toulaa
12.12.04, 18:58
Od razu uprzedzam, szczególnie Koffanych Czatusiów, że nie chodzi mi o
Ichnie "papatki i całuski", czy inne cmoki, ale o wyborne pierniczki, odgłos
cmoka przy chrupaniu wydające.
Co prawda może trochę późno przepis podawać w wigilię św. Łucji, ale vox
populi się domaga, to primo, no i, jeśli będzie się na nie (na owe
pierniczki) chuchać i dmuchać, i w ciepłem i wilgotnem miejscu (czyli np.
piwnica - po poseńsku sklep - blokowa) przechowywać, to może zdążą do
Wigilii zmięknąć.
Nie podam aptekarskich proporcji, że np. mąki ileś uncyj, masła tyle gramów
etc., bo nie leży w mej naturze w ogóle odmierzać i rachować cokolwiek, po
drugie całe życie gotuję i piekę na oko, bo i mąka mące nierówna, i jajko
jajku (toula, weź jeszcze nam tu zaserwuj jakąś kolejną złotą myśl w tym
stylu - gani mój głos wewnętrzny). No i po mojemu aptekarski przepis na
potrawę to jak instrukcja, ile i jakiej wziąć farby, by obraz namalować.
Dość dygresjom. Przygotowania do pieczenia całusków Bogiem a prawdą powinno
się zacząć na kilka lat przed owym pieczeniem, a to w celu zapewnienia sobie
odpowiedniej liczby dzieci (im więcej, tym lepiej), które, całe oprószone
mąką, z zaczerwienionymi od ciepła piekarnika policzkami, będą z nami
ugniatać, wałkować i wykrawać. Bez dzieci co prawda też można piec
pierniczki, zapewne nawet kuchnia po zakończeniu procesu wygląda
estetyczniej, ale to chyba nie to samo.
A więc, po ustrojeniu wszystkich obecnych (nie licząc zwierząt) w urocze
fartuszki włączamy CD z kolędami/carolsami, co kto woli, i patrzymy, czy mamy
wszystkie potrzebne składniki. A są to: mąka przednia (co prawda nie wiem,
czym różni się od zadniej, ale brzmi ładnie), wysokoglutenowa, tortowa
najlepiej; jajka, masło (precz z ersatzami, margarynami wszelkimi itd.),
śmietanka słodka (nie mylić z tą do zupy, kwaśną), przyprawa do piernika (a
najlepiej utłuczone w moździerzu przez Pana Domu i Gospodarstwa Ponadto -
cynamon, goździki, otarta gałka muszkatołowa, i pieprz - tak, tak! - czarny i
biały), soda (nie za dużo, one nie mają nam jakoś specjalnie wyrastać), no i,
the last, but not the least, miód. Podobno są profani używający miodu
sztucznego - niech ich Allah ukarze! - my weżmiemy miód jakikolwiek jasny, a
więc akacjowy, gryczany, lipowy itd., byle nie spadziowy.
Miód podgrzewamy z przyprawami, bacząc pilnie, by nie skarmelizował, do
momentu, aż zaczną z niego odrywać się bąbelki jak z Sawietskowo Igristowo na
niegdysiejszych sylwestrach; dodajemy do przesianej do makutry mąki + cała
reszta ingrediencyj. No i teraz mieszamy, najpierw moze kopystką, bo ma taką
nazwę wdzięczną, a potem już ugniatamy dłonią białą (od mąki). I niech ręka
Boska broni jakoweś roboty czy inne miksery z szaf wyciągać; ciasto lubi
dotyk ludzkiej (kobiecej) ręki. Najlepiej zrobić to w tzw. przeddzień, bo
ciasto ma odpocząć w lodówce (a kiedyś faska z ciastem piernikowym bywała
wyposażeniem panien na wydaniu. Nie bardzo to pojmuję, dla mnie pierniczki to
rzecz jedynie wigilijna, ale np. gdy byłam w Szwecji na saksach jako młode
dziewczę, moja Chlebodawczyni kazała mi je piec i podawać z mlekiem dzieciom,
którymi się opiekowałam, a było to w lecie przecież).
Ok, ok, ciasto rozwałkowujemy na stolnicy (ha! jeśli kto ją jeszcze posiada;
albo na stole, bo przecież nie tych blacikach, które mamy w swych sterylnych-
i-zdehumanizowanych kuchniach), niezbyt cienko, to nie makaron do
niedzielnego rosołu, i wykrawamy foremkami przeróżne grzybki, rybki, choinki,
świnki, gwiazdki i serduszka (lepsze foremki metalowe; były ongiś fajne w
Ikei). Oczywiście dzieci lepią również wg własnej fantazji przeróżne formy
przestrzenne - po upieczeniu należy wykazać się dużą fantazją i dobrą wolą,
by w bezkształtnej masie dostrzec kształt np. "osiołka spod stajenki",
albo "lalki, co mi ją Mikołaj przyniesie". W niektórych pierniczkach robimy
dziurki - te pójdą na choinkę. I huzia do pieca, całuski zamiast Baby Jagi,
nie na długo, bo lubią się przypalać, zwłaszcza te ich przeróżne dzióbki,
różki i wypustki.
Uff, teraz, jak trochę przestygną, bierzemy się za lukrowanie (cukier
puder+trochę wody+odrobina soku z cytryny), oby tylko pędzelek nie był w
farbie. I ponieważ, jak wiedzą producenci Barbie, małe dziewczynki i osiołek
Kłapouchy, różowy lukier jest lukrem podwójnie (a kobieta blondynka jest
podwójnie kobietą podobno?), część pomady zabarwiamy sokiem wiśniowym.
I tyle. Smacznego.