Gość: enka
IP: *.crowley.pl
13.11.03, 20:31
cześć.być może mój problem wyda wam się błachy, ale nie mam nikogo komu
mogłabym o tym opowiedzieć.a wiecie jak jest-jak się człowiek wyżali to
łatwiej.otóż odkąd "staramy się "o dziecko-a trwa to już prawie rok,coraz
bardziej dołuje mnie konieczność współżycia na komendę.jesteśmy 3 lata po
ślubie, dopóki sprawa problemów z zajściem nie wyszła na światło dzienne-
wszystko było ok.a teraz-czasem mam już tak dosyć tych komplikacji i wariacji
(leki, monitoring,wspomaganie plemników,wyliczanki co do dni), że jak
przychodzi czas, to zmuszam się.mąż to widzi, na tym tle dochodzi do
konfliktów między nami..jestem już cholernie zmęczona tą sytuacją-wręcz
myślę chwilami, że może i dziecko kiedyś"zrobimy" ale do seksu wstręt mi
pozostanie.a pozatym moja prokreacyjna mobilizacja jest jak fale-czasem
baaardzo chcę się leczyć, walczyć-kilka dni póżniej mam mnóstwo wątpliwości
czy to ma sens, bo przecież nasz związek ta sytuacja zabija a ja jeszcze na
wiele sposobów mogę się realizować(jestem pracownikiem naukowym)...strasznie
to wszystko niespójne.a gdy tu zaglądam-widzę szczęśliwe mężatki, mające
wsparcie swoich partnerów i ich gotowość do współpracy, porady z winem i
muzyką w tle.....Czy to znaczy, że jest coś ze mną nie tak?Ja po prostu nie
tak sobie to wszystko wyobrażałam, sytuacja mnie(nas) przerosła.pogubiłam
się.jak wy sobie radzicie?czy to tylko ja mam takie wachania, doły i
kryzysy? Ściskam