pepe49
23.11.04, 00:37
Cudze, bo cudze, ale ciekawe:
Każda okazja jest dobra, żeby dowalić facetowi w białoczerwonym krawacie,
szczególnie jeżeli nie rozumie się co on mówi. Zdaje się, że on choć ma tylko
średnie, mówi zbyt trudnym językiem dla wielu "inteligentów".
~mrówa, 2004-10-02 19:54
Jestem ekonomistą, na ogół bardzo krytycznym w stosunku do różnych wypowiedzi.
Słuchałem kilka razy tego co Lepper mówił w Sejmie na tematy gospodarcze. Nie
były to slogany. Wyrażał się czasem niezbyt precyzyjnie ale pojęć
ekonomicznych nie mylił.
Więc ja teraz Ciebie proszę o przykłady tych sloganów, a także przykłady
mylenia pojęć. Oczywiście w sprawach ekonomicznych, bo o tym tu mowa.
Podpowiadam, na witrynie Sejmu są dostępne wszystkie wystąpienia posłów.
Wstarczy tylko poszukać. Powiem inaczej, Lepper jako człowiek tylko po
średniej szkole rolniczej wykazuje zadziwiająco dobre zrozumienie spraw
ekonomicznych. Często w tym co mówi jest więcej logiki i sensu, niż w
wypowiedziach niektórych oficjalnych autorytetów (profesorów, analityków).
Aha, jeszcze jedno. Nie myl, bo to powszechne, rezerwy rewaluacyjnej z
rezerwami dewizowymi państwa. Lepper nie myli.
~mrówa, 2004-10-04 19:34
Kiedyś napisałem poniższy tekst, jako polemiczny do artykułu we WPROST. Z tego
co widzę na forum i w życiu też, tezy tego artykułu we WPROST są pewnym
standardem krytyki i wręcz ośmieszania ekonomicznych pomysłów SO, a także
Leppera. Jak pokazuję w mojej polemice w niektórych wypadkach ta krytyka
opiera się o nieprawdy, a w innych rzecz nadaje się jak najbardziej do
poważnej dyskusji. Zbywanie en block pomysłów ekonomicznych SO jako głupot z
definicji, raczej fatalnie świadczy o tych, którzy tak robią. Wiem że ta
polemika to przydługi elaborat, ale krócej się nie da, bo sprawy te są
bardziej zawiłe niż myślą prześmiewcy Leppera.
Mam nadzieje, że moderator puści ten tekst, za co z góry dziękuję. Napisanie
tej polemiki, która nie została wydrukowana, zajęło mi sporo czasu. Więc
teraz, powiem szczerze, nie chce mi się już tego przerabiać na formę artykułu
niepolemicznego. Zaznaczam też, że od tego czasu dokonałem kilku przeróbek,
tak aby tekst stał się bardziej zrozumiały. Zdaje się, że nadal jest trudny,
nic na to już nie poradzę.
SKOK NA KASĘ - JESTEM ZA
POLEMIKA Z WACŁAWEM WILCZYŃSKIM
Mocno mnie zbulwersował pan Wacław Wilczyński swoim artykułem `Polskie skoki
na kasę'. Bynajmniej nie dlatego że zamieścił w nim kilka poglądów mocno
dyskusyjnych (o tym później), bo tak bywa w ekonomii, że występują spore
różnice zdań nawet w sprawach podstawowych - lecz dlatego że znalazły się w
nim dwie informacje, które według mojej najlepszej wiedzy są po prostu
nieprawdziwe.
Pierwsza sformułowanie które sprawiło, że lekko się zachwiałem dotyczy
zabezpieczania kreacji pieniądza za pomocą walut obcych, cyt. ` Kiedyś
martwiono się tylko o stopień pokrycia obiegu pieniężnego złotem, ale
trzydzieści lat temu złoto przestało być pieniądzem i trzeba było pomyśleć o
innych sposobach zabezpieczenia kreacji pieniądza przez banki centralne. To
właśnie rezerwy dewizowe, rezerwy obcych walut , pełnią dziś tę funkcję.' No
właśnie - najtrudniejsze są dowody nieistnienia. Bo jak udowodnić, że się w
ten sposób nie zabezpiecza emisji, skoro się nie zabezpiecza i w związku z tym
nikt nawet o tym nie pisze. Kontrolnie przejrzałem kilka pozycji z posiadanej
przeze mnie literatury i nie znalazłem żadnej wzmianki na ten temat. Podobnie
w doniesieniach prasowych, które dość uważnie śledzę od lat - nie przypominam
sobie aby pisano o czymś podobnym. Są też argumenty o charakterze bardziej
teoretycznym. Takie postępowanie nie ma po prostu większego sensu. Jaki jest
sens zabezpieczać jeden `papier' (PLN) drugim papierem np. $, który jest tak
samo podatny na kaprysy banku centralnego, koniunktury, jak też innych
wydarzeń jak wojny czy rewolucje (w przeciwieństwie do złota które ma wartość
wewnętrzną i które kiedyś stosowano jako zabezpieczenie emisji pieniądza, co
jak się z czasem jednak okazało nie jest bynajmniej niezbędne). Warto też
pamiętać, że takie zabezpieczenie (w walutach) zawsze kosztuje - czy te
pieniądze pożyczymy (odsetki), czy uzyskamy z eksportu (realne towary i usługi
z których nie możemy korzystać). Dobry interes robi tylko dostawca takiej
waluty. Poza tym jest to niepotrzebne, gwarancją siły naszego pieniądza są:
przymus używania go do realizacji transakcji w naszym kraju + siła i
możliwości gospodarki, czyli możliwości nabywania dóbr i usług przez
posiadacza pieniądza + rozsądna polityka NBP ( ani zbyt restrykcyjna, bo to
osłabia gospodarkę, ani zbyt luźna bo to powoduje inflację). To wystarczy.
Natomiast tak naprawdę rezerwy walutowe są utrzymywane w celu zachowania
bieżącej płynności w realizacji transakcji importowych (jak również innych
płatności zagranicznych) i uważam że kwota rzędu 10 mld $ w zupełności
wystarczy. Odpowiada to importowi z 2-3 miesięcy, a nie ma podstaw aby
zakładać, że nastąpi nagłe i duże (np. o 50%) załamanie się eksportu lub duży
wzrost importu - wtedy rzeczywiście nawet rezerwy na poziomie 30 mld $ mogłyby
się w końcu okazać niedostateczne. Bardziej bym tu polegał na rozsądnej
polityce gospodarczej, niż na rezerwach. Bo owszem ostatnie osłabienie złotego
znacznie poprawiło nasze saldo w wymianie z zagranicą (eksport stał się
bardziej opłacalny i wyraźnie wzrósł), tyle że stało się to poniekąd wbrew
woli NBP, który w swoim czasie jasno i wyraźnie odmówił wzięcia udziału w
takiej operacji. To co robi NBP przypomina postawę prezesa firmy, który trzyma
duże pieniądze na niskooprocentowanym rachunku bieżącym i mówi ` mam kasę na 7
miesięcy funkcjonowania firmy nawet bez żadnych przychodów, więc co się będę
martwił o sprzedaż'.
Druga sprawa, która mnie zbulwersowała to sposób w jaki została
przedstawiona słynna już rezerwa rewaluacyjna. Ja przyznam szczerze nie
jestem fachowcem od księgowości NBP, natomiast znam się co nieco na
księgowości firm. W związku z tym widzę oczywiste nielogiczności w tym co na
temat rezerwy rewaluacyjnej mówi Pan Wilczyński (jak również wielu innych
komentatorów). Cytuję - `Czym więc jest rzekoma rezerwa rewaluacyjna? To po
prostu różnica między dzisiejszą złotówkową wyceną rezerw dewizowych NBP a
niższymi cenami zakupu tych dewiz przez NBP na przykład rok czy dwa lata temu.
Jeśli kiedyś płaciliśmy za dolary po 3 zł, a dzisiejsza ich cena wynosi 3,80
zł, to w wyniku dewaluacji złotówki , spadku jej wartości w stosunku do
dolara, wycena naszych rezerw dewizowych formalnie wzrosła.' Niby poprawnie,
ale nie do końca. Wzrost wartości walut w wyniku ich wyceny po aktualnym
kursie nie jest rezerwą. Jest, jak się nietrudno domyślić, przychodem, bo mamy
więcej niż mieliśmy poprzednio. Oczywiście przybyło w złotówkach, ale całe
sprawozdanie finansowe sporządzane jest wyłącznie w złotówkach.
Teoretycznie możemy ten wzrost potraktować na dwa sposoby. Przyjąć że jest to
przychód niezrealizowany i nie wykazywać go w rachunku wyników jako przychód,
lecz pokazać w bilansie jako `przychody przyszłych okresów'. One tam sobie jak
gdyby czekają i zostaną pokazane jako rzeczywisty przychód dopiero w momencie
sprzedaży. Nie jest to dobre rozwiązanie bo sztucznie pogarsza obraz sytuacji
finansowej jednostki. Dla zilustrowania tego posłużę się przykładem. Wyobraźmy
sobie, że ktoś ma 1000 dolarów które kiedyś kupił po 2 zł. Czy on teraz
powie, że te jego dolary to nędzne 2000 zł.? Oczywiście że nie. Raczej powie,
mam 3800 zł., zarobiłem 1800 zł. (kurs 3,80zł/dolar)
Dlatego lepsze jest drugie rozwiązanie. Pokazujemy cały przychód w rachunku
wyników. Mamy zysk, zarobiliśmy 1800 zł. Jest jednak problem, czy ten dolar
jednak nie spadnie? No rzeczywiście może trochę spaść. Tylko pytanie ile?
Dokonujemy oceny, tak na zdrowy rozum i zawodowe wyczucie, to się nazywa
fachowa ocena i jest przyjęte w księgowości. Przyjmujemy że nie więcej jak 50
groszy za d