Dodaj do ulubionych

Bohaterowie czy kolaboranci, cz. I

19.02.12, 15:26
a może „dwa w jednym”?

Na Wschodzie okupowanej Polski co najmniej trzy duże partyzanckie bataliony AK były przez Niemców zaopatrywane w broń, żywność i medykamenty.
Oczywiście nie bez wzajemnych koncesji.


W grudniu 1943 roku sukcesywnie nawiązali kontakt z Niemcami dowódcy zgrupowań stołpeckiego i nadniemeńskiego (lidzkiego) Armii Krajowej - Adolf Pilch ("Góra") i Józef Świda ("Lech"), a takżei Czesław Zajączkowski ("Ragner"/”Ragnar”). Nieco później kontakt z Abwehrą nawiązał również komendant Okręgu Wileńskiego AK Aleksander Krzyżanowski ("Wilk"). Porozumienie przewidywało zachowanie wzajemnej neutralności oraz zaopatrywanie AK w niemiecką broń. Już w marcu 1944 roku na naradzie w Mińsku generał Gottberg, który zastąpił zabitego w grudniu Gauleitera Okręgu Generalnego "Białoruś" Wilhelma Kube, nie kryjąc satysfakcji, obwieścił, że "na naszą stronę przeszły trzy polskie bandy i walczą z czerwonymi" - generał miał na uwadze wspomniane zgrupowania Adolfa Pilcha i Józefa Świdy oraz brygadę Czesława Zajączkowskiego („Ragnara”) z Okręgu Nowogródzkiego AK. Pośrednio w broń zaopatrywani byli przez Niemców także żołnierze brygady porucznika Gracjana Froga ("Szczerbca") i porucznika Zygmunta Szendzielorza ("Łupaszkę").

O kolaboracji podziemia polskiego na Wschodzie pisze Jerzy Turonek w swojej pracy "Białoruś pod okupacją niemiecką".
Na str.203 pracy Turonka czytamy:
”W końcu 1943 r. władze niemieckie okupujące Białoruś postanowiły wysunąć wobec AK ofertę współpracy. Z początku flirtowano z lokalnymi dowódcami AK.
9.12.1943 r. dowódca Zgrupowania Stołpeckiego w nowogródzkim okręgu AK, kapitan Adolf Pilch >>Góra<< [w tamtym czasie jeszcze p.porucznik – eres], zawarł z Niemcami układ i był przez nich zaopatrywany w broń i amunicję dostarczaną z Mińska.
Później podobny pakt zawarł w Lidzie dowódca Zgrupowania Nadniemeńskiego porucznik Józef Świda >>Lech<<, który w ciągu stycznia, lutego i marca 1944 r. otrzymał pięć transportów broni. Obaj dowódcy twierdzili później, iż ich postępowanie odbywało się za zgodą dowództwa nowogródzkiego okręgu AK, przy czym porozumienie Świdy z komendantem tego okręgu, podpułkownikiem Januszem Prawdzicem-Szlaskim, przewidywało, iż dostarczona przez Niemców broń i amunicja będzie w całości do dyspozycji komendanta okręgu.
To postępowanie zostało potępione przez Komendę Główną AK w Warszawie i Naczelnego Wodza w Londynie, który rozkazał przerwać współpracę z Niemcami i wyciągnąć konsekwencje wobec jej uczestników. W rezultacie w marcu 1944 r. Świda został wydalony z Nowogródczyzny, jednak Pilch zignorował ten rozkaz i współpracy nie przerwał.
Następnym krokiem Niemców było spotkanie z komendantem okręgu wileńskiego AK pułkownikiem Aleksandrem Krzyżanowskim >>Wilkiem<<. Spotkał się z nim 19.01.1944 r. funkcjonariusz mińskiego SD [Sicherheitsdienst - eres] Seidler. Niebawem Krzyżanowski otrzymał propozycję współpracy ze strony dowództwa Wehrmachtu na Litwie. Zerwawszy kontakt z SD >>Wilk<< przystąpił do rozmów z szefem wileńskiej Abwehry majorem Christiansenem.”

eres: Ze strony Niemców kontakty z dowódcami polskich oddziałów AK i skuteczne porozumienia zawierał major Abwehry dr Julius Christiansen (do marca 1943 r. kapitan), rezydent abwery (w okresie od listopada 1942 r. do kwietnia 1944 r.) - abwera-kontrwywiad IIIF będący delegaturą Abwehrkommando 304 z siedzibą w Wilnie. Sztab miał oficjalną nazwę "OKW - Verbindungsstab" i mieścił się w Wilnie, w willi przy ulicy Culionis 16 (zdjęcie tej willi niżej).
www.forum-der-wehrmacht.de/attachment.php?attachmentid=36224

”Polska strona odmówiła zawierania jawnych porozumień, więc Niemcy zaproponowali „cichy pakt dozbrojeniowy". Niemcy mieli rozrzucić w terenie wiele magazynów z zaopatrzeniem dla AK, magazyny miały być słabo strzeżone i oddziały akowskie miały za zgodą Niemców na owe magazyny napadać.
Wiosną 1944 r. oddziały AK dokonały szeregu napadów na wojskowe magazyny niemieckie, prócz tego Niemcy w różny sposób podrzucali zaopatrzenie do rejonów działania oddziałów AK. W ten drugi sposób zaopatrywani byli m.in. żołnierze brygady porucznika Gracjana Froga ("Szczerbca") i porucznika Zygmunta Szendzielorza ("Łupaszkę").”

Tak o tych praktykach pisał Józef Mackiewicz w swojej pracy: "Nie trzeba głośno mówić":
Str. 252
"Po drugie wydany został poufny niemiecki rozkaz do policji litewskiej na prowincji, aby >>unikała konfliktu z partyzantką polską<< i pod żadnym pretekstem nie wdawała się z nią w walkę. Miałem ten tajny okólnik w ręku i czytałem osobiście. Nie jest dziś żadną tajemnicą, skoro wie o nim każdy litewski komendant posterunku na prowincji w randze przodownika policji. - Kto był podpisany pod tym okólnikiem? - zapytał ostro >>Pułkownik<<. - Gebietskommisar Wilna-Land, Wulff."

Str. 327
[Tu autor zacytował zapewne relacje żołnierza AK - eres]
"Na razie jest układ. Niemcy dają nam broń po cichu, nazywa się że my ją zdobywamy, i nie ruszają. W zamian chcą, żebyśmy przepędzili partyzantkę sowiecką. Jak spotyka się nasz oddział z żandarmami na drodze, to jedni patrzą w jedną stronę, drudzy w drugą i mijają jak te lale. Ale ostatnio lidzki gebietskomisarz oddał właściwie cały swój >>Gebiet<< w nasze ręce, w zamian za oczyszczenie powiatu z bolszewików. I my >>oczyszczamy<<, jak się da. Czasem naprawdę, jak bolszewicy naszych zaczynają strzelać, jak to było w Derewnie, Rubieżewiczach itd., a czasem dla pucu, lub przez cichy kontakt z tamtymi. Koronkowa robota. Chociaż doszło już do tego, że nasz komendant, w pełnym mundurze, trzy gwiazdki na rogatywce, >>Mauser<< u pasa, żołnierz polski w polówce na koźle, zajeżdża w biały dzień przed komendanturę niemiecką w mieście. Wychodzi komendant niemiecki, salutuje, odsalutowuje. Idą na naradę. Wychodzą, salutują, nasz siada, odjeżdża do lasu. Ot, jak się robi. Szpitale nasze w lesie pobudowane i czerwony krzyż nad barakiem... Ale główna baza tej gry, to jest jednak generalny komisariat Kubego, białoruski. I stąd transporty broni dla nas. A broń jest najważniejsza."
Obserwuj wątek
    • eres2 Bohaterowie czy kolaboranci, cz. II 19.02.12, 15:29
      Str. 416
      "Mimo nowych instrukcji, tajne kontakty nawiązane przez Wulffa, nie zostały zupełnie zerwane. Zarówno on - jak szła niesprawdzona gadka – jak i przekonany przez niego generał-major Emil Ust, były attache wojskowy w Kownie, obecnie "Oberfeldkommandant der Wehrmacht" na Litwie, nie tracili nadziei, iż uda się skłonić partyzantkę polską do wystąpienia antysowieckiego. Dostarczana była po cichu broń, i w trzech wypadkach, aresztowani dowódcy oddziałów polskich wypuszczeni zostali na wolność. Mówiono, że bez aprobaty naczelnego szefa policji, generała SS Harma. Ściśle tajne instrukcje zalecały policji litewskiej w dalszym ciągu unikać, w miarę możności, zatargów z partyzantką polską."

      Str. 501
      "Generał SS Hintze kazał aresztować i postawić przed sąd polowy gebietskomisarza >>Wilna-Land<< Wulffa, pod zarzutem popierania i systematycznego zaopatrywania w broń partyzantki polskiej. Zwłaszcza przypisano mu winę, że w lutym i marcu 1944 roku, gdy było już wiadomo, że partyzantka polska nawiązała kontakt i współpracę z partyzantką sowiecką i otrzymała tajne instrukcje wsparcia armii czerwonej - interweniował jeszcze na rzecz wypuszczenia aresztowanych przywódców band polskich, pod pretekstem tajnych rozmów z nimi; oraz ze jeszcze w kwietniu tegoż roku dostarczył na dwóch ciężarówkach z >>Wehrmacht - Fahrtbereitschaft – Wilna<< broni ręcznej i amunicji partyzantce polskiej w rejonie Puszczy Rudnickiej. Sąd polowy skazał Wulffa na karę śmierci przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano.
      Zupełnie jawnie współpracę podjęto w okręgu lidzkim. 23.02.1944 r. niemieckie władze okupacyjne na Białorusi wydały rozkaz mobilizacji do białoruskiego wojska (Białoruskiej Obrony Krajowej), z którego wyłączony został cały okręg lidzki. Władze niemieckie praktycznie wycofały się z terenów wiejskich, ograniczając się do miast. Władze polskie przeprowadziły regularny pobór kilku roczników - sołtysi wręczali formalne imienne karty powołania. W pierwszej połowie 1944 r. wobec tak sprzyjających warunków szeregi AK na Białorusi silnie wzrosły. Wiosenna mobilizacja do AK spowodowała, że w czerwcu 1944 oddziały liczyły 7,7 tysięcy żołnierzy z czego na niewielki okręg lidzki przypadło 6,5 tysiąca - prawie 85% stanu osobowego wszystkich oddziałów nowogródzkich.”

      „Oddziały AK, które nie uczestniczyły w >>Ostrej Bramie<< lub nie zostały rozproszone przez NKWD latem i jesienią 1944 roku, zwłaszcza te, które zmobilizowano zimą tegoż roku, zostały częściowo rozformowane. Notabene, gdy 23 lutego 1944 roku Gottberg ogłosił mobilizację do Białoruskiej Obrony Krajowej, z planu mobilizacji wyłączono okręg lidzki - tam przeprowadzała swoją mobilizację AK - sojusznik; wedle wspomnień Janusza "Prawdzica" Szlaskiego około 40 procent mobilizowanych stanowili prawosławni (!). Część sił AK odstąpiła na zachód (przy czym Adolf Pilch - >>Góra<< przeszedł Bug w kolumnie niemieckiej, mając w kieszeni glejt od mińskiej SD - tam zgrupowanie stołpeckie nazywano już >>jednostką antypartyzancką<<).

      „Z największych jednostek na Kresach zostały batalion Cz. Zajączkowskiego - >>Ragnera<< oraz oszmiańska brygada Witolda Turonka - >>Tura<<. Późną jesienią >>Ragner<< próbował regularnych walk na tyłach armii sowieckiej – spalił stację Roś, wysadził w powietrze kilka pociągów na linii Wołkowysk - Baranowicze itd.. Ale szczelność sowieckich tyłów i możliwości NKWD znacznie przewyższały sprawność SD i niemieckiej Feldgendarmerie! Już po 1 stycznia 1945 roku została okrążona i zniszczona ostatnia grupa na czele z samym >>Ragnerem<<, a wiosną tegoż roku sowieci zlikwidowali ostatnich partyzantów z brygady >>Tura<<... Teraz wojna przetoczyła się przez chutory i wioski leśne, gdzie trwał dalszy ciąg tych samych porachunków, które się zaczęły jesienią 1939 roku. Szła wojna chaty przeciw chacie... W memuarach ówczesnych oficerów NKWD lata 1945-48 nazywane są nie inaczej, jak koszmar. Z zewnątrz wszystko wyglądało spokojnie, ale w gruncie rzeczy była to już nawet nie wojna partyzancka, a coś takiego, co dziś się nazywa terroryzmem. Wedle statystyki sowieckiej w ciągu trzech lat na Szczuczyńszczyźnie i Lidczyźnie (terroryzm szalał tam, gdzie w czasie wojny panowała AK - na prawym brzegu Niemna!) zginęło 257 pracowników aparatu partyjnego i sowieckiego, oficerów, urzędników itd.. Straty ogólne >>ot ruk banditow<< (z rąk bandytów) wyniosły ponad 3,5 tysiąca osób – ginęli przeważnie gospodarze wiejscy, bo innych ludzi tu nie było...
      Ceną za współpracę ze strony polskiej było zwalczanie partyzantki sowieckiej. Jak podawał kapitan Adolf Pilch, od grudnia 1943 do czerwca 1944 członkowie jego oddziału zabili około 6 tysięcy >>bolszewików<<. Wolno sądzić, że przeważającą ich część stanowiła cywilną ludność białoruską podejrzewaną o współdziałanie z partyzantka sowiecką. Nasiliło się też wyniszczanie Białorusinów w okręgu lidzkim.
      Według szacunków białoruskich od połowy lutego do polowy kwietnia 1944 zginęło tam z rąk akowców kilka tysięcy osób, w tym w jednej tylko gminie bielickiej 480 osób.”
      - - - -
      Jeszcze o wydarzeniach w Okręgu Nowogródzkim
      Jan Erdman pisze w swojej pracy "Droga do Ostrej Bramy":
      O akcji odbicia więźniów w Lidzie. "[...] Akcja udała się w pełni: wkroczono do więzienia jako patrol niemiecki eskortujący aresztowanych i bez jednego strzału uwolniono tłum więźniów. Różne źródła rozmaicie podają ich liczbę: od 50 do 170. Do eskorty i konwoju >>Lech<< wyznaczył oddział baonu >>Ragnara<<. W tym czasie wyszło na jaw, że >>Lech<< zaczął porozumienie z Niemcami, chcąc utworzyć dywizję polską do walki z bolszewikami, a chcąc się wykazać lojalnością wobec Niemców, posegregował uwolnionych według własnego uznania. Część rozstrzelał, a trupy ułożył jak sardynki na szosie do Żołudka, zawiadamiając Niemców, że uciekinierów uchwycił i rozstrzelał".
      • eres2 Bohaterowie czy kolaboranci, cz. III 19.02.12, 15:31
        O Baonie Stołpeckim: "Najdalej porozumienie z Niemcami posunął por. >>Góra<<, którego Baon Stołpecki został tak brutalnie potraktowany przez puszczańskich sojuszników. Mamy wykaz broni stanowiącej pierwszy niemiecki transport zaopatrzeniowy. Dowódca AK donosi Londynowi, że według meldunku z Nowogródka Niemcy dostarczyli Baonowi Stołpeckiemu w połowie grudnia 1943 r. - czyli wcześniej niż >>Lechowi<< - 10 tys. amunicji, dwa ckm i 4 moździerze, uznali go >>jako oddział polski<< i zezwolili na noszenie oznak polskich. >>Nakazałem - depeszuje gen. Bór - zerwanie z Niemcami i w najmniejszej mierze nie korzystać z ich pomocy, unikać walki z bolszewikami z wyjątkiem wypadków koniecznej samoobrony [...]<<. Jak wynika z cytowanego wyżej sprawozdania Szlaskiego, Baon Stołpecki nie wykonał tego rozkazu przez 6 miesięcy - do końca 1944 roku. Nawiasem mówiąc, statystyka utarczek Zgrupowania Stołpeckiego wykazuje, że w okresie między listopadem 1943 r. a 29.6.1944 r. (7 miesięcy) nie stoczyło ono ani jednej potyczki z Niemcami, a miało 32 starć z oddziałami sowieckimi. Najwidoczniej więc istniał i na tym terenie >>pakt o wzajemnej nieagresji<< z Niemcami. [...]. Reakcja Londynu - Naczelnego Wodza i rządu - na wiadomość o zachowaniu się Baonu Stołpeckiego była natychmiastowa i do przewidzenia. [...] Wszelkie porozumienia z Niemcami mogły zbrukać reputację >>kraju bez Quislinga<< [...]. W dwa dni po otrzymaniu depeszy o niemieckich dostawach broni i amunicji dla oblężonego przez partyzantkę sowiecką por. >>Góry<<, gen. Sosnkowski odpowiada: >>Jeśli opis wypadków na terenie Puszczy Nalibockiej jest ścisły, muszę ocenić, że postępowanie baonu Stołpecki stanowi przekroczenie Waszego rozkazu wydanego na podstawie instrukcji Rządu w porozumieniu z Delegatem i reprezentacją polityczną Kraju. Samowolne osłabienie w obliczu najbardziej choćby tragicznych okoliczności linii nieugiętej postawy wobec Niemców jest szkodliwe dla sprawy i stanowi marnowanie dorobku moralno-politycznego Armii Krajowej. Tragedia baonu stołpeckiego nie usprawiedliwia późniejszego postępowania meldowanego przez Nowogródek. Broń na Niemcach należy zdobywać, nie zaś przyjmować od nich w darze. Oczekuję raportu, kto ponosi winę i jakie zastosowano sankcje [..]<<. A wśród depesz Komendy Głównej AK do Okręgu Nowogródzkiego znajdujemy 11.7.1944 r. szyfrogram tej treści: >>W związku z ogólną sytuacją natychmiast wycofać oddział >>Góry<< do swych sił głównych oraz ostatecznie zlikwidować wszelkie porozumienia z Niemcami w sprawie szpitala i innych<<".

        Roman Korab-Żebryk ("Operacja wileńska AK") pisze: "Problem >>Góry<< i >>Ragnara<< nie został rozwiązany. Obaj wyłamali się z dyscypliny organizacyjnej. Przyznawali się wprawdzie skwapliwie do przynależności do AK i na tym opierali swoją popularność w społeczeństwie, zwłaszcza że gromiąc oddziały rekwizycyjne sowieckich partyzantów oddawali doraźną przysługę miejscowej ludności: dopiero później okazało się, ile wyrządzili szkody społeczeństwu polskiemu, gdy po wypędzeniu Niemców władze radzieckie uzasadniały rozbrajanie resztek AK zdradą oddziałów >>Góry<< i >>Ragnara<<.”


        Przebieg współpracy Niemców z partyzantką AK wg majora abwery, dr Juliusa Christiansena.
        eres: Syn majora, Heinrich-Boy Christiansen, zresztą także były oficer tejże niemieckiej służby, wyraził zgodę na przetłumaczenie na polski i wykorzystanie przeze mnie w polskich forach dyskusyjnych istotnych dla tej kwestii wspomnień jego ojca. Odpowiadając na moje pytanie stwierdził:
        „Nie mam nic przeciw przetłumaczeniu [na polski - eres], proszę jednak nadmienić o moim prawie copyright, ponieważ moje relacje pojawiły się w innych książkach.”

        Wspomnienia te przytaczam w moim, eresa, tłumaczeniu:
        „Z rozmów z moim ojcem prowadzonych jeszcze w czasie wojny i później w sowieckiej niewoli pragnę przytoczyć następujące jego wspomnienia:
        Wczesnym latem 1943 roku wzmogły aktywność kierowane przez Moskwę formacje partyzanckie. Okoliczność, która przynajmniej część operującej w podziemiu polskiej armii narodowej, dowodzonej przez generała Bora-Komorowskiego, skłoniła do szukania współpracy, a przynajmniej do pewnego rodzaju wzajemnej neutralności z niemieckim Wehrmachtem.
        Stosowne działania ze strony niemieckiej w rejonie Wilna zapoczątkowane zostały przez mojego ojca i w kolejnym okresie czasu były przez niego kierowane. Początek wziął się stąd, że ojciec wyszperał jednostkę (ew. sztab bądź komórkę łączności radiokomunikacyjnej) pewnego operującego w Wilnie i jego okolicy oddziału AK, akurat w piwnicy niemieckiego klubu żołnierskiego w Wilnie.
        Zamiast ją zlikwidować, wykorzystał ją dla nawiązania bezpośredniego kontaktu z AK. Reakcja AK była w zasadzie pozytywna. W trakcie nawiązywania kontaktów zaprosił oficerów AK – w oparciu o jego słowo honoru i z zapewnieniem bezpiecznej eskorty – na wspólny posiłek do siedziby jego sztabu. W efekcie spotkania opracowano rodzaj modus vivendi.
        Na załączonym zdjęciu willa (mieszcząca niegdyś sztab Abwehry), w której odbyło się spotkanie majora Juliusa Christiansena z oficerami AK.
        www.forum-der-wehrmacht.de/attachment.php?attachmentid=36224
        „Zdjęcie wykonane zostało przez pana Z.S. Siemaszko w czasie jego bytności w Wilnie latem 1994 roku i grzecznościowo mnie udostępnione.”
        • eres2 Re: Bohaterowie czy kolaboranci, cz. IV 19.02.12, 15:32
          Ów wspólny posiłek miał z całą pewnością miejsce. Przypominam sobie dokładnie, jak mój ojciec w czasie wspólnie spędzonego w kwietniu 1944 roku urlopu zwrócił moją uwagę, że w pomieszczeniu, w którym obaj latem 1943 roku spożywaliśmy obiady, właśnie miało miejsce owo spotkanie z polskimi oficerami. Nawiązując do tego spotkania ojciec opowiedział mi też, że zatrudniony w jego sztabie personel wywodzący się spośród tamtejszej ludności czuł się w owym dniu - bacznie obserwowany przez polskich gości - wyraźnie nieprzyjemnie. Umowy, bądź czegoś w formie pisemnej nie sporządzono. Wszystko uzgodniono przybiciem ręki i na słowo honoru. Przebieg [rozmów- R.S.] był np. taki, że polska strona poinformowała, że stwierdzono obecność czerwonej partyzantki, jednakże niedostatek broni i amunicji nie umożliwia jej zwalczenie. Przeto wyrażono prośbę o zdeponowanie w określonym miejscu pewnej ilości karabinów maszynowych i granatników. Po 14 dniach można było tę broń stamtąd odebrać. Niemiecka strona dostarczała także środków opatrunkowych i wyżywienia. Do tej współpracy włączono również brytyjskie służby wywiadu, jako że i Wielka Brytania nie była - ze zrozumiałych względów - zainteresowana wtargnięciem na tereny Polski kierowanych przez sowietów partyzanckich formacji. Rolę łącznika pełnił obywatel brytyjski posługujący się pseudonimem >>Robert<<. W czasie mojego pobytu w Wilnie, w sztabie mojego ojca, na przełomie lat 1943/1944 miałem sposobność przeczytania o faktach związanych z >>Robertem<<. Na ile sobie przypominam, chodziło o Anglika, który w roku 1939 przebywał jako gruźlik w polskim uzdrowisku klimatycznym, gdzie zaskoczył go wybuch wojny. Zaplanowanej daleko idącej współpracy z zawarciem formalnej umowy oraz przypieczętowaniem tejże przez wymianę zakładników, do których miałem i ja należeć, uniemożliwił rozwój działań wojennych. Ja mogłem w roku 1943 wielokrotnie odwiedzać mojego ojca w Wilnie. Poza tym byliśmy obaj w latach 1945-1947 oraz ponownie w latach 1949 do 1950 razem w rosyjskim obozie pracy.
          Tyle moich wspomnień o wielorakich rozmowach z moim ojcem.

          Później, tzn. Po1960 roku, podążyłem śladami tamtych informacji. W dokumentach mojej matki znalazły się niżej przytoczone skierowane do niej przez ojca listy, które matka przekazała mi w czasach późniejszych, ponieważ poza informacjami o działalności ojca zawierały wiele osobistych treści. […]“

          List z dn. 17.01.1944:
          „Trwa znaczący przełom w polityce, gdy chodzi o ustosunkowanie się do Polaków. Trzeba mieć nadzieję, że nie jest jeszcze za późno. Pewną rolę mam przy tym i ja do odegrania i to wcale nie łatwą. Jaką, o tym jak zawsze nie mogę napisać, natomiast co najwyżej kiedyś opowiedzieć. W każdym razie jest wiele do zrobienia. Będę też wiele podróżował.”

          List z dn. 28.01.1944:
          „Wieczór wczorajszy był mozolny. Ale był też i ogromny sukces. Jeśli powiedzie się wszystko to, co teraz zostało zapoczątkowane, będę mógł być trochę dumny. Jest to największa gra, w jaką w moim życiu zagrałem. Będzie to kosztowało nerwów i przyprawi o siwiznę. O odejściu, czy choćby o urlopie nie do pomyślenia. Nie mogę przecież nic bliższego napisać. Ale mogę jednak powiedzieć, że musiałem wbrew pułkownikowi postawić na swoim, mimo istniejących na ogół dobrych między nami stosunków. On uparcie nie chciał przystąpić. Mam teraz dwa, trzy dni czasu. Później ruszamy.“

          List z dn. 6.02.1944:
          „Z mojej >>wycieczki<< powróciłem szybciej niż myślałem. Nie było to nic innego, jak jedno z najciekawszych dla mnie przeżyć tej wojny. Cóż mogę i wolno mi teraz o tym napisać. Chcę spróbować, o ile potrafię. Właściwie mogę o tym tylko niemal w sposób utajony o tym myśleć. Mimo to mogę o pewnych sprawach napomknąć. Przebywałem w oparciu o oficerskie słowo honoru, że nic mi się nie stanie, w obozie nieprzyjaciela. Nie miałem obiekcji, że uczyniłem to mimo wszelkich zastrzeżeń. Na początku było ujęcie mnie i konwojowanie przez dziesięciu ciężko uzbrojonych jeźdźców konnych. W kwaterze sztabu przyjazne przyjęcie i wspaniali oficerowie jako partnerzy rokowań. Język: niemiecki. francuski, polski i rosyjski. Pojutrze przybędą oni pod tymi samymi warunkami do mnie. Na koniec rokowań odbył się ku mojej czci regularny wieczór koleżeński z wzajemnymi objęciami, pocałunkami i honorowymi deklaracjami, zgodnie z tutejszymi zwyczajami. W końcu zostałem pod eskortą odprowadzony z powrotem, tym razem jednak nie jako jeniec; otrzymałem wierzchowca. Owa dwugodzinna jazda konna zaśnieżoną krainą z udziałem dwudziestu zbrojnych towarzyszy i w cudownym świetle księżyca było dużym przeżyciem.
          Poczym zostałem sam. Jeszcze parę kilometrów pieszo i znów znalazłem się przy swoim pojeździe. Rankiem przybyłem z powrotem do swojej siedziby brudny i zmęczony jak pies. Znaleźli się niejedni tacy, którzy nie wierzyli, że mnie tak szybko zobaczą i że w ogóle kiedykolwiek mnie jeszcze ujrzą. Ale jest sukces i może on zapoczątkować wielki przełom. U kogo byłem i na czym polega sukces, z tego nie mogę, oczywiście, się zwierzyć.”

          List z dn. 11.02.1944:
          „Mam aktualnie zadanie specjalne, które mnie całkowicie absorbuje. Ale bardzo mi ono odpowiada i przysparza zadowolenia. Gdybym o tym opowiedział, rzekłabyś >>on łże<<! Jednakże następstwa będą zapewne już w ciągu kilku tygodni odczuwalne.
          Z drugiej strony będę zużyty i będę musiał odejść… Zaproponowano mi dość ważne kierownicze stanowisko… Pewne jest jedno: W chwili obecnej trwa baczne przypatrywanie się temu, co mam do opracowania jako moje zadanie. Zdecyduje sukces.”

          List z dn. 14.02.1944:
          „Całość jest tak nieprawdopodobna, że nie jesteś w stanie w to uwierzyć. Jutro muszę się udać w podróż dla złożenia sprawozdania i liczę się z tym, że wkrótce będę musiał w OKW [OKW - Oberkommando der Wehrmacht/ Najwyższe Dowództwo Wehrmachtu – eres] wygłosić referat… . Tego wszystkiego jeszcze, oczywiście, nie wiem. Jednakże cała ta sprawa ma tak decydujące znaczenie, że muszę mieć pełnomocnictwo.”
          • eres2 Re: Bohaterowie czy kolaboranci, cz. V 19.02.12, 15:33
            List z dn. 19.02.1944:
            „O tym nie mogę nic bliższego napisać. Jest to jak bajka. W każdym razie sprawa wywołuje sensację. Za około 14 dni nastąpi akt następny. Od tego wszystko teraz zależy. W każdym razie otrzymałem szerokie pełnomocnictwa.“

            List z dn. 22.02.1944:
            „Sprawa trafia wszędzie jak bomba. Jestem z wygłaszaniem referatu przeczołgiwany od jednego generała do drugiego. Przy tym jest to dopiero początek pracy... W każdym razie dziś dysponuję w tej sprawie wszelkimi środkami, włącznie z samolotem. A propozycje przyjęcia nowych zadań nie są byle jakie.”

            List z dn. 28.02.1944:
            „W dniu jutrzejszym czeka mnie podróż okólna samolotem w celu wygłoszenia referatów w wysokiej rangi sztabach oraz odebrania pełnomocnictw. Podróż potrwa zapewne osiem dni. Następnie rozpocznie się drugi akt tego przedsięwzięcia, które będzie pełne zawikłań i odpowiedzialności. Może ono – jeśli wszystko przebiegnie gładko – wejść do historii…
            To, co otrzymałem ze strony SS jako >>zabezpieczenie tyłów<< przekracza moje oczekiwania. Dotychczas otrzymałem z tej strony wszelkie pełnomocnictwa.”

            Tyle moich wspomnień odnoszących się do rozmaitych rozmów odbytych z moim ojcem. Śladem zawartych [w listach – eres] informacji podążyłem później, tzn. po roku 1960. Niżej przytoczone listy znajdowały się w osobistych dokumentach mojej matki, były one bowiem do niej skierowane, przekazała mi je ona dopiero w późniejszym okresie, bowiem poza informacjami traktującymi o działalności ojca, zawierały wiele treści osobistych. Inne informacje gromadziłem przez lata.”

            List z dn. 3.3.1944:
            „Wszystko przepadło!! To żałosne, jak utracony zostaje duży potencjalny zasób … Jestem nieco rozgoryczony. To rzecz wstrząsająca, gdy stoi się nad gruzami swojej pracy.
            ….
            Zarówno przez polski rząd na uchodźctwie, jak i przez stronę niemiecką (Himmler: >>Ze Słowianami nie może być zawarty żaden pakt.<<) kontynuacja pertraktacji została zakazana.
            W notatce z referatu w OKH [OKH - Oberkommando des Heeres -Naczelne Dowództwo Wojsk – eres] z dnia 19.3.1944, bazującej na meldunku Walli III (patrz Bundesarchiv/Militärarchiv Freiburg, Signatur RH 2/2115, S.117) stwierdza się: >>Kierownik nielegalnej polskiej ‘Komenda Miasta’ w Wilnie odbył na początku marca w Warszawie rozmowę z kierownictwem polskiego narodowego ruchu oporu. Miał on tam otrzymać polecenie: a) zaprzestania dalszych pertraktacji z Niemcami, b) zerwania z Niemcami, c) nie napastowania bolszewickich band, d) mobilizowania dalszych sił.<<
            Polskie białe bandy [to użyte określenie miało zapewne na celu odróżnienie polskiego podziemia niepodległościowego od komunistycznego – eres] miały być tym stanem spraw rozgoryczone. Liczne bandy próbują na własną rękę nawiązać kontakt z niemieckimi pozycjami.
            [Uwaga: Walli III była służbową jednostką nadrzędną wobec placówki filialnej Wilna - Außenstelle Wilna – eres].
            Do polskich kontaktów mojego ojca w Wilnie należał pewien doktor zwany >>Emilio<<, który pełnił funkcję rodzaju łącznika z Armią Krajową. Latem 1943 roku poznałem go w Wilnie osobiście, gdy obaj, tzn. mój ojciec i ja, pewnego wieczoru zostaliśmy przez niego zaproszeni. Władał on płynnie niemieckim, był za pokonywaniem nacjonalizmów przez idee europejskie. W każdym razie był to owego wieczoru temat przewodni naszej dyskusji. Było też przy tym i niemało polskiej wódki!!
            Gdy obaj z ojcem około godziny drugiej nad ranem wracaliśmy przez nocne Wilno do kwatery mojego ojca, otrzymaliśmy „konwój ochronny” w osobie uroczej krewnej tego doktora, która poprowadziła nas bezpiecznie przez nocne Wilno do naszej kwatery.

            Dane dotyczące mojego ojca:
            dr Julius Christiansen, ur. 30. marca 1897 w Westerland/Sylt. Zmarł 20.10.1951 w więzieniu w Swierdłowsku (Jekaterinburgu).
            Dane dot. jego działalności jako oficera wywiadu/kontrwywiadu w Wilnie od listopada 1942 r. do kwietnia 1944r.: Przeniesienie ze skutkiem od 1.11.1942 r. do filii dowództwa wywiadu 304 (Abwehrkommando 304) z siedzibą w Wilnie. Oficjalna nazwa "OKW - Verbindungsstab" (Najwyższe Dowództwo Wehrmachtu – sztab łącznikowy).
            Nr poczty polowej 40676.
            Stopień wojskowy: kapitan, a od marca 1943 r. major.
            Zakres obowiązków: kontrwywiad (IIIF).
            Podległość: Walli III (pułkownik Schmalschläger).

            Mój ojciec został później – wobec jego kontaktów z AK – na życzenie generała Bora-Komorowskiego włączony do udziału w pertraktacjach kapitulacyjnych Powstania Warszawskiego.
            Akapity oznaczone: >>List z dn. […]<< zawierają fragmenty listów, które mój ojciec słał w czasie wojny do domu. Oryginały listów są w moim posiadaniu.”

            eres: Tyle wspomnień majora Juliusa Christiansena i jego syna Heinricha-Boya Christiansena.
    • tanebo Re: Bohaterowie czy kolaboranci, cz. I 19.02.12, 18:39
      Jeśli liczysz że ktoś to przeczyta to muszę cię rozczarować... prawda nigdy nie jest prosta. Tzn prosta jest teraz na kanapie. Inaczej to wyglądało w czasie wojny. Nawet dziś sprawy czasami się komplikują - nawet Hamas kupuje broń od Mosadu. Jak było wtedy? Powiedzmy że jesteś partyzantem. Wychodzisz z lasu, idziesz do pierwszego chłopa. Wiesz czego się spodziewać? Tak do końca to pewnie nie. Chłop okazuje się miły, daje pojeść. Akcja nazywamy wspieraniem oporu przez ludność. Idziesz do innego chłopa. Stawia się. Dostaje w łeb kulkę. Akcja okazuje się bandyckim napadem zbrojnych band. Handlujesz z niemieckim kapralem na boku bronią. On buduje pod Frankfurtem dom więc kasę potrzebuje. Ty potrzebujesz broni. Innym razem magazynier się zmienia. Nie ma handlu. Dajesz więc magazynierowi w łeb i broń zabierasz. Jesteś partyzantem, bandytą czy kolaborantem?
      • marek.zak1 Re: Bohaterowie czy kolaboranci, cz. I 19.02.12, 20:41
        Na Ukrainie były 4 armie:
        1. Wehrmacht,
        2. AK
        3. UPA
        4. Sowieccy partyzanci.
        Każdego niemal dnia sojusze się zmieniały. Dla Polaków, mieszkajacych na wsiach najgorsza była UPA i w ramach chronienia ludności AK nawiązywała doraźne sojusze z pozostałymi formacjami.
        • gandalph Re: Bohaterowie czy kolaboranci, cz. I 20.02.12, 00:12
          marek.zak1 napisał:

          > Na Ukrainie były 4 armie:
          > 1. Wehrmacht,
          > 2. AK
          > 3. UPA
          > 4. Sowieccy partyzanci.
          > Każdego niemal dnia sojusze się zmieniały. Dla Polaków, mieszkajacych na wsiach
          > najgorsza była UPA i w ramach chronienia ludności AK nawiązywała doraźne sojus
          > ze z pozostałymi formacjami.
          Zgadza się. Znam relację człowieka, który do 1943 roku przebywał na Wołyniu (mój dawny szef, nie mam powodu, by mu nie wierzyć). Ekscesy UPA spowodowały zaniepokojenie również Niemców. Dlatego ci zezwolili lub też przymknęli oko na utworzenie po wsiach zamieszkałych przez Polaków czegoś na kształt straży obywatelskiej, uzbrojonej zresztą przez nich samych. Do tego dodajmy pomoc udzielaną Polakom przez stacjonujących tu i ówdzie Węgrów.
          Rzeczywistość na Kresach była na tyle złożona, że często umykała schematom. Na kresach północno-wschodnich dodać trzeba jeszcze do kompletu formacje litewskie, zazwyczaj nieprzychylne Polakom.
      • leon_z_lasu Re: Bohaterowie czy kolaboranci, cz. I 19.02.12, 20:49
        tanebo napisał:

        > Jeśli liczysz że ktoś to przeczyta to muszę cię rozczarować... prawda nigdy nie
        > jest prosta. Tzn prosta jest teraz na kanapie.

        Może patrioci z pianą na ustach ?

        > Jak było wtedy? Powiedzmy że jesteś partyzantem. Wychodzisz z lasu, idzies
        > z do pierwszego chłopa. Wiesz czego się spodziewać? Tak do końca to pewnie nie.
        > Chłop okazuje się miły, daje pojeść. Akcja nazywamy wspieraniem oporu przez lu
        > dność. Idziesz do innego chłopa. Stawia się. Dostaje w łeb kulkę. Akcja okazuje
        > się bandyckim napadem zbrojnych band.

        Chłop to miał przechlapane,tym bardziej im bliżej lasa.Każda wizyta nieznajomych,anonsujących się "Wojsko polskie !",nie wróżyła nic dobrego,jedni wyjedli co tylko było w saganie,drudzy wyciągnęli świnkę z chlewa,a potem trzeba było przekonać sąsiadów że to byli nieproszeni goście...chyba jednak chłopi nie byli przeciwnikami "wart sołeckich" zarządzanych przez Niemców,ale to z kolei wystawiało im opinię wsi sługusów.I tak żle,i tak niedobrze.

        > Handlujesz z niemieckim kapralem na boku
        > bronią. On buduje pod Frankfurtem dom więc kasę potrzebuje. Ty potrzebujesz br
        > oni. Innym razem magazynier się zmienia. Nie ma handlu. Dajesz więc magazyniero
        > wi w łeb i broń zabierasz. Jesteś partyzantem, bandytą czy kolaborantem?

        Nie sądzę,że jakikolwiek Niemiec mający pieczę nad bronią poszedłby na takie konszachty (owszem handlowano kilogramami złota i kilogramami masła),bo raz że Ordnung,a po drugie,że za takie coś mógł wyłapać tylko kulę w łeb.A budowa domu pod Frankfurtem była dobrze pilnowana przez miejscowy US.
        Ciekawe są te epizody z uzbrajaniem Polaków.Naprawdę Niemcy byli takimi kretynami ?
        • gandalph Re: Bohaterowie czy kolaboranci, cz. I 20.02.12, 00:20
          "Naprawdę Niemcy byli takimi kretynami ? "

          Wśród Niemców z pewnością kretynów nie brakowało, ale byli też ludzie myślący. Pamiętaj jednak o tym, że różne niemieckie formacje i instytucje miały różne priorytety i różne podejście do sprawy. Wehrmacht był zainteresowany przede wszystkim spokojem na tyłach i bezpieczeństwem transportów na front, Abwehra, z natury rzeczy, szukała informatorów, co trzeźwiejsi dygnitarze niemieccy próbowali pozyskiwać miejscową ludność do współpracy przeciwko Sowietom i partyzantce sowieckiej, ale byli i kretyni, którzy usiłowali zdobywać "przestrzeń życiową" dla Niemców na wschodzie. Już nie mówię o SS i gestapo, które polowały na wszelkich "nieprawomyślnych", jak również na Żydów i osoby ich ukrywające. Zmierzam do tego, że sami Niemcy nie trzymali jednolitego frontu.
          • marek.zak1 Re: Bohaterowie czy kolaboranci, cz. I 20.02.12, 08:39
            Było dokładnie tak, jak napisałeś. Przez 40 lat komuny była na ten temat zmowa milczenia i stąd niewiedza. Jescze pytanie kto dla Polaków stanowił największe zagrożenie - otóż oczywiście UPA.
      • eres2 Re: Bohaterowie czy kolaboranci, cz. I 19.02.12, 21:28
        tanebo: Jeśli liczysz że ktoś to przeczyta to muszę cię rozczarować... prawda nigdy nie jest prosta.

        eres: To chyba oczywiste - napisałem to właśnie dlatego, że prawda tamtych czasów nie była prosta.
        Pyzatym należę do pokolenia tamtych czasów, a wojnę przeżyłem w Warszawie.
    • ossey Re: Ocena nie jest prosta 20.02.12, 11:25
      ale dlaczego mamy potepiac tych co wspolpracowali z Niemcami na wschodzie a gloryfikowac tych co wspolpracpwali z okupantem sowieckim ...tez na wschodzie ?
      Nie jest latwo ocenic ludzi dla ktorych okupacja sowiecka byla zdecydowanie grozniejsza od okupacji niemieckiej.
      Bramy powitalne w w czerwcu 1941r nie byly przypadkowe....i nie nalezy tych wydarzen laczyc z "miloscia do nazizmu" i z "antysemityzmem".
      • marek.zak1 Re: Ocena nie jest prosta 20.02.12, 12:08
        Obie okupacje były siebie warte, a 22.06.1941 roku było naszym wybawieniem. O tym w mojej powieści ,,Szczęśliwy w III Rzeszy".

        Pozdrawiam
        Marek
        • billy.the.kid Re: Ocena nie jest prosta 20.02.12, 16:23
          mzreczku,czy każdą reklamę twojej książki mam traktować koszem???
          • marek.zak1 Re: Ocena nie jest prosta 20.02.12, 18:17
            Zlituj się szlachetny Panie. Błagam, oszczędź ją.
            Biedny autor.
      • ekmat Re: Ocena nie jest prosta 20.02.12, 20:50
        Bramy powitalne dla Niemców. Proponuję pogrzebać nieco w dokumentach i znależć opisy takich bram stawianych w 1939 roku we wsiach leżących przy granicy z Prusami. Dla tamtejszej ludności jeżdżącej na roboty sezonowe do Prus, po tamtej stronie granicy był ład, porządek, praca, niezłe wynagrodzenie. Więc cieszyli się na swój sposób że teraz ten ład bedzie u nich. Wstydzimy się takich obrazków i koncentrujemy się na interpretacji że bramy budowano tylko po 22 czerwca w podzięce za wyzwolenie od sowietów
        • gandalph Re: Ocena nie jest prosta 20.02.12, 23:04
          Nie słyszałem o przypadkach bram powitalnych (wobec Niemców) w 1939 roku, ale jeśli to miało miejsce, to wcale mnie nie dziwi.
          • billy.the.kid Re: Ocena nie jest prosta 21.02.12, 09:23
            było chyba i w 1939.
            stasiek grzesiuk coś wspomina o bramach wybudowanych w okolicy wsi MAŁKÓW.

            z tym ze bramy te wystawili OSADNICY NIEMIECCY.
            • marek.zak1 Re: Ocena nie jest prosta 21.02.12, 09:33
              Chyba nie dziwisz się, że Niemcy (których w Polsce żyło ponad milion) witali kwiatami Wehrmacht? A czy mieszkancy Wilna, obywatele RL, nie witali kwiatami wojska Żeligowskiego?
              Pozdrawiam i dzękuję za darowanie życia.
              Marek
              • billy.the.kid Re: Ocena nie jest prosta 21.02.12, 11:14
                nie dziwię się.
                a chiba do ciebie nie szczelałem??????????
                • marek.zak1 Re: Ocena nie jest prosta 21.02.12, 11:49
                  Ale , jako znany cowboy, mogłeś.
                  Polska literatura będzie Cię miała we wdzięcznej pamięci.
                  Pozdr. Marek
              • gandalph Re: Ocena nie jest prosta 21.02.12, 12:38
                marek.zak1 napisał:

                > Chyba nie dziwisz się, że Niemcy (których w Polsce żyło ponad milion) witali kw
                > iatami Wehrmacht?
                Temu akurat się nie dziwię.

                A czy mieszkancy Wilna, obywatele RL, nie witali kwiatami woj
                > ska Żeligowskiego?
                Tu zgoda, choć to ciut insza epoka.

                > Pozdrawiam i dzękuję za darowanie życia.

                Nie za bardzo kumam, za jakie darowania?

                > Marek
                • billy.the.kid Re: Ocena nie jest prosta 21.02.12, 14:41
                  to un mie dzienkował.
                  chociaż b.t.k. raczwej cowobeyem nie bywał-może trochę. więcej był takim se bandziorkiem
                  co to legenda amerykańska wyniosła na pomniki.
              • eres2 Re: Ocena nie jest prosta 21.02.12, 13:53
                Dla ścisłości.
                Według prof. Józefa Buszko: niemieckie listy narodowościowe (DVL) grup I i II podpisało w Polsce 780 tys. osób. Natomiast według spisu ludności w Polsce z roku 1931 język niemiecki jako ojczysty deklarowało 741 tys. obywateli II RP, co stanowi wielkość zbliżoną do określonej przez prof. Buszko liczby Niemców wpisanych do grup I i II DVL.
                • grba Mój dziadek 22.02.12, 09:43
                  Pod koniec 1942 roku w województwie lwowskim juz było gorąco. Ktoś wsiadł rano na furmankę, a potem znajdowano jego ciało rozebrane na części. Noce rozświetlały łuny, tak, że można było przeczytać ulotki o zapowiedzianej śmierci dla Lachów, a bronić się nie masz czym.

                  Do dziadka zachodził żołnierz Wehrmachtu - Polak w Wielkopolski, który zrozumiał co się dzieje i przyniósł dziadkowi karabin francuski Lebel, pól wiadra amunicji "francowatego" kalibru i dwa trzonkowe granaty.
                  • marek.zak1 Re: Mój dziadek 22.02.12, 15:59
                    Współpraca AK- Wehrmacht przeciwko najazdom UPA była codziennością. Gandalph napisał o tym więcej. Mój ojciec i dziadek mieszkali w Brodach. i słyszałem od ojca wiele opowiesci w tym stylu.
                    • grba Re: Mój dziadek 22.02.12, 17:53
                      O współpracy mowy nie ma, ale czasami trafiali się niemieccy urzędnicy służący pomocą, bo zmiękczani łapówkami.
                      • marek.zak1 Re: Mój dziadek 22.02.12, 18:31
                        Piszesz to na jakiej podstawie? Czy żyłes Ty, lub Twoi znajomi/bliscy na tych terenach wówczas?
                        • grba Re: Mój dziadek 22.02.12, 22:42
                          Piszę mój dziadek. Jest bliski krewny?
                      • gandalph Re: Mój dziadek 22.02.12, 19:13
                        grba napisał:

                        > O współpracy mowy nie ma, ale czasami trafiali się niemieccy urzędnicy służący
                        > pomocą, bo zmiękczani łapówkami.

                        Nieprawda! Owszem, zdarzały się przypadki łapownictwa wśród Niemców. Ale nie chciałbym być w skórze takiego, który został na tym przyłapany.
                        Było zupełnie inaczej; wśród Niemców też byli ludzie myślący. W którymś momencie wyczyny UPA ich samych zaniepokoiły, dlatego nie przeciwdziałali tworzeniu straży obywatelskiej na wsiach wołyńskich, a w jakiejś mierze nawet pomagali.
                        A przy okazji ciekawostka, którą gdzieś wyczytałem, może uda mi się znaleźć link. Mianowicie, skąd wiadomo o skali szmalcownictwa w czasie okupacji? Ano stąd, że w pewnym momencie sami Niemcy zaczęli zwalczać to zjawisko i winnych stawiać przed sądem (w GG sądownictwo, co prawda uszczuplone, działało, w zwykłych sprawach karnych i cywilnych, rzecz jasna). Zachowało się co-nieco akt sądowych z tego czasu...
                        • grba Re: Mój dziadek 22.02.12, 22:54
                          Zasadniczo Niemcy mieli głeboko w dupie bezpieczeństwo ludności cywilnej na terytoriach przez nich okupowanych. Mieli bardzo proste cele: rabunek, eksploatacja i organizowanie wzajemnego wyniszczania. Zasadniczo za wszelką cenę bronili przepustowości węzłów kolejowych we Lwowie i Równem i dla ich ochrony potrzebowali ukraińskich kolaborantów.

                          Niemcy zwalczali szmalcownitwo... Przypuszczam, że wątpię...
                          • gandalph Re: Mój dziadek 22.02.12, 23:53
                            grba napisał:

                            > Zasadniczo Niemcy mieli głeboko w dupie bezpieczeństwo ludności cywilnej na ter
                            > ytoriach przez nich okupowanych.
                            Co nie zmienia faktu, że w pewnym momencie nawet i im działania UPA zaczęły przeszkadzać.

                            Mieli bardzo proste cele: rabunek, eksploatacj
                            > a i organizowanie wzajemnego wyniszczania. Zasadniczo za wszelką cenę bronili
                            > przepustowości węzłów kolejowych we Lwowie i Równem i dla ich ochrony potrzebow
                            > ali ukraińskich kolaborantów.
                            >
                            > Niemcy zwalczali szmalcownitwo... Przypuszczam, że wątpię...

                            Niestety, takie informacje znalazłem. Oczywiście im chodziło bardziej o to, żeby zwalczyć łapownictwo wśród funkcjonariuszy niemieckich.
                            • leon_z_lasu Re: Mój dziadek 23.02.12, 00:47
                              gandalph napisał:
                              > > Niemcy zwalczali szmalcownitwo... Przypuszczam, że wątpię...
                              >
                              > Niestety, takie informacje znalazłem. Oczywiście im chodziło bardziej o to, żeb
                              > y zwalczyć łapownictwo wśród funkcjonariuszy niemieckich.

                              Funkcjonariusz niemiecki prywatnie wypatroszył szmalcownika,zostawił mu jednego dolara w kieszeni do protokółu,i już szmalcownik miał otwartą drogę do koncentraka za posiadanie zakazanej waluty...mógł się poskarżyć...
                              Rabunki na małą skałę były dopuszczalne.W którymś roku wojny władze wojskowe zezwoliły żołnierzom,udającym się na urlop,posiadanie na sobie tyle bagażu ile udżwigną,pod jednym warunkiem,muszą mieć prawą rękę wolną dla oddania honorów.Widziałem w książce całostronicową fotografię takiego bojca,żalośnie wyglądała jego teutońska buta pod girlandą paczek i paczuszek.
                              • gandalph Re: Mój dziadek 23.02.12, 01:34
                                Nie wiem, jak tam z niemieckimi rabunkami było... Wiem natomiast z relacji rodzinnych (wieś na Zamojszczyźnie), że Niemcy raczej niczego nie rabowali (nie wiem zresztą co mieliby rabować, pierzyny chyba). Jedyne, co było plagą, to to, że nagminnie wymieniali, rzecz jasna nie dobrowolnie, swój wojskowy komiśniak, który był niejadalny, na wiejski chleb. W związku z tym chłopi musieli chleb chować w różnych dziwnych miejscach. Duże u nich wzięcie miał też drób, zwłaszcza gęsi, masło i jaja. Powiedzmy sobie szczerze: Niemcy przyszli do Polski, żeby się nażreć, bo u siebie nie dojadali; "armaty zamiast masła", taka była zasada.
                                Za to plagą były rabunki dokonywane przez oddziały partyzanckie czy zwykłe bandy (często trudno było odróżnić). Celowała w tym tzw. "partyzantka radziecka".
                                • eres2 Re: Mój dziadek 23.02.12, 15:58
                                  gandalph: Nie wiem, jak tam z niemieckimi rabunkami było... Wiem natomiast z relacji rodzinnych (wieś na Zamojszczyźnie), że Niemcy raczej niczego nie rabowali (nie wiem zresztą co mieliby rabować, pierzyny chyba).
                                  Jedyne, co było plagą, to to, że nagminnie wymieniali, rzecz jasna nie dobrowolnie, swój wojskowy komiśniak, który był niejadalny, na wiejski chleb.

                                  eres: Wieś Twoich krewnych na Zamojszczyźnie była – jak wynika z ich relacji – niebiańskim exterytorium na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Jak dobrze wiadomo, to właśnie Zamojszczyzna należała do najokrutniej przez niemieckiego okupanta potraktowaną dzielnicą GG; terror, brutalne wysiedlenia, łapanki polskich dzieci w celach germanizacyjnych, a o masowych rabunkach nawet nie wspomnę.

                                  gandalph: Powiedzmy sobie szczerze: Niemcy przyszli do Polski, żeby się nażreć, bo u siebie nie dojadali; "armaty zamiast masła", taka była zasada.
                                  eres: Ale już w pierwszych dniach pobytu na zdobytych polskich, jakoby płynących mlekiem i miodem ziemiach, zanim zaczęli sycić swój rzekomy permanentny głód, przystąpili do mordowania setek polskich jeńców wojennych i zwykłych polskich zjadaczy chleba, a zwłaszcza zjadaczy mac. Czyżby ten fakt uszedł Twojej uwadze i był kwestią marginalną wobec żarłoctwa sytych wermachtowców?

                                  Niewiele europejskich armii uczestniczących w II w. św. było tak dobrze zaopatrzonych w żywność, jak wermacht.
                                  N.B. Na warszawskim Żeraniu stacjonowała przez kilkanaście miesięcy duża jednostka dział przeciwlotniczych (FLAK). Kuchnię dla załogi dział przeciwlotniczych urządzili Niemcy w zabudowaniach pp. Dmochowskich. Już na długo przed wydawaniem żołnierzom posiłku obiadowego przed niemiecką kuchnią wyczekiwał szereg wygłodniałych żerańskich dzieciaków z bańkami, aby się załapać na niespożyte kuchenne resztki. I najczęściej wracali z bańkami pełnymi zupy i bochnami smakowitego chleba – owego „komiśniaka”. Mieszkańcy okupowanej Warszawy wiedzą, że każdy chleb w okupowanej Warszawie, był delicją w porównaniu z chlebem kartkowym. Ten niemiecki wojskowy był smacznym nabytkiem. Wiem to z autopsji.
                                  • grba Re: Mój dziadek 24.02.12, 07:33
                                    1. przymusowy przemiał zboża w kontrolowanych młynach
                                    2. zakaz uboju na własne potrzeby
                                    3. zakaz sprzedaży masła, mleka, potem nawet jaj na własną rękę
                                    4. przeróżne przymusowe kontygenty, na przykład na odzież zimową, korzuchy, a nawet skarpety




                                  • gandalph Re: Mój dziadek 24.02.12, 12:18
                                    eres2 napisał:

                                    >Wieś Twoich krewnych na Zamojszczyźnie była – jak wynika z i
                                    > ch relacji – niebiańskim exterytorium na terenie Generalnego Gubernatorst
                                    > wa. Jak dobrze wiadomo, to właśnie Zamojszczyzna należała do najokrutniej przez
                                    > niemieckiego okupanta potraktowaną dzielnicą GG; terror, brutalne wysiedlenia,
                                    > łapanki polskich dzieci w celach germanizacyjnych, a o masowych rabunkach nawe
                                    > t nie wspomnę.

                                    Niepotrzebne złośliwości, bo raz, to, co opisałem, dotyczyło początkowego okresu wojny, po drugie, w czerwcu 1943 roku wieś została spacyfikowana. Natomiast prawdą jest to, że plagą były rabunki przez partyzantów.

                                    >

                                    > /i]
                                    > eres: Ale już w pierwszych dniach pobytu na zdobytych polskich, jakoby p
                                    > łynących mlekiem i miodem ziemiach, zanim zaczęli sycić swój rzekomy permanentn
                                    > y głód, przystąpili do mordowania setek polskich jeńców wojennych i zwykłych po
                                    > lskich zjadaczy chleba, a zwłaszcza zjadaczy mac. Czyżby ten fakt uszedł Twojej
                                    > uwadze i był kwestią marginalną wobec żarłoctwa sytych wermachtowców?

                                    Akurat tak się złożyło, że ustosunkowałem się do wypowiedzi przedmówcy na temat rabunków przez Niemców, a nie w pozostałych sprawach, dlatego daruj sobie..
                                    >
                                    > Niewiele europejskich armii uczestniczących w II w. św. było tak dobrze zaopatr
                                    > zonych w żywność, jak wermacht.
                                    Ja temu nie przeczę, co nie zmienia faktu, że przynajmniej w opinii mojej rodziny ich chleb nie nadawał się do jedzenia, dlatego Niemcy chętnie go wymieniali na zwykły wiejski.
                                    Mówiąc krótko, niepotrzebnie strzelasz na wiwat.
                              • grba Re: Mój dziadek 29.02.12, 09:37
                                Takie zdjęcia obwieszony pakunkami niemieckich żołnierzy Wehrmachtu jadących na urlop zamieszczono w książce Götz Aly, Państwo Hitlera, Wydawnictwo Finna, Gdańsk 2006

                                Sporo też w niej cytatów:

                                Komendant Charkowa zatwierdza wytyczne dla podwładnych: „Niemiecki Wehrmacht nie będzie miał żadnego pożytku z utrzymywania przy życiu cywilnej ludności miasta” .

                                Feldmarszałek von Reichenau, wypowiedział się na temat zachowania swych oddziałów na terenach wschodnich tymi słowy: „Żywienie tutejszych mieszkańców jest takim samym nieporozumieniem, jak rozdawanie za darmo papierosów i chleba.”

                                Burmistrz Hamburga Carl Vincent Krogmann podczas służbowej podróży na linię frontu pod Leningrad pisał: „Przyjmuje się, że większa część liczącego 5,5 mln. mieszkańców miasta umrze z głodu.”
                                • eres2 Re: Mój dziadek 29.02.12, 21:04
                                  Hrabia Claus Schenk von Stauffenberg, pułkownik wermachtu, ikona antyhitleryzmu w Niemczech, był w istocie niezmiennie aktywnym wyznawcą niemieckiego imperializmu, identyfikował się z nazistowską ideologią i marzył o tysiącletniej Rzeszy.
                                  Tenże pułkownik jako „bohater” kampanii wrześniowej jesienią 1939 w liście do swojej żony, Niny, pisał:
                                  „Ludność [polska – eres] to niesłychany motłoch, tak wiele Żydów i mieszańców. To lud, który czuje się dobrze tylko pod batem. Tysiące jeńców wojennych posłuży nam dobrze w pracach rolniczych.”
                                  (“Die Bevölkerung ist ein unglaublicher Pöbel, sehr viele Juden und sehr viel Mischvolk. Ein Volk, welches sich nur unter der Knute wohlfühlt. Die Tausenden von Gefangenen werden unserer Landwirtschaft recht gut tun.”)
                                  • marek.zak1 Re: Mój dziadek 29.02.12, 21:32
                                    To wszystko zmieniło sie po 22.06.41 kiedy nasi okupanci rozpoczęli ze sobą morderczą wojnę. Trzeba im było w tym nie przeszkadzać. ,,Kazdego dnia tej wojny ginie więcej Niemców i Rosjan niz w bitwie pod Grunwaldem. Dajcie im się tylko wzajemnie pozabijać", mówi bohater mojej powieści ,,Szczęśliwy w III Rzeszy" polskim konspiratorom.
                                    Pozdrawiam Marek
                                    • eres2 Re: Mój dziadek 01.03.12, 02:14
                                      A stało się dramatycznie inaczej, niż chcieli to bohaterowie Twojej powieści - to Stalin powiedział swoim żołnierzom w czasie powstania warszawskiego: "Dajcie im się pozabijać", co też się - niestety - ziściło.
                                      • marek.zak1 Re: Mój dziadek 01.03.12, 08:21
                                        Było dokładnie, jak napisałeś czyli chwilowe i lokalne przywrócenie paktu R-M. Ale przepraszam, kto wywołał powstanie i umozliwił Stalinowi to, co napisałeś? Bohater mówi warszawiakom: ,,Niczego nie róbcie i cieszcie się, że nasi okupanci się wzajemnie zabijają. W tym jest dla nas jedyna szansa. i nadzieja na wolną Polskę.
                          • rico-chorzow Re: Mój dziadek 24.02.12, 23:38
                            grba napisał:

                            > Zasadniczo Niemcy mieli głeboko w dupie bezpieczeństwo ludności cywilnej na ter
                            > ytoriach przez nich okupowanych. Mieli bardzo proste cele: rabunek, eksploatacj
                            > a i organizowanie wzajemnego wyniszczania. Zasadniczo za wszelką cenę bronili
                            > przepustowości węzłów kolejowych we Lwowie i Równem i dla ich ochrony potrzebow
                            > ali ukraińskich kolaborantów.

                            To podobnie jak Polacy,chociaż inne miasta,i polscy kolaborańci.
                        • eres2 Re: Mój dziadek 23.02.12, 16:03
                          Gandalph: A przy okazji ciekawostka, którą gdzieś wyczytałem, może uda mi się znaleźć link. Mianowicie, skąd wiadomo o skali szmalcownictwa w czasie okupacji? Ano stąd, że w pewnym momencie sami Niemcy zaczęli zwalczać to zjawisko i winnych stawiać przed sądem (w GG sądownictwo, co prawda uszczuplone, działało, w zwykłych sprawach karnych i cywilnych, rzecz jasna). Zachowało się co-nieco akt sądowych z tego czasu...

                          eres: Czytając powyższe można westchnąć: I pomyśleć, ileż mamy Niemcom do zawdzięczenia…
                          Jan Grabowski pisze: „Sprawy karne o szantażowanie Żydów trafiały bowiem na wokandę niemieckich sądów w czterech przypadkach:
                          - bezprawnego podawania się za gestapo,
                          - szantażowanie Polaków błędnie oskarżanych o żydowskie pochodzenia,
                          - podejrzenie o szerzenie korupcji wśród urzędników niemieckich,
                          - kiedy to ze skargą na szantażystów zgłosili się na policję sami Żydzi.”

                          Aby być bliżej prawdy, „skąd wiadomo o skali szmalcownictwa w czasie okupacji”, przeczytaj gandalphie Jana Grabowskiego pracę: „Szantażowanie Żydów w Warszawie, 1939-1943”
                          • gandalph Re: Mój dziadek 24.02.12, 12:19
                            Możesz wyjaśnić, o co ci chodzi?
                            • eres2 Re: Mój dziadek 24.02.12, 20:42
                              gandalph: przy okazji ciekawostka, którą gdzieś wyczytałem, może uda mi się znaleźć link. Mianowicie, skąd wiadomo o skali szmalcownictwa w czasie okupacji? Ano stąd, że w pewnym momencie sami Niemcy zaczęli zwalczać to zjawisko i winnych stawiać przed sądem (w GG sądownictwo, co prawda uszczuplone, działało, w zwykłych sprawach karnych i cywilnych, rzecz jasna). Zachowało się co-nieco akt sądowych z tego czasu...

                              eres: Z powyższej Twojej wypowiedzi można wysnuć wniosek, że jakoby Niemcom zawdzięczamy wiedzę o rozmiarach zbrodniczego procederu zwanego szmalcownictwem, z czym, oczywiście, nie można się zgodzić.
                              Przytoczony cytat z pracy Jana Grabowskiego świadczy, że Niemcy ścigali szmalcowników tylko w sporadycznych przypadkach.
                              • gandalph Re: Mój dziadek 25.02.12, 03:03
                                "Przytoczony cytat z pracy Jana Grabowskiego świadczy, że Niemcy ścigali szmalcowników tylko w sporadycznych przypadkach. "

                                Ja mam trochę inne informacje. Oczywiście, Niemcy nie ścigali szmalcowników z litości nad ich ofiarami, lecz z racji ochrony niemieckich organów przed korupcją, to jest chyba jasne. A właśnie dzięki dokumentacji, zachowanej tu i ówdzie, mamy jakiś obraz rozmiarów zjawiska, którego skala była z pewnością większa niż to się powszechnie przyjmuje.
                                • gandalph Właśnie znalazłem link do artykułu 25.02.12, 19:12
                                  zresztą autorstwa cytowanego przez Ciebie Grabowskiego:
                                  Polowanie na ludzi,
                                  a oto fragment:

                                  "To zaskakujące, lecz sami Niemcy ścigali szmalcowników i wytaczali im sprawy karne. Przyczyną aresztowań było bezprawne podawanie się przez szmalcowników za gestapo, szerzenie korupcji wśród funkcjonariuszy niemieckich lub też lekkomyślne szantażowanie "rdzennych Polaków" wziętych za żydów. SS-Hauptscharfuehrer Stuellenberg następująco podsumował sytuację: "Ze względu na to, że tego rodzaju sprawy [szantaże żydów - J.G.] są już powszechnie znane i jako że narażają one na szwank dobre imię organów gestapo, należy wobec zatrzymanych zastosować wyjątkowo surowe kary, aby nie dopuścić do podobnych wypadków w przyszłości". W aktach sądów niemieckich zachowały się teczki kilkuset "podobnych wypadków", umożliwiając historykowi dokonanie analizy zakresu i charakteru szmalcownictwa. "

                                  Zwracam również uwagę na ostatni akapit:

                                  "Jaki los spotkał szmalcowników? Nieliczne wyroki śmierci, wydane przez sądy podziemne, dotyczyły zasadniczo szmalcowników zaangażowanych równocześnie w rozpracowywanie polskiego podziemia. Jeżeli chodzi o Niemców, to karali oni szmalcowników nie tyle za prześladowanie żydów, ile za korumpowanie urzędników niemieckich. Natomiast powojenne procesy wytoczone na podstawie oskarżeń wysuniętych przez ofiary objęły bardzo niewielu szantażystów. Zazwyczaj tych, których szantażowani żydzi znali z nazwiska i potrafili zidentyfikować. Można śmiało założyć, że w ogromnej większości wypadków szmalcownikom włos z głowy nie spadł i dożyli oni wśród nas spokojnej starości. "
                                  • grba Re: Właśnie znalazłem link do artykułu 27.02.12, 10:08
                                    Nie sądzę, żeby było to ściganie szmalcowników. Grabowski wyciąga proste wnioski, a zapomina, że między kolegami w niemieckich mundurach istniała rywalizacja, zawiść, nienawiść prowadząca do zakładania teczek i organizowania spraw dyscyplinarnych, bo ktoś cięższe paczki wysyłal do Rzeszy, bo komuś się morda bardziej świeciła od szpeku i więcej wydała forsy na sznapsa i dziwki; ktoś kogoś zignorował w odpalaniu działki z procederu grabienia ludności żydowskiej i polskiej, komuś nie podobał się przydupas kolegi i na to miejsce chciał wstawić swojego misia kolabo. Dziadek mówił, że jedni drugim potrafili wystrzelać konfidentów. Zdarzały się sytuacje, że niemiecki żandarm miał problemy, bo jego ekipa pomyłkowo wystrzelała mieszkańców jakiegoś domu na okoliczność, że są Żydami, a tu pomyłka...

                                    Mój wuj okrywał swojego żydowskiego kolegę w domu na uboczu. W niedzielę siedzieli przy śniadaniu i wpadł mu do chałupy 17-letni chłopak Polak z karabinem i zastrzelił Żyda. Kiedy umył z twarzy mózg zabitego, pochował go, udał się do ojca tego szczeniaka no i dostał od tatusia kulkę, bo to byli bandyci, którzy służyli komu trzeba i zajmowali się tym, co zawsze lubili czyli złodziejstwem i rabunkiem. Na własne uszy słyszałem w latach 80-tych XX w. mojego krewnego, który twierdził, że ów morderca po wojnie służył w MO. Skoro były generał Wehrmachtu służył po wojnie w MO w Bystrzycy Kłodzkiej...

                                    • gandalph Re: Właśnie znalazłem link do artykułu 27.02.12, 13:52
                                      "Nie sądzę, żeby było to ściganie szmalcowników. Grabowski wyciąga proste wnioski,..."
                                      itd.
                                      Jeżeli masz dowody na to, że Grabowski się myli, to je przedstaw. Ów artykuł, z którego zaczerpnąłem cytat, nie był pierwszym, w którym natknąłem się na wątek zwalczania szmalcowników/szmalcownictwa przez samych Niemców. Oczywiście Niemcy nie czynili tego w imię miłości bliźniego, lecz w ramach walki, hm, z korupcją w ogóle, ale to nie zmienia istoty rzeczy.
                                      • grba Re: Właśnie znalazłem link do artykułu 27.02.12, 16:24
                                        Przeczytaj: Kazimierz Wyka, Gospodarka wyłączona

                                        www.kulturologia.uw.edu.pl/page.php?page=tekst&haslo=wyka
                                        • gandalph Co chcesz tym udowodnić? 27.02.12, 17:24
                                          Przecież to są sprawy znane. Zresztą pewne elementy pokutują do dzisiaj, jak choćby traktowanie państwa, własnego tym razem, jako wroga (zresztą z wzajemnością!).
                                    • eres2 Re: Właśnie znalazłem link do artykułu 27.02.12, 20:39
                                      grba: Na własne uszy słyszałem w latach 80-tych XX w. mojego krewnego, który twierdził, że ów morderca po wojnie służył w MO. Skoro były generał Wehrmachtu służył po wojnie w MO w Bystrzycy Kłodzkiej...

                                      eres: O służbie w MO najdziwniejszych postaci lat powojennych to rzecz znana, zaskoczony natomiast jestem owym generałem wermachtu. Zechciej, proszę, wskazać jakieś źródła, z których mógłbym się dowiedzieć czegoś więcej o tym przedziwnym funkcjonariuszu. Z góry Ci dziękuję.
                                      eres
                                      • grba Re: Właśnie znalazłem link do artykułu 29.02.12, 09:25
                                        W 2006 napisałem na forum o generale Wehrmachtu, który został komendantem MO w Bystrzycy Kłodzkiej. Skąd to mogę wiedzieć? Z kwartalnika historycznego "Karta" lub z książki o krakowskim gestapo wydanej jeszcze za komuny. Nie jestem historykiem, nie prowadzę notatek bibliograficznych, fiszek i nie zapisałem gdzei to przeczytałem.

                                        w 2006 napisałem:
                                        W tych burzliwych czasach mnóstwo było sytuacji przedziwnych. W gliwickiej MO
                                        cenionym fachowcem technik kryminalistycznych był człowiek, który praktyki
                                        nabył w krakowskim Gestapo, gdzie zdejmował odciski palców, fotografował. Jedna
                                        z ofiar Gestapo rozpoznała go.
          • ekmat Re: Ocena nie jest prosta 22.02.12, 18:11
            Bramy powitalne wobec Niemców w 1939 były także powszechne na terenach wschodnich. Pierwsze w tamta stronę zaczynały się już od Sanoka. Wraz z bramami komitety powitalne ludności ukraińskiej , wraz z duchownymi i starszyzna witały oddziały niemieckie. Tak im
            było żle pod pańsko- polskim panowaniem.
    • skok Oczywiście ze bohaterowie!! obowiązkiem żołnierzy 24.02.12, 12:59
      jest obrona ludności ZA WSZELKA CENĘ.
      Żołnierze Ziem Zagrabionych doskonale wiedzieli z kim przede wszystkim maja walczyć i kto jest największym zagrożeniem dla Polaków.

      "W grudniu 1943 roku sukcesywnie nawiązali kontakt z Niemcami dowódcy zgrupowań "
      - Podczas tzw. pierwszej okupacji sowieckiej na ziemiach polskich miały miejsce cztery deportacje historia.org.pl/index.php/publikacje/publikacje/ii-wojna-wiatowa/813-dziesity-luty-bdzimy-pamitali.html
      - Rzeź wołyńska w lecie 1943
      - W 1943 roku Niemcy odkryli katyńskie doły śmierci

      Nie mam żadnych wątpliwości - należało tak działać, aby chociaż jeden agresor był mniej agresywny. Wiadomo było, ze dzicz wschodnia nie jest tym agresorem
      • billy.the.kid Re: Oczywiście ze bohaterowie!! obowiązkiem żołni 24.02.12, 19:17
        no pewnie. mniej agresywny był w oswięcimiu, w palmirach, w majdanku. a w treblince to ochocho. już prawie wcale nie był agresywny.
      • eres2 Re: Oczywiście ze bohaterowie!! obowiązkiem żołni 24.02.12, 21:16
        skok: obrona ludności ZA WSZELKA CENĘ.
        Żołnierze Ziem Zagrabionych doskonale wiedzieli z kim przede wszystkim maja walczyć i kto jest największym zagrożeniem dla Polaków.

        eres: Wg Ciebie wcielenie do Rzeszy, a ściślej zagrabienie przez Niemców Wielkopolski (Warhegau), Śląska (Gau Schlesien) i Pomorza Gdańskiego (Gau Danzig-Westpreussen) i wypędzenie z anektowanych obszarów setek tysięcy Polaków to małe miki?
        O zagrabieniu polski Kresów przez sowietów dowódcy owych akowskich oddziałów nie mogli wiedzieć, wiedzieli jedynie, że zakończyła się okupacja Kresów przez sowietów, ale ziemie te okupował inny, nie mniej brutalny agresor. Konferencja jałtańska odbyła się w roku 1945.

        skok: - Podczas tzw. pierwszej okupacji sowieckiej na ziemiach polskich miały miejsce cztery deportacje historia.org.pl/index.php/publikacje/publikacje/ii-wojna-wiatowa/813-dziesity-luty-bdzimy-pamitali.html
        - Rzeź wołyńska w lecie 1943
        - W 1943 roku Niemcy odkryli katyńskie doły śmierci

        eres: Żołnierze owych akowskich oddziałów dobrze wiedzieli o niemieckim terrorze w okupowanym kraju, o obozach śmierci o i o setkach tysięcy wymordowanych przez Niemców Polaków.

        skok: Nie mam żadnych wątpliwości - należało tak działać, aby chociaż jeden agresor był mniej agresywny. Wiadomo było, ze dzicz wschodnia nie jest tym agresorem
        eres: „Dzicz zachodnia” mniej agresywna?! To ma być taka Twoja szutka? Czy po prostu nie masz bladego pojęcia, co działo się w kraju w latach okupacji?
    • lydab Re: poczytajcie chłopcy historię 29.02.12, 15:28
      No właśnie - poczytajcie historię i piszcie na temat. Błądzicie gdzieś na południowym wschodzie /UPA i t.p./ a tu była mowa o północnych terenach Polski.
      Sytuacja była bardzo trudna a d-cy oddziałów partyzanckich postępowali wbrew rozkazom KG AK.
      Czy to było ciężkim wykroczeniem i prowadzenie własnej polityki dostosowanej do aktualnej sytuacji na tym terenie ?
      Czy może KG AK nie miała dokładnego rozeznania tej sytuacji i wydała nieodpowiedni rozkaz ?

      Ale czy teraz po 70 latach - nawet gdy przeczytamy wszystkie książki na ten temat - możemy obiektywnie stwierdzić - czy oni byli bohaterami ? czy kolaborantami ?
      Ja nie widzę takiej możliwości. A podobnych tematów z tamtych lat wyłania się coraz więcej z różnych regionów. Wychodzą "młode wilki", które nie mają skrupułów i którym wydaje się, że to były proste decyzje.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka