peter.steele
17.12.03, 20:21
Rozdział I – Powrót
Wróciłem 23 grudnia do domu, aby mile i rodzinnie spędzić święta Bożego
Narodzenia. Jako że pociąg miał 200-minutowe opóźnienie, przyjechałem do
macierzystego miasteczka o godzinie 2343. Pociąg był tak przepełniony, że mój
podróżny neseser, który dostałem na moje dwudzieste trzecie urodziny i który
zwiedził ze mną niezły kawałek świata, przypominał teraz klasyczną
dyplomatkę, z tą różnicą, że nieco większą i nieco bardziej spłaszczoną.
Oczywiście miejska komunikacja nie działała o tak późnej porze, więc drogę do
domu musiałem odbyć pieszo; taksówkarz poinformował mnie, że z byle frajerem,
to on nie będzie ujeżdżał po nocy. Nie było mi nazbyt ciężko, bo jak już
wspomniałem, miałem o wiele cieńszą torbę niż na początku podróży. Fakt ten
wydawał się być nieco dziwnym, gdyż wiadomym mi jest z lekcji fizyki w szkole
powszechnej, że zmiana kształtu niekoniecznie musi pociągać za sobą zmianę
masy. Zresztą, nie byłem najlepszy z fizyki, a moim jedynym udanym
doświadczeniem,(po którym zresztą stwierdzono, że mój poziom intelektualny
wybiega znacznie od poziomu innych dzieci) było podłączenie pod napięcie 220
V stalowego taboretu nauczycielki, wobec czego ostatnie dwa lata szkoły nie
były już takie beztroskie – moim ulubionym ucieczkom ze szkoły przeszkadzały
kraty w oknach.
Zdenerwowany usiadłem na brzegu ośnieżonego chodnika i zacząłem sprawdzać
zawartość neseserka. W środku zamiast moich rzeczy osobistych, było kilka
starych gazet. Mało tego w moim dowodzie osobistym zamiast mojego, było
zdjęcie jakiejś grubej baby, a na ręku zamiast kwarcowego SWATCH’A miałem
reklamowy śmieć z bezczelnym napisem CASIO. Najwidoczniej przez pomyłkę ktoś
szukając czegoś w swoim bagażu, niechcący podmienił ich zawartość.
Wyjaśniwszy sobie metodą dedukcji zmniejszoną masę mojej walizki, ruszyłem
raźniej do domu, bo trzeba wiedzieć, że rozwiązywanie trudnych zagadek, jest
moją pasją i muszę przyznać, że jestem w tym dobry, jako że żadna myśl ani
szczegół nie uchodzą mej uwadze, co wiąże się również z moim daleko idącym
wykształceniem i inteligencją.
W końcu dotarłszy do domu (a była to już godzina za dwadzieścia pierwsza w
nocy), po cichutku, nie zapalając światła, by nie zbudzić domowników,
rozebrałem się i wszedłem do wanny. Trochę zdziwiło mnie, że była w niej już
woda, ale była ona dość chłodna, co pozwolił mi wnioskować, że kochająca i
troskliwa rodzina uszykowała mi kąpiel na mój powrót. Niestety w skutek
opóźnienia pociągu nie było już piany. Zastanawiał mnie również zapach wody,
trochę taki dziwny, ale znając skuteczność miejskiej oczyszczalni, spokojnie
zanurzyłem się cały w odmęcie kąpieli zachwycając się moim genialnym darem
dedukcji, którym mogłem się teraz jeszcze bardziej posłużyć, gdyż nagle
poczułem, jakby ktoś lub coś brał moje męskie przyrodzenie i pieścił do
utraty tchu. Później poczułem delikatne muśnięcia na całym ciele. Zrobiło mi
się tak przyjemnie i ogarnęła mną taka rozkosz, że postanowiłem uchwycić ta
przyjemność na jak najdłuższą chwilę.
Oczywiście wyjaśnienie przyczyny tej przyjemności nie stanowiło dla mnie
jakiegokolwiek problemu. Była to niewątpliwie Zosia z czwartego piętra, która
to niejednokrotnie chowała się u nas w ubikacji, aby podglądać sikającego
brata (jako że Pan Bóg szczodrze go obdarzył) teraz dla odmiany schowała się
w wannie na bezdechu, a że było ciemno więc mnie pomyliła z bratem.
Częste pluskanie wyjaśniałoby, że musiała co jakiś czas wynurzyć się, by
złapać oddech, a i zapach wody odpowiadałby jej skłonnościom higienicznym.
Wreszcie po skończonej kąpieli, trochę dziwnie pachnąc, położyłem się do
łóżka. I tu czekała na mnie miła niespodzianka, gdyż moje łoże było już przez
kogoś zajęte. Po dokładnym namacalnym rozpoznaniu stwierdziłem, że była to
kobieta, wiec skorzystałem z okazji, by dać upust niezaspokojonym podczas
kąpieli żądzom. Po pomarszczonej skórze od razu poznałem, że była to Maryla
od Więckowiaków , co za mną trzy lata łaziła i listy miłosne słała, a skórę
pomarszczoną miała po chorobie kesonowej.