Gdy mieszkalem w PRL tuz przed wyjazdem, to opowiadajac kawal o politycznym
podstekscie ludzie ogladali sie przez ramie, czy nie wychyli sie skads
swinski ryj SB-eka zatrudnionego na fikcyjnym etacie w Panstwowych Zakladach
Produkcji Czegostam....po kraju krazylo widmo "przerw w pracy" , biedacy
strajkowali bo im brakowalo paru groszy by zwiazac koniec z koncem.
Pozniej wyjechlem do wymarzonych USA. Ameryka, Ameryka, to slynne USA.
Dzis poruszajac pewne tematy ogladam sie przez ramie, bo moge sobie niezle
nabruzdzic na przyklad w pracy, gdybym gadal niepoprawnie politycznie....
A nad moim miastem krazy widmo strajku, zostalo raptem 15 minut do podjecia
decyzji czy sparalizowac Nowy Jork czy nie, bo biedacy zarabiajacy rocznie
po 50 000 probuja zwiazac koniec z koncem, wyslac dzieci do szkol lub na
college albo kupic dom. Co przy dzisiejszej zwalce dolara i tak dziadowskich
zarobkach jest calkowicie niemozliwe.Pozostac w tzw klasie sredniej czy
zdziadowac i zdegradowac sie do konca.
Historia zatoczyla (dla mnie) wariackie kolo i smieje sie ze mnie
rechotliwie

pozdrawiam.