krystianwro
21.02.03, 11:20
Wagony na żyletki
Ponad trzysta wagonów tramwajowych jeżdżących po Warszawie już dawno
należało oddać na złom. Po torowiskach poruszają się pojazdy, które
wyprodukowano w latach 60. Jednak stare wagony znikną z ulic dopiero za
siedem lat.
Warszawski tabor tramwajowy jest w fatalnym stanie. Na niecałe 900 wagonów
poruszających się każdego dnia po stołecznych torowiskach aż 320 ma od 25
do 35 lat. W większości stolic europejskich już wagony 20-letnie są
zastępowane nowymi.
Na razie jedyną receptą na pogarszający się z miesiąca na miesiąc stan
techniczny ponad trzystu najstarszych wagonów są tylko remonty (przeważnie
doraźne). Stare tramwaje są jednak skarbonką bez dna. Remonty niczego nie
załatwiają - z technicznego punktu widzenia można je przeprowadzać w
zasadzie tylko w wagonach 12-15 letnich.
Krzysztof Karos, dyrektor Tramwajów Warszawskich, dobrze wie, że po
mieście jeździ bardzo wiele tramwajów, które już jakiś czas temu powinny
być przerobione na żyletki. Ale, jego zdaniem, na razie nie można ich
wycofać, bo w bliskiej przyszłości zakup wielu nowoczesnych, szybkich i
wygodnych wagonów nie jest możliwy. - Bez wsparcia miasta lub
dofinansowania ze strony firm nie mamy szans udźwignąć takiego obciążenia
- wyjaśnia Krzysztof Karos. - Szacujemy, że na wycofanie i złomowanie
najstarszych wagonów, a także na kupno nowych potrzeba astronomicznej
kwoty miliarda złotych. Jeden nowoczesny niskopodłogowy tramwaj kosztuje
7-8 mln zł.
Wydaje się jednak, że wyjściem najsensowniejszym jest jak najszybszy zakup
przez miasto tramwajów nowych, ale raczej nie naszpikowanych elektroniką
niskopodłogowców. Wystarczyłyby wagony nieco starsze (tzw. 105-ki).
Tradycyjny dwuwagonowy tramwaj typu 105 jest cztery razy tańszy niż
nowoczesny niskopodłogowiec. Fakt, że w tym drugim mieści się trochę
więcej pasażerów, ale nie na tyle, by miasto zdecydowało się na wielkie
przepłacanie.