić sobie lepiej niż rynki dojrzałe ze względu na wzrost apetytu na
      ryzyko i zwiększenie przepływów do emerging markets – uważa Marcin Materna z DM
      Millennium. – Agresywne fundusze globalne będą poszukiwać kilkuletnich „okazji
      inwestycyjnych”, czyli rynków o niskiej wrażliwości na możliwe kolejne odsłony
      kryzysu w największych gospodarkach lub rynków wyraźnie silniejszych od innych,
      o dużym potencjale – finansowym i gospodarczym, i jednocześnie – odpowiednio
      dużych. W Europie powinny to być Polska i Turcja – dodaje Jacek Tyszko z DM
      BOŚ.


      www.parkiet.com/artykul/7,882093.html

      wig20 - max 2725 pkt na koniec 2010 - srednia wartosc z prognoz
      wig20 - 2542 - srednia wartosc z prognoz

    • stoje_i_patrze sylwetki - parkiet - 1/2 27.12.09, 15:57
      Mały leksykon przepowiedni słynnych byków i niedźwiedzi
      Mijający rok wyjątkowo mało łaskawie się obszedł z rynkowymi wyroczniami.
      Najpierw zaskoczył bezprecedensową przeceną akcji, a później rekordowo szybkim
      odbiciem, które nie znajduje wyraźnego oparcia w fundamentach. W tych warunkach
      tylko nielicznym spośród najbardziej prominentnych inwestorów i strategów
      udawało się stawiać trafne prognozy. Czy w 2010 r. będą mieli większe wyczucie?
      Mimo ewidentnej poprawy koniunktury w światowej gospodarce i na rynkach
      finansowych większość giełdowych autorytetów wciąż wykazuje daleko idącą
      ostrożność – taki obraz wyłania się z naszego przeglądu przewidywań
      prominentnych inwestorów.

      Początkowo zamierzaliśmy przedstawić sylwetki czterech słynnych byków i czterech
      niedźwiedzi, lecz upieranie się przy tej symetrii byłoby nieuzasadnione.
      Większość nieuwzględnionych w naszym zestawieniu tuzów także pesymistycznie
      zapatruje się na możliwość kontynuacji hossy (np. Andrew Smithers, Jeremy
      Grantham, Gerald Celente, Nouriel Roubini). Jednym z nielicznych pominiętych
      byków jest John Paulson. Co znamienne, niektórzy z rynkowych guru, którzy
      dawniej lubowali się w radykalnych i kontrowersyjnych tezach, obecnie od nich
      stronią (np. Marc Faber i Marc Mobius). Czyżby zaskakujące swoją gwałtownością
      wydarzenia z ostatnich lat nauczyły ich pokory?

      W naszym zestawieniu pominęliśmy takich inwestorów, jak Warren Buffett czy
      George Soros, a także wspomnianego Roubiniego. Ten ostatni jest jednym z
      nielicznych ekonomistów, którzy przewidzieli kryzys (i to z pewnymi
      szczegółami), więc z braku jego opinii musimy się czytelnikom usprawiedliwić.
      Otóż, jak powiedział nam niedawno jeden z londyńskich analityków, Roubini
      wypowiada się obecnie tak często, że jego poglądy straciły wyrazistość. Zgadzamy
      się z tym. W mniejszym stopniu dotyczy to również Buffetta i Sorosa. Jak się
      wydaje, stronią oni od wypowiedzi, które mogłyby się okazać nieprawdziwe i
      podważyć ich autorytet.

      David Rosenberg - niedźwiedź

      Jest koniec listopada 2009 r. Na Uniwersytecie Wilfrida Lauriera w kanadyjskiej
      prowincji Ontario odbywa się konferencja lokalnej izby handlowej. Gdy na mównicę
      wychodzi David Rosenberg, z głośników dobiega komunikat: – Alarm uruchomiony! –
      Czyżbym był aż takim niedźwiedziem? – żartuje były główny ekonomista ds. Ameryki
      Północnej w Merrill Lynch, a od maja 2009 r. główny ekonomista i strateg
      kanadyjskiej firmy inwestycyjnej Gluskin Sheff.

      Odpowiedź brzmi: tak. Rosenberg jest od dawna znany z alarmistycznych
      wypowiedzi. Co gorsza, często trafnych. O zbliżającym się krachu na rynku
      nieruchomości przestrzegał już w 2005 r. Ostateczny koniec okresu ekspansji
      kredytowej w USA obwieścił latem 2007 r., gdy nie było to jeszcze powszechnie
      uznane. Już w grudniu tegoż roku ogłosił początek recesji, choć spowolnienie nie
      było wówczas jeszcze widoczne. Dopiero rok później Narodowe Biuro Badań
      Ekonomicznych (NBER), które określa początki i końce recesji w USA, potwierdziło
      konkluzję Rosenberga.

      Jego przewidywania były trafne także w trakcie kryzysu. Przykładowo, pod koniec
      2008 r. wskazywał, że stopa bezrobocia w USA przekroczy 10 proc., co wówczas
      jeszcze wydawało się nieprawdopodobne. Prognoza ta sprawdziła się w październiku
      2009 r. Dzięki temu wyczuciu Rosenberg uplasował się na szóstej pozycji w
      opracowanym przez agencję Bloomberga rankingu najlepszych prognostów
      amerykańskiej gospodarki w czterech kwartałach do połowy 2009 r.

      Mimo sygnałów ożywienia w światowej gospodarce kanadyjski ekonomista wciąż
      pozostaje sceptykiem. Kiedy w III kwartale amerykański PKB odbił się po roku
      spadków, Rosenberg ostrzegał, że w IV kwartale może nastąpić nawrót recesji.
      Nawet gdyby tak się nie stało, USA muszą się przygotować na dłuższy okres
      stłumionego wzrostu gospodarczego. – Oszczędność stała się nową modą i tak
      pozostanie przez całe lata, ponieważ w podejściu [Amerykanów] do wydatków,
      kredytu i posiadania domów nastąpiło przesunięcie w kierunku roztropności i
      konserwatyzmu – argumentuje strateg Gluskin Sheff. Przez długi czas głównym
      zagrożeniem pozostanie więc deflacja, a nie inflacja.

      W tej sytuacji odbicie indeksu S&P 500 o ponad 60 proc. od marcowego dołka jest
      tylko korektą wzrostową w długotrwałej bessie – twierdzi Rosenberg, zalecając
      pozostanie przy defensywnych strategiach inwestycyjnych, skierowanych m.in. na
      rynek pieniężny. – Biorąc pod uwagę perspektywy gospodarki, właściwa wycena S&P
      500 wynosi około 900 pkt – powiedział w połowie grudnia, gdy indeks ten
      oscylował wokół 1100 pkt. Pewnym pocieszeniem dla inwestorów może być fakt, że
      akurat giełdowe prognozy ekonomisty ostatnio się nie sprawdzały. W maju
      sugerował, że indeks S&P 500 może w II połowie roku zanurkować poniżej marcowych
      dołków. Od czasu tej wypowiedzi wskaźnik podskoczył o ponad 22 proc.

      Niedźwiedziego usposobienia Rosenberg nie rozciąga jednak na rynek złota. Według
      niego kruszec może podrożeć w niedalekiej przyszłości nawet do ponad 2600 USD za
      uncję, z około 1130 USD obecnie. Przemawiają za tym plany zakupu złota przez
      banki centralne, zwłaszcza chiński. Nawet 20-proc. korekty, do których może
      dojść, nie będą w stanie przełamać wzrostowego trendu na tym rynku – twierdzi
      strateg.

      Anthony Bolton - byk

      Anthony Bolton renomę jednego z najlepszych brytyjskich inwestorów zyskał jako
      wieloletni zarządzający funduszami największego na świecie towarzystwa Fidelity
      International. Od końca 1979 r. do końca 2007 r. główny z kierowanych przez
      niego funduszy osiągał średnią roczną stopę zwrotu bliską 20 proc. W czasie
      kryzysu jego opinie – publikowane m.in. w felietonach na łamach „Financial
      Timesa” – mogły jednak inwestorom nie wydawać się zbyt przekonywające. Przed
      dwoma laty 59-letni menedżer wycofał się bowiem z aktywnego zarządzania
      kapitałem, a jak wiadomo, łatwiej słuchać kogoś, kto na swoich poradach także
      może stracić. Kto jednak tak pomyślał, tym razem mógł wiele stracić.

      Kilka dni po upadku banku Lehman Brothers 15 września 2008 r. Bolton ogłosił, że
      rynki finansowe wkraczają w ostatnią fazę kryzysu. Nie twierdził, oczywiście, że
      przecena akcji już się skończyła (w odniesieniu do surowców spodziewał się, że
      na dobre dopiero się rozpocznie), jednak wskazywał, że kierując się strachem,
      inwestorzy mogą nie wykorzystać pierwszych kilkunastu dni hossy, które z reguły
      są najważniejsze.

      Tak jak najwięcej entuzjazmu na rynkach widać tuż przed krachem, tak skrajnie
      pesymistyczne nastroje i ogromna zmienność notowań są sygnałem zbliżającego się
      odbicia – mówił znany z kontrariańskich przekonań Bolton. „Po raz pierwszy od
      kilku lat stałem się optymistą (...) Wszystkie czynniki, po których zwykle
      poznaję ożywienie, są już widoczne (...) Wszyscy są bardzo ostrożni, a to
      nastraja mnie byczo” – pisał na początku października 2008 r., podkreślając, że
      własne pieniądze już ulokował w akcjach, głównie państw rozwiniętych.

      Z całą pewnością koniec bessy stwierdził dwa miesiące później. Akcje wprawdzie
      taniały jeszcze do początku marca, ale i tak od chwili wydania przez Boltona
      rekomendacji „kupuj” do dzisiaj amerykański indeks S&P 500 zyskał 24 proc.
      Walory banków, które inwestor uznał wówczas za najatrakcyjniejsze, podrożały
      jeszcze wyraźniej.

      Pod koniec października 2009 r., gdy po ośmiu miesiącach hossy wielu analityków
      ostrzegało, że wyczerpała ona już swój potencjał, Bolton przekonywał
      spóźnialskich, że wciąż mogą się załapać na zwyżki. Ostrzegał przed
      inwestowaniem w surowce i koncerny przemysłowe, ale wskazywał, że wyceny
      producentów dóbr konsumpcyjnych oraz spółek technologicznych wciąż są
      atrakcyjne. – Okres okazji już minął.

      Ale mimo że notowania mocno odbiły się już od dna, rynek byka jeszcze potrwa. To
      kilkuletnia hossa – mówił na konferencji w Seulu. Optymizm Bolton wyka
      • stoje_i_patrze sylwetki - parkiet - 2/2 27.12.09, 15:57
        – Centrum grawitacji przesunęło się w te strony świata – stwierdził. Jak
        wskazuje, chociaż wyceny w Chinach nie są już tak okazyjne jak na początku roku,
        to nie są też tak wysokie, żeby skłaniać do ostrożności.

        Nieco więcej sceptycyzmu inwestor wykazuje wobec rynków dojrzałych. W połowie
        grudnia ocenił, że ożywienie gospodarcze na Zachodzie za pół roku wytraci impet.
        W tych warunkach, gracze giełdowi powinni, jego zdaniem, postawić na spółki
        farmaceutyczne i technologiczne, które są mniej wrażliwe na cykle koniunkturalne.

        Mark Mobius - byk

        Guru rynków wschodzących, którymi zajmuje się już prawie 40 lat. Zarządzający
        funduszami Templeton Asset Management. Według obiegowych opinii – niemal wieczny
        byk. Nie są znane żadne jego wypowiedzi, w których przewidywał wybuch kryzysu.
        Przez cały 2008 r. powtarzał, że spadki na giełdach to tylko chwilowe zjawisko i
        okazja do nabycia atrakcyjnych cenowo akcji na rynkach wschodzących. Później
        zapewniał, że rok 2009 będzie rokiem giełdowej hossy, szczególnie na rynkach
        wschodzących. Jego prognozy zaczęły się sprawdzać dopiero wczesną wiosną.

        Wtedy mógł już z uśmieszkiem satysfakcji na ustach radzić inwestorom, by nie
        przegapili okazji i kupowali walory na parkietach Rosji czy Brazylii, póki są
        one jeszcze stosunkowo tanie. W czerwcu zapowiadał, że WIG wzrośnie do końca
        roku o 30 proc. W październiku wykazywał już dużo większą ostrożność co do
        rynków wschodzących. Mówił wówczas, że akcje notowane na giełdach Brazylii,
        Rosji, Indii i Chin mogą zyskać 30–40 proc. Ale w ciągu trzech – czterech lat...

        W sierpniu Mobius zaczął mówić o możliwej korekcie, do której dojdzie na rynkach
        wschodzących. Spadki miały sięgnąć 20 proc. i być spowodowane m.in. wysypem
        dużych ofert pierwotnych na giełdach. Przyznawał jednak, że korekta będzie
        krótkotrwała. Kiedy holding Dubai World ogłosił pod koniec listopada, że ma
        kłopoty ze spłatą wielomiliardowego zadłużenia, a światowe giełdy zareagowały na
        to krótkotrwałą paniką, Mobius twierdził, że może to już być początek korekty.
        Gdy dubajski kryzys minął, stwierdził, że inwestowanie w Dubaju to
        długoterminowa okazja. Mimo wszystko Mobius nadal jest więc bykiem. Tyle że
        nieco ostrożniejszym niż przed upadkiem Lehman Brothers.

        Jim Rogers - byk (ale tylko sektorowy)

        Na rynku obecny od 1970 r. Wspólnie z Georgem Sorosem zakładał Quantum Fund,
        stworzył też surowcowy Rogers International Commodity Index (RICI) i odbył
        motocyklową podróż dookoła świata. Jest uznawany za byka. Ale specyficznego, bo
        surowcowego. Wieszczy, że rola rolnictwa w przyszłości ogromnie wzrośnie. Rogers
        żartobliwie więc doradza młodym maklerom i maklerkom, by się uczyli prowadzić
        traktory. Byłby zapewne traktowany jak nieszkodliwy wariat, gdyby nie inwestował
        na potęgę w surowce i surowcowe spółki oraz gdyby nie zarabiał na tym dużych
        pieniędzy.

        Prognozy Rogersa dotyczące złota są zawsze bardzo przewidywalne: uważa, że
        będzie drożeć. W grudniu stwierdził np., że będzie ono w 2010 roku zyskiwać na
        wartości niezależnie od tego, czy światowa gospodarka będzie się podnosić z
        kryzysu czy też jej stan się pogorszy. Gospodarcze przyspieszenie sprzyja bowiem
        wzrostowi cen surowców. Dekoniunktura często zaś prowadzi do zwiększenia
        deficytu budżetowego, a to z kolei do drukowania pieniędzy, które winduje w górę
        ceny złota. Złoty kruszec może zaś, dzięki tym czynnikom, zdrożeć w ciągu dekady
        nawet do 2 tys. USD za uncję.

        Jak trafne były dotychczas prognozy Rogersa? W 2007 r. zapowiadał załamanie
        amerykańskiego rynku finansowego. Później twierdził, że ostry spadek cen
        surowców rozpoczęty jesienią 2008 r. jest tylko przejściowy a sektor surowcowy
        będzie pierwszym, który podniesie się z kryzysu. Znacznie gorzej mu szło, jeśli
        idzie o rynki akcji.

        W maju 2009 r. zapowiadał, że trwająca wówczas hossa jest tylko przejściowa, a
        rynek może się załamać, gdyż giełdowe zwyżki nie są wynikiem prawdziwego
        ożywienia gospodarczego, lecz pompowania przez rządy pieniędzy w gospodarki.
        Prognoza ta na razie się nie sprawdziła, ale Rogers obecnie twierdzi, że dolar
        będzie znacznie tracił na wartości. Sam chyba jednak do końca nie wierzy w swoje
        przepowiednie, bo w listopadzie przyznał, że przez dwa miesiące kupował
        „bezwartościowe” dolary, licząc, że w średnim terminie waluta ta zdrożeje.

        Peter Schiff - niedźwiedź

        Jeśli ktokolwiek może się równać z Nourielem Roubinim, jeśli chodzi o rozgłos,
        którego przysporzył mu kryzys finansowy, to jest to Peter Schiff, założyciel i
        główny strateg Euro Pacific Capital. On także na kilka lat przed upadkiem banku
        Lehman Brothers wieszczył rychłe załamanie na rynkach finansowych i w
        gospodarce. Chętnie zapraszano go wówczas do programów telewizji CNBC i CNN, aby
        rozbawiał publiczność i gospodarzy swoimi nieziemskimi, skrajnie liberalnymi,
        poglądami.

        Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Dziś fragmenty tamtych programów robią
        furorę w Internecie, jego dwie książki należą do najchętniej czytanych pozycji w
        swoim gatunku, a on sam znów gości w telewizji, lecz w roli wyroczni, a nie
        komika. Nie zmieniło się tylko jedno: jego prognozy.

        Schiff utrzymuje, że Amerykanie za dużo pożyczają, wydają i importują, a za mało
        oszczędzają, produkują i eksportują. Kryzys był korektą tej nierównowagi. A
        raczej byłby, gdyby rząd swoimi działaniami stymulacyjnymi nie starał się
        ponownie napompować bańki. Odwlekanie jej nieuchronnego pęknięcia tylko pogarsza
        sytuację.

        Według niego USA czeka wieloletnia recesja, połączona z inflacją oraz załamaniem
        dolara i notowań giełdowych. W tej sytuacji zaleca ucieczkę od amerykańskiej
        waluty w kierunku franka szwajcarskiego i dolara singapurskiego oraz inwestycje
        w surowce, zwłaszcza złoto, które podrożeje według niego nawet do 5000 tys. USD
        za uncję. Problem w tym, że jego porady inwestycyjne były identyczne na początku
        2009 r. Jego wierni naśladowcy przegapiliby zatem odbicie na Wall Street. Z
        drugiej strony na surowcach mogli w tym roku zarobić więcej, podobnie jak na
        akcjach rynków wschodzących, których Schiff nie przekreśla.

        Marc Faber - niedźwiedź

        Słynny kontrariański (czyli postępujący wbrew opinii ogółu) inwestor znany pod
        nieco komiksowym przydomkiem Dr. Doom. Przed krachem z 1987 r. przestrzegał
        inwestorów, by wycofali pieniądze z giełd. W 2000 r. trafnie wskazywał jako
        korzystne długoterminowe inwestycje: aktywa z rynków wschodzących (szczególnie z
        Chin), ropę naftową i metale szlachetne. Przez niemal cały zeszły rok mówił o
        dużej korekcie na giełdach, choć nie wiadomo, czy się spodziewał, jak wielkie
        okaże się rynkowe załamanie. Na pewno nie zauważył obecnej hossy. W połowie
        marca 2009 r. mówił przecież: „Zwyżki mogą trwać jeszcze do końca kwietnia.
        Prawdopodobnie później, w drugiej połowie roku, dojdzie jednak do totalnego
        załamania, gdy okaże się, że mamy totalną gospodarczą katastrofę”.

        Na jesieni, gdy zapowiadane „totalne załamanie” nie nastąpiło, Faber prezentował
        już znacznie bardziej ostrożne opinie. Przyznał nawet, że polityka rządów i
        banków centralnych dobrze wpłynęła na giełdy. Co prawda wciąż wierzy, że obecnie
        nam znany system kapitalistyczny upadnie w ciągu kilku lat, a w USA pojawi się
        hiperinflacja, jednakże zanim to się stanie, wciąż będzie można dobrze zarobić
        na giełdach. Zwyżki mogą potrwać jeszcze rok lub półtora. Tak więc indeks S&P
        500, zdaniem Fabera, sięgnie w 2010 r.

        1250 pkt, choć może przejściowo spaść nawet do 900 pkt. Dolar w dłuższej
        perspektywie będzie tracił na wartości, chociaż tymczasowo może się umacniać.
        Najlepszą długoterminową inwestycją będzie złoto, mimo że chwilowo jego cena
        może spaść do 800 USD za uncję. Faber, choć powszechnie uchodzi za niedźwiedzia,
        nie stroni więc od wpadania w byczy nastrój.

        Robert Prechter - niedźwiedź

        Propagator kontrowersyjnej teorii fal Elliotta i wydawca bazującego na niej
        biuletynu dla inwestorów statuse
        • stoje_i_patrze sylwetki - parkiet - 3/3 27.12.09, 15:58
          Później jednak, kiedy dwa kolejne załamania giełdowe (w 2000 r. i w 2007 r.)
          „przewidział” o kilka lat za wcześnie, jego gwiazda zgasła.

          Dziś wschodzi znowu. Cokolwiek bowiem można powiedzieć o naukowych podstawach i
          prognostycznych walorach teorii fal Elliotta, trzeba przyznać, że podczas
          kryzysu prognozy 60-letniego Prechtera były nadzwyczaj trafne. Teoria ta
          wskazuje m. in., że ruchy w kierunku przeciwnym do trendu następują w trzech
          falach. Ponieważ teraz znajdujemy się jakoby w wieloletniej „deflacyjnej
          depresji”, trend jest spadkowy. Pod koniec lutego br.

          Prechter dał sygnał do kupowania akcji, twierdząc, że lada moment zaczynie się
          korekta wzrostowa. Jej pierwsza fala miała się skończyć w czerwcu po odbiciu
          indeksu S&P 500 o około 300 pkt. Po krótkiej fali spadkowej miała się rozpocząć
          ostatnia fala korekty, która powinna dobiec końca na przełomie roku, gdy S&P500
          sięgnie 1000–1100 pkt. I rzeczywiście, indeks ten osiągnął dołek na początku
          marca (676 pkt), zwyżkował do 12 czerwca (do 942 pkt), po czym nastąpiła
          miesięczna korekta i kolejna faza zwyżkowa. Dziś S&P 500 oscyluje wokół 1110 pkt.

          Zgodnie ze scenariuszem Prechtera wkrótce powinna powrócić bessa, która przebije
          marcowe dołki. Jest on o tym przekonany do tego stopnia, że w połowie grudnia
          nie tylko apelował o powstrzymanie się od inwestowania w akcje, ale wręcz
          zachęcał do grania na ich przecenę z wykorzystaniem dźwigni.

          A co potem? Rynek niedźwiedzia potrwa – jak twierdził analityk w lipcowym
          wywiadzie dla „Parkietu” – jeszcze blisko siedem lat. Indeks Dow Jones tąpnie
          poniżej 1000 pkt (obecnie około 10 300), a ropa do 10 USD za baryłkę (obecnie
          około 70 USD). Zwyciężą ci, którzy ulokują kapitał w najbezpieczniejszych bonach
          skarbowych i złocie.

          Bill Gross - niedźwiedź

          Założyciel PIMCO, czyli jednego z największych (jeśli nie największego) funduszy
          obligacji na świecie. Wielokrotny zdobywca tytułu najlepszego zarządzającego
          przyznawanego przez firmę analityczną Morningstar. Inwestor niebojący się
          stawiać długoterminowych i kontrowersyjnych prognoz. Światowego kryzysu jednak
          raczej nie przewidział. Co więcej, inwestował w toksyczne aktywa, czyli
          obligacje Fannie Mae i Freddie Mac, znacjonalizowanych firm finansujących rynek
          nieruchomości.

          W kryzysowych miesiącach zimy 2008/2009 i wiosny 2009 r. wieszczył głównie
          spadek wartości dolara i twierdził, że rządowe obligacje są przewartościowane.
          Uzależniał też ożywienie na giełdach od spadku premii za ryzyko kredytowe. Był
          sceptyczny co do rynków Europy Środkowo-Wschodniej, gdyż uważał je za najmocniej
          wystawione na kryzys.

          Obecnie wciąż pozostaje sceptyczny wobec ożywienia gospodarczego w USA. Uważa,
          że Fed nie podniesie stóp, póki nie zdoła wystarczająco rozruszać rynku
          kredytowego. Jego zdaniem może to w ogóle nie nastąpić w 2010 r. Obligacje
          emitowane przez spółki będą więc raczej słabą inwestycją. Akcje banków i wielu
          innych firm nie będą zaś przynosić takiej stopy zwrotu jak w 2009 r., gdyż
          ożywienie wciąż będzie powolne, a rząd będzie zwiększał regulację w gospodarce.

          Dobrą inwestycją mogą się jednak okazać akcje spółek użyteczności publicznej. –
          Przyszły model amerykańskiego kapitalizmu będzie odzwierciedlał ich sposób
          działania. Poza tym ich ceny znajdują się już tylko w połowie drogi między
          szczytami z 2007 r. a dołkami z 2008 r. – uzasadnia Gross. Sam jednak zwiększył
          odsetek akcji w swoim portfelu do poziomu sprzed upadku Lehman Brothers. Jak
          widać, temu niedźwiedziowi nieobce są bycze zachowania.
          www.parkiet.com/artykul/7,882092_Maly_leksykon_przepowiedni_slynnych_bykow_i_niedzwiedzi_.html
    • stoje_i_patrze Debata „Parkietu” 1/x 27.12.09, 16:11
      W przyszłym roku najwięcej zarobią wytrawni traderzy
      Debata „Parkietu” z udziałem: Tomasza Bardziłowskiego, wiceprezesa UniCredit
      CAIB, Wojciecha Białka, analityka CDM Pekao, Konrada Łapińskiego, zarządzającego
      autorskim funduszem Total FIZ, Roberta Nejmana, zarządzającego autorskim
      funduszem MCI Gandalf Aktywnej Alokacji oraz Piotra Zagały, zarządzającego
      funduszami Idea TFI, na temat tego, co może się wydarzyć w gospodarce i na
      rynkach finansowych w 2010 r.
      Czy 2010 r. minie pod znakiem odłączania rządowych kroplówek zaaplikowanych
      gospodarkom w dobie kryzysu? Jak można w najmniej szkodliwy sposób odejść od
      programów pomocowych? Jakiej reakcji rynków można oczekiwać?

      Piotr Zagała: Wycofywanie się z pakietów stymulacyjnych będzie negatywnie
      oddziaływało na popyt. W związku z tym będą musiały pojawiać się kolejne pakiety
      pomocowe. Tak właśnie będzie wyglądał przyszły rok. Nie widzę w tym jednak nic
      złego. Najlepiej, by pacjent, który był bardzo chory, do formy dochodził powoli.
      A nie nagle ozdrowiał, by zaraz potem ponownie to odchorować.

      Robert Nejman: Sęk w tym, że na przykład sektor finansowy ozdrowiał nagle.
      Wystarczy spojrzeć na wyniki finansowe, także wielkich instytucji.

      Piotr Zagała: Jeszcze niedawno też byłem gotów tak twierdzić. Jednak ostatnie
      wydarzenia w Dubaju pokazują, że sektor finansowy wcale nie jest do końca
      uzdrowiony. Ponadto do ostrożności skłaniają też na przykład obniżki ratingu
      Grecji. Właśnie wracam ze spotkania, na którym dowiedziałem się o planach
      kolejnych obniżek – tym razem Portugalii, Estonii, Rosji, Bułgarii, Czech,
      Słowacji czy Belgii. Są powody do korekty na giełdach.

      Tomasz Bardziłowski: O ile na rynkach finansowych mieliśmy odbicie w kształcie
      V, o tyle szanse, by tak ono wyglądało w gospodarkach, są niewielkie, prawie
      żadne. Pytanie, czy będzie to W. Moim zdaniem to dość realny scenariusz. Po
      wzroście globalnego PKB, szczególnie w USA, i stymulacji monetarnej, zakładam,
      że w połowie przyszłego roku nastąpi istotne spowolnienie. To sprawi, że
      odejście od luzowania ilościowego i polityki zerowych stóp procentowych będzie
      musiało być bardzo stopniowe. To jest stosunkowo dobry scenariusz dla rynków –
      kroplówka nie zostanie szybko odłączona.

      Wojciech Białek: Jestem wielkim optymistą, jeśli chodzi o światową koniunkturę w
      2010 r. W przyszłym roku spodziewam się szczytu tempa wzrostu gospodarczego.
      Dzisiaj Polska jest w połowie ożywienia. Dynamika produkcji przeszła z minus 15
      proc. do zera. Wkrótce sięgnie plus 15 proc. Jeśli przyglądać się amerykańskiej
      produkcji przez pryzmat wskaźnika ISM, to szczyt ożywienia powinien przypaść na
      przełom II i III kwartału 2010 r. To wynika też z efektu bazy. Najniższą
      produkcję obserwowaliśmy w USA w czerwcu tego roku. Obecne ożywienie jest
      efektem ucieczki inwestorów od dolara i zamieniania go na aktywa bardziej
      odporne na inflację. Nie jestem przekonany, czy pakiety stymulacyjne w tym
      względzie miały aż tak duże znacznie. Dużo istotniejsza była decyzja Fedu o
      druku pieniądza. Wyobrażam sobie, że impuls do wycofania części stymulacji
      przyjdzie właśnie z rynku walutowego lub surowcowego. Dolar, który jeszcze mniej
      więcej do lutego będzie się osłabiał, zapewne podąży w stronę dołka zarówno
      wobec euro, jak i jena. Wówczas mógłby właśnie w takich warunkach ustanowić nowe
      minima już w I kw. 2010 r. To właśnie ze strony Japonii i strefy euro,
      wpychanych przez mocną walutę w recesję, pojawi się presja na USA. Fed zacznie
      sprzedawać obligacje hipoteczne. To powinno być odwróceniem programów
      stymulacyjnych. Rynki zareagują na to tąpnięciem. Zresztą dynamika podaży
      pieniądza M1 w USA, która w sierpniu (+18,5 proc.) była porównywalna jedynie do
      poprzedniego rekordu ze stycznia 1987 r. (17,5 proc.) już ostro spada. W 1987 r.
      giełdowy krach nastąpił po dziewięciu miesiącach od początku spadku dynamiki M1.

      Piotr Zagała: Z prostego modelu produkcji przemysłowej bazującego na złotowych
      cenach miedzi wynika, że teraz powinniśmy notować wzrost produkcji przemysłowej
      ok. 10 proc., choć dane GUS podają, że to dopiero około zera.

      Wojciech Białek: W GUS powoli liczą. (śmiech)

      Piotr Zagała: Modele prognozują wyższy wzrost niż w rzeczywistości. Może to
      wynikać z niskiego wykorzystania mocy produkcyjnych. Przy wzroście gospodarczym,
      oprócz zwykłego odbicia, pojawia się mnożnik inwestycyjny. Jednak przy niskim
      wykorzystaniu mocy, nowych inwestycji będzie niewiele. To będzie ograniczać
      skalę ożywienia. Spójrzmy na przykład na Wielton. Spodziewałem się, że będzie
      miał dobre wyniki, bo będzie mu sprzyjać osłabienie złotego. Jednak tak się nie
      stało, gdyż się okazało, że w Niemczech jest dużo bankrutujących firm,
      wyprzedających swoje zapasy. Mieliśmy więc do czynienia z przeinwestowaniem. Na
      rynku jest jeszcze sporo zapasów. To będzie tłumiło ożywienie.

      Wojciech Białek: Jednak listopadowy PMI w Polsce wzrósł powyżej 50 pkt. To był
      największy skok wskaźnika od lipca 2007 r. i najwyższy poziom od marca 2008 r.

      Piotr Zagała: To oznacza, że zamówienia mogą już się pojawiać na dużą skalę. Ale
      niekoniecznie szybko pójdzie za tym nowa produkcja.

      Wspomnieliśmy o obniżkach ratingów. Czy obok konieczności obsługi większego
      długu, to kolejny koszt poluzowania polityki fiskalnej?

      Piotr Zagała: Agencje ratingowe zawsze się mylą i zawsze na samym końcu
      zmieniają zdanie. (śmiech)

      Robert Nejman: Mogą uznać, że wcześniej były zbyt łagodne, więc teraz okażą się
      przesadnie surowe, by naprawić stare błędy.

      Czyli panowie jesteście optymistami, jeśli chodzi o wzrost gospodarczy w
      przyszłym roku.

      Tomasz Bardziłowski: Najgorsze za nami, więc można być optymistą. Ale pacjent
      musi być nadal pod kroplówką. Przedwczesne wycofanie płynności z rynku
      europejskiego spowodowałoby, że takie kraje jak np. Grecja mogłyby nie poradzić
      sobie z problemami. M.in. jednym z elementów wspomagania płynności jest
      możliwość brania pożyczek z EBC przez greckie banki pod zastaw obligacji
      skarbowych. Bez tej możliwości obligacje greckie byłyby jeszcze mniej warte niż
      są teraz.

      W tle decyzji o wycofywaniu płynności są kursy walut.

      Wojciech Białek: Być może w skali globalnej poziom płynności zostanie utrzymany.
      Lecz w latach 2010–2011 będzie to w większym stopniu pochodną działań właśnie
      Europejczyków i Japończyków niż Amerykanów.

      Robert Nejman: Koordynacja działań ma miejsce raczej w sferze deklaracji. Jedni
      drugich próbują przechytrzyć, bo każdy chciałby jak najbardziej osłabiać swoją
      walutę.

      Tomasz Bardziłowski: Nie wspomnieliśmy jeszcze o jednym kraju, który jest
      najbardziej istotny z punktu widzenia przyszłorocznego wzrostu gospodarczego na
      świecie i kursów walut. Chodzi o Chiny. Jeśli nie pozwolą na aprecjację juana,
      to dolar wcale nie musi się osłabić. Trzeba wziąć pod uwagę, że jest to kraj
      praktycznie w unii monetarnej z USA. Deficyt obrotów bieżących USA jest w dużej
      mierze pokryty przez nadwyżkę Chin. Tak naprawdę to, co stanie się z dolarem,
      będzie zależne od danych gospodarczych z Chin. Jeśli eksport będzie zbyt mocno
      rósł, zagrażając stabilności koniunktury, to juan zostanie zrewaluowany, co
      przełoży się na zniżkę dolara. Ale bardziej prawdopodobny jest scenariusz, w
      którym do istotnej rewaluacji juana nie dochodzi – bo dlaczego Chiny mają
      strzelać sobie w piętę? Dalszy spadek dolara jest więc powstrzymany,
      jednocześnie tłumiąc hossę na rynku złota i towarów. Upraszczając, kurs dolara
      zależy od Chin.

      Jakich jeszcze kosztów programów stymulacyjnych można się spodziewać?

      Piotr Zagała: Deficyty budżetowe wypierają z rynku prywatny kapitał. Papiery
      korporacyjne są teraz emitowane z premiami 4–5 pkt proc. ponad papiery skarbowe.
      Są w przybliżeniu dwa, trzy razy wyższe niż w okresie ostatniego ożywienia.
      Większe koszty finansowania będą musiały się wkrótce odbić na wynikach spółek.

      Robert Nejman: Programy stymulacyjne mają coraz słabsze oddziaływanie. W
      • stoje_i_patrze Debata „Parkietu” 2/3 27.12.09, 16:12
        Raczej będzie tak, iż to rynki pokażą, że utrzymywanie programów nie ma sensu,
        bo generują jedynie dodatkowe koszty, a gospodarkom i tak to nie pomaga.

        Wojciech Białek: Mamy trzy główne sektory gospodarki: rząd, konsumentów i
        przedsiębiorstwa. Najlepiej gdy zadłużają się przedsiębiorstwa, inwestując w
        nowe technologie, które zwiększają wydajność pracy. Wtedy mamy zdrową hossę.

        Robert Nejman: To była hossa lat 80. i 90.

        Wojciech Białek: Zadłużanie się gospodarstw domowych nie jest już tak korzystne.
        Obserwowaliśmy to przez większość obecnej dekady. Tworzy to bardzo sprzyjające
        warunki dla przedsiębiorstw, którym umożliwia delewarowanie (zmniejszanie
        zadłużenia – red.). Ma też potężne stymulujące działanie na całą gospodarkę. Ale
        nowe domy nie zwiększają wydajności pracy, a ceną poprawy komfortu życia jest
        zwiększenie długu.

        Konrad Łapiński: Z tym że to delewarowanie tym razem nie nastąpiło. Dlatego i o
        siłę stymulacyjną trudno.

        Wojciech Białek: Najgorszy typ hossy to zadłużanie się sektora rządowego. To
        przykład Japonii. W jej przypadku opinia, że nie przynosi to skutków, jest
        jednak krzywdząca, bo gdyby nie to, już dawno ten kraj zapadłby się w czarną dziurę.

        Konrad Łapiński: Zadłużenie rządu powoduje, że japoński PKB, choć generalnie nie
        rośnie, utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, licząc w jenach.

        Robert Nejman: Sektor rządowy jest ostatnim, który może się zadłużyć. Pytanie,
        co dalej? Jak długo może to trwać? Jak długo możemy być świadkami pozytywnego
        oddziaływania na gospodarkę japońską?

        Na początku tego roku ekonomiści wiele mówili o ryzyku inflacji. Inni o ryzyku
        deflacji. Pod jakim znakiem upłynie 2010 r.?

        Konrad Łapiński: Wysoka inflacja w USA byłaby najlepszym rozwiązaniem obecnych
        problemów. Przy 10-proc. tempie wzrostu cen i 1-proc. koszcie pieniądza szybko
        spadłaby wówczas wartość zobowiązań. Chociaż w mniej komfortowej sytuacji byłyby
        kraje finansujące amerykański dług. Niestety, w ten sposób Amerykanie i kraje
        europejskie straciłyby status nieskazitelnych pożyczkobiorców. To by bardzo
        zmieniło obecny porządek w świecie finansów.

        Robert Nejman: Inflacja jest dobrą drogą dla wszystkich rozwiniętych państw,
        także europejskich. Trudno znaleźć inne rozwiązanie, bo zadłużenie sektora
        rządowego przekroczyło granicę, spoza której trudno wrócić.

        Wojciech Białek: Ostatnie czasy nauczyły nas myśleć niekonwencjonalnie, więc
        stwierdzenia, że nie da się wrócić spoza jakiejś granicy brzmią nader
        dramatycznie. Granica, która w poprzednim reżimie była nieprzekraczalna, teraz
        taką już się nie wydaje. Dziś poza nią jest masowa monetyzacja długu, czyli
        odkupienie przez bank centralny obligacji od banków komercyjnych w zamian za
        dodrukowane pieniądze.

        Czy w skali globalnej, a nie pojedynczych państw, inflacja też byłaby najlepszym
        rozwiązaniem?

        Piotr Zagała: Typowy inwestor nabywający obligacje oprocentowane poniżej
        inflacji działałby irracjonalnie. Tego nie należy oczekiwać po inwestorze, jakim
        jest organizacja rządowa. Chiny mają inne ukryte cele – zdobycie przewagi
        technicznej, gospodarczej. Dopiero gdy je osiągną, mogą doprowadzić do
        zachwiania istniejącej obecnie równowagi globalnej. Kiedy to nastąpi – nie
        wiadomo. Oczywiste jest jednak, że kiedyś w końcu Chiny zaczną działać.

        Tomasz Bardziłowski: Celem chińskiej polityki jest stwarzanie warunków do
        migracji ze wsi do miast. Do tego potrzebują wzrostu gospodarczego ok. 8 proc.
        rocznie.

        Konrad Łapiński: A jak się ten cel zrealizuje, to co dalej?

        Tomasz Bardziłowski: Wtedy Chiny będą mogły pozwolić sobie na dużą aprecjację
        juana, bo będą miały ogromny i silny rynek wewnętrzny. No i zacząć masowo
        kupować aktywa na świecie, podobnie jak Japończycy w latach 80. A wracając do
        pytania o inflację, na początku minionego roku mieliśmy pytania o deflację, ale
        zaraz potem nastąpił impuls reflacyjny. Dziś konsensus jest taki, że zagrożenia
        nadmierną inflacją nie ma. Inflacja zależy od trzech parametrów: sytuacji na
        rynku pracy, luki popytowej we wzroście gospodarczym i polityki monetarnej.
        Najbardziej istotne jest bezrobocie, które wciąż jest bardzo wysokie, więc
        presja na inflację cen jest minimalna. Jednocześnie jednak mamy inflację aktywów
        finansowych i to jest problem. Zwracał na to uwagę Fed. Pamiętając o błędach
        poprzednika, Bernanke zapewne nie będzie chciał dopuścić do powstania kolejnych
        baniek spekulacyjnych. Jeśli więc podwyżki stóp procentowych będą miały miejsce,
        to po to, by uniknąć inflacji aktywów, a nie cen.

        Robert Nejman: Inflacja części aktywów, szczególnie akcji, jest w interesie
        rezerwy, gdyż stanowi podstawę bogactwa amerykańskiego społeczeństwa. Fed jakby
        mógł, to „dołowałby” surowce, a sprzyjał zwyżkom cen akcji.

        Wojciech Białek: Na krótką metę silna i długotrwała inflacja – czytaj
        hiperinflacja dolara – w obecnym systemie nie jest możliwa. Wzrost cen w USA
        spowoduje osłabienie dolara, a to wepchnie w kłopoty europejskich i japońskich
        eksporterów, wywołując reakcję EBC i BoJ w zakresie polityki monetarnej (obniżki
        stóp procentowych – red.). Więc ten sposób nie dojdzie do hiperinflacji w USA.

        Piotr Zagała: Wzrost cen surowców wynika obecnie z popytu sektora finansowego, a
        nie z poprawy w sferze realnej. Przyniesie on znaczny wzrost kosztów działania
        przedsiębiorstw. Inflacja, która sprzyja stopie zwrotu na portfelu, niestety,
        może też nieść zagrożenia dla koniunktury.

        Wojciech Białek: Jestem największym przeciwnikiem Chin. Wiem, że to jest
        podejście kontrariańskie (oparte na działaniu wbrew powszechnym opiniom – red.).
        Czemu mam pewność, że taka postawa jest słuszna? Po pierwsze na liście 20
        największych wieżowców na świecie, dziesięć to chińskie. W przeszłości obecność
        jakiegoś kraju na tej liście wróżyła kryzys związany z przeinwestowaniem. Był na
        niej np. borykający się obecnie z ogromnym zadłużeniem Dubaj.

        Kiedy problemy Chin mogą się ujawnić? Czy w 2010 r. będzie się mówić, że wzrost
        w Chinach może wkrótce ostro wyhamować? Czy może się na przykład okazać, że
        chińskie banki mają problem złych długów? W tym roku gospodarka Państwa Środka
        rozwijała się m.in. dzięki zwiększonej akcji kredytowej.

        Tomasz Bardziłowski: W Chinach nie ma problemu wielkiego wzrostu kredytów.
        Rzeczywiście na początku tego roku odnotowano skok, ale potem miesięczna wartość
        nowych kredytów utrzymywała się na średnim poziomie z ostatniej dekady.
        Pamiętajmy też, że chiński rząd dysponuje 2 bln dolarów. Ma więc pieniądze, żeby
        wspomóc kapitały banków i wymusić akcję kredytową. Tam można wzrost gospodarczy
        pobudzać choćby budową autostrad, na których potem będzie schło zboże. (śmiech)

        Czy powody do niepokoju mają gospodarki Starego Kontynentu?

        Wojciech Białek: Przed problemem stoi strefa euro, gdzie wzrost wspólnej waluty
        podnosi wartość dolarowych zobowiązań wyrażonych w tym pieniądzu. Wyobrażam
        sobie, że zanim dolar „umrze”, jakąś słabą owieczkę spekulanci z tego
        europejskiego stada sobie znajdą i ją zaatakują.

        Tomasz Bardziłowski: To, co dzieje się w najsłabszych krajach eurolandu, może
        być zarazą dla krajów naszego regionu. W ocenie Polski przez zagranicznych
        inwestorów nasz kraj jest plasowany razem z najsłabszymi państwami regionu.
        Przez problemy np. Grecji w przyszłym roku może dojść do wzrostu cen kontraktów
        zabezpieczających przed niewypłacalnością Polski (CDS). To już ma i może nadal
        mieć negatywny wpływ na nasze rynki.

        Robert Nejman: Czytałem ostatnio, że problemy amerykańskie wszyscy rozpracowali,
        ale jakieś miny zalegają jeszcze poza USA. Najwięcej tych min jest w Europie.

        Wojciech Białek: Mam deja vu, jakbym wrócił do początku lat 90. Ówczesny Savings
        & Loan Crisis w USA (kryzys kas oszczędnościowo-pożyczkowych – red.) to kryzys
        strukturalnie identyczny z obecnym. On był też wtedy największy w historii. Już
        w 1992 r. dalszą konsekwencją był kryzys systemu walutowego w Eur
        • stoje_i_patrze Debata „Parkietu” 3/4 27.12.09, 16:13
          Tomasz Bardziłowski: Tym razem bankom się upiekło – na skutek rządowych pakietów
          stymulacyjnych rynki się odbiły i banki zamiast prosić rządy o dalszą pomoc,
          dostały kapitał od rynków, unikając nacjonalizacji. Tylko faktem jest, że ten
          kapitał de facto pochodzi od podatnika, bo za pakiety stymulacyjne ktoś musi
          zapłacić. Cena, którą przyjdzie nam zapłacić, zależy od tego, czy ruszy
          gospodarka. Więc rządy naciskają na banki, żeby te zaczęły dawać kredyty na
          rozruszanie gospodarki.

          Piotr Zagała: Wbrew niektórym doniesieniom nadal widzę dużą niechęć polskich
          banków do udzielania kredytów. Niektóre nie mogą nawet zwiększyć akcji
          kredytowej bez dokapitalizowania. Dopóki banki nie zaczną udzielać kredytów,
          samo zwiększanie bazy monetarnej niewiele pomoże. To banki muszą w wyniku
          kreacji wtórnej tworzyć pieniądz, żebyśmy mogli mieć do czynienia z dalszym
          rozwojem gospodarczym.

          Wojciech Białek: Oczywiste jest jednak, że bankowi urzędnicy przestaną się bać
          udzielać kredytów dopiero w szczycie boomu. (śmiech)

          Jakie są perspektywy dla rynku akcji. Czy warto jeszcze w nie inwestować?

          Tomasz Bardziłowski: Uważam, że przyszły rok będzie stał pod znakiem podwyżek
          stóp procentowych, ale dojdzie do nich dopiero w II półroczu. Ze względu na
          niewielkie ryzyko inflacji, środowisko dla inwestycji w akcje jest nadal dobre.
          Warto je mieć przynajmniej do końca I kwartału przyszłego roku. Możemy mieć
          bowiem do czynienia z silnym efektem stycznia. Jeśli tylko dane makroekonomiczne
          będą korzystne dla globalnych rynków i jeśli nie będziemy mieli sygnałów o
          wycofywaniu się z luźnej polityki monetarnej, to ci, którzy są niedoważeni w
          akcjach, będą w styczniu równać do średniej. Idąc dalej, w połowie roku
          spodziewam się korekty.

          Konrad Łapiński: Trwająca teraz hossa jest odreagowaniem załamania z 2008 r. To
          odreagowanie powinno stracić na sile w przyszłym roku. Będzie to zatem czas
          dobry na pozbywanie się akcji. Sytuację na giełdzie porównałbym do tej z lat
          1999–2000. Brakuje jednak czegoś na kształt ówczesnych dotcomów, co
          doprowadziłoby do kompletnej euforii, by nie powiedzieć ogłupienia. Jeśli na
          początku 2010 r. ceny akcji dojdą do poziomów trochę wyższych niż dzisiejsze, po
          udanym I kwartale nie spodziewałbym się załamania, ale „ubijania” obecnego
          poziomu. Sprzyjałaby temu podaż akcji sprzedawanych przez Skarb Państwa i
          powolne podwyżki stóp procentowych. W takim scenariuszu zaczęłaby się agonia,
          która byłaby bardzo męcząca, szczególnie dla posiadaczy jednostek funduszy
          akcji, którzy podejmują decyzje na podstawie krótkoterminowych historycznych
          stóp zwrotu. Tym samym ten segment nie będzie generatorem popytu na akcje.
          Ewentualne spadki w ujęciu procentowym nie będą tak mocne i widowiskowe jak w
          2008 r. Raczej widzę powolne osuwanie lub męczący trend horyzontalny.

          Piotr Zagała: Podstawową zasadą analizy technicznej jest zachowanie trendu.
          Zgodnie z nią należy oczekiwać dalszych zwyżek na giełdach. Zmiana trendu
          następuje dopiero po pojawieniu się bardzo silnych czynników, które go
          zmieniają. Im silniejszy trend, tym trudniej go odwrócić. Mieliśmy bardzo silny
          trend spadkowy, który zmienił się w wyniku silnej stymulacji monetarnej oraz
          pomocy rządowej. Oba te czynniki wciąż są obecne. Przy dołkach pojawia się też
          panika. Teraz dominuje raczej ostrożność. Dołkowi towarzyszy też skrajne
          niedowartościowanie aktywów. Tego teraz już nie mamy, choć też trudno mówić o
          skrajnie wysokich wycenach. Nie ma więc czynników, które miałyby zmienić trend.
          Są jednie takie, które mogą go osłabiać. Chodzi na przykład o alokację OFE w
          akcjach, która przekracza już 30 proc. Po zwyżce rynku o kolejne 30 proc.
          wyniesie blisko 40 proc. W takich warunkach fundusze emerytalne będą musiały
          zmniejszać zaangażowanie na giełdzie. Jeśli nie będzie czynnika popytowego OFE,
          to przy jednoczesnej podaży akcji Skarbu Państwa ciężko będzie myśleć o
          znaczących zwyżkach. Jednocześnie trudno mówić o atrakcyjnych branżach, bo w
          każdej z nich są spółki lepsze i gorsze. Dlatego w przyszłym roku bardzo ważna
          dla stopy zwrotu z inwestycji będzie selekcja firm.

          Wojciech Białek: W ramach analogii historycznych i cyklu, który nazywam cyklem
          pokoleniowym, ostatni kryzys można porównać do tego z lat 1974–1975, 1938 czy
          też z 1907 r. Przyszły rok jest analogiczny do 1909 r., 1939 oraz 1976 r. Z tego
          wynikają ciekawe wnioski. Choćby to, że będziemy mieli czołgi na ulicach
          Warszawy. (śmiech). Mamy niemalże pewność geopolitycznych napięć na świecie. Od
          strony finansowej te lata mają jedną wspólną cechę: realnie, bez uwzględnienia
          dywidend, inwestorzy odzyskiwali ulokowane pieniądze kilkanaście lat później.
          Dla mnie przyszły rok jest rokiem szczytu koniunktury, także giełdowej.
          Wyobrażam sobie, że licząc od dzisiaj, kolejne tygodnie będą bardzo udane i
          przyniosą dokończenie ruchu w górę. Jednak za kilka tygodni, w styczniu, lutym,
          uciekałbym od akcji. Sygnałami będą wyjście na plus zmian zatrudnienia na
          amerykańskim rynku pracy oraz wspominane przeze mnie już wejście dolara na nowe
          minima. To będą bowiem sygnały dla Fedu, że trzeba zaostrzyć politykę pieniężną.
          Generalnie jako model oceny koniunktury w I półroczu 2010 r. proponuję sytuację
          z wiosny 2006 r. Miało to miejsce w czasie poprzedniego ożywienia, które zaczęło
          się na wiosnę 2005 r. Wtedy Bank of Japan wycofał się z quantitative easing
          (dodruku pieniądza – red.), co spowodowało mały krach na naszym parkiecie, po
          którym nastąpił trend zwyżkowy już o słabszej niż wcześniej sile. Taki 25-proc.
          krach może się przydarzyć już wiosną 2010 r. Po nim będziemy świadkami powolnego
          wzrostu, który potrwa mniej więcej do jesieni. Potem przyjdzie niekończąca się
          bessa, która kulminację będzie miała przy końcu świata, czyli w 2012 r. (śmiech)

          Robert Nejman: Zastanawiam się, czy jest jakieś prawdopodobieństwo, by giełdy z
          tegorocznego dna zapoczątkowały długoletnią hossę, typu tej z lat 50., 60. czy
          80., 90. Oceniam, że jest ono znikome, gdyż większość problemów, które
          doprowadziły do obecnego kryzysu, nie została wyeliminowana. Tak jak mówiliśmy –
          sektory prywatny i przedsiębiorstw nie zdelewarowały się, a potężnie zlewarował
          się sektor państwowy, który mógł nieść jeszcze jakiś ratunek. Wydaje mi się
          zatem, że tegoroczny wzrost, który jeszcze jakiś czas potrwa, ma charakter
          odreagowania wcześniejszych spadków i jest napędzany zastrzykiem płynności.
          Kiedy mogą się skończyć? Albo wtedy, gdy ta płynność zacznie być wycofywana na
          skutek poprawy sytuacji gospodarczej, albo gdy rządy zostaną do takich ruchów
          zmuszone przez rynki finansowe. Bardziej realna wydaje mi się ta druga opcja. To
          oznacza, że płynność może skończyć się wcześniej, niż pojawi się stabilne
          ożywienie gospodarcze. W związku z tym nie wydaje mi się, by akcje były dobrą
          inwestycją w długim horyzoncie, nawet 1dziesięcioletnim.

          Wojciech Białek: Trzeba zatem samemu spekulować, a nie dawać pieniądze funduszom
          inwestycyjnym.

          Tomasz Bardziłowski: Należy jednak spojrzeć na atrakcyjność akcji względem
          innych klas aktywów. Perspektywa dla obligacji, przynajmniej w średnim
          horyzoncie czasowym, nie jest zbyt różowa. Gotówka też nie wygląda ciekawie.

          No właśnie. Jak panowie oceniacie przyszłoroczne perspektywy obligacji?

          Robert Nejman: Amerykańskie obligacje powinny w przyszłym roku tracić na
          wartości. Jednak niedawno ktoś powiedział, że parkiety na całym świecie usłane
          są trupami tych, którzy przez lata grali na spadek cen japońskich obligacji. To
          daje do myślenia.

          Piotr Zagała: Za pomocą swapów mógłbym utrzymywać krótką pozycję na portfelu
          obligacji. Gdybym jednak tak zrobił, miałbym ujemną stopę zwrotu z funduszu
          dłużnego i to mój trup leżałby na parkiecie. (śmiech) Jeśli spojrzymy na polski
          rynek, rentowność dziesięciolatek wynosi teraz 6,3 proc. Przy cenie pieniądza na
          poziomie 3 proc., przy którym ja mogę finansować zakup tych obligacji, widzimy,
          że rynek dysko
          • stoje_i_patrze Re: Debata „Parkietu” 4/4 27.12.09, 16:13
            Zakładając, że nie sprawdzi się optymistyczny scenariusz, ale neutralny albo
            pesymistyczny, polskie obligacje skarbowe dadzą dobrze zarobić.

            Tomasz Bardziłowski: Rzeczywiście, polskie papiery wyglądają atrakcyjnie, ale
            tego nie można powiedzieć o obligacjach amerykańskich.

            Robert Nejman: I Fed, i wielkie banki, do niedawna nazywane inwestycyjnymi,
            starają się przekonać ludzi, którzy trzymają pieniądze na lokatach albo w
            funduszach pieniężnych, do bardziej ryzykownych inwestycji. Natknąłem się
            niedawno na porównanie tej sytuacji do okopów z czasów I wojny światowej. Jak
            żołnierze siedzieli dwa, trzy tygodnie w błocie, to potem było im już wszystko
            jedno i z chęcią rzucali się pod kule karabinów.

            Wracając do rynku akcji, szczególnie największych spółek, czy są one tanie czy
            drogie?

            Wojciech Białek: Ceny akcji są teraz nijakie. Tak wynika z indeksu Shillera,
            który jest w połowie historycznego przedziału wahań (indeks Shillera to wskaźnik
            cena/zysk dla amerykańskich akcji liczony na podstawie średnich
            dziesięcioletnich zysków spółek – red.).

            Piotr Zagała: Skoro wyceny są w trendzie wzrostowym, to siłą rozpędu powinny
            urosnąć jeszcze bardziej, aż akcje staną się przewartościowane.Robert Nejman:
            Ryzyko dla inwestycji w akcje podnosi trochę to, że nie było od dawna
            mocniejszej korekty.

            Większość pieniędzy, jakie per saldo odpłynęły na świecie z funduszy
            inwestycyjnych pieniężnych, ponad 450 mld dolarów w tym roku, trafiła na
            bardziej ryzykowne rynki, w tym w dużej części na wschodzące rynki akcji. Czy
            ten segment pozostanie atrakcyjny także w przyszłym roku?

            Tomasz Bardziłowski: Te przepływy są pochodną ucieczki od aktywów dolarowych i
            są mocno związane z sytuacją na rynku surowców. Pytanie jest o cenę ropy. Jeśli
            ta nie będzie szła stabilnie w górę, to dynamika napływu może spaść.

            Piotr Zagała: Nie zawsze jest opłacalne inwestowanie w rynki wzrostowe. W
            obecnej sytuacji, kiedy wszyscy wiedzą, że rynki wschodzące będą się rozwijały,
            możemy mieć do czynienia z przewartościowaniem spółek i ze zbyt wysokim
            dokapitalizowaniem firm, które w efekcie przeinwestują, prowadząc do obniżenia
            marż. To spowoduje, że te inwestycje w dłuższej perspektywie nie będą wcale
            takie dobre. Patrząc, jak wysoko wyceniane są niektóre spółki w Brazylii, czy w
            Meksyku, zastanawiam się, czy nie czas już przestać inwestować w całe rynki, a
            szukać pojedynczych atrakcyjnych firm – na wszystkich rynkach, rozwiniętych i
            rozwijających się. Mieliśmy do czynienia z silnym niedowartościowaniem rynków
            wschodzących w związku z brakiem płynności, ale teraz to zjawisko już zanikło.

            Tomasz Bardziłowski: Ten rok był rokiem inwestowania top-down (wybierania
            najbardziej atrakcyjnych sektorów – red.), w sektory, przyszły rok będzie rokiem
            stock pickingu – na giełdach poradzą sobie ci, którzy umieją wybierać spółki.
            Jakość spółki będzie ważniejsza od korelacji z globalnymi trendami.

            Czy można oczekiwać utrzymania się dodatniej korelacji między cenami akcji i
            surowców?

            Piotr Zagała: Ceny surowców są ostatnio bardzo rozbieżne, w zależności od tego,
            czy są to surowce typowo spekulacyjne, czy też uzależnione przede wszystkim od
            popytu z realnej gospodarki. Na przykład surowce rolne w ogóle nie zyskują na
            wartości. Miedź zyskała sporo, a część metali, które nie są lubiane przez
            finansistów, nie urosła. Jeśli będziemy mieli do czynienia z dalszym ożywieniem
            gospodarczym, to można oczekiwać, że dołączą do zwyżek. Przeciwko towarom
            przemawia jednak to, że hossy się nie powtarzają. Po hossie internetowej nie
            mieliśmy kolejnego boomu technologicznego. Po hossie nieruchomościowej też druga
            taka nie nastąpiła. Analogicznie, teraz nie będzie drugiej hossy surowcowej.
            Zakładam na przykład, że na miedzi warto będzie mieć krótką pozycję, a na
            rolnych surowcach długą. Inwestowanie na rynku surowców nie będzie proste.

            Czy warto jeszcze inwestować w złoto?

            Konrad Łapiński: Skrytykowaliśmy akcje, obligacje, o surowcach też niezbyt
            ciepło się wyrażaliśmy, to samoistnie pada na złoto jako atrakcyjną propozycję.
            (śmiech)

            Robert Nejman: Krótkoterminowo złoto utworzyło hiperbolę, niedźwiedzia na tym
            rynku trudno było znaleźć. Dlatego należy się tu duża korekta. Złoto jest dobrą
            inwestycją w okresie, kiedy rządy na świecie psują waluty. Złoto trzeba
            rozpatrywać nie jako surowiec, ale jako jedną z walut.

            Wojciech Białek: Jeśli przyjąć analogię, że odpowiednikiem hossy internetowej
            będzie teraz końcowa faza ucieczki od dolara do aktywów inflacyjnych, to ta fala
            powinna być też ostatnią falą zwyżki cen złota. W krótkim terminie można więc
            jeszcze trochę na nim zyskać.

            Podsumowując strategię na przyszły rok. Czy można powiedzieć, że któraś klasa
            aktywów wypadnie bardzo dobrze? Rok temu przy okazji podobnego spotkania, także
            z częścią panów, wskazaliśmy na obligacje korporacyjne i towary. Sprawdziło się.

            Tomasz Bardziłowski: W tym roku trudniej wybrać tak
            www.parkiet.com/artykul/7,882095_W_przyszlym_roku_najwiecej_zarobia_wytrawni_traderzy.html
    • pawel-l Re: rok 2010 - prognozy 29.12.09, 19:28
      Prognozy i opinie blogerów:
      bespokepremium.com/roundtable/
      Twelve of the most popular financial blogs/websites agreed to participate in the roundtable. Each participant was asked to respond to the same 25 questions regarding their 2010 outlooks as well as their take on 2009

      A to dyskusja (audio) deflacjonistów i inflacjonistów o przyszłym roku:
      financialsense.com/fsn/main.php
    • stoje_i_patrze Re: rok 2010 - prognozy 29.12.09, 22:36
      MF Global's Ten Predicitions For 2010
      The latest in the 2010 forecast series comes courtesy of MF Global. Unlike the
      trite cheerfest from the sellside bankers (who can blame them, their jobs depend
      on optimism) which we have been largely ignoring, this piece is certainly worth
      five minutes of your reading time.
      www.zerohedge.com/article/mf-globals-ten-predicitions-2010
    • stoje_i_patrze sprott 29.12.09, 22:42
      Sprott Says S&P 500 to Tumble Below its March Low
      Dec. 29 (Bloomberg)
    • pawel-l Re: rok 2010 - prognozy 06.01.10, 12:35
      Co tam rozdrabniać się na jednoroczne prognozy. Bill Bonner daje
      prognozy na całe 10-lecia.
      Poprzednia z 2000r (buy gold, sell stocks) była całkiem udana.


      dailyreckoning.com/our-new-trade-of-the-decade/

      As long-suffering Daily Reckoning readers will recall, we
      announced our 'Trade of the Decade' in 2000: Sell Stocks; buy go
      ld.

      "It turned out to be a good plan," observes colleague, Merryn
      Sommerset, in a recent Financial Times story. "In 2000, you could
      buy an ounce of gold for $280 (the average price over the year).
      Now, it will cost you about $1,100. At the time, Bonner saw what
      most others did not. He saw the US not as an economy carefully and
      cleverly managed by then Federal Reserve chairman Alan Greenspan and
      his passion for low interest rates, but as a massive credit bubble
      waiting to burst.

      So there is our Trade of the next Decade:

      Sell US Treasury debt/Buy Japanese stocks.


      Crazy, right?

      Maybe not. Treasury debt has been going up for the last 27 years.
      Japanese stocks have been going down for the last 20 years.

      Does this mean we're giving up on gold? Not at all. We're sticking
      with gold. Aurus eternis, or something like that. The yellow metal
      is what you buy when you think the financial authorities are making
      a mess of things. We have little doubt about it. So we'll continue
      to buy and hold gold...until the financial system blows up.

      But gold at $1,100 an ounce is fully priced. It is not cheap. It's
      been going up for the last 10 years! At this level, it is insurance
      against a monetary catastrophe and a speculation on when and how the
      blow-up will finally come. It is definitely worth having. And
      holding. And using to protect your wealth.
    • stoje_i_patrze celente 06.01.10, 22:58
      www.lewrockwell.com/celente/celente21.1.html
      • the-only_el_matador9 Re: celente 07.01.10, 02:21
        Gerald Celente przewiduje dla Ameryki gigantyczny "Obamageddon" na
        2010 ,coś na wzór końca świata czyli Armageddonu:
        Warto tutaj wspomnieć iż Gerald Celente jest nie tylko bardzo
        uznawanym astrologiem gospodarczym, ale analitykiem giełdowo-
        finansowym oraz kulturoznawcą i wie wiele
        nza przykłąd o astrologicznych i interakcyjnycho zależnościach
        kulturowych na linii IRAN - rasa aryjska - Indoeuropejczycy.Jak
        dotąd wszystkie jego astro-prognozy gospodaczo-giełdowe i polityczne
        spawdzały się co do joty.
        Przewidział między innymi, z dokładnością co do dnia,
        słynny "default" rosyjski i machloje finansowe ówczesnego premiers
        Kiryczenki wyzerowywujące udziały giełdowe podmiotów zachodnich w
        różne typy akcji rosyjskich na giełdzie rosyjskiej RTS, opiewające
        na kilkaset miliardów USD do całkowitego przysłowiowego "zera" z
        roku 1998.
        Modelem }astrologiczno-prevoyance"owym{ Geralda Celente po
        opublikowaniu jego prognozy na 2010 rok w "New York Timesie" z
        miejsca zainteresowała się CIA.
        Oto elementy amerykańskiego Armageddonu anno domini 2010:
        a}totalny krach dolara.
        b]zakaz uzywania bankomatów.
        b.1.}racjonowanie żywności i kartki na amerykańską żywność jak w
        polskim stanie wojennym.
        c}stan wyjątkowy na terenie całych USA.
        d}krach systemu giełdowego w Europie i jako odpowiedż na krach
        amerykański i gigantyczne straty banków europejskich - krach EURO i
        dalsza bezlitosna rozwałka gospodarek europejskich ale i przy okazji
        solidarność poszkodowanych banków austriackich, niemieckich,
        szwedzkich i fancuskich z częsciowo doprowadzona do totalnej uiny
        ekonomicznej Europą Wschodnią,
        gdzie łącznie przepompowały one od 1990 roku w róznych formach
        ekspotu kapitału miliardów 1790 miliardów USD kapitału finansowego i
        inwestycyjnego.
        e}spadek poziomu PNB USA o 50% do poziomu dochodu narodowego obecnej
        Polski.
        f}wzmożone ataki terrorystyczne Jemenu{trwatam równie krwawa wojna
        co w Afganistanie}, Pakistanu, Afganistanu,
        Iranu, Iraku na obiekty cywilne i wojskowe USA.
        f.1.}możliwość choć nie konieczność ,jako czkawka poobiednia
        amerykańskiego kompleksu wojenno=przemysłowego, po amerykańskiej
        czkawce ekonomicznej, ataku Izraela na Iran, jako iż najlepszym
        sposobem wylizania się z opałów i pobudzania koniunktury jest
        potężny sztucznie wywołąny konflikt zbrojny,
        konflikt irański przy nieopatrznym wmieszaniu sie weń Rosji
        ogarniętej obecnie silnymi mrzonkami wielkomocarstwowymi, oznaczać
        będzie III,
        pewną wojnę światową.
        g}powodem gigantycznego krachu w połowie 2010,było nie uruchomienie
        paralelne amerykańskich zdolności produkcyjnych i usług
        produkcyjnych waz z napływającym strumieniem pieniądza, a jedynie
        zalanie rynku papierów wartościowych lawiną
        pomocy finansowej jako pokrycie strat subprime,transakcji
        terminowych i CDSwaps=ów czyli zalanie USA czystą inflacjogenną
        nadpłynnościa, czyli w rzeczywistości drukowanym pieniądzem bez
        pokrycia.Wszystko zgodne z marksowską tezą o konieczności
        równoważenia nowopowstałej masy pieniądza pojawiającej się w obiegu
        pieniężnym równoległo uruchamianymi zdolnościami produkcyjnymni w
        sektorze środków produkcji i w usługach produkcyjnych.
        h}dodatkowym powodem może okazać się też ukryta bańka spekulacyjna i
        złodziejska gra na zniżkę powierzonych finansowych aktywów krajowych
        i zagranicznych, nawet w odniesieniu do własnych wieloletnich,
        tadycyjnych klientów, takich podmiotów inwestycyjnego świata
        finansów jak Goldman Sachs czy Meryll Lynch i inne amerykańskie
        banki inwestycyjne które jeszcze uchowały się tam po krachu Lehmann
        Brothers.
        i}jawne i ordynarne fałszowanie amerykańskich danych ekonomicznych i
        gospodarczych z III i IV kwartałów 2009.
        • pawel-l Re: celente 07.01.10, 08:04
          Od razu polubiłem tego gościa smile
        • stoje_i_patrze Re: celente 07.01.10, 16:24
          nie wiem skad to przekleiles (zawsze lepiej podawaj źródło) ale w tej
          jego prognozie az takiej mega czarnej wizji nie ma. jest mowa o nowym
          krachu itd. ale nie wszystkie punkty byly wypowiedziane. moze masz
          wersje rozszerzona, kto wie kto wie
          • the-only_el_matador9 Re: celente 07.01.10, 17:04

            a ty ciągle ze swoim amerykański zbankrutowanyy do cna niedowiarku,
            patrzyłem na obszerną recenzję licznych i nie jedynych wypowiedzi
            Celente w licznych ekonomicznych blogach francuskich ,gdzie
            dołączono także cały artykuł sciągniety z jego włąśnie pognozą na
            2010 z NYT.
            Przy okazji prostuję moje stwierdzenie zawarte w moim poście
            internetowym : chodzi mi o taki spadek PNB bankruta amerykańskiego
            USA ,który dojdzie w swoim dołowaniu wskażników makroekonomicznych
            do poziomu osiąganego obecnie na jednego mieszkańca w bardzo biednej
            i niedorozwiniętej ekonomicznie i społecznie a także i naukowo-
            technicznie, dzięki dwudziestoletnim rządom zbodniczej Solidarności
            Polsce.
        • kylax1 Astrolo co? 09.01.10, 14:57
          Wszystko co napisales mozna wydedukowac logicznym mysleniem.
        • zeenek Bzdury 10.01.10, 21:07
          do kwadratu.
        • ostrygojadek Re: celente 18.10.11, 12:40
          Przepraszam, że się ośmielam, ale czy ta prognoza jest już odwołana czy przesunięta na jakiś inny rok?
      • lj-3 Re: celente vs saxobank na 2010? 08.01.10, 02:47
        Zatoczyliśmy koło (roczną sinusoidę?) i powróciliśmy do odważnej
        prognozy Saxo Banku na rok 2009:
        forum.gazeta.pl/forum/w,17007,104450957,104498075,saxobank_na_
        2009.html
      • stoje_i_patrze 26 kwietnia 2010 02.05.10, 20:50
        Gerald Celente on BILL MEYER 26 April 2010
        www.youtube.com/watch?v=49CAJa6OlFo
    • pawel-l Re: rok 2010 - prognozy 07.01.10, 12:22
      Cały zestaw prognoz wszystkich świętych i jeszcze trochę...


      pragcap.com/the-ultimate-guide-to-2010-investment-predictions-and-
      outlooks


    • zmiana.klimatyczna Jedno jest pewne 09.01.10, 13:40
      Jedno jest pewne. Będzie lepiej wink
      • sevenseas Re: Jedno jest pewne 09.01.10, 17:27

        Smierc i podatki. PIENIADZE MOZNA PSUC W NIESKONCZONOSC. Nie bedzie
        konca swiata , krachu na dolarze i ciszy w zaden sobotni letni
        poranek , bo sasiad bedzie kosil trawe.
        • the-only_el_matador9 Re: Jedno jest pewne 09.01.10, 21:27
          www.marketoracle.co.uk/Article16208.html
          American Demise,opinia Amerykanów o przyszłości Ameryki.
    • pawel-l Re: rok 2010 - prognozy 19.01.10, 19:51
      Gary Shilling poleca:

      www.investorsinsight.com/blogs/john_mauldins_outside_the_box/archive/2010/01/18/2010-investment-strategies-six-areas-to-buy-11-areas-to-sell.aspx

      Inflacjoniści lepiej niech nie zaglądają. Kupuj bondy, sprzedawaj CRB (towary)
    • stoje_i_patrze Investment outlook 2010 - przypomnienie prognoz 29.12.10, 15:52
      Investment outlook 2010 - przypomnienie prognoz
      stojeipatrze.blogspot.com/2010/12/investment-outlook-2010-przypomnienie.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka