Dodaj do ulubionych

Dziki jest ten swiat

IP: *.BIAWAR.COM.PL 15.05.02, 11:01
Dobrze zacznijmy wiec od Himalaji. Wśród pamiatek pocztowek, biletow i
wspomnien znlazlam dwie takie oto karteczki.
Pierwsza pochodzi z Gangtoku stolicy doniedawna Krolestwa Sikkimu.
„Nocujemy w bardzo obskornym hotelu, przeplacamy za pokoje z widokiem na gory,
to nic, ze od tygodnia pada intensywnie i niebo jest zaciagniete ciezkie
olowiane, brr. Wstajemy o swicie z nadzieja ze zobaczymy ja - Kanczendzange.
Wpatrujemy sie dluzsza chwile a na szfirowym niebie nic procz jednej bialej
chmurki. Nie wiem w ktorym momencie obraz nabiera ostrosci i chmurka nie jest
chmurka a osniezonym szczytem Kanczendzogi. Smiejemy sie budzimy cale pietro
Nigdy potem jej nie zobaczylismy, choc probowalismy w roznych stronach...

Teraz karteczka z Garwhalu pasma gorskiego w poludniowo- zachodniach
HImalajach, Na polnocny zachod od Delhi, jakies 13 godzin od Riszikesz -
miasteczka pelnego aszramow rozslawionego przez Beatlesow tutaj mieli swojego
guru (okazala sie pozniej jakims podrabianym guru)
Jedziemy rozklekotanym autobusem klasy de lux (trudno to porownac do
jakiejkolwiek klasy u nas, moze do Zaleszan jeszcze tylko takie jezdza) wdluz
Gangesu w strone jego zrodel. Autobus od jakis 7 godzin wspina sie pod gore,
Gangotri do ktorego zmierzamy lezy na wysokosci 3000 m.n.p.m Zajezdzamy gdy
jest juz ciemno.Znajdujemy nocleg w hostelu, nie ma pradu, dostjemy lampe
naftowa, drewniane cos do spania i koce. W miasteczku zupelna ciemnosc z
odglosow domyslamy sie ze rzeka przeplywa tuz obok hostelu. Z rana wstaje
piekne ostre slonce, w dole Ganges,miasteczo cale upstrzrone czerwonymi i
pomaranczowymi lancuszkami kwiatow i innych ozdob na straganach, pachna
kadzidla dzwonia dzwonki. To jedno ze swietych miejsc w regionie Uttarakhand
Yatra, stad wyruszaja pilegrzymi do Gumukh - zdrodla swietej rzeki Ganga. Czeka
nas dzien wedrowki wzdluz koryta rzeki. Widoki zachycajace, spotykamy wielu
pielgrzymow, pieszo, na mulach, starszych niosa mezczyzni. Mijamy sie w
milczeniu, skinienie glowy usmiech. Pogoda okolo 16 zmienia sie caklowicei,
robi sie zimno i nibo zachmnurza sie, jest pazdziernik a juz zapada zmrok,
nocujemy w Bhojbasa -pare aszramow, hostel z gory wyglada jak baza polarna.
Zniknel pozolke brzozy, potem sosny, tutaj sa tylko kamienie glazy gory. Nie
mozemy zasnac, jestesmy na wysokosci 3800 mnpm, nie zdazylismy sie
zaklimatyzowac. Rozmawiam z pielgrzymami z Delhi, jeden jest pianiasta zna
Chopina i wiedza ze mamy mocna druzyne pilkarska, nie wyprowadzam ich z bledu.
Dzwonki wolaja nas na kolacje siadamy w prawie zuplenj ciemnosci w duzym kregu.
Podchodzi ktos z wiadrem takim co to moja bacia swinaki karmi i naklada ryz
soczewice, dahl, ciapaty. Chyba nie jestesmy glodni... Z rana ruszamy do zrodla
Gumuhk co znaczy pysk krowi. Do niedawna wierzono ze zrodlo GAngesu lezy w
jeziorze polozonym nieco dalej na polnoc. Znalazlo sie na to wytlumaczenie.
Gumukh to pysk, jezioro to ogon krowi. Dochodzimy do przekonania ze gdzie
Hindus nie moze to krowe posle. Mijamy zrodlo idziemy jeszcze wyzej na piekna
polane Tapovan 4463 mnpm. Teraz bedzie nam potrzeny przewodnik, nie wiemy jak
odnajude droge pomiedzy sterta glazow, skacze po nich jak kozica, jest daleko
przed nami, zatrzymujemu sie co pare krokow, czuje ze to granice moich
mozliwosci, kreci mi sie w glowei tchu brak. Mowi ze juz bliskio, i wskazuje na
pionowo gore jakies 60 metrow wysokosci. Placze, odpoczywam co krok. Jestesmy
na gorze. Widok przepiekny, polana otoczona szczytami sasiadujacyh gor
Shivling, Bhagitathi. Nie czuc ze jestesmy na ponad 4400 mnpm., na dachu swiata
tylko te powietrze, ten kolor nieba. W drodze powrotnej zatrzymujemy sie w
namiocie Sajbaby, to znajomy Kasi I Andrzeja, Nelly przekazuje mu zdjecia z
przed dwoch lat. Czestuje nas czajem, mocno nie herabcianym i slodkim.
Przestaje plakac i wsciekac sie, w Bhojbasie jestem pierwsza, cos w sobie
przelamalam, juz dobrze. Bede tesknic"
Rozpisalam sie mam nadzije ze mnie z tego Forum ni wypiszecie
Obserwuj wątek
    • ralston Re: Dziki jest ten swiat 15.05.02, 11:47
      Chatka,
      dawaj więcej. Przeczytałem na jednym wdechu...
      Tylko trudno mi było wyobrazić sobie Ciebie jako kozicę na 4,400. Zazdroszczę
      kondycji. Ja na tej wysokości ruchy robaczkowe w moich jelitach są szybsze ode
      mnie :))))
      • Gość: chatka Re: Dziki jest ten swiat IP: *.BIAWAR.COM.PL 15.05.02, 12:09
        Rals (Anka swietnie ten skrot wymyslilas, brzmi jak Hans, albo Ralph Darling
        Kto to mowil A wiec Rals Kochanie skoncz z tymi wyzwiskami to ryba to kura to
        kozica? Dla mnie szczytem bylo ze ja w ogole tam szlam, stawialm noge za noge.
        nie ja przewodnik!
        C.d moze jutro, dobrze ze sa praktykantki, moge zostawic wiec biuro i biec do
        siebie na pietro. Bo ten ch... komputer zatrzymal sie na 9604 poscie!
        • ralston Re: Dziki jest ten swiat 15.05.02, 12:36
          Gość portalu: chatka napisał(a):

          wiec Rals Kochanie skoncz z tymi wyzwiskami to ryba to kura to
          > kozica? Dla mnie szczytem bylo ze ja w ogole tam szlam, stawialm noge za noge.
          > nie ja przewodnik!
          > C.d moze jutro, dobrze ze sa praktykantki, moge zostawic wiec biuro i biec do
          > siebie na pietro. Bo ten ch... komputer zatrzymal sie na 9604 poscie!

          Zaraz, zaraz - jakimi wyzwiskami? Ja tam nikogo nie wyzywam. O skakaniu jak
          kozica sama pisałaś, ryba - to chyba wynik moich wątpliwości co do tego jak
          zinterpretować słowo "travler" z Twojego postu, ale kury sobie nie przypominam w
          ogóle...
          No chyba, że pisałem o czymś hen, hen daleko - ale w tedy, przysięgam nie miałem
          na myśli drobiu... :)))


          Hmmm - napisała Rals Kochanie :)))))
          • Gość: chatka Re: Dziki jest ten swiat IP: *.BIAWAR.COM.PL 16.05.02, 06:56
            ralston napisał(a):

            > Gość portalu: chatka napisał(a):
            >
            > wiec Rals Kochanie skoncz z tymi wyzwiskami to ryba to kura to
            > > kozica? Dla mnie szczytem bylo ze ja w ogole tam szlam, stawialm noge za n
            > oge.
            > > nie ja przewodnik!
            > > C.d moze jutro, dobrze ze sa praktykantki, moge zostawic wiec biuro i biec
            > do
            > > siebie na pietro. Bo ten ch... komputer zatrzymal sie na 9604 poscie!
            >
            > Zaraz, zaraz - jakimi wyzwiskami? Ja tam nikogo nie wyzywam. O skakaniu jak
            > kozica sama pisałaś, ryba - to chyba wynik moich wątpliwości co do tego jak
            > zinterpretować słowo "travler" z Twojego postu, ale kury sobie nie przypominam
            > w
            > ogóle...
            > No chyba, że pisałem o czymś hen, hen daleko - ale w tedy, przysięgam nie miałe
            > m
            > na myśli drobiu... :)))

            A kury domowej nie pamietasz? Ale to ja chyba sama napisalam...Domatorka!
            >
            >
            > Hmmm - napisała Rals Kochanie :)))))


            • Gość: chatka Raals i Anka IP: *.ids.pl / *.bialystok.sdi.tpnet.pl 16.05.02, 20:07
              Gość portalu: chatka napisał(a):

              > ralston napisał(a):
              >
              > > Gość portalu: chatka napisał(a):
              > >
              > > wiec Rals Kochanie skoncz z tymi wyzwiskami to ryba to kura to
              > > > kozica? Dla mnie szczytem bylo ze ja w ogole tam szlam, stawialm noge
              > za n
              > > oge.
              > > > nie ja przewodnik!
              > > > C.d moze jutro, dobrze ze sa praktykantki, moge zostawic wiec biuro i
              > biec
              > > do
              > > > siebie na pietro. Bo ten ch... komputer zatrzymal sie na 9604 poscie!
              >
              > >
              > > Zaraz, zaraz - jakimi wyzwiskami? Ja tam nikogo nie wyzywam. O skakaniu ja
              > k
              > > kozica sama pisałaś, ryba - to chyba wynik moich wątpliwości co do tego ja
              > k
              > > zinterpretować słowo "travler" z Twojego postu, ale kury sobie nie przypom
              > inam
              > > w
              > > ogóle...
              > > No chyba, że pisałem o czymś hen, hen daleko - ale w tedy, przysięgam nie
              > miałe
              > > m
              > > na myśli drobiu... :)))
              >
              > A kury domowej nie pamietasz? Ale to ja chyba sama napisalam...Domatorka!
              > >
              > >
              > > Hmmm - napisała Rals Kochanie :)))))
              >
              >
              Cos mi sie rzeczywiscie z ta kura pomieszalo, bo ani ja drob-na nie jestem, ani
              kura domowa, bo zeby dostapic tego tytulu trzeba byc zona!
              Poza tym domatorka wcale nie musi oznaczac kura domowa, jestem w domu bo lubie, a
              nie ze musze.

              Anka,fajnie wymyslilas Rals, ale ustalmy wymowe: w Oxford slowniku wymowy, w
              zapisie fontenycznym Rals wygladaloby tak /ra:ls/ czyli dlugie a ale trzeba to
              wypowiedziec z odpowiednia intonacja tak po angielesku, troszke przesadnie raals!
              Pierwsze "a" do gory, drugie do dolu!:))

              • ralston Re: Raals i Anka 16.05.02, 21:44
                Gość portalu: chatka napisał(a):

                > Cos mi sie rzeczywiscie z ta kura pomieszalo, bo ani ja drob-na nie jestem, ani
                >
                > kura domowa, bo zeby dostapic tego tytulu trzeba byc zona!
                > Poza tym domatorka wcale nie musi oznaczac kura domowa, jestem w domu bo lubie,
                > a
                > nie ze musze.
                >
                Chatko, widzę, że z Ciebie to domatorka w stylu - tam dom mój, gdzie położę mój
                kapelusz. Biega po całej Azji wzdłuż i w poprzek - i domatorka chłe, chłe :)))

                > Anka,fajnie wymyslilas Rals, ale ustalmy wymowe: w Oxford slowniku wymowy, w
                > zapisie fontenycznym Rals wygladaloby tak /ra:ls/ czyli dlugie a ale trzeba to
                > wypowiedziec z odpowiednia intonacja tak po angielesku, troszke przesadnie raal
                > s!
                > Pierwsze "a" do gory, drugie do dolu!:))
                >

                Tylko do góry poproszę, nic do dołu!
    • Gość: Akir Re: Dziki jest ten swiat IP: 212.160.130.* 15.05.02, 11:49
      Ponieważ fajnie jest powspominać też napiszę o swoich podróżach, choć nie tak
      egzotycznych:
      Zacznę od dzieciństwa , tak się złożyło że moja babcia mieszkała w ZSRR , w
      Wołgogradzie (kiedyś miasto to nazywało się Stalingrad) Jeździliśmy do niej
      prawie co roku , ale ponieważ byłem mały to tylko garść wspomnień
      Zaczynało się zawsze od przygotowań , trzeba było wyrabiać paszporty i
      książeczki walutowe, pozwalające na wywóz pieniędzy za granicę, pamiętam
      straszne kolejki w urzędach gdzie jako sześciolatek musiałem stawić się
      osobiście po odbiór dokumentów. Wieźliśmy też zawsze mnóstwo gum do żucia,
      które w Rosji były najbardziej oczekiwanym prezentem z Polski. Potem trzydniowa
      podróż pociągiem, podczas której największą atrakcją była wymiana kół z wąskich
      na szerokie (dla czego w Rosji były szersze mogę opowiedzieć kiedy indziej).
      Kolejną atrakcją była przesiadka w Moskwie gdzie zawsze odwiedzaliśmy „Dzieckij
      Mir” czyli Świat Dziecka – ogromny sklep (tak jakby Auchan, ale jeszcze dwa
      piętra w górę) gdzie sprzedawano wyłącznie artykuły dziecięce zabawki ubranka
      itp.
      Sam Wołgograd kojarzy mi się ze spękaną ziemią (upały dochodzą do 40 st.C) ,
      mnóstwem czekolady i arbuzów (jeden arbuz kosztował tyle co pół bochenka
      chleba) i kwasem chlebowym sprzedawanym z beczek.
      Miasto to leży wzdłuż Wołgi i ma ok. 40 km długości i może trzy szerokości ,
      więc wszędzie podrużuje się „Elektryczką”, taką kolejką jak w trójmieście . na
      jej końcu znajduje się tzm pole Mamaja (nie wiem kto to) stoi tam ogromny
      pomnik „ Mać rodzina) wysoki jak statua wolności tylko zamiast pochodni trzyma
      w ręku miecz (wiem.onet.pl/wiem/008008.html) , drugi pomnik o którym
      warto wspomnieć to pomnik Lenina stojący nad rzeką (też ma z 20 m wysokości)
      był on kiedyś pomnikiem Stalina , ale kiedy Stalin stał się niesłyszny , żeby
      nie ponosić strat wymieniono tylko głowę. Obok tego pomnika była przystań gdzie
      przy pomocy ślizgaczy można było przeprawić się na drugą stronę (nie
      zabudowaną ) Wołgi (ma ona tam około 2 km szerokości) i tam się kąpać i opalać,
      tam po raz pierwszy widziałem setki jesiotrów (wielka ryba) leżących na brzegu
      martwych, gdyż kłusownicy wyjmowali z nich tylko ikrę (kawior) a niepotrzebne
      im ryby wyrzucali. Tam też widziałem jak nastoletni chłopcy łowili ryby przy
      pomocy siatki do siatkówki, po wiosennych rozlewiskach pozostawały tam zawsze
      oczka wodne w których było pełno ryb wystarczyło wejść z siatką rozpiętą między
      dwoma osobami i przeciągnąć ją przez takie oczko żeby był obiad dla całej
      kompanii z którą akurat się wypoczywało.
      Jako dziecko pamiętam też zawiłą dyskusję lingwistyczną odbytą na podwórku z
      rówieśnikami. Dotyczyła ona tego czy słowo chuj jest polskie czy rosyjskie,
      ponieważ z bratem stanowiliśmy mniejszość wróciliśmy do domu z rozbitymi
      nosami....
      Pewnego razu wyjechaliśmy z Wołgogradu na Krym, żeby się nawdychać jodu (tak
      kazał lekarz ) Pojechaliśmy tam nielegalnie gdyż cudzoziemcy aby pojechać do
      innego miasta mysieli mieć specjalne zezwolenie na wydanie którego trzeba było
      czekać dwa miesiące (czyli dłużej niż nasza wizyta), w związku z tym rodzice
      zakazali nam rozmawiać po polsku (rosyjski znaliśmy z bratem doskonale) wtedy
      po raz pierwszy samolotem, z Morza Czarnego pamiętam piasek który zamiast z
      ziarenek składał się z mikroskopijnych muszelek, i przezroczyste meduzy
      pływające w wodzie, a także punkt nagrywania pocztówek dźwiękowych (takich do
      odtwarzania na gramofonie) gdzie można było nagrać pozdrowienia i wysłać
      znajomym...
      Kolejne podróże opisze innym razem , byłem wtedy już nieco większy więc może
      będę pamiętał więcej szczegółów.
      P.S. Też się rozpisałem ale inaczej się nie da.
        • Gość: chatka Indii c.d IP: *.BIAWAR.COM.PL 16.05.02, 07:29
          Podoba sie ? Mam nadzieje ze wybaczyliscie bledy. Wstyd wieki ale pisalam w
          starsznym pedzie kursujac miedzy jednym pietrem a drugim i napieciu ze ktos w
          koncu zauwazy ze mnie nie ma tam gdzie mam byc...
          Zaczelam prace 7:00(taki ze mnie nine-to-five chap, hm... raczej czapka, czyli
          office ass. :)) i na dzien dobry, Indii c.d i krotka lekcja angielskiego
          *zadanie na 6 - correct misatkes :)
          Na gorskich drogach, bylo to chyba w Krolestwie Sikkimu (oficjlnie prowincja
          indyjska) zamiast znakow drogowych znajdziecie takie oto napisy na skalach
          wymalowane farba:
          The road is hilly don't drive silly.
          Speed thrills but kills
          Reach home in peace not in pieces.
          Safe first, speed next.
          If married, divirce speed.
          Let this be Accident Free Day.
          He who drives carefully goes far.
          THe journey of life is long and the path unknown.(indeed!, opowiesci duzo
          pozniej, bo inaczej the boss will kick (off) the ass(istant)...

    • Gość: Akir Re: Dziki jest ten swiat IP: 212.160.130.* 16.05.02, 09:00
      Następne moje podruże były do Niemiec.
      Najpierw pojechałem do NRD na OHP. Miałem 15 lat .Pracowaliśmy tam w lesie koło
      Jeny przy zwózce drewna . Dużo się nie napracowaliśmy bo zwykle dzień zaczynał
      się stwierdzeniem majstra: "Machinenkaput arbajt nicht" (fonetycznie bo nie
      znam niemieckiego) co znaczyło że traktor się zepsuł i mamy sobie leżeć pod
      drzewem do 16 . Kiedy traktor jednak działał Polacy (grupa była mieszana Polsko
      Niemiecka)bili rekordy bo nosili metry drzewa pojedynczo a młodzi Niemcy po
      dwóch do jednego drwa. i trzeci żeby zarzucić na traktor. Miało to dwa skutki :
      po pierwsze wszyscy Polacy dostali medal „Jungen Aktiwist” , a po drugie sprawa
      z trabantem.
      A Było to tak , kierownik zgrupowania jeździł trabantem i mieszkał w domku
      którego drzwi otwierały się na zewnątrz , Wymyśliliśmy że można w nocy
      przestawić trabanta pod same drzwi i kierownik nie będzie mógł wyjść z domku .
      Ale kiedy w 10 osób próbowaliśmy podnieść trabanta zaczął strasznie
      trzeszczeć . zrezygnowaliśmy więc z tego żartu, ale Niemcy doszli do wniosku że
      Polacy nie dali rady podnieść , więc następnej nocy postanowili powtórzyć nasz
      numer i rano trabant stał bez błotników.
      Z NRD pamiętam jeszcze niesamowicie gęste zupy, miętę zamiast herbaty , automat
      na dworcu który rozmieniał 2 marki na drobne ( polskie 10 złotych na fenigi ) i
      ognisko.
      Poprosiliśmy kiedyś o zorganizowanie ogniska , a oni na to że muszą zawiadomić
      straż pożarną i pogotowie.
      W wieczór ogniska przyjechał wóz strażacki , karetka i traktor z lasu wiozący
      metry drewna, całe to drewno wywalono na jedną kupę , polano benzyną i
      podpalono , dla mnie był to szok (byłem harcerzem i byłem przyzwyczajony do
      intymnych ognisk podpalanych jedną zapałką)
      Dzień radości nastał w Jenie w dniu naszego wyjazdu dostaliśmy wtedy wypłatę
      (tyle co dorosły pracownik za miesiąc) i cztery godziny żeby to wszystko wydać,
      zaprawdę powiadam wam nie było takiego badziewia którego wtedy nie wykupiliśmy.
      Na koniec napiszę o moim wielkim rozczarowaniu, otóż jechaliśmy tam wszyscy (15
      letni młodzieńcy) w przeświadczeniu że młode Niemki uprawiają sex z kim
      popadnie, nawet nauczyliśmy się zawołania miłosnego po niemiecku(tak nam się
      przynajmniej wydawało) :”Kom na hausen, kinder machen” Niestety czekało nas
      rozczarowanie i ilość prawiczków w naszej grupie pozostała niezmieniona .
        • Gość: chatka Re: Dziki jest ten swiat IP: *.ids.pl / *.bialystok.sdi.tpnet.pl 16.05.02, 17:58
          Od tych wspomnien o Indiach zachcialo mi się indyjskiego jedzonka. Jestem
          wlasnie po obiadku: samosa z warzywami, dahl z soczewicy pomidorkow z kokosem i
          sabdzi z cieciorka. Nie myslcie ze sama to zrobilam choc masale orginalne z
          Indii przywiozlam. Ale po co jeśli jest takie miejsce, jedno z moich magicznych
          miejsc w Bialymstoku, gdzie jedzenie smakuje jak w Indiach, chociaz kucharz w
          tym w wcieleniu nie był nigdy w Indiach. Jedzenie pycha i atmosfera przyjazna,
          malo miejsca wszyscy praktycznie siedza przy jednym stole a Pani za lada chetna
          do rozmowy i w ogole szalenie mila. Ale mialo być o Indiach. Będzie wiec o
          kuchni.
          Musze wam się przyznac ze tam wysoko w gorach, ja jednak z tego wiaderka co to
          babcia swinki karmi.... zjadalm! Uwielbiam indyjska kuchnie, uwielbiam bogactwo
          smakow, nieskonczone masale przypraw, wystarczy odrobina a cale danie nabiera
          wyrazistosci i staje sie bardzo egzotyczne. Nie wchodzimy do lokali, które z
          samej nazwy typu Grand, Royal, Imerial itd nie zapowadaja ze kuchnia będzie
          miala cos wspolnego z indyjska. Tak tez można: naturalnie dochodzi do podzialu
          grupy na tych którzy wybieraja kuchnie continental i jedza omlety, albo tosty z
          dzemem, i tych którzy probuja wszelkich tutejszych specjalow. Rozgladamy się za
          barami gdzie jedza miejscowi, zamawiamy to co oni, kupujemy samosy wprost ze
          straganow, ze stoisk gdzie na kamieniach na wysuszonych plackach krowiego
          lajna smaza się ciapaty. Po calym dniu wedrowek i przejadow należy się nam
          dobra kolacja w restauracji.
          Scenariusz zazwyczaj ten sam, powtarza się co wieczor. Przychodzi kelner,
          bierze zamowienie, za 10 minut wraca, cos mu nie pasuje , czegos nie zrozumial,
          zaczynamy wiec od poczatku, po kolejnych minutach wraca z kucharzem i na nowo
          przerabiamy nasze zamowienie. W koncu wszysko jest jasne, Hindusi usmiechaja
          się szczerzac czerwone od lisci betelu zeby. Po chwili ten sam kelner wybiega z
          baru, wraca z pelna siatka i za chwile zza sciany dobiegaja odglosy calego
          procesu przygotowowania naszego zamowienia: slyszymy siekanie cebulki i innch
          warzywek, które za monet skwiercza na tluszczu. Stukaja, siekaja, szeleszcza po
          jakis dwoch kwadransach dostajemy nasze zamowienie, ale czy na pewno nasze,
          rozgladamy się w barze nikogo oprocz nas nie ma, wiec chyba tak. Na twarzy
          kelnera konsternacja i poploch, uspokajmay go i bierzemy co podaje. Kolega
          nadal czeka na swoje danie, gdy wszyscy już prawie konczymy przychodzi kelner i
          mowi ze Kaszmiri Kofta dzis nie ma!
          Wiec teraz jeśli przychodzi mi czekac w reastuaracji pol godziny jest to nic w
          porownaiu z czasem oczekiwania w Indiach.
          Dobrej nocki!
    • Gość: Akir Re: Dziki jest ten swiat IP: 212.160.130.* 17.05.02, 09:20
      Druga moja wyprawa do Niemiec była o wiele krótsza , był to czas kiedy ludzie
      dorabiali się fortun jeżdżąc do różnych krajów i sprzedając to wszystko na
      chodniku (nie wiem czy pamiętacie taki termin „muzyka chodnikowa”) .
      Postanowiłem i ja być bogaty. Paszport już miałem , kupiłem trochę dolarów pod
      pewexem i pojechałem do Berlina Zachodniego. Trzeba było jechać do
      Berlina „zwykłego” i potem przejść na drugą stronę muru przez przejście piesze.
      W Berlinie zwykłym zapamiętałem ulicę która stawała się coraz bardziej popękana
      aż trafiała na mur popisany sprayem , a za murem widać było domy które tworzyły
      przedłużenie ulicy. (zasieków w tym czasie już nie było). Zapamiętałem też
      Bramę Brandenburską która była tak zaniedbana (pęknięcia , odpadające tynki)
      że wyglądała jakby miała za chwilę się zawalić. W Berlinie Zachodnim wizyta na
      Dworcu ZOO (wszyscy czytali wtedy „Dzieci z dworca ZOO” ) , Nie było już tam
      narkomanów tylko pijący piwko polacy którzy zarobkowali tak że zabierali
      pieniądze Niemcom którzy malowali kredą rysunki na asfalcie ( i zbierali
      pieniądze do puszek) ale jak mi tłumaczyli zabierali pieniądze tylko raz
      dziennie , a potem pilnowali żeby nikt tych malarzy nie ruszył . Ich
      największym osiągnięciem , którym się chwalili było to że udało im się ukraść
      kanapę ze sklepu , a weź i wynieś coś takiego żeby nikt nie zauważył. (Od
      tamtego czasu przestałem się dziwić że niektórzy cudzoziemcy mają kiepską
      opinię o Polakach).
      Tak czy inaczej nabyłem mój łup: dwa kartony dezodorantu REXONA, i wracam do
      kraju, na granicy wysiadłem z pociągu Żeby dostać pieniądze za Mehrwertsteuer ,
      czyli zwrot VATu. Po zainkasowaniu powyższego chciałem wejść na peron i okazało
      się że nie mam paszportu. Panika. Celnicy mówią coś po niemiecku a ja ni w ząb,
      mój pociąg odjeżdża. W końcu okazuje się że paszport wsadziłem do zapomnianej
      kieszeni na rękawie kurtki. Wróciłem następnym pociągiem już bez przygód.
      Dezodoranty sprzedawałem potem przez tydzień stojąc pod delikatesami,
      sprzedałem jedno pudełko , drugie sprzedałem do kiosku ruchu po cenie zakupu
      (czyli straciłem nz bilecie) , od tej pory wiem że nie jestem urodzonym
      handlowcem.

      P.S. Co do mentalności Niemek się nie przekonałem bo jak zacząłem się bardziej
      przyglądać dziewczętom to stwierdziłem że Niemki, mówiąc oględnie, nie są w
      moim typie :-)
        • Gość: chatka Re: Dziki jest ten swiat IP: *.BIAWAR.COM.PL 17.05.02, 17:41

          Akir jak taka dalej pojdzie to posadza na o monopol na ten watek!Ludzie piszcie
          o swoich niekoniecznie tak dalekich i egzotycznych podrozach jak te Akira do
          NRD.
          w oczekiwaniu na wasze relacje, pisze kolejny odcinek z wyprawy do Indii.
          Nie wiem czy ostatecznie zamordowano Anke czy nie w innym watku, na wszelki
          wypadek szykuje stos!
          Wyjezdzamy z gor i wiem ze bede tesknic, mam przeczucie ze najpieknjsza czesc
          wyprawy mamy za soba, a to dopiero poczatek. Jedziemy do najswietszych miast
          Indii Haridwar i Varanasi inaczej zwane Banares.Boje się ze zastaniemy tam taka
          biede i nedze, smrod i brud, przeludnienie jak w Delhi, jeszcze się nie
          przyzwyczailismy, na nowo trzeba zdefiniowac co znacza brud i bieda.
          Obydwa miasta leza nad swieta rzeka Ganga tutaj każdy Hindus przynajmniej raz w
          zyciu musi przyjechac obmyc się i doznac odpuszczenia grzechow. Wynajmujemy
          wikram – motorowa riksze i ruszamy na objazd siedmiu najwiekszych swiatyn
          wzdluz rzeki. Przed kazda należy zdjac buty, przejsc przez kaluze brudnej wody,
          by obmyc nogi. W srodku niezliczone kolorowe, blyszczace, kiczowate figurki
          bogow ich dobrych i zlych wcielen, Garuda pol czlowiek pol ptak , okrutna Kali,
          Ganes – czlowiek z glowa slonia, blekitny Sziwa. Ciemne, slepe korytarze,
          wykrzywione geby bogow wszystko razem bardziej przypomina Jurassic Park niż
          swiatynie. Koncze na 5, moje poczucie estetyki nie moze wiecej zdzierzyc!
          Wieczorem udajemy się nad na glowne miejsce wieczornych obrzedow, kolorowy
          tlum, zapalaja sie lampki, rozpoczynaja nawolywania. Modlitwy spiewy,
          wszystkich ogrania jakias euforia, czujemy ze jestesmy w samym srodku jakis
          poganskich obrzadkow! Tutaj po raz pierwszy widzimy stosy, nie spodziwamy się
          ze w Waranasi będziemy mogli się im przyjrzec z bliska!
          W Waranasi szukamy kogos kto by nas przeprowadzil nad rzeke do ghatow po przez
          gaszcz uliczek starego miasta. Jest ciemno prawie biegniemy, by nie stracic z
          oczu przewodnika, i nie zgubic się, prowadzi skrotami, przechodzimy przez
          podworza, bramy, patrzac tylko by nie wpasc we wszechobecne swiete krowie
          lajano.Nagle znajdujemy się nad sama rzeka, wokolo zadnych westow (turystow),
          sami Hindusi, trzymamy się za rece i drzymy ze strachu, jestesmy pod samym
          stosem. W swietle plonacego stosu widzimy ciemne twarze Hindusow i jasne
          wielkie oczy, gapiace się na nas. Wzbudzamy duze zainteresowanie, ktos
          wykrzykuje w nasz strone przegania, odpycha, gdy zjawia się Hindus, mowi do nas
          po angielsku zabiera na bok i opowiada o calym rytaule. Varansi to miasto w
          którym każdy chcialby umrzec, a najlepiej w swietej Gandze podczas ablucji. Sa
          tu takie domy w których można czekac na smierc, jeśli w ciagu 2 tygodni ktos
          nie umrze, musi opuscic dom, i jest to wielkim przklenstwem. Sam rytual
          pogrzebowy rozpoczyna się od obmycia ciala w rzece. Na stos potrzeba około 150
          kg drzewa. Malo kogo stac na taka ilosc wiec zdarza się nierzadko, ze zaledwie
          nadwatlone ciala wyrzucane sa do rzeki. Stos rozpala się swietym ogniem który
          plonie w ghatach od ponad 2000 lat. Obchodzi się z cialem stos dookola 5 razy
          bo tyle jest zywialow. Nie ma przy tym kobiet – zdarzaly się sati, czyli
          przypadki kiedy zona rzucala się w ogien za mezem. Przed switem jak wielu
          innych westow wynajmujemy lodz by od strony rzeki obserwowac ablucje przy
          wschodzie slonca. Plyniemy wzdluz brzegu, na schodach na w pol zanurzeni w
          rzece Hindusi dokonuja porannych swietych kapieli, a ja po drugiej stronie z
          aparatem fotograficznym czuje się idoitycznie. Lodzi jest tyle ze prawie
          obijamy się o siebie, blyskaja flesze, a przed nami na w pol nadzy ludzie w
          swietym uniesieniu.Wstyd mi.
          Sa jeszcze inne Indie, nie sposób je ogarnac zdefiniowac, nie napisze o
          Darjeelingu, o Jaipurze, bo może mi to zajac tyle co ta opowiesc. A przeciez
          jeszcze czeka Bajkal, Mongolia i Londyn i pare innych moich miejsc! Jak
          bedzieci mieli jeszcze chec...
                • Gość: chatka Re: Dziki jest ten swiat IP: *.ids.pl / *.bialystok.sdi.tpnet.pl 17.05.02, 19:25
                  Oka, Ormond czy i wy przerobiliscie ten watek? Oka prosze, Boston znam tylko z
                  serialu Ally McBeal, please/
                  czytam swoje opowiastki i wyczuwam ton ktory mnie samej sie nie podoba.Nie chce
                  by brzmiala tam pogarda, jest to jakas niechec, ktora wynika z braku
                  zrozumienia, ignorancji i buntu przeciw temu co inne i niesprawieliwe w naszym
                  pojeciu. Spisuja te wrazenia po raz pierwszy od 2 lat doznaje uczucia jakiejs
                  deportacji i w calej jaskrawosci przypominaja mi sie wszytskie odczucia zachytu
                  i odrazy, pokoju i zlosci.To prawda w Indiach nie czuje sie jak rybka w wodzie,
                  miesiac czasu nie wystarczyl by poczuc ze to moje miejsce.
                  W Indniach jestem po raz pierwszy,to w ogole moja pierwsz wyprawa poza Europe.
                  Reaguje jak pewnie kazda biala cywilizowana kobieta draznia brud, spaliny
                  tlum ,Hindusi wpartujacy sie w nas tempo (sorry maja wtedy malo inteligentny
                  wyraz twarzy) bieda "wlazi w oczy uszy usta". Dokladnie pamietam moment kiedy
                  pojecie biedy bolesnie definiuje w sobie: dopiero przylecielismy,
                  zakwaterowalismy sie w hotelu i jedziemy od razu do Starego Delhi, wyobrazcie
                  sobie nas czysci, dobrze ubrani, duzi, gladcy biali ludzie, nasz wikram
                  przeciska sie przez tlum, chudych jednakowo ubranych jednakowo biednych ludzi
                  naplywajacy z kazdej strony. Idziemy glowna ulica, wzdluz straganow przykrytych
                  kawalkiem szmaty, podparte kijami, zagladam w glab na stercie czegos lezy
                  czlowiek. I tak w prawie co kazdym straganie. Naiwnie jak dziecko tlumacze
                  sobie, ze ten czlowiek, tutaj tylko pracuje, on ma gdzies dom, normalny dom...
                  I ten tlum, nie wyrozniajacych sie ludzi, chudych przygarbionych tak jaby ich
                  bylo za duzo a przez to zycie kazdego z nich jakby mniej wazne... Takie jest
                  Delhi. Nie pokochalam takich Indii, nie sposob takie je zaakceptowac, ale sa
                  tez inne, trzeba pojechac na prowincje, porozmawiac z ludzmi,pojsc w gory z
                  pielgrzymami, spotklac eremite, pojsc wieczorem nad rzeke, na wieczorne
                  modlitwy, i odczuc mistyke, cala magie Indii.
                  Ach ciekawam kto z was byl w Indiach i jakie mial odczucia
                  cdn
                  • Gość: Oka Chatka! IP: *.17.79.204.lifespan.org 18.05.02, 00:12
                    Chatka, dziewczyno, Twoich opowiesci czytam z wypiekami na twarzy. Masz taki
                    dar opowiadania, ze po prostu czuje jakbym juz byla w Indiach.
                    Dzisiaj juz wychodze, ale opowiem ci o Bostonie ( i moze innych miejscach
                    jakie widzialam) innym razem.
                    Trzymaj sie i pisz.
                  • ralston Re: Dziki jest ten swiat 19.05.02, 22:12
                    Chatko,
                    podobne odczucia, co do biedy towarzyszyły mi w Kenii i Tanzanii. Nasze
                    europejskie standardy biedy nie przystają do tego, co można zobaczyć w krajach
                    trzeciego świata. A nie dane mi było jeszcze zobaczyć takich miejsc jak np.
                    Somalia, gdzie jest jeszcze gorzej... Ciężko mi to sobie wyobrazić.
                    Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg opowieści...
    • Gość: Akir Re: Dziki jest ten swiat IP: 212.160.130.* 20.05.02, 10:31
      Skoro o Czechach mowa to tamtędy wiodła mnie następna wyprawa , ale czech nie
      widziałem, bo z autostrady w nocy niewiele widać. Tą podróż można śmiało nazwać
      już wyprawą, a mianowicie pojechaliśmy do Grecji. Żeby było taniej autostopem.
      Każdy z nas (Anka, Tomek i ja) miał specjalną kieszonkę wszytą wewnątrz spodni
      na ogromny majątek który wieźliśmy ze sobą, otóż aby wjechać do Grecji każdy
      musiał mieć ze sobą co najmniej 120 $ które trzeba było pokazać przy wjeździe,
      a było to w czasach kiedy mój ojciec , wykładowca na politechnice zarabiał
      miesięcznie równowartość 30 $ (dziś już nawet mi ta suma wydaje się
      nieprawdopodobnie mała ale tak było) , tak więc każdy z nas miał ze sobą
      półroczną pensję mojego ojca.
      Oczywiście mieliśmy też po 1,5 litra wódki, żyletki, super koszule z
      klamerkami (taka wtedy była moda), a to wszystko na sprzedaż i pokrycie kosztów.
      Jak już napisałem Czech nie dane było nam zobaczyć, za to całe dwa dni
      spędziliśmy w Budapeszcie. Piękne miasto, rynek pełen młodzieży, rysowników,
      grajków, połykaczy ognia itp., wzgórze Galerta, (według legendy Galert był
      zakonnikiem który aby zaprotestować przeciw rozlewowi krwi wszedł do beczki i
      rzucił się w dół z wodospadu który płynie z tej góry, oczywiście zginął na
      miejscu), Most św. Elżbiety (podobno gdy przez ten most przejdzie dziewica te
      lwy zaryczą www.fotopodroze.pl/fotopodroze/pokaz.php?
      jezyk=pl&str=2&a=wyprawa&p=Budapeszt%202001) i piękny parlament .
      Podróżowaliśmy w czasie prawdziwie historycznym bo kiedy jechaliśmy do Grecji
      na parlamencie dumnie widniała czerwona gwiazda , kiedy wracaliśmy już jej nie
      było. Zaskoczeniem było też to że butelki od Coca Coli mają inny kształt, też
      są rowkowane ale bardziej pękate.
      W zasadzie Budapesztu nie da się opisać bo to co najpiękniejsze to atmosfera
      tego miasta, nawet Wiedeń nie ma takiej atmosfery.
      Następnego dnia jesteśmy w Sofii , zupełny kontrast, miasto typowo
      socjalistyczne z budynkami w kształcie Pałacu Kultury i portretami
      MarksaEngelsaLenina.Dla nas atrakcją są osły pasące się na parkingach.
      Na targu sprzedajemy prawie cały towar w ciągu godziny, w sklepach okropna
      drożyzna, śmiejemy się widząc że w sklepie pudełko kredek kosztuje tyle co pół
      pensji. Jakiś Bułgar który to słyszał mówi : „To nie je smieszno”. Faktycznie
      jak się mocniej zastanowić nie było.
      Ruszamy znów na szosę następny przystanek już w Grecji.
      • Gość: chatka Re: Dziki jest ten swiat IP: *.ids.pl / *.bialystok.sdi.tpnet.pl 20.05.02, 22:28
        NO wlasnie sa kafejki internetowe...
        Hej Akir doskonale pamietam bluzki i spodnice z klamerkami, perfumy Byc moze,
        spinki, za ktore pozniej w Bulagrii spedzalismy cudowne wakacje, i jeszcze z
        dolarami wracalismy do domu.
        Akir nie wiem czy ktos nas czyta czy nie, ale wieczorki i pisanie w
        internetowej kafejce bardzo mi sie spodobaly.
        Jedzmy wiec dalej.Z Gangtoku jedziemy do Siligili, do granicy z Nepalem.
        Zalatwiamy wize i lapiemy autobus do KAthmandu, czeka nas 16 godzin jazdy. Juz
        przyzwyczailismy sie ze autobus nie odjezdza zgodnie z rozkladem, ale czeka az
        zbierze sie komplet (jak dla nas to w autobusie sa dwa komplety). Ledwo
        wyjezdzamy a zatrzymujemy sie znowu, wjezdzamy w jakies male uliczki i trwa
        zaladunek bali, sznurow, lodyg bambusa na dach autobusu. Powtarza sie to
        jeszcze pare razy w nocy, szybko orientujemy sie ze kierowcy zalatwiaja swoje
        intersy, bo jak to tak z pustym autobusem jechac! Zatrzymujemy sie na postoje
        ktore przeciagaja sie niemilosiernie dlugo. Ludzie wysiadaja i wysiadaja i nie
        widac konca a wyglada to tak tak jabysmy bili rekord Guinessa w ilosci
        pasazerow. Ledwie wszyscy wysiada a juz trzeba zaladowywac sie z powrotem,
        dzieci starcy klatki kury bagaze... Nie mozemy zasnac, jakies dziecko placze, a
        z glosnika po raz kolejny leci disco nepal, na nic staja sie prosby by sciszyc
        to radio, szukamy mlotka by to radio przetracic.Noc jest pogodna. Znowu
        zjezdzamy z glownej drogi i waska polna droga autobus z trudem wciska sie do
        jakiego gospodarstwa. Zapowiada sie na dluzszy postoj. Wysypujemy sie wszyscy z
        autobusu i ukazuje nam sie widok przecudny: wprost nad naszymi glowami iskrza
        sie setki swietlikow!
        Jest poludnie dnia nastepnego gdy dojezdzamy do Kathmandu, juz na
        przedmiesciach przechwytuja nas naganiacze i zabieraja do swojego hotelu.
        Jestesmy tak zmeczni ze nie opieramy sie i jedziemy z nimi. Hotel jest na
        Thamelu, ulicy ktora wiedzie wprost na Durbar Square. Od samego poczatku
        jestesmy zachwyceni miastem, jest duzo czysciej, ladnie, kolorowo, dzieci nie
        zebrza.Mnostwo westow, najpierw jeden, drugi a potem juz nie zwaracamy uwagi,
        dociera do nas ze to stolica backpackersow, czyli Autralijczykow, Anglikow, czy
        Amerykanow ktorzy zrzucuja garnitur porzucaja biuro lub uniwersyet na rok albo
        dluzej i wlocza sie po swiecie. Wzdluz Thamelu cale mnostwo straganow i
        sklepikow. Na nowo budzi sie w nas, a uspiony od czasu wizyt w fabrykach
        jedwabi w Varanasi duch souveniros desperados, buszyjemy po straganch i wkrotce
        wygladamy jak rasowi backpakersi: zakladamy koraliki, koszulki z oczyma buddy.
        Tak wystrojeni idziemy wieczorem na Freak Streat - to ulica legenda w latch 70-
        tych oblegana przez hippisow.Jestemy troche rozczarowani nie jest bardziej
        freak niz inne ulice KAthmandu. Zaliczamy jeszcze jedeno hippisowskie miejsce
        kultu, schody swiatyni zwanej Liberty albo hippi. Jestesmy jedynymi
        hippiskami :), nie liczac dwoch hippisow Neplaczykow. Czestuja nas skretem, na
        niewiele starcza, schodzimy na dol i na straganie kupjemy nepalskiego sporta.
        Papieros wedruje z ust do ust, palimy z wielkim namaszczeniem jak przystalo na
        hippsow! Dziala lepieje niz ich trawa. Neplaczyk rozmarzyl sie i opowiada o
        Nepalu tym "prawdziwym, wysoko w gorach, gdzie gra prawdziwa muzyka, kobiety sa
        piekne, i strojne,", zamaszystym rychem pokazuje jakie maja kolczyki w
        nosie.Wieczor jest szczegolny, noc psa, na dwa dni przed newarskim nowym rokiem
        wszedzie w oknach na ulicacach pala sie setki malych lampeczek, grupki ludzi
        spiewaja pozdrawiaja sie serdecznie.! Happy Diwali! Happy New Year!
        cdn
    • Gość: Akir Re: Dziki jest ten swiat IP: 212.160.130.* 23.05.02, 09:47
      Grecja. Saloniki. Przytłacza nas ilość reklam i bilboardów , przepisy ruchu
      drogowego nie istnieją tu liczy się klakson, zdziwienie że sprzedają tu wodę w
      butelkach, nie gazowaną (czyli mineralną wtedy jeszcze w Polsce nie było),
      okazuje się że to konieczność woda z kranu jest słonawa akurat na zupę.
      Wspaniałe cerkwie budowane w jedynym w swoim rodzaju stylu architektonicznym,
      niestety prezentują się tak sobie bo w odległości 25 metrów od cerkwi już
      stoją bloki, u nas kościoły mają zawsze plac wokoło. Jemy figi z przydrożnego
      drzewa, mała odmiana po polskich mielonkach, no i kwiaty magnolii piękne i
      pachnące.
      Na nocleg trafiamy na plażę Michanione obok Salonik, nocuje tu pełno Polaków,
      wśród namiotów przechadzają się Grecy i kupują to co nasi przywieźli na
      sprzedaż , jakiś Grek chce koniecznie moją menażkę , tłumaczę że nie na
      sprzedaż jest bardzo zdziwiony. Nagle popłoch pojawia się policja , Polacy
      chowają w pośpiechu towar , jakaś pani nie może upchnąć w bagażniku rakiet do
      bandmingtona (nie wiem czy tak to się pisze ale taka gra z lotką), więc w
      sekundzie zaczyna grać z córką , kiedy policja się zbliż a nie może nic
      zarzucić ot turyści odpoczywają na plaży.
      Poznajemy pierwsze słowa: kalimera dzień dobry, awrio dulia – praca jutro...
      Nowe danie za darmo , ostrygi prosto z morza, przypiekane na butli z gazem,
      próbujemy ostrożnie, okazują się dobre. Podczas kąpieli trzeba uważać żeby woda
      nie prysnęła do oka, bo jest taka słona że natychmiast wybiega się z krzykiem
      na ląd.
      Następnego dnia jedziemy dalej , wśród tureckich kierowców TIRów rozróżniamy
      już „oryginal Turkey” jak sami o sobie mówią i „Kurd Turkey” ci pierwsi są
      wyżsi i prawią Ance (blondynka) komplementy , ci drudzy usiłują złapać ją za
      kolano.
      Dojeżdżamy do Delf Kompleks świątyń związanych z Pytią Delficką i Kultem
      Apollina (nad miastem wznosi się góra parnas) teatry, stadiony , gimnazion
      (taki grecki AWF) wszystko białe w słońcu, piękny posąg woźnicy
      wiem.onet.pl/wiem/00a0af.html ponoć naturalnej wielkości (ale kto przy
      wzroście 1,5m ma stopę jak do buta nr 47), kiedyś srtał on na rydwanie
      zaprzężonym w szóstkę koni ,” ostał ci się ino sznur „ żartujemy . Obok w
      sklepie z pamiatkami można kupić takiego samego tylko w lepszym stanie.
      Rozśmiesza nas pępek świata. Starożytni mieszkańcy Delf byli tak zarozumiali iż
      uważali że świat kręci się wokół ich miasta , wyrzeźbili więc pępek świata,
      kamienny stożek pokryty wzorkami.
      Następny przystanek to Meteory, ale o tym w następnym poście bo to dłuższa
      historia.

        • Gość: habitus Re: Suplement IP: *.zigzag.pl 23.05.02, 21:24
          Te niedostępne klasztory na szczytach? Pisz, nie mogę się doczekać. Nie rób
          takich długich przerw. Drukuję twoje wspomnienia i daję do przeczytania
          rodzinie.
          Z tych o demoludach wyli ze śmiechu - ja też. Pozdrawiam, uważaj na oczy i ręce.
          • sluggard Re: Suplement 26.05.02, 20:30
            Szczerze mówiąc, długo nie mogłem się zebrać, żeby przeczytać ten wątek, gdyż
            odstraszała mnie objętość postów. Ale to co piszecie...:
            Chatka - jak ja Ci zazdroszczę przygód, Akir - może książkę byś napisał.
            Błagam, nie przestawajcie!!!
            • Gość: chatka Re: Suplement IP: *.BIAWAR.COM.PL 26.05.02, 15:18
              Na forum cisza, niedzielne popoludnie, wszyscy pewnie u Mamy na obiedzie
              swiatecznym, albo juz na siescie, w radio 3 muzyczna siesta, idealna pora by
              powspominac.
              Jeszcze jedna karteczka z Nepalu.
              Mamy na INdie i Nepal tylko miesiac, odwiedzamy wiec miejsca ktore trzeba
              zobaczyc, ktore polecaja przewodniki i oblegaja turysci. Jestesmy w POkharze,
              stad ruszaja trekkingi pod Annapurne. Czekamy na grupe znajomych z POlski
              ktorzy zejda z gor. Spotykamy sie na wspolnej kolacji, pijemy piwo z owsa,
              opowiesciom nie ma konca. Nastepnego dnia ruszamy do miejsca o ktoreym nie
              pisza przewoniki, ktorego nie ma na mapie. Odkryli je kiedys Kasia z Andrzejem.
              Cudem lapiemy autobus do Tarpu bo to dzien NOwego Roku, by dalej juz isc
              piechota w gore do wioski.Idziemy waska siezka wsrod malowniczych wzgorz, pol
              ryzowych, pieknej soczystej zieleni bananowcow.Po drodze mijamy jedna chatke,
              gliniana kryta strzecha, obok na hustawce na dzrzewie piszcza z uciechy
              dzieciaki. Po godzinie marszu ukazuje sie nam w calej swej krasie wioseczka i
              domki ze stozkowymi dachami ze strzechy, pietrowo zaczepione na zboczu. Na
              spotkanie nam wybiegaj dzieciaki i kobiety, na szyjach maja girlandy na czole
              znaki blogoslawienstwa.Wzbudzamy ogromne zainteresowanie, czujemy sie tak
              jabysmy byli pierwszymi westami w tej wiosce, ale nie jestesmy.Mamy ze soba
              zdjecia ktore Kasia I Andrzej zrobili dwa lata wczesniej. Biora w rece zdjecia
              i nagle rozpromieniaja im sie twarze, rozpoznaja siebie albo swoich sasiadow,
              porywaja zdjecie i biegna w gore wioski by pokazac je wlascicielom. Sprawiamy
              im ogromna radosc, cieszymy sie ze jest to w dzien Nowego Roku. Na pol godziny
              jakie jestesmy w wiosce wychodzi slonce... Droga w dol jest jeszcze
              piekniejsza. Na powrot jestemy w Tarpu, ledwo zeszlismy do wioski a na szosie
              slyszymy klakson autobusu. Autobus jest caly zapchany, wdrapujemy sie wiec na
              dach. Wieje trzesie rzuca na boki, a my, nie wiem czy wiszczymy ze strachu czy
              ze szczescia! Szczescie porownywalne z jazda bez trzymanki z wysokiej gory!
              Wokol niesamowite widoki: gory, bananowce,ogromne akacje, gwiazdy betlejemsie a
              pomiedzy nimi kolorowe mocno seldynowe domki!
              Wracamy jeszcze do Delhi, bedziemy w Jaiupurze i w Agrze, by zobaczyc
              ksiezycowa pieknosc Taj Mahal!
              cdn
              • Gość: habitus NEPAL IP: *.zigzag.pl 26.05.02, 15:32
                O kurczę, chatko. Celność i zwięzłość twoich opowieści budzi moją prawdziwą
                zazdrość, życzliwą i szczerą. Jak to się robi, żeby wyjechać w dzikie, niepewne
                kraje? Nie bałaś się, że was tam okradną, zabiją, zaaresztują? Masz takich
                znajomych podróżników czy sama organizujesz wyjazdy? Ciekawe, czy ja się kiedyś
                odważę...
                • Gość: chatka Re: NEPAL IP: *.BIAWAR.COM.PL 29.05.02, 14:26
                  Gość portalu: habitus napisał(a):

                  > O kurczę, chatko. Celność i zwięzłość twoich opowieści budzi moją prawdziwą
                  > zazdrość, życzliwą i szczerą. Jak to się robi, żeby wyjechać w dzikie, niepewne
                  >
                  > kraje? Nie bałaś się, że was tam okradną, zabiją, zaaresztują? Masz takich
                  > znajomych podróżników czy sama organizujesz wyjazdy? Ciekawe, czy ja się kiedyś
                  > odwaze....
                  Sorry Habitus ze do tej pory nie odpowiedzialam obiecuje zrobic to wyczerpujaca
                  po weekendzie! Pozdrawiam, koncze prace i zaczynam dluuuugi weekend, wolny od
                  pracy, internetu pewnie tez.PA


    • ralston Kilimandżaro dzień 1 31.05.02, 18:36
      Chatka i Akir trochę wyhamowali ze wspomnieniami, to ja wrzucę parę wspomnień z
      mojej wyprawy na Kilimandżaro.

      Dzień 1

      Pobudka o 4 rano. Łykam w pośpiechu dwie pastylki Arechinu. Profilaktyka
      antymalaryczna przede wszystkim! O 4.50 Melduję się na Okęciu. Na miejscu
      okazuje się, że można było jeszcze pospać – na lotnisku w Amsterdamie jest mgła
      i wszystkie odloty zostały wstrzymane. Stan ten jednak przedłuża się
      niebezpiecznie i pojawia się obawa, czy zdążymy na samolot do Tanzanii.
      9.55 - lądowanie w Amsterdamie. Rzeczywiście – mgła jak jasna cholera. W tych
      okolicznościach, to dla nas zbawienie. Odlot samolotu do Dar es Salaam,
      planowany na 10.45 też jest przesunięty i tylko dlatego jest szansa , że KLM
      zdąży przeładować nasze bagaże z samolotu do samolotu. Ostatecznie odlatujemu
      dopiero około południa. Kiedy przelatujemy nad Alpami w głowie coraz bardziej
      natrętnie powraca pytanie – jaki jest naprawdę ten Czarny Ląd?
      Punkt 15.00 dolatujemy do wybrzeży Afryki. Czarny Ląd jest... czerwony! W dole –
      jak okiem sięgnąć Sahara – morze czerwonawego piachu. Z góry robi to niezwykłe
      wrażenie – od kilku godzin nic, tylko piach i piach. Ułożone równiutko
      południkowo wały wydm mówią o przewadze wiatrów wschodnich. Ciągną się w takich
      liniach dziesiątki a może i setki kilometrów.
      Nil oglądany z góry – duzia woda! Wokół rzeki widać liczne osady.
      Około 18-tej zachodzi słońce i od tej chwili w dole oglądamy już tylko liczne
      pożary. Czyżby wypalali coś pod uprawy? A może zajęło się samoczynnie... Nie
      wiem.
      20.30 (22.30 czasu lokalnego) dotykamy stopami Czarnego Lądu. Czarny Ląd jest
      rzeczywiście czarny. W ciemnościach niedużego lotniska Kilimanjaro Airport
      tylko oczy i zęby obsługi są dobrze widoczne! Czarna jest oczywiście również
      Maria, która odbiera nas z lotniska. Bardzo sympatyczna i szeroko uśmiechnięta.
      - Karibu! Jambo! To tutejsze powitanie.
      Tutaj wszystko jest pole, pole (powoli, powoli). Uzyskanie stempli do wiz
      zajmuje nam ponad pół godziny, mimo że jesteśmy praktycznie na początku
      kolejki.
      Z lotniska zabiera nas autobus, w którym na skutek ostrej jazdy po
      wertepach robi się niedobrze. Po pół godzinie, może mniej, jazdy lewą stroną
      drogi (pozostałość po kolonialnych rządach angielskich) docieramy do
      najlepszego hotelu w Arusha: Novotel Mt. Meru. Standard jak w Novotelu w
      Sosnowcu, tyle, że z dziesięć lat temu. Za to Kilimanjaro Lager w barze przy
      recepcji smakuje wybornie. To takie leciutkie piwko, prawie pozbawione goryczki
      charakterystycznej dla europejskich browarów.
      Ostatnie ustalenia przed jutrzejszą wyprawą, kończymy się przepakowywać
      i ... robi się bardzo późno. Do tego duszno i ciężko zasnąć. Na ile wskutek
      duchoty, na ile z emocji ciężko powiedzieć. Jutro początek wspinaczki...
      Wczesnym rankiem budzą nas klaksony samochodów...
        • Gość: chatka Re: Kilimandżaro dzień 1 IP: *.BIAWAR.COM.PL 01.06.02, 12:43
          I ja przyklaskuje w lapki (ale nie laptopa ;))z uciechy! Pisac polubilam, ale
          lubie tez czytac! Dawaj Ralston czekam opowiesci jak szczytowaliscie w Afryce!
          Jezdzac wczoraj na rolkach przypominial mi calkim inny rejon swiata. Bylo to
          zreszta mniej wiecej o tej porze dwa lata temu.
          W londynie konczy mi sie praca w hotelu, znajudje ogloszenie z Devon, praca w
          Bed&Breakfast na farmie jako general assistent co w politically incorrect
          Polish znaczyloby pomoc domowa,sprzataczka i opiekunke.Mam zastepowac Irlandke
          ktora jest tu na stale a chce pojechac na troche do domu. Jestem juz od roku w
          Anglii ale dopiero tutaj spotykam prawdziwych Anglikow i prawdziwa Irlandke!
          Jenny jest jak z filmow Kena Loacha albo Mike Leigh o ... angielskiej working
          class- pyskata dosc wulgarna, nieokrzesana typowa "chlopiara" Wlascicielka
          farmy proponuje zebysmy poznaly sie lepiej i poszly do wioski na tance!
          Wkladamy wiec kalosze i idziemy do Croyde do pubu, tonac w blocie i lajnie .
          Tuz przed wsia zakladamy sandaly a kalosze zostawiamy w krzakach.W pubie,
          kompletna katastrofa, rozmowa nam sie nie klei, jestesmy z dwoch roznych
          swiatow, czuje sie przy niej strasznie... angielska, to pewnie te sasiedztwo
          krolewskiej South Kensigton tak mnie usztywnilo, opowiada o kumplach przy
          barze, a ja na to "Oh how interesting! albo "Oh did they really!?! Wlasciwe
          zaczyna mnie to bawic, ją niesty nie bardzo, wraca do kolesi w barze a ja
          oddycham z ulga zwolniona od jej towarzystwa. Jeszcze jedno egzotyczne
          spotkanie mnie czeka. Poznaje prawdziwego Londynczyka! Mozliwe ze to jego
          widzialm wczorajszej nocy na desce na oceanie ach...! Blond wlosy wyplowiale od
          slonca albo raczej farby; blyska do mnie rzedem snieznobialych zebow i
          proponuje bysmy zabrali sie do Londynu razem. Wlasciwie lapanie okazji
          pozostaje mi, stoje na drodze i tabliczka z napisem "Meksyk, albo Londyn" a on
          gada przez komorke stojac na dachu przysanku lapic zanikajace pole! Zatrzymuje
          sie sporo samochodow, sa to glownie krotkowidzace panie starsze, i po to by
          rozczyatac co tez mamy na tabliczece napisane! Stoimy tak ze dwie godziny,bez
          skutku. On biega po polu z komorka, gdy ja w koncu wsiadam w autobus!
          cd o Devon n
      • ralston Kilimandżaro dzień 2 02.06.02, 18:15
        Dzień 2
        15 stycznia 2002. Wtorek.

        Pobudka o 6.40 czasu lokalnego. Po jaką cholerę oni wszyscy tak trąbią? Czyżby
        aż takie korki były? Okazuje się, że nie – taki tu obyczaj, że trąbi każdy na
        każdego. Żadnej prawidłowości w każdym razie nie mogę się w tym trąbieniu
        doszukać... czyste wariactwo.
        Pośpieszne pakowanie i schodzimy na dół. Śniadanko jemy jeszcze po europejsku.
        Jakieś parówki, jajecznica, wędliny, żółty ser. Jedyna różnica to świeże owoce
        we wszelkich smakach i kolorach. Wszystkie dojrzałe i pachnące, każdy ocieka
        sokiem – pychota!
        Zaczęło się nienajgorzej. Pakujemy się do autobusiku, który ma nas zawieźć z
        bagażami do bramy Parku narodowego Kilimandżaro. Po drodze robimy jeszcze
        zakupy (zapas wody pitnej i słodyczy) w miejscowym supermarkecie. Wewnątrz
        drewniana podłoga wykonana za starych desek nie pierwszej świeżości. Mopa i
        wodę po raz ostatni widziała chyba jeszcze za czasów kolonialnych. Za to wybór
        towarów jest niczego sobie... Tylko wszystko tu nazywa się Kilimanjaro. I piwo,
        i woda butelkowana i ketchup! Obsługa mówi po angielsku i robi się zdecydowanie
        serdeczna kiedy wypowiadamy kilka słów na powitanie w języku swahili. To taki
        angielski Wschodniej Afryki. Mówi się tu wieloma narzeczami, ale każdy zna
        swahili. Do niemiłego incydentu dochodzi jednak po wyjściu ze sklepu. Mimo
        wcześniejszych ostrzeżeń Adaś robi bez pytania zdjęcie jednemu z Murzynów
        stojących przed sklepem. W odpowiedzi słyszy: „This was not clever!” i widzi
        nieprzyjazną minę. Ratują nas nasi przewodnicy. Tu nie wolno robić komuś zdjęć,
        nie pytając, bo to zabija dusze ich przodków. Dopiero później dowiadujemy się,
        że za dolara, to te dusze tak bardzo nie cierpią...
        Wsiadamy do autobusu i wyruszamy w drogę do Machama Gate. Pniemy się pomału w
        górę. Mijamy plantacje bananowców i mango. Ziemia jest tu żyzna, wulkaniczna.
        Uprawia się tu chyba wszystko, co tylko rośnie w Afryce, a pola uprawne
        otaczają cały masyw pierścieniem i sięgają w górę aż do 1.600-1.800 m n.p.m. W
        trakcie jazdy trzęsie okrutnie ale nikt chyba na to nie zważa. Wszyscy siedzą z
        nosami wlepionymi w szyby i obserwują mijane wioski.Momentami robi się bardzo
        stromo jak na nasz autobusik. Do tego dochodzi błoto. Nie wierzymy, że kierowca
        da radę pokonać niektóre odcinki. O ludzie małej wiary: Toyota to Toyota! Nie
        miała nawet napędu na wszystkie osie, ale silnik turbo zrobił swoje.
        Wysypujemy się na Machama Gate. 1.800 m n.p.m.Wzdłuż płotu oczekuje tłumek
        kilkudziesięciu tragarzy. Mają miny zbitych psiaków. Każdy liczy, że wybierzemy
        właśnie jego. Nasi przewodnicy Charles i Lucas dobierają kilku. Łącznie
        towarzyszy naszej dziesięcioosobowej grupie: 2 przewodników, 2 pomocników
        przewodników, dwóch kucharzy i kilkunastu tragarzy. Nigdy nie jestem w stanie
        doliczyć się ilu ich właściwie jest...
      • ralston Re: Kilimandżaro dzień 1 cd. 02.06.02, 18:16
        Dzień 2
        Wyruszamy około 11.30 i pomału pniemy się w górę przez las tropikalny. Aura
        jest dla nas litościwa. Nie jest za gorąco i nie odczuwamy specjalnie
        wilgotności powietrza. Obficie nasmarowani propelentami nie obawiamy się też
        komarów. Zresztą niezależnie od zużytej ilości Offa czy Autanu – po prostu nie
        widać żadnych much, czy komarów, co cieszy szczególnie mnie i Adama. Nasza
        trochę późno przyjęta szczepionka przeciwko żółtej febrze nie daje jeszcze
        pełnej odporności...
        Czarny Ląd jest bez wątpienia... zielony. Zieleń dominuje - jest we wszelkich
        tonacjach i odcieniach. Zielone jest dosłownie wszystko – nawet pnie drzew,
        które porasta tu gruby kożuch mchu. Z lian przewieszonych między gałęziami,
        zwieszają się w dół cienkie zielone nitki. Pod nogami gęste poszycie.
        Fantastyczna odmiana po bieli i minus 20 st. C w pozostawionej gdzieś daleko
        Polsce. Jest bajecznie. Oddycha się ciepłym, wilgotnym pachnącym powietrzem.
        Po drodze podziwiamy naszych tragarzy. Im mniejszy Murzyn, tym większy dźwiga
        ciężar. Niektóre pakunki mają tak na oko ze trzy metry sześcienne objętości.
        Jak oni to targają wśród tych zarośli? W dodatku wszystko na głowach.
        Przyzwyczajenie to jest tak silne, że nawet plecaki z najnowocześniejszymi
        systemami nośnymi, też pakują sobie na głowy. W trakcie wędrówki spotykamy
        Johna – sympatycznego Amerykanina w wieku 51 lat. Wyruszył samotnie z samym
        tylko przewodnikiem. Cały czas nie widzimy szczytu Kilimandżaro. Kibo cały czas
        ukrywa się zazdrośnie gdzieś wysoko w chmurach. Za to kilkakrotnie pokazuje się
        nam w całej okazałości Mount Meru – druga co do wielkości góra w Tanzanii,
        która podobnie jak Kilimandżaro też jest wulkanem.
        Wreszcie po sześciu godzinach raczej forsownej, choć niezbyt trudnej
        technicznie trasy, docieramy do Machama Hut (ok. 3.000 m n.p.m.). Wpisujemy się
        do książki, którą prowadzi strażnik parkowy. I możemy oddać się błogiemu
        lenistwu, w oczekiwaniu na kolację. Ta się jednak opóźnia, bo tragarze z całym
        tym nielekkim w końcu majdanem, zostali w tyle. Zanim możemy coś zjeść, Kibo
        wyłania się zza chmur i w ruch idą aparaty fotograficzne. A potem szybko robi
        się ciemno. Kiedy Lucas podaje nam w końcu kolację nie widzimy już, co tak
        właściwie jemy. Ale może to i dobrze Smak ma toto psiny trzeciego gatunku, tj.
        siekanej razem z budą... Tylko owoce nie budzą naszych obaw... Nagotowali tego
        dużo, więc jesteśmy w stanie poratować jakąś parę z Holandii. Ich tragarze
        zostali gdzieś po drodze a nie mając latarek prawdopodobnie zdecydowali się na
        nocleg w lesie, pozostawiając ich bez wody i jedzenia. Jeszcze chwila śpiewów
        przy gitarze (tak, tak Tadzinek uradowany wiadomością, że nie będzie zmuszony
        do dźwigania butli z gazem, z łatwością dał się namówić na zabranie gitary) i
        kładziemy się spać.
        • Gość: chatka Re: Habitus IP: *.BIAWAR.COM.PL 03.06.02, 15:39
          > Jak to się robi, żeby wyjechać w dzikie, niepewne
          > kraje? Nie bałaś się, że was tam okradną, zabiją, zaaresztują? Masz takich
          > znajomych podróżników czy sama organizujesz wyjazdy? Ciekawe, czy ja
          > się .kiedyś
          > odważę...

          Jasne ze zawsze jest obwawa czy my i nasz bagaz wrocimy cali i zdrowi, uwierz
          mi nie jest to wiekszy strach niz przed wyjazdem do Warszawy! Wcale to mnie
          jednak nie powstrzymuje, tak bardzo czekam wyprawy i tak sie z niej ciesze ze
          nie mysle o najgorszym! Dobrze jest pojechac pierwszy raz z agencja
          podroznicza, zauwaz nie z biurem podrozy bo z okna klimatyzowanego autobusu w
          12 dni Indii nie poznasz! Powinien to byc tramping w grupie najwyzej 6-7
          osobowej. Masz zagwarantowanego przewodnika i ...towarzystwo. W moim przypadku
          bylo to bardzo istotne, bo moi znajomi albo nie mieli pieniedzy, albo tak
          dlugiego urlopu!Poza tym takie wyprawy skupiaja fajnych ludzi i chodz jedziesz
          z obcymi czujesz sie jakby byla to wyprawa za znajomymi! MI przynajmniej udalo
          sie!Pozdrawiam


    • ralston Kilimandżaro dzień 3 06.06.02, 18:36
      Dzień 3

      Pobudka około godziny 7.00. Temperatura na zewnątrz namiotu 8 st. C. Na
      śniadanie omlety z warzywami, chleb tostowy, miód, dżem i oczywiście świeże
      owoce. Nasi czarni koledzy mają duży zmysł praktyczny. Z wody pozostałej po
      gotowaniu jajek zaparzają nam herbatę. Jest może trochę tłustawa, ale za to
      pożywna... Dostajemy „lunchpacki” na drogę: gotowane jajko (te od herbaty),
      marchewkę, zieloną pomarańczę i banana. Tutejsza odmiana bananów, nazywana
      królewską charakteryzuje się świetnym smakiem, ale niestety raczej mizernym
      rozmiarem. Ma nam tego wszystkiego wystarczyć do wieczora, a przed nami długie
      podejście do Shira Camp – jakieś 800 m w górę.
      Wyruszamy około 9.00 Jest już ciepło – ok. 23 st. Słońce robi swoje. Trasa
      okazuje się łatwiejsza od wczorajszej, chociaż może to też kwestia wolniejszego
      tempa marszu. Wczoraj Michał przeszarżował – ostre tempo plus brak nakrycia
      głowy – a wieczorem nie był w stanie wyjść z namiotu na kolację. Dziś
      przewodnicy powtarzają często: pole, pole (powoli, powoli). Zatrzymujemy się
      więc i fotografujemy, korzystając z pięknej pogody i ładnych widoków w dół, bo
      oczywiście Kibo zdążył się już zazdrośnie ukryć w chmurach. Tej pięknej pogody
      nie starcza jednak na długo. Około 13-tej zaczyna kropić, a potem rozpętuje się
      potężna ulewa. Ładnie tu musi wyglądać w porze mokrej, jeśli w środku pory
      suchej tak leje! Wywaliło nam na głowy chyba całą kwartalną normę opadów! Co
      gorsza temperatura znacznie się obniżyła i deszcz przeszedł w grad. Gorąca
      Afryka – chyba jakieś kpiny! Zacinający ostro wiatr sprawił, że mokre spodnie
      wszystkim przykleiły się do nóg i woda powoli acz uparcie zaczęła wypełniać
      buty. Na wlewającą się górą wodę żaden goretex nie pomoże – więc po kilkunastu
      minutach wszyscy zgodnie pochlupujemy. W pewnym momencie docieramy do sporej
      jaskini – ale to już musztarda po obiedzie. Większość jest przemoczona na
      wskroś. Moja kurtka wytrzymała napór ulewy, ale spodnie i buty można wyżymać.
      Niektórzy zaczynają się przebierać. Ja decyduję się tylko na dołożenie na
      grzbiet polaru z podręcznego plecaczka. Od czasu jak przestaliśmy maszerować
      zrobiło się paskudnie zimno. Na ziemi ściśnięci z powodu braku miejsca siedzą
      tragarze. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem, żeby ktoś tak bardzo dygotał z
      zimna! Ciepła herbata z termosu poprawia na chwilę humor. Już nikt nie pamięta
      o tym na czym była gotowana...
      Mimo, że nie przestało całkiem padać, musimy ruszać dalej. Do miejsca obozu
      pozostało jeszcze sporo drogi. W wielu miejscach pojawiły się rwące strumyki i
      małe, malownicze wodospady. Tyle, że ciężko się w takich warunkach nimi
      zachwycać. Trzeba przy tym uważać, bo jest ślisko. Teren pomału przechodzi w
      coraz bardziej wysokogórski. Więcej jest skał, roślinność uboższa. Droga jest
      urozmaicona i mamy coraz ładniejsze widoki.
      Kiedy w końcu docieramy do Shira Camp, ciągle jeszcze pada, a właściwie mży.
      Niestety, okazuje się że większość z nas ma przemoczone wszytkie lub niemal
      wszystkie ubrania. Niewielu użyło do pakowania foliowych worków – jedynej
      skutecznej metody na takie warunki. U mnie szkody w ubraniach niewielkie –
      tylko to, co na sobie. Za to błędem okazało się zawierzenie Alpinusowi w
      nieprzemakalność pokrowca na śpiwór... Po ściśnięciu ręką (bez wykręcania!) ze
      śpiwora woda leje się ciurkiem. Tylko dolna część, jako że był zwinięty dość
      ciasno, ocalała. Dużym problemem są też buty. Nie ma szans na ich wysuszenie do
      jutra i trzeba będzie dalej zasuwać w mokrych, brrr...
      • Gość: chatka Re: Kilimandżaro dzień 3 IP: *.BIAWAR.COM.PL 09.06.02, 22:11
        Wiedzialm ze to piekna kraina, ze to ulubione w Anglii miejsce na wakacje, ale
        to co zobaczylam przeszlo moje wszelkie oczekiwania.
        CROYDE
        Malutka wioseczka pelna chatek krytych strzecha,bielonych i ukwieconych a
        mieszczacych tradycyjne angielskie B&B; pare gift shopow i kawiarenek, gdzie
        podaja tutejszy przysmak slynny na cale Krolestwo: Cream Teas, czyli dwie
        czesto gorace buleczki ktore zjada sie z bita smietana tzw. clotted cream (jest
        tak tlusta ze bardziej przypomina maslo niz smietane!)i dzemem truskawkowym a
        popija oczywiscie herbatka z mlekiem!; 2 lodziarnie w ktorych lody wyrabiane sa
        z tejze smietany i sa to najlepsze lody jakie w zyciu jadalam. Gdy zamawiam
        bananowe spodziewam sie czegos rownie żółtego jak ich skorka, a dostaje
        fantastyczna kope gestych, prawdziwie smietankowych i naturalnie bananowych tj.
        z duza iloscia bananowych czastek lodow w kolorze...pociemnialych bananow!. sa
        jeszcze dwa sklepy sportowe ze sprzetem do surfingu. Siedzac w kawiarence
        obserwuje blakajacych sie turystow:albo sa to emeryci albo mlodziez. Ci pierwsi
        sa bardzo ...angielscy, zadbane starsze panie i panowie w bialej sportowej
        ubraniach. Wsrod mlodych panuje moda na scruffy look, taki troche udawany, bo
        ten wyplowialy koszylek, skrywa metke Armaniego, a okulary "narciaskie" maja
        pewnie logo Gucci, do tego dredy, kozia brodka, klapki i deska pod reka!
        DOM:
        Combas Farm poza wsia, nie widac domu dobrze z drogi, gdyz rosnie prawie 2
        metrowy zywoplot. Mozna zajrzec przez furtke a ukaze sie piekny rozlozysty dom
        z konca XVII wieku! Na dole jest pokoj goscinny z ogromnym kamiennym kominkiem,
        (przypomina mi te z zamkow) nad nim wisi strzelba obok stoja stare wyscielane
        aksamitem fotele i sofy, pachnie kurzem i pasta do podlogi. Na gorze pokoje
        goscinne w stylu Laury Ashley: tapety w kwiatuszki, zaslonki w kwiatuszki,
        porcelanowe toaletki, drewniane sekretarzyki, haftowana snieznobiala posciel z
        falbankami. Na dole jest jeszcze duza kuchnia. Tu codziennie wczesnie z rana
        przygotowujemy sniadanie, English breakfast: jajka, bekon, tostowane pomidorki,
        smazone w calosci pieczarki i fasolka w sosie pomiodorowym, ach i oczywiscie
        herbatka z mlekiem. Sprzatmy po sniadaniu, i mamy czas na nasze sniadanie tosty
        z marmolada pomaranczowa!! (w Anglii nie ma innej marmolady niz pomaranczowa
        jesli jest sliwkowa, albo truskawkowa to nazywa sie dzem :))Po sniadaniu goscie
        ruszaja na wedrowke i wracaja dopiero na kolacje. Wlascicielka slynie z dobrej
        kuchni wiec zawsze szykuje cos specjalnego, raz jest to losos w sosie z pora i
        wermuthu a innym razem sola w beszamelu z pieczarkami!Po kolacji siadamy przy
        stole w kuchni na szklaneczke czegos mocniejszego, Gwen pije whisky a ja
        specjalnie dla mnie kupione wino imbirowe!Potem juz moge isc nad morze.
        MORZE
        Uwielbiam droge do morza, wzdluz drogi po obydwu stronach ciagnie sie zywoplot
        po ktorym wije sie wiciokrzew, jego angileska nazwa jest bardziej romantyczna -
        honeysuckle. Czasem czuje fale cieplejszego powietrza, ktore unosi upajajacy
        slodki milosny zapach honesuckle! Plaza o tej porze roku jest pusta, za
        wczesnie na kapiele, ale na morzu surfuja. Gdy jest odplyw morze cofa sie
        zostawiajac wyżłobione w pasku kałuże w ktorych odbija sie niebo, niebo i
        moerze sa koloru...lodow jagodowych, doznaje uczucia surralistycznego i zawrotu
        glowy gdy moze i niebo zlewaja sie wjedno i nie wiem gdzie jest horyzont.Ide
        boso, ubrana w ciepla jesienna kurtke, czasem towarzysza mi psy, rozponaja mnie
        juz, biegna za daleka i odprowadzaja do konca plazy.Wracam gdy jest juz
        zupelnie ciemno, wypijam jeszcze jedna szklaneczke wina, zagladam by powiedziec
        Dobranoc, gospodarze unisono pochrapuja w fotelach przed telewizorem, wymykam
        sie do mojego karawanu w ogrodzie, z rana wiem ze obudzi mnie bazant ktory
        mieszka na wzgorzu i co ranek ... skrzeczy...
      • Gość: chatka Bajkal IP: *.BIAWAR.COM.PL 17.06.02, 07:12
        Przepraszam, nie udalo sie ale dzis ze switem wstalem by nadrobic zaleglość...

        Z lotniska w Irkucku bierzemy taksówkę i jedziemy do poleconego nam hotelu. Tu
        po raz pierwszy mam okazje przypomnieć sobie swój rosyjski. "Tu kwartira
        end..."Chyba mówią tu z innym akcentem niż mój moskiewski bo dostajemy sale
        bilardowa bez okien, w piwnicy. Następnego dnia wyruszamy nad Bajkał,
        wynajmujemy UAZ-a, czeka nas 5 godzin jazdy przez tajgę i przeprawa promem na
        wyspę Olchon. To największa wyspa na Bajkale ciągnie się wzdłuż lądu osłaniając
        go i tworząc tzw. Malyje Morie. Od tej strony wyspy widać naprzeciwległe białe
        góry, przypominające white cliffs of Dover. Szybko zakwaterowujemy się w
        gospodarstwie - kempingu i idziemy zobaczyć ją - Szamankę, skałę która
        najczęściej zdobi mapy i pocztówki z nad Bajkalu. Legenda głosi, ze był tu
        kiedyś szaman, który przenikał skałe, wchodził z jednej strony i wychodził z
        drugiej. Lud prosty bogobojny nie domyślił się ze w skale było przejście...
        Wieczorem czeka nas bania i ...dyskoteka. Magnetofon w samochodzie ryczy na
        całą okolicę, dostajemy zaproszenie od wakacjuszy z domku obok na wspólna
        zabawę. Ja umykam na skały pokontemplować, a chłopcy.... od tej nocy będę
        wymieniać znacząco spojrzenia i rumienić się na wspomnienie dziewuszki o
        imieniu Lena...
        Chużyr to największa wioska na wyspie, i można by powiedzieć jedyna, reszta to
        parę domostw i resztki łagru. Drewniane chatki wysokie płoty i zdobione
        wysokie bramy, (domyślamy się ze maja chronić przed śniegiem i zamiecią), dalej
        już tylko tajga. Widok dość ....swojski, aż dziw ze dzieli nas tysiące
        kilometrów od domu. Nasz gospodarz zabiera nas na całodniową wycieczkę po
        Olchonie. Jedziemy na koniec wyspy by zobaczyć ten właściwy Bajkał, rozległy po
        horyzont i najgłębszy ze wszystkich jezior. Na wysokim brzegu zapatrzeni w
        bezkresny lazur wody, zjadamy lunch który zabrał dla nas Juria: omul wędzony,
        omul surowy, cebula, ogórki i pomidory!
        Z Olchonu chcemy zabrać się na druga stronę Bajkału, na półwysep Swiatyj Nos i
        dalej do Republiki Burjacji i do Ulan Bator. Już trzeci dzień czekamy na
        karbola, który zabrałby nas na drugi brzeg. Rybacy mówią ze nie ma benzyny,
        potem ze im się nie opłaca, a gdy w końcu do zatoki wpływa statek z moskiewska
        wycieczką notabli okazuje się ze nie płyną dalej, bo na Bajkale sztorm. Nie
        pozostaje nam nic innego jak zaryzykować alternatywny plan wyprawy i pojechać
        pociągiem w góry o groźnej nazwie Hamardaban, gdzie prawdopodobnie zawsze
        pada... Gdy ruszamy z przewodnikiem wynajętym w siedzibie parku narodowego w
        Tanchoj, i przez kolejny dzien jest piękna słoneczna sierpniowa pogoda...
        Idziemy do drugiej na szlaku chatki leśników, gdzie rozbijamy namioty by
        następnego dnia wyjść na łąki, hale i grzbiety. Przedzieramy się przez tajgę,
        ścieżka niejednokrotnie zanika, przechodzi w bagno, wiedzie tuż nad rwącym
        potokiem. Gdy docieramy w końcu do obozowiska, jesteśmy tak bardzo zmęczeni, że
        część grupy decyduje się nie iść dalej. Ja odczuwam ze sezon na łyżwach i
        rolkach zrobił swoje... Idziemy w górę przedzierając się przez gesty las gdy
        wychodzimy na rdzawe łąki, grzbiety porosłe kwitnącym rododendronem, i
        karłowatą limbą z której wyłuskujmy smaczne, oleiste pestki. Odpoczywamy na
        łące leżąc w krzaczkach jagód wielkich jak czereśnie i podziwiając widoki. Tego
        samego dnia schodzimy do obozowiska by dalej z cala grupa zejść na dół do
        siedziby parku. Jest już 16 a my musimy jeszcze zrobić drogę która z trudem
        pokonaliśmy wczoraj... Przez kolejnych parę dni nie mogę chodzić, wstawać,
        siadać!!!
        W Ułan Ude stolicy Burjacji, łapiemy rosyjski pociąg do Ułan Bator, chłopcy
        jakby przeczuwając że prze następne dwa tygodnie nie będą jedli ryby zakupują
        wędzonego omula i w pociągu w którym nie otwierają się okna robią sobie
        kolacje...Obok trwa inna impreza , mongolscy biznesmeni opijają udane zakupy,
        które w pośpiechu przed granicą, nie przejmując się całkiem nasza obecnością
        chowają pod podłogę w korytarzu! Zanim zostaną wysadzeni na granicy mija 4
        godziny i gdy w końcu docieramy do Ułan Bator, jednogłośnie postanawiamy drogę
        tę z powrotem pokonać samolotem....
        cdn
    • Gość: Akir Re: Dziki jest ten swiat IP: 212.160.130.* 17.06.02, 11:51
      Nie było mnie trochę bo syn mi się urodził , i byłem na urlopie.
      Ale wracajmy do Meteorów w Grecji.
      Już same skały widziane z okien samochodu są fascynujące, każdy pewnie
      widział „Maczugę Herkulesa” w Ojcowie (Jura Krakowsko Częstochowska), to teraz
      wyobraźcie sobie setki takich skał jedna przy drugiej.
      Docieramy do wsi Kalambaka u podnóża tych skał. Nocujemy u rolnika na kwaterze
      prywatnej, Rolnik akurat wyprawia skórę muflona, obok leży piękne zakręcone
      poroże, Tomek gratuluje mu że ustrzelił tak piękne zwierzę , okazuje się że nie
      ustrzelił a zarżnął , on po prostu hoduje muflony.
      Jest około 16 zwiedzanie klasztorów zostawiamy więc na jutro, bo wieczorem są
      nieczynne dla turystów,
      Jako że jeszcze w Polsce próbowaliśmy wspinaczki skałkowej , postanawiamy
      wejść na jedną ze skał, trochę to ryzykowne bo nie mamy żadnego sprzętu,
      jednak po jakimś czasie docieramy do szczytu, okazuje się że nie jesteśmy
      pierwsi, na szczycie jest mała metalowa skrzyneczka w której znajdujemy księgę
      wejść, z dumą wpisujemy się jako pierwsi Polacy na tym szczycie.
      Następnego dnia ruszamy na zwiedzanie klasztorów
      grecja.home.pl/galerie/meteora/meteory02.htm
      Wszystko co jest wybudowane na tych skałach było wciągane na linach, każda
      cegła , woda jedzenie, mnisi , wszystko. A powstały te klasztory w połowie
      drogi do nieba, jak sądzili ich budowniczowie, mogli oni tam oddawać się
      modlitwom o rozmyślaniom.
      Teraz jednak jako że klasztory od jakichś stu lat żyją z turystów pobudowano
      kładki schody i inne takie kierusandrzej.republika.pl/grec42.jpeg ,
      specjalne urządzenia do wciągania na górę są już tylko atrakcją do pokazywania
      turystom.
      Tu po raz pierwszy zobaczyłem co tak naprawdę znaczy termin bizantyjski
      przepych, to co widziałem w niektórych klasztorach jest nie do opisania, złoto,
      obrazy białe skóry na podłodze...
      Jeden z klasztorów jest jak komiks dla twardzieli, bo jego ściany pokrywają
      malowidła przedstawiające śmierć męczenników, wbijanie na pal, wyłupianie oczu,
      wlewanie do gardła roztopionego ołowiu, i tym podobne w strasznej ilości.
      Ogólnie jest to miejsce wspaniałe i fascynujące i jednocześnie nie do opisania
      słowami.
      Na dole jeszcze jedno ciekawe miejsce jaskinia której wejśćie jest około 20 m
      nad ziemią w pionowej skale mnisi trzymali tam tych którzy mieli jakieś
      wątpliwości na temat wiary, jak taki chciał jeść to musiał głośno krzyczeć że
      już mu wątpliwości przeszły.
      To że mnisi zajęli się głównie turystyką miało jeszcze jedną dobrą stronę
      między skałami jest sporo zapuszczonych pól winogronowych , o owocach drobnych
      ale bardzo słodkich, najedliśmy się jak bąki.
    • Gość: akir Re: Dziki jest ten swiat IP: 212.160.130.* 18.06.02, 11:26
      Opowiem wam o Volos , malowniczej zatoczce gdzie nie było żadnych zabytków , a
      mimo to był to jeden z ciekawszych etapów naszej podróży . Spaliśmy tam wprost
      na plaży w zagłębieniu skały, bez rozbijania namiotu bo plaża była kamienista i
      nie było jak wbić śledzi. Dzięki temu mogliśmy oglądać malownicze
      wschody/zachody słońca i łowiących tam rybaków, którzy gdy sieć im się
      zaplątała to wychodzili z łódki i ją odczepiali (jakiś kilometr od brzegu woda
      nadal była płytka do piersi) . kiedy wracali z połowu ,szliśmy na nabrzeże i na
      zaimprowizowanym targu kupowaliśmy od nich ryby, często prowadząc dysputy
      polityczne, np. jeden Grek właściciel hotelu i sześciu taksówek który był
      zagorzałym komunistą i nie mógł zrozumieć że w komunizmie wszystkie jego
      taksówki przejdą na własność państwa. Spotkaliśmy też Jasia Zdanieckiego ,
      chłopaka z Białegostoku który miał długie prawie białe włosy i Grekom uparcie
      wmawiał że jest z Grenlandii. (będzie to istotne kiedy napiszę wam o Holandii)
      Ale najciekawsze co nas spotkało to praca, ale żeby zrozumieć to co za chwilę
      opiszę trzeba wiedzieć że Grecy mają niezbyt ciekawy stosunek do kobiet.
      Kobiety mają status trochę wyższy od psa i maja siedzieć w domu kiedy mężczyźni
      się bawią. Z tym wiązała się praca dziewczyn w knajpie, otóż żeby do knajpy
      przychodziło dużo gości powinny tam być jakieś dziewczyny, ale Greczynki siedzą
      w domach więc nasze dostawały pieniądze za to że siedziały w knajpie i ładnie
      wyglądały (najpierw z przerażeniem pilnowaliśmy czy nie grożą im jakieś
      sekscesy, ale nic takiego nie było , po prostu były w knajpie i rozmawiały z
      gośćmi udając zwykłe klientki, dodatkowo jeśli ktoś im stawiał drinka dostawały
      samą cocacolę , a klient płacił jak za alkohol).
      My natomiast załapaliśmy się do zbierania migdałów. Zanim jednak zaczęliśmy
      pracę rolnik zaprowadził nas do domu gdzie była jego żona, wiedzeni
      staropolskim zwyczajem podczas prezentacji cmoknęliśmy Greczynkę w rękę (tu
      przypominam o statusie greckich kobiet) dzięki temu byliśmy podejmowani na
      obiadach w iście królewskim stylu.
      Samo zbieranie migdałów przypomina pracę chińskiego rolnika, dostajesz
      spiczasty kapelusz i kij do ręki i tym kijem walisz w drzewo, migdały spadają
      na rozścielone poniżej płachty, a potem z tych płacht sypiesz wszystko do koszy.

      Jeszcze zdanie o Termopilach , wąwóz na skutek prac rolniczych ma dziś ok. 10
      km szerokości (więc nie jest wcale obronny, stoi tam faktycznie posąg z
      napisem : „przechodniu powiedz Sparcie że tu leżą ci co.....”, pomnik jest
      wciśnięty między dwa słupy wysokiego napięcia (tak że nawet ładnego zdjęcia nie
      da się zrobić) i jedyne na co zwróciła uwagę Anka było to że rzeźbiarz słowo
      męstwo zrozumiał bardzo dosłownie.;-)
    • Gość: Akir Re: Dziki jest ten swiat IP: 212.160.130.* 19.06.02, 12:46
      Ateny. Ateny to przede wszystkim Akropol. Warto wiedzieć że piękna biel kolumn
      którą wszyscy znamy , jest wynikiem erozji , w czasach starożytnych wszystkie
      te białe ściany były pokryte pstrokatymi wzorami o ostrych kolorach. Warto też
      wiedzieć że do IXX wieku akropol przechował się w stanie niemal nienaruszonym,
      jednak w czasie którejś z wojen, Turcy urządzili tu sobie skład amunicji, a
      Anglicy trafili w ten skład i stąd obecnie oglądać można głównie ruiny.
      Po drodze na Akropol spotkaliśmy pana który sprzedawał przewodniki w różnych
      językach świata, między innymi po polsku, i co ciekawsze umiał się w każdym z
      tych języków porozumieć, okazało się że kiedyś był profesorem na uniwersytecie,
      ale mu się nie opłacało (skąd my to znamy).
      Ciekawostką mówiącą wiele o historii Grecji są Kariatydy
      www.kb.neostrada.pl/opisy/dzien5_pliki/15.htm
      Tylko jedna z nich jest prawdziwa pozostałe znajdują się w Luwrze, British
      Muzeum w Londynie, w Baerinie itd. Po prostu każdy kto podbijał Grecję brał
      sobie po jednej na pamiątkę.
      Ciekawym miejscem jest Muzeum Narodowe , które między sobą nazwaliśmy polem
      minowym, bo w poszczególnych salach w dużej ilości leżały ręce nogi korpusy bez
      głów, głowy oddzielnie....
      Tak się złożyło że akurat wtedy odbywały się targi książki, w parku wielkości
      naszych Plant, wzdłuż alejek stały stoiska, każde jakiś metr szerokości, w
      każdym inne wydawnictwo, a książki tam były, grające trójwymiarowe, z dziórką w
      środku, psikające wodą , pozłacane itp. (w Polsce królowały wtedy „lektury z
      makulatury” drukowane na żółtawym papierze i w okładce z szarej tektury.)
      Super sprawą jest zmiana warty przed parlamentem, dwuch śmiesznie ubranych
      gości rusza się jak w ministerstwie śmiesznych kroków , zatrzymując się po
      każdym ruchu, a kiedy się mijają stają naprzeciw siebie i trącają się pomponami
      na butach.
      www.man.poznan.pl/~marcinp/photo/greece/g1.jpg

    • Gość: Akir Re: Dziki jest ten swiat IP: 212.160.130.* 21.06.02, 09:39
      Nie wiem czy jeszcze ktoś to czyta , ale opowiem wam o Koryncie.
      Jeśli chciałbyś poznać antyczną Grecję w jeden dzień to jest właśnie miejsce
      dla ciebie, ponieważ Korynt był wiele razy niszczony i odbudowywany to
      mieszają się tu wszystkie style architektoniczne Grecji i Rzymu, poza tym
      oprócz świątyń są tu normalne domy starożytnych mieszkańców , więc można sobie
      wyobrazić jak wtedy żyli ludzie. No i założycielem Koryntu był Syzyf , według
      mitologii najsprytniejszy z ludzi. Nieraz zalazł on za skórę różnym Bogom ale
      ponieważ był czarujący jakoś wszyscy przymykali na to oko, w końcu jednak
      popełnił błąd zadarł z Zeusem. Zeus oprócz tego że był szefem Bogów, był
      protoplastą Cassanowy i nie przepuścił żadnej ładnej pannie. Porwał któregoś
      razu Eginę, córkę Asoposa Boga strumieni i źródeł, niestety dowiedział się o
      tym Syzyf , a że w jego Koryncie brakowało jednego, wody pitnej, zdradził tą
      Asoposowi w zamian za co w mieście wytrysnęło święte źródło (które można
      podziwiać do dziś).
      Zeus wpadł w szał i uśmiercił Syzyfa , ten jednak umierając zakazał krewnym
      wyprawić sobie pogrzebu. Kiedy stanął nad Styksem jękami i płaczem napełnił
      całe podziemne królestwo. Gdy Charon zapytał go o przyczynę rozpaczy, wtedy
      Syzyf głosem przerywanym od łkań opowiedział swą żałosną historię, jak to
      bezbożna małżonka zapomina o swej powinności i nie chce mu sprawić pogrzebu .
      Jęki i narzekania Syzyfa doszły w końcu uszu Hadesa i Persefony żal im się
      zrobiło dawnego ulubieńca. I pozwolili mu wrócić na chwilę żeby zrobić porządek
      z rodziną . Syzyf poszedł i dłuuuugo go nie było . W końcu Hades
      zniecierpliwiony wysłał po niego o Tanatosa, boga śmierci, aby zakuł Syzyfa w
      dyby i siłą sprowadził do Tartaru. Jedna nasz bohater stwierdził że nie wie jak
      się te dyby zakłada , a kiedy Tanatos mu pokazał na sobie jak trzeba w to
      wleźć, zatrzasnął zamek i dalej żył szczęśliwie. Wielkie się zrobiło
      zamieszanie na ziemi bo bez Tanatosa nikt nie mógł umrzeć , a na polach bitew
      rzołnierze biegali z odrąbanymi głowami. W końcu Zeus dostał szału i strącił
      Syzyfa do podziemi piorunem (przy okazji uwalniając Tanatosa) , a założyciel
      Koryntu za swe zbytki tacza kamień na szczyt góry.


      P.S Rals wszedłeś w końcu na to Kilimandżaro , czy deszcz cię tak zniechęcił
      że wróciłeś do ciepłych pieleszy?
      • ralston Kilimandżaro dzień 3 cd. 21.06.02, 11:53
        Gość portalu: Akir napisał(a):

        > P.S Rals wszedłeś w końcu na to Kilimandżaro , czy deszcz cię tak zniechęcił
        >
        > że wróciłeś do ciepłych pieleszy?

        Pole, pole jak mawiają czarni koledzy. Po co się śpieszyć...

        Dzień 3 - c.d.

        Na pocieszenie Tadzio opowiada nam historyjkę o Stasicku - starym góralu z
        Beskidów, który mieszkał w samotnej chacie, gdzieś wysoko w górach. Z racji na
        to, że historyjka wszystkim znakomicie poprawiła humor – przytaczam w całości:

        Stasickowa opowieść o dyscu
        Włoncam radyjo. Gadajom, co w kieleckiem leje, w krakowskiem – leje, w
        nowosądeckiem – leje. Spozirom bez łokno – a tu leje! Jakem się łozeźlił, tak
        wzionem siekiere! Jakem pierdolnoł bez radyjo tak sie łod razu przejaśniło...

        Rozwieszamy zmoczone śpiwory i ubrania w zaimprowizowanej pod osłoną skały
        suszarni. Próbujemy rozpalić ognisko, żeby wysuszyć buty. Murzyni wpadają jednak
        w panikę. Krzyczą, że zaraz przyjdzie strażnik parku i że będą wysokie kary (po
        $500 od łebka – toz to rozbój w biały dzień). Kiedy obiecują, że po ugotowaniu
        posiłku wysuszą nam buty nad gazowym palnikiem, dajemy spokój i godzimy się
        ugasić nasze ognisko. Jeszcze kilka lat temu palenie ognisk w Kilimanjaro
        National Park nie było zakazane, ale po wielkim pożarze, w którym spłonęły setki
        a może i tysiące hektarów lasu – wprowadzono całkowity zakaz. Ślady tego pożaru
        oglądaliśmy wczoraj i dziś. Mimo, że las tropikalny odradza się dość szybko –
        ciągle jeszcze widoczne są wypalone kikuty drzew i rachityczne wciąż odrosty.
        Okazuje się, że Charles miał rację - istotnie po jakiejś pół godzinie, pojawia
        się strażnik. Dokonujemy wpisu do księgi obozu i przestajemy narzekać na naszych
        przewodników, że nie pozwololili nam palić ognia. Snujemy plany – na co wydamy
        zaoszczędzone 500 dolców, na ogół przeliczając ile to będzie butelek Kilimanjaro
        Lager :)))
        Na obiadokolację dostajemy chicken soup – wodnistą ciecz o żóltawym kolorze, bez
        śladu czegokolwiek wewnątrz. Zastanawiam się, czy to kiedykolwiek widziało choć
        fragment kurczaka. Na dole – nikt z nas nie zechciałby nawet na to spojrzeć – tu
        wcinamy i prosimy o dokładkę. Na drugie danie mamy ziemniaki z wołowiną i fasolką
        szparagową, na deser – mango.
        Michał dziś czuje się lepiej, za to Agnieszka zaczyna chyba mieć objawy AMS. Ma
        duszności, ból głowy i ogólnie źle się czuje. Krótko przed północą krzyczy w
        namiocie, że się dusi. Pomaga wypicie większej ilości zimnej wody. Parę osób
        narzeka na silne bóle głowy. Pozostali poza lekkimi zawrotami głowy przy nagłym
        wysiłku i lekkim drętwieniem kończyn, czują się w miarę dobrze. Trochę się
        niepokoję, bo niektórzy zaczynają już dopytywać Charlesa i Lukasa o najbliższą
        drogę zejściową – na wypadek gdyby jutro padało tak samo. Duch w narodzie upada...

        c.d.n. (ino nie wiem kiedy)
    • ralston Kilimandżaro Dzien 4 24.06.02, 19:44
      Dzień 4

      Wstajemy razem ze słońcem. Przy czym budzi nas nie tyle słońce, co przenikliwy
      ziąb. Temperatura spadła nad ranem w okolice 0 st. C. Normalnie nie robiłoby to
      wiekszego wrażenia w ciepłym śpiworze, ale w śpiworze przemoczonym...
      Samopoczucie po nieprzespanej nocy takie, że jeśli chciałbym je opisać,
      pomijając słowa niecenzuralne, to nie miałbym nic do powiedzenia. Wyskakuję z
      namiotu i ... zamurowuje mnie na chwilę. Po raz pierwszy w trakcie naszej
      wędrówki Kibo wygląda tak pięknie. Całkowicie odsłonięty potężny stożek z
      urwanym wierzchołkiem. Ze krawędzi spływaja w dół jęzory lodowców – matowobiałe
      w porannym, skąpym jeszcze świetle. Pędem wracam i wygrzebuję z namiotu aparat.
      Kilka fotek przy różnych ustawieniach czasu i przesłony i... w te pędy
      wskakuję z powrotem do śpiwora, bo na zewnątrz ząb na ząb z zimna nie trafia.
      Kiedy wstajemy ponownie, słońce jest już na tyle łaskawe, że zaczyna grzać.
      Nasi dzielni towarzysze oddają nam rzekomo suszone nad palnikiem buty. Rzekomo,
      bo jakie mokre były wieczorem, takie są i teraz. Wytrzącham z nich kilka kości
      kurczaka (czyżby wczorajsza chicken soup, była rzeczywiście gotowana na
      kurczaku?). Wyrzucamy też wszystkie wilgotne rzeczy z namiotów i
      skrupulatnie „tapetujemy” nimi wszystkie większe kamienie w zasięgu wzroku. A
      jeśli już jesteśmy przy wzroku, to jest naprawdę na co popatrzeć. Na
      południowym zachodzie dumnie wznosi się granatowa, trójkątna sylwetka Mt. Meru.
      Na zachód rozciąga się bardzo malowniczy, poszarpany grzbiet Shiry (najniższy z
      trzech wierzchołków Kilimandżaro. Tworzy różne przedziwne formy. Można się tam
      dopatrzeć jakby gmachu katedry, jest nosorożec, jest mnóstwo iglic. Na północ
      od nas rozciąga się Płaskowyż Shira (Shira Plateau), którego południową
      krawędzią będziemy dzisiaj wędrować przez pierwszą połowę dnia. I wreszcie na
      wschodzie błyszczy w promieniach porannego słońca Kibo. Wydaje się być tak
      blisko, że trudno uwierzyć, że będziemy tam wędrować jeszcze przez trzy dni...
      Z racji na konieczność wysuszenia rzeczy, wyruszamy później niż zwykle – około
      10-tej. Lokalne bóstwo odpowiedzialne za pogodę, postanowiło nam chyba
      zrekompensować wczorajsze oberwanie chnury i dziś dla odmiany odkręciło na
      maksa ogrzewania, więc wszyscy dzielnie parzymy się w nieprzemakalnych
      spodniach, które każdy na wszelki wypadek założył przy wyjściu...
      Z wolna ginie gdzieś wszelka roślinność i zaczynamy przemierzać krajobraz rodem
      z Księżyca. Skały, skały, skały... Monotonny marsz pod górę w mokrych butach.
      Na skali przyjemności: średnio. Po półtorej godzinie marszu postój. Zmiana
      skarpet na suche. Mokre wzięły większość wody z butów i teraz idzie się już
      całkiem dobrze. Żałuję, że przed wymarszem w obozie nie rzuciłem hasła, żeby
      każdy zabrał z sobą do podręcznego plecaka zapasową parę. Wydawało się to tak
      oczywiste... Niestety nie dla wszystkich, bo chyba tylko cztery osoby z
      dziesięciu o tym pomyślały. Reszta jest na najlepszej drodze do pięknych otarć
      i pęcherzy...
      Grupa się podzieliła. Zostaję z tyłu z Tadzinkiem, który jest raptem trzy
      tygodnie po jakiejś operacji nerek i Frankim, któremu dolega kolano. Z czasem
      doganiamy Jacka, któremu nie odpowiada dziś szybsze tempo czołowej grupy,
      prowadzonej przez Charlesa. Nam towarzyszy Lucas, nasz drugi przewodnik i szef
      kucharzy w jednej osobie. Jest niesamowity. Od początku wędrówki dźwiga na
      głowie kilka kartonowych tac jajek (tych do parzenia herbaty :)), przewiązanych
      sznurkiem. Jedną rękę albo chowa w kieszeni, albo trzyma w niej papierosa. W
      drugiej ma kijek trekkingowy, którym od czasu do czasu się podpiera.
      Pomału docieramy do Lawa Tower. To duży masyw skalny z wysoką pionową ścianą –
      dobre miejsce do wspinaczki. Jednocześnie jest to najwyższy punkt na
      dzisiejszej trasie (ok. 4.600 m n.p.m.). Wykorzystujemy to malownicze miejsce
      do odpoczynku. Konsumujemy to, co nam jeszcze w plecakach zostało.
      Tadzinek zastanawia się nad techniką stosowaną przez Lucasa do niesienia tego
      kruchego ładunku. Czym on to przymocowuje do głowy, że po nierównym terenie
      nosi bez pomocy rąk? Postanawia uważnie przyjrzeć się w jaki sposób Lucas
      będzie to zakładał na głowę, kiedy znowu ruszymy. Tymczasem Lucas, na
      hasło „idziemy” po prostu wkłada jajka na głowę, jak gdyby była to czapka z
      daszkiem i dziarsko rusza do przodu...
      c.d.n?
      • Gość: chatka Re: Kilimandżaro Dzien 4 IP: 212.160.195.* 24.06.02, 20:45
        Rals lubie te trzy literki na koncu opowiesci c d n , jest w nich zapowiedz i
        obietnica kolejncych realcji, (spodziewam sie ze wyprawa zajela wam okolo
        miesiaca!!!)Ciebe i Akira, siebie po jakims czasie tez!, czytam jak to ktos w
        was napisal "na wdechu" i slowo po slowie krok krok za wami wyobrazam sobie te
        miejsca ktore opisujecie, cos tam sobie przypominajac i dopasowujac, a to
        Himalaje skojarze a to Hamardaban, a czasem i rodzinnych stron echa slychac. I
        fajna jest tez szczerosc i chec z jak piszecie. :))))))))))))))))
      • ralston Kilimandżaro Dzien 4 cd 25.06.02, 18:40
        Pokonujemy przepiękny odcinek trasy: rozległa dolina, chmury nad nami, chmury
        pod nami, dołem płynie strumień spadając w dół licznymi kaskadami... Wszystko
        to nie da się opisać, może obiektyw aparatu odda choć w części to piękno?
        Pogoda zmienia się co chwilę, to praży słońce, to chmurzy się i pada deszcz.
        Przebieramy się co chwila, przerywając za każdym razem marsz. Lucas stoi i
        czeka z niezmąconym spokojem na twarzy i stertą kurzych jaj na głowie.
        Z tej doliny przechodzimy do następnej – jeszcze piękniejszej. Tu przyczyną
        niezliczonych postojów i ślamazarnego tempa staje się fotografowanie. Jako, że
        trawersując zbocze Kilimandżaro, schodzimy nieco w dół – znowu możemy podziwiać
        coraz bujniejszą roślinność. Rosną tu senecusy (wyglądają jak palmy o grubych
        pniach ze skąpą koroną soczyście zielonych liści), rośliny nazywane przez
        Lucasa – lobelia (podobne do olbrzymich karczochów) oraz coś, co wygląda jak
        skrzyżowanie paprotki z barszczem, co miejscowi nazywają ua’. Rosną tu także
        bardzo malownicze osty.
        Na którymś z krótkich odpoczynków Tadzio opowiada kolejną historyjkę Stasicka:

        Stasickowa opowieść o misiu

        Przysedł do pasieki misio. Babe mi wystrasył. Syćkie ule łozpierdolił – ni
        jednego nie łostawił. Miód i pszcoły wyżarł. Jakem się na niego łozeźlił – tak
        trzy dni za nim chodziłek, ażem go dopadł. Skrzydełkami sroł...

        Tymczasem główna grupa przeżywa rozterki ze swoim przewodnikiem. Kiedy na
        pytanie jak daleko do obozu, Charles odpowiada po raz czwarty, że dwadzieścia
        minut, nerwy niektórym puszczają i dochodzi do awantury.
        Docieramy w końcu do miejsca obozu. W przeciwieństwie do Charlesa, Lucas nie
        myli się jak dotąd o więcej niż 5-10 minut. Namioty są już rozbite i jest
        przygotowana typowa przekąska przed kolacją, którą nieodmiennie stanowią:
        prażona kukurydza, smażone orzeszki, kawa i herbata. Ku naszemu zaskoczeniu na
        kolację tym razem nie dostajemy chicken soup, ale zupę warzywną. Jeszcze
        większe zaskoczenie – zupa jest smaczna! Na drugie – pieczony kurczak z ryżem i
        warzywami. Super wyżerka!
        Kilka słów o samym obozie. Barranco Camp jest absolutnie najpiękniejszym
        miejscem w jakim dotąd przyszło mi biwakować. Otoczone z trzech stron wysokimi
        górami. Z czwartej – opada ostro w dół, przechodząc w niżej położoną dolinę, u
        wylotu której po zmroku pokażą się światła miasteczka Moshi. Przepiękny widok
        otwiera się pod wieczór, kiedy z chmur wyłania się w całej okazałości szczyt. W
        promieniach zachodzącego słońca skały mają złoty kolor, zaś chmury wokół
        szczytu wyglądają jak różowy dym.
        Na nocnym niebie widać Oriona. Wielki Wóz jest odwrócony do góry nogami a
        Gwiazda Polarna, schowana jest za górami. Zresztą na płaskim terenie pewnie też
        ukrywałaby się poniżej linii horyzontu...
        Wieczorem rozmawiamy przez chwilę z Muddym, który jest zastępcą przewodnika i
        jednocześnie, jak wszyscy pozostali – tragarzem. Jest Tanzańczykiem, mieszka w
        Arusha, ale studiuje fotografię prasową w Kenii, w Nairobii. To dlatego, że z
        Arusha do Dar-es-Salam jest 10 godzin jazdy autobusem, a do Nairobii, tylko
        cztery. Dowiadujemy się od niego, że Uhuru (tak w swahili nazywają szczyt
        Kilimandżaro) oznacza „wolność”. Po uzyskaniu niepodległości Tanzańczycy
        zanieśli na Uhuru symbole świeżej wolności: flagę i lampę. Ta jednak nie
        chciała się ponoć palić (czyżby za mało tlenu?)
        Dowiadujemy się również, że wieża z zegarem, którą podziwialiśmy na rynku w
        Arusha, wyznacza w pewnym sensie serce Afryki, dzieląc dokładnie na połowę
        odległość między Kapsztadem a Kairem. Sama Arusha jest trzecim co do wielkości
        miastem w Tanzanii, ale jest bardzo ważnym ośrodkiem życia politycznego. Mają
        tu swoje siedziby Międzynarodowy Trybunał d/s Zbrodni w Ruandzie oraz
        Konferencja Wschodnioafrykańska.
        W nocy znowu nie mogę spać. Brak tlenu w powietrzu sprawia, że serce żeby
        nadążyć z pompowaniem tlenu do komórek wali jak oszalałe. Efekt jest podobny do
        wypicia przed snem kilku mocnych kaw. Obok rozpoczęli już nocne muzykowanie
        Tadek z Frankim. Czyste reagge z domieszką agresywnego rocka, jak sam Tadek
        określił to chrapanie. Z sąsiednich namiotów również dochodzą odgłosy
        piłowanych desek chrrrrrrr.... chrrrrrrr...
        c.d.n.
    • Gość: Akir Re: Dziki jest ten swiat IP: 212.160.130.* 26.06.02, 12:55
      Roboty mam po uszy więc dziś króciutko, Ostatnim ciekawym miejscem w Grecji był
      Napfrion, twierdza z czasów Weneckich. Ogólnie architektura tam jest taka że
      poczułem się jakbym trafił do Urugwaju. Domy i kościoły jak z filmu „Zorro”.
      Niestety nie mogliśmy zwiedzić żadnej z Greckich wysp bo przy wejściu na prom
      sprawdzano paszporty (mieliśmy wizy na dwa tygodnie, a byliśmy trzy miesiące).
      W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Stambuł. Po drodze fajna przygoda, podwoził
      nas samochód którym brat pana młodego jechał na tureckie wesele, co prawda na
      samym weselu nie byliśmy ale , obejrzeliśmy sobie tradycyjne stroje i obrzęd
      zabicia koguta przez pana młodego (co miało przynieść szczęście). Stambuł
      piękny i egzotyczny, wszędzie handlarze sprzedający dywany sweterki i herbatę z
      dzbanków noszonych na specjalnej uprzęży, za resztkę pieniędzy zafundowaliśmy
      sobie tradycyjnie przyrządzoną rybkę w tradycyjnej restauracji. Ogólnie duży
      niedosyt, bo czy można zwiedzić takie miasto w jeden dzień? (musieliśmy szybko
      wracać bo wakacje skończyły się już z tydzień wcześniej).
      Na koniec wielki szok, wjeżdżając do Grecji jakoś nie widzieliśmy specjalnej
      różnicy, ale po przekroczeniu granicy tureckiej znaleźliśmy się w Bułgarii, w
      brudnej knajpce gdzie było tylko piwo i paluszki brudni goście zabawiali się
      dmuchając sobie nawzajem petami z zapalniczki w twarz. Byliśmy z powrotem w
      socjalizmie.
    • ralston Kilimandżaro - dzień 5 26.06.02, 23:59
      Dzień 5
      Pobudka 6.30 (chyba udało mi się jednak zdrzemnąć ze dwie godziny). Na
      śniadanie nieśmiertelne omlety, chleb tostowy i pancerna margaryna, która w
      ogóle nie chce się smarować. Do tego dżem, miód i wstrętne w smaku masło
      orzechowe. Zestawy na drogę również nieśmiertelne: gotowane jajko, chleb
      tostowy krojony w trójkąty, złożony potrójnie i przesmarowany margaryną,
      babeczka piaskowa i owoce. Dziś jednak Lucas nas zaskakuje – do zestawu dołącza
      kawałek pieczonego kurczaka. Jeszcze tylko kilka zdjęć (Kibo jak zwykle rano
      pięknie widoczny) i ruszamy.
      Pierwszy odcinek trasy jest jak dotąd najciekawszy technicznie (ale i widokowo,
      bo pejzaże jawią się nam co chwila coraz to cudniejsze). Jest to wspinaczka na
      dosyć imponującą ścianę, na mapie oznaczoną Breach Wall, przez tragarzy zaś
      nazywaną Breakfast Wall, a to z racji na to, że na górze nie zostaje już nic ze
      śniadania, zjedzonego przed wyjściem. Spala się wszystko.
      Co chwila mijamy jakieś grupki turystów, albo wyprzedzają nas tragarze.
      Wspinaczka jest momentami bardzo interesująca, zdarzają się ciekawe przechwyty.
      Najlepszym wskaźnikiem skali trudności może być to, że Lucas kilkakrotnie
      zdejmuje tace z jajkami z głowy i dźwiga je w ręku! Na końcu ściany doganiamy
      grupę. Podziwiam Frankiego – facet ma lęk wysokości ale pokonał wszystkie te
      trudne odcinki z niewielką pomocą Tadzia, który właśnie wyjął harmonijkę i gra
      ku uciesze wszystkich zgromadzonych. Niektórzy patrzą na nas jak na przybyszy z
      innej planety, bo chodzimy w t-shirtach, podczas gdy wszyscy pozostali mają już
      ciepłe kurtki i szaliki. Wyjaśnia się wszystko, kiedy mówimy, że w kraju mamy
      teraz - 20 st.
      Po chwili odpoczynku ruszamy dalej, znów we trójkę + Lucas. Idziemy
      podśpiewując od czasu do czasu góralskie przyśpiewki. Tadek przygrywa na
      harmonijce. Nagle zaczyna padać deszcz. Cholera znowu! Na szczęście tym razem
      wkrótce docieramy do jaskini, w której co prawda kapie z sufitu, ale zawsze
      jest lepiej niż na zewnątrz. Do miejsca, w którym mieliśmy zjeść lunch
      pozostało tylko 20 minut marszu, a Lucasowi można w tych sprawach wierzyć. Tam
      jest większa jaskinia i całkowicie sucha. Decydujemy się jednak zamienić 20
      minut pewnego deszczu z gradem na natychmiastowy lunch i szansę, że się
      przejaśni. I okazuje się, że była to dobra taktyka, bo po około pół godzinie
      deszcz ustaje całkowicie. Schodzimy dość ostrym marszem do doliny Karangi.
      Kolejne urokliwe miejsce na trasie. Na dole „tankujemy” wodę z rzeki Karanga (a
      właściwie strumyczka, bo gdzie tej rzece rozmiarem do choćby Białki) do pustych
      butelek po wodzie mineralnej. To ostatnie miejsce, w którym znajduje się woda.
      Od tej pory wszystko co będziemy pić i na czym gotować musimy targać na
      własnych... hmm... o.k. - na tragarzy grzbietach. Lucas zapewnia nas, że wodę
      z tej wysokości, możemy pić bez obawy, nawet bez gotowania. Na wszelki wypadek
      postanawiam jednak jej nie pić na surowo, dopóki zostało jeszcze choć trochę
      mineralnej...
      Teraz dla odmiany wspinamy się ostro. Okazuje się, że Lucas poprowadził nas
      skrótem, bo wyprzedziliśmy grupę główną i za jakiś czas doszły nas z tyłu
      okrzyki naszych: Jumbo! Habari gani? (Cześć, jak się macie!). Mzuri! Mzuri
      sana! – skłamaliśmy, bo prawie nie ma już czym oddychać i kilka szybszych
      kroków nawet na płaskim odcinku, okupujemy dużym wysiłkiem i brakiem tchu.
      Od tego momentu rozpoczyna się naprawdę mozolna wspinaczka. Krajobraz robi się
      coraz bardzije monotonny. Znika jakakolwiek roślinność. Wszędzie tylko
      kamienie. Małe kamyki, duże kamienie, głazy, szare kamienie, bure kamienie,
      płaskie, okrągłe, nieregularne. Brak tlenu staje się coraz bardziej dokuczliwy.
      Po drodze wyprzedzamy Johna, 51-letniego Amerykanina z Denver, którego
      spotkaliśmy po raz pierwszy jeszcze w lesie tropikalnym pierwszego dnia. Nie
      wygląda dobrze, bardzo ciężko oddycha i sprawia wrażenie jakby za chwilę miał
      stracić przytomność. Nie daję mu szansy na wejście na szczyt. Większość naszej
      grupy też wygląda nieszczególnie. Dolegliwości związane z wysokością dają się
      wszystkim we znaki. Chyba tylko ja Frankie, Tadek i Adaś nie skarżymy się na
      ból głowy i nie bierzemy żadnych środków przeciwbólowych. Pozostali mimo
      wysokiego spożycia Paracetamolu w rozmaitych postaciach odczuwają dotkliwy ból.
      Po wielu godzinach marszu docieramy w końcu do Barafu Camp (4.800 m n.p.m.).
      Tragarze z trudem znajdują pośród skał miejsca na rozbicie namiotów. Ten, w
      którym przypadnie mi spać, stoi tragicznie przechylony na jedną stronę, co
      gorsza na moją. Oznacza to, że dziś w nocy chłopaki będą na mnie lecieli (tylko
      bez niewłaściwych skojarzeń!J). Tej nocy zresztą niewiele zostanie bo krótko po
      północy ruszamy na najtrudniejszy odcinek – atak szczytowy. Podniecenie ogarnia
      już wszystkich. Cieszymy się, że udało się nam w komplecie dotrzeć aż tu. Po
      drodze kilkakrotnie widzieliśmy przecież turystów, których przewodnicy
      zawracali i sprowadzali lub znosili na noszach w trybie awaryjnym na dół.
      Niestety nie ma lepszego lekarstwa na chorobę wysokościową niż powrót na dół...
      Jeszcze tylko szykujemy ciepłe ubrania, sprawdzamy latarki- czołówki i sprzęt
      fotograficzny, wmuszamy w siebie kolację i ... do namiotów. Za kilka godzin –
      na szczyt!
      c.d.n????
      • Gość: chatka Mongolia: Ułan Bator cz.1 IP: *.on.planeta / 1.0.0.* 27.06.02, 13:42
        Opowieści z Mongolii rozpocznę tam gdzie zaczyna się nasza wyprawa do Mongolii
        tj w Ulan Bator. Stad wyruszymy w głąb kraju, na południe na Gobi. Na dworcu
        wśród tłumu turystów wyróżniają się miejscowi, ubrani w ludowe stroje - del,
        płaszcz zapinany z boku i przewiązany w pasie kawałkiem kolorowego materiału.
        Okazuje się ze zarówno sposób zapięcia jak i pas nie są przypadkowe, zapięcie z
        boku chroni jeźdźca od wiatru w stepie i pozwala schować przesyłkę , a pas, o
        czym przekonam się boleśnie później, ma chronić wnętrzności podczas jazdy w
        mongolskim siodle. Idziemy główna ulicą miasta Aleją Wolnosci. Mowa tu o
        wolności z 1921 roku, kiedy to po rewolucji, proklamowane zostaje powstanie
        Mongolskiej Republiki Ludowej , rezygnując w ten sposób z dotychczasowego
        monarchicznego ustroju. Miasto zwane do tej pory Urga (kij z rzemieniem na
        które chwyta się konie) przemianowane zostaje na Ułan Bator czyli Czerwony
        bohater, na cześć bohatera rewolucji Suche Batora. Pomnik jego do dziś stoi na
        placu centralnym. Ten plac i gmachy muzeów, parlamentu stanowią samo centrum,
        parę urzędów, jeden dom towarowy, a dalej już tylko bloki - gdyby nie
        jurtowiska na przedmieściach i wokół Gandanu, można by pomyśleć ze to jakieś
        średniej wielkości miasto w Czechach na Węgrzech czy w Polsce. Dobrze jest
        wejść na wzgórze obok Gandanu i zobaczyć panoramę miasta, jego, rzec by można
        smutne losy wpisane w architekturę: na tle gór piętrowo budynki
        fabryk, „surowe” wieżowce, blokowiska, dachy klasztoru Gandan i na samym dole
        jurty, które różnią się tym od tych w stepie że są ogrodzone płotami. Smutny
        to widok zważywszy ze kraj „usiany był klasztorami”
        Gandan to bodajże jedyny klasztor który nie został zniszczony lub zamknięty w
        czasach komunizmu. Pozostawiono go na zasadzie asekuracji by się lud nie
        buntował. Tysiące mnichów zostało wybitych w pień i setki klasztorów
        zburzonych. To czego nie zniszczyła rewolucja dokończyli towarzysze Stalina.
        Przypomina mi się wtedy to co jeszcze przed wyjazdem przeczytałam w książce o
        Mongolii węgierskiego, podkreślam etnografa! z lat 70-tych :”W sercu Azji
        zanika dziś jedyna forma życia, by ustąpić drugiej nowej. Zanika społeczeństwo
        koczowniczo-pasterskie, a na jego miejscu powstaje nowe młode, społeczeństwo
        zajmujące się przemysłem, rolnictwem i hodowla bydła. Koczowniczy, wędrowny lud
        buduje dziś socjalizm (...) z synów stepów wyrasta nowa klasa robotnicza, nowa
        inteligencja, z konnych pasterzy - nowe społeczeństwo, ze starych obyczajów -
        nowe" Albo inny fragment polskiego naukowca „Jakże inna jest dzisiejsza
        Mongolia niż tamta sprzed 60 lat znany wówczas polskiemu czytelnikowi
        jako „Kraj ludzi, zwierząt i bogów!" W istocie był krajem nękanym przez
        zaborców mandżursko-chinskich i własnych feudałów (...) setek bogów i duchów -
        dobrych i złych , o twarzach ludzkich i zwierzęcych .Jeszcze więcej było
        pośredników miedzy ludźmi i bogami - mnichów buddyjskich zwanymi lamami. Cały
        rozległy kraj od gór Ałtaju na zachodzie po rzekę Chałchyn Gol na wschodzie,
        usiany był klasztorami i świątyniami, które poprzez swe funkcje religijne
        wywierały ogromny wpływ na naród i wszystkie przejawy życia. (...)W ten sposób
        w kolebce niegdyś butnych wojowników wyrosła ponad stutysięczna armia mnichów.
        Nie upadł jednak duch walki o niezależny byt państwowy w narodzie!!" Jaki
        miałby to być byt, autor pisze dalej "Jedyna zorganizowana siła zdolna do
        przeprowadzenia gruntownych przemian w kraju była Mongolska Partia Ludowo-
        Rewolucyjna, której działanie od początku jej istnienia zmierzało do
        rozpowszechnienia zasad sprawiedliwości społecznej, zasad marksizmu i
        leninizmu”.
        Jadąc wiec do Mongolii nie wiemy czego się spodziewać... co zastaliśmy o tym
        już w następnych odcinkach...
        Dzis w Ułan Bator dużo się zmienia, wraca się do dawnej historii i chwyta się
        różnych sposobów by zachęcić inwestorów i turystów wykorzystując choćby motyw
        długo zapomnianego Czyngis Chana jako symbol Mongolii. Nasuwa mi się jeszcze
        jedno porównanie Ulan Bator do Kathmandu - mnóstwo tu kafejek internetowych,
        hosteli, i oczywiście westów, backpackarsow, którzy podobnie jak my traktują
        Ułan Bator jako bazę wypadowa na Gobi, albo przystanek między Indiami, Tybetem
        i dalej Rosja.
        • Gość: chatka Czy w Bialymstoku bedzie druga Mongolia? IP: *.on.planeta / 1.0.0.* 27.06.02, 13:53
          Prosilam znajomych by mi przeslali pare praktycznych zwrotow po mongolsku bym
          was mogla pieknie przywitac i co mi napisali?
          Oprocz zwrotow nazywam sie itd. takie
          Czy lubi Pan/Pani jezdzic na wielbladzie?
          Nalejcie sobie kumysu
          W tym roku mamy dobre lato!
          How cheeky (to juz po angielsku!)
          Jeszcze bardziej bezczelny jest kurier poranny, napisali ze podamy sute czaj z
          mlekiem mieta i sola! Mieta to wprawdzie tez zielona herabata, ale nie zielona
          zielona!!! Juz teraz na pewno nikt nie przyjdzie. Marat ma nosa!
          A propos stuknela nam 100! Wszystkim dziekuje i zycze cudownych dalekich czy
          bliskich podrozy!
          do zobaczenia
          • ralston Re: Czy w Bialymstoku bedzie druga Mongolia? 27.06.02, 14:50
            Gość portalu: chatka napisał(a):

            > Jeszcze bardziej bezczelny jest kurier poranny, napisali ze podamy sute czaj z
            > mlekiem mieta i sola! Mieta to wprawdzie tez zielona herabata, ale nie zielona
            > zielona!!! Juz teraz na pewno nikt nie przyjdzie. Marat ma nosa!

            Chatko, ale ja bardzo lubię solę (np. z rusztu)
          • Gość: koro Re: Czy w Bialymstoku bedzie druga Mongolia? IP: *.pai.net.pl / *.pai.net.pl 20.01.03, 16:06
            nie potrafię ci chatko odpowiedziec na pytanie o bialostocką mongolię, ale
            pewnie nie byłoby to wcale takie złe. przebywam obecnie w łodzi i na ulicy
            piotrkowskiej poza rykszami jest całe mnóstwo kanjpek prezentujących kuchnie
            rozmaitych narodów. dzisiaj testowałem przysmaki hiszpańskie. o rany boskie!
            lokal nazywa się "Bodega ole!" na stolikach stoją dzbanki z oliwą, sól i
            mnóstwo ząbków czosnku. pani kelnerka przynosi gorące grzanki i mozna sobie
            chrupać czosnek wpatrując się w oczy siedzącej naprzeciw dziewczyny. potrawy w
            karcie są tak ciekawe, że chciałoby się spróbowac wszystkiego. paelle,
            tortille, zupy, mięsa, drób, warzywa, sałatki. duzo sera, dużo owoców morza.
            och i ach. każdy przy stole zamawia co innego i umawiamy się, że będziemy
            sobie nawzajem podjadać. a potem niespodzianka. bo porcje są tak olbrzymie, że
            nie jesteśmy zjeść nawet połowy. wymieniamy się zatem talerzami i wybieramy
            danie dnia. wiadomo, że jedzenie potrafi sprawić przyjemnośc, ale tu
            twierdzenie to nabiera zupełnie innego wymiaru. wszystko jest pyszne, a
            niestety nie masz już w żołądku więcej mięsa. ciężko wzdychając próbujemy
            wstać, nasze nogi o dziwo nie pękają pod cięzarem brzuchów. na pocieszenie
            dodam, że jutro idziemy do knajpy japońskiej. tam chyba takiej orgii nie będzie.
            mongolia w białymstoku? no pewnie! od zaraz!
    • ralston Kilimandżaro - Dzień 6 01.07.02, 16:16
      Dzień 6

      Przewodnicy mieli nas zbudzić o 23.30. Jest już za kwadrans dwunasta (czyli
      własciwie jeszcze wczoraj:)) a nie słychać, żeby ktoś się ruszał. Budzę
      chłopaków i zaczynamy się ubierać. Zasnąć niestety dziś się nie udało. Cały
      czas walczyłem żeby nie wypaść z namiotu na skutek pochyłości z jaką został
      rozbity. Oznacza to, że przez ostatnie dwie doby spałem wszystkiego może 4
      godziny. Już w trakcie ubierania nie czuję się najlepiej. Brakuje powietrza do
      oddychania. O dziwo wciąż nie boli głowa, na co skarżą się niemal wszyscy.
      Zapobiegawczo biorę jednak tabletkę – nie mogę liczyć na to, że tam u góry
      boleć nie będzie. Będzie za to ciężko zgrabiałymi rękoma wyjmować tabletki z
      opakowania.
      Wyruszamy jako jedna z ostatnich grup. Przed nami widać w ciemności pełzające
      wężyki światełek, które powoli, zygzakami pną się pod górę. Idziemy na początku
      dość szybko i wkrótce doganiamy jakąś grupę. Muszę się na chwilę zatrzymać. Mam
      na sobie ciepłą koszulę, dwa polary, kamizelkę z windstopperem i kurtkę
      hydroteksową. Jest mi zdecydowanie zbyt ciepło. Zdejmuję jeden polar i wrzucam
      do plecaka. W tym czasie Charles i reszta naszych wyprzedzają grupę idącą przed
      nami. Lucas, który został z tyłu ze mną przyśpiesza, żeby nie tracić dystansu w
      ciemności. Robi mi się coraz bardziej niedobrze. Rośnie ucisk w żołądku,
      brakuje powietrza. Nadal nie odczuwam bólu głowy. Idę starając się nie myśleć o
      tym, co dzieje się z żołądkiem. Nucę coś pod nosem, na przemian – modlę się i
      wspominam różne wcześniejsze przygody – byle tylko nie myśleć o tym, co teraz.
      Pomału łapię swój rytm i brak powietrza staje się mniej dokuczliwy. Robię dwa
      oddechy, potem wbijam oba kijki śnieg i robię dwa kroki do góry w trakcie
      drugiego wydechu. Jest nieco lepiej, przez następne pół godziny udaje mi się
      nie myśleć o żołądku. Nadzieja zaczyna wracać. Niestety po jednym z krótkich
      odpoczynków żołądek ponownie zaczyna zabawiać się w naśladowanie pralki
      automatycznej- i to takiej na 800 obrotów/min. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem
      się tak fatalnie. Wewnątrz wszystko mi się przewraca. Zbiera mi się na torsje.
      Przypomina mi się, że mam w plecaku puszkę pepsi, kupioną jeszcze w Polsce. Do
      tej pory nie raz pomagała mi w przypadkach lekkich niestrawności. Może teraz
      uspokoi ten kocioł w żołądku? Zatrzymuję się, wyciągam puszkę z plecaka.
      Ostrożnie stawiam ją na śniegu, żeby zapiąć plecak. Niestety – w ostatniej
      chwili wyślizguje mi się z rękawicy i z cichym szumem odjeżdża w dół, w
      ciemność... Na szczęście Tadzio ma również w swoim plecaku półlitrową butelkę.
      Robię kilka łyków i pomału ruszam pod górę. Pomogło – żołądek się uspokoił.
      Zostaje tylko walka z krótkim oddechem, ale to idzie nieźle, przy zachowaniu
      rytmu.
      Nadzieja odżywa znowu i odrzucam myśli, które pojawiały się wcześniej: byle nie
      być pierwszym, który odpadnie. I w tym momencie odpada Agnieszka. Nie jest już
      w stanie dłużej walczyć z zawrotami głowy. Zatacza się, ruchy ma
      nieskoordynowane... Jesteśmy na 5 tysiącach, może nawet na 5.100 m n.p.m.
      Charles podejmuje szybką decyzję. Z Agniechą schodzi C.J. – najmłodszy z
      czwórki przewodników (tragarze zostali na dole w obozie). I już po chwili oboje
      znikają w ciemnościach w dole...
      Pomału zaczyna dawać o sobie brak snu. Idę a oczy same mi się zamykają.
      Przebudza mnie na moment odgłos jakiejś awantury. To ktoś z naszych w ostrych
      słowach upomina Charlesa, że ten dyktuje za mocne tempo. Rzeczywiście, pomimo
      że w istocie rzeczy wleczemy się noga za nogą, to w płucach kłuje a głowa
      pulsuje jakby miała za chwilę wybuchnąć. Do tego powracają skurcze żołądka. I
      to takie, których nie mogę już opanować. Robię się hmm... bardzo wylewny :)
      Schodzi do mnie Lucas i nakazuje wypić dużo wody, żebym się nie odwodnił. Na
      samą jednak myśl o wypiciu tego, co od dwóch dni ma bardziej smak plastiku niż
      wody znów robi mi się niedobrze. Wypijam trzy czwarte Tadziowej pepsi.
      Przegrzebujemy nasze plecaki w poszukiwaniu leków na żołądek. Niestety –
      wygląda na to, że wszystko zostało w Barafu Hut. Dopijam więc ciepłą herbatę z
      termosa i nawet robi mi się lepiej.
      W międzyczasie z góry sprowadzani przez swoich przewodników, schodzą kolejni
      nieszczęśnicy, którym się nie udało... Ruszam znowu. Krok, dwa oddechy, krok
      dwa oddechy – jakbym wdychał piach nie powietrze – żadnej ulgi w płucach. Z
      niewyspania zaczynają się halucynacje. Wydaje mi się, że z lewej strony
      wyprzedza mnie Michał. Otrząsam się – Michał jest przecież dobre kilkanaście
      metrów powyżej. Walczy ciężko. Wygląda bardzo źle i to już od pierwszego dnia.
      Zastanawiam się który z nas pierwszy odpadnie...
      c.d.n.
    • ralston Kilimandżaro -Dzień 6 c.d. 05.07.02, 19:35
      Znowu powracają nudności. Musze odwołać to, co wcześniej pisałem że czuję sie
      najgorzej w życiu. Najgorzej jest teraz! Pytam Lucasa ile jest jeszcze do
      Stella Point? (punkt na koronie krateru, do którego zdążamy) Jeśli utrzymamy
      tempo, to ok. 1.5 godz. Mój Boże, to oznacza, że do szczytu już tylko jakieś 2-
      3 godziny drogi. Daj mi jeszcze siły na te trzy godziny! Ruszam i nagle...
      dzieje się coś dziwnego. Raptownie skała, po której stąpam chce mi wylądować na
      twarzy! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, ze upadam i jednocześnie nic nie
      jestem w stanie zrobić, żeby temu zapobiec. W ostatniej chwili udaje mi się
      podeprzeć ręką i tylko dzięki temu ciągle jeszcze moje zęby tkwią pewnie w
      szczękach :)! Z trudem siadam na kamieniach. Chwila odpoczynku i kalkulacja...
      siła w mięśniach jeszcze jest, fizycznie dałbym spokojnie radę. Może gdyby tak
      częściej odpoczywać... Wstaję, żeby ruszyć dalej i... znowu zataczam się na
      kamienie, po zaledwie kilku krokach... I to jest już koniec. Organizm odmówił
      posłuszeństwa, błędnik zwariował. Przychodzi duży żal... Dlaczego właśnie
      teraz, kiedy do szczytu brakuje tylko (i aż) 400 m przewyższenia? Dlaczego
      właśnie teraz, kiedy wcześniej nawet nie zabolała nawet głowa... Dlaczego?
      Dlaczego?
      Do sprowadzenia mnie na dół Charles wyznacza Muddy’ego. Ten każe wyłączyć mi
      moją latarkę. Światła musi nam wystarczyć do świtu... idziemy więc przy coraz
      słabszym światełku jego czołówki, która gaśnie ostatecznie po niespełna pół
      godzinie marszu. Włączam swoją i staram się jak najlepiej oświetlać mu drogę.
      Po drodze jeszcze kilka razy trace równowagę. Żołądek nie przestaje dokuczać.
      Zaczynam się obawiać, że jest to jakieś zatrucie. Nie wiem tylko, co mogłoby
      zaszkodzić... może ta surowa woda z Karanga Valley? Wypiłem ją przed wyjściem,
      nieświadom tego, że jest nieprzegotowana. Ale pili ją też i inni i nic im nie
      jest... Schodzimy przeraźliwie długo, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że
      udało się zajść tak wysoko. Tam na górze wydawało się, że tym powolnym marszem
      nie mogliśmy przecież zajść daleko...
      Kiedy wychodzimy na skałę, z której powinno już być widać Barafu Camp, gaśnie i
      moja latarka, ale słońce pomału zaczyna wyłaniać się znad horyzontu. Poszarpane
      ostre krawędzie Mawenzi (drugiego co do wysokości szczytu Kilimandżaro)
      wyglądają zarazem groźnie i tajemniczo na tle czerwieni wschodu. Robię parę
      zdjęć w tym przepięknym kontrowym świetle, w tym czasie cała tarcza słońca
      unosi się ponad horyzont i oświetla niezmierzoną równinę na południu...
      Sawanna... po horyzont, zamglona, zielononiebieska z resztkami pomarańczowej
      poświaty, która gaśnie nieomal w oczach sawanna. Niesamowita przestrzeń, której
      nie sposób ogarnąć... Barafu widziane z góry okazuje się też bardziej rozległe
      niż mi się dotąd wydawało. Muddy opowiada historię o francuskiej dziewczynie,
      która kilka lat temu wychodząc z namiotu, pomyliła kierunki i zamiast w stronę
      Uhuru, pomaszerowała prosto w przepaść. Z naszego miejsca doskonale widać
      krawędź ściany, z której musiała spadać... Siedzimy chwilę, czekam na
      wystarczającą ilość światła, żeby sfotografować Barafu – tę oazę namiotów
      powtulanych w jałowe skaliste pustkowie. Barafu, to w miejscowym języku tyle,
      co śnieg. Ponoć bardzo często rano rzeczywiście zalega tu śnieg, który topnieje
      dopiero w ciągu dnia. Dzisiaj w nocy jednak nie padało i widać tylko nagie
      rumowisko głazów. Częstuje Muddy’ego chałwą – wcina ze smakiem. Nagle słyszymy
      jakieś głosy u góry. Doganiają nas Adam i Jacek prowadzeni przez Lucasa.
      Odpadli jakieś pięć minut po mnie. Podobno krzyczeli za nami licząc na to, że
      będą mogli zejść z Muddy’m, ale musieliśmy być już na tyle daleko, że nie
      słyszeliśmy wołania. Schodzimy we czwórkę, bo Lucas zostawił nas i pognał
      samotnie na dół. Dowiaduję się, że chłopaki czują się nienajgorzej – zabrakło
      im po prostu sił do dalszej wspinaczki i postanowili „załapać się na ostatni
      autobus na dół”. W tej chwili pozostała szóstka walczy już tylko z jednym
      przewodnikiem. Od tej chwili obowiązuje zasada: wszyscy albo nikt. Zastanawiam
      się jeszcze przez chwilę, jak wytrzyma Michał...
      Docieramy do namiotów. Wyjaśnia się dokąd tak pędził Lucas – wychodzi właśnie
      cały uszczęśliwiony z kibelka – z resztką papieru toaletowego w dłoni. I tu
      kilka słów o toaletach. Są to zwykłe drewniane sławojki – z dziurą w podłodze,
      czasami nawet bez drzwi. Wymagają dużej zręczności i wytrzymałości w przyjętej
      postawie Garmisch-Partenkirchen oraz niemałej celności „zrzutu”. Aromat jaki
      się wokół roztacza można ująć krótko: wali jak z chaty szamana przed ludowym
      świętem. Dla nas, (przyzwyczajonych do przaśnej, żeby nie powiedzieć pszenno-
      buraczanej, rzeczywistości PRL-u) nie robi to większego wrażenia, ale trzeba
      było widzieć Niemców jak pierwszy raz toto zobaczyli :)!
      Jeszcze tylko wykruszam lód z plecaka i kurtki, a po chwili również z
      zewnętrznego polaru, sciągam buty i zasypiam w poprzek namiotu bez wchodzenia
      do śpiwora. O dziwo zasypiam bez trudu, choć jeszcze siedem godzin temu nie
      mogłem zmrużyć oka...
      c.d.n.
    • ralston Kilimandżaro - Dzień 6 c.d. 06.07.02, 13:42
      Około 9-tej gorąco wygania mnie z namiotu. Ile spałem? Dwie godziny? Nie czuję
      zmęczenia, ucisk w żoładku jakby zelżał. Rodzi się pokusa czy by nie spróbować
      jeszcze raz w tej chwili... ale 5-7 godzin do Stella Point plus godzina do
      Uhuru Peak, to już daje 17-tą a jeszcze trzeba zejść i pokonać 4,5 godzinną
      trasę do Mweka Camp. Przed zmrokiem nie ma szans. Bateria do czołówki nie
      starczy już na marsz do północy. No i trzeba by jeszcze przekonać któregoś z
      przewodników a zapas szeleszczących zielonych argumentów też już na
      wykończeniu :( Rezygnuję z tych pomysłów.
      Robi się coraz później. Grupa Austriaków, nie dość, że już wróciła ze szczytu,
      to jeszcze zdążyli się wygrzać na słońcu, spakować i właśnie się szykują do
      zejścia. Nawet nie wyglądają na zmęczonych - prawdopodobnie wszyscy jadą na
      Diamoxie, albo innym wspomaganiu... Adam z Jackiem już od dłuższego czasu
      lustrują przez lornetkę krawędź skały na której już dawno powinni pojawić sie
      nasi. Ale ciągle jeszcze ich nie ma. Ustalamy z Lucasem, że zwijamy tyle
      namiotów ile się da i schodzimy do Mweka z tragarzami i C.J.-em. On, reszta
      tragarzy i Muddy zostają i czekają na grupę. I w tym momencie na skale
      pojawiają się Jasiu i Jarek. Adam z Jackiem podrywają sie i biegną im na
      spotkanie. Pośpiesznie sznuruję buty i ruszam biegiem za nimi. Ale już po
      chwili znowu odzywa się żołądek, zwalniam, kilka razy się zataczam i potykam o
      kamienie, zanim dopadam do chłopaków. Są zmęczeni, ale szczęśliwi. Opowiadają o
      wejściu. Walczyli jeszcze 2,5 godziny żeby wejść na Stella Point. Każde 10
      kroków wymagało następnie 1-2 minutowej przerwy. Mówili o Tadziu, który po
      wejściu na Stella kilka minut wisiał bez tchu oparty na kijkach. Widzieli też
      japońskiego turystę, którego dwóch przewodników ciągnęło nogami po śniegu,
      podtrzymując pod pachy. Ten nawet nie wie, że był na szczycie. Pewność uzyska
      dopiero jak wywoła film z aparatu...
      Jarek decyduje sie pozostać w obozie i czekać na resztę – no i złapać trochę
      snu oczywiście. Jasiek rusza z nami – praktycznie bez odpoczynku po zejściu ze
      szczytu. Już po dwudziestu minutach marszu – mijają wszelkie dolegliwości – jak
      ręką odjął. Co potwierdza, że nie było to żadne zatrucie tylko choroba
      wysokościowa. Niestety w miejsce żołądka odzywa się prawe kolano, mocno
      obciążone przy schodzeniu. Po drodze dogania nas Charles, co oznacza, że reszta
      już wróciła do Barafu. Pytamy go o odległość do Mweka. Mówi, że zostało około
      40 minut. Może to oznaczać, że jest jakieś dwa razy tyle. I tak się dzieje - w
      istocie do Mweka docieramy po 1,5 godziny. Po drodze mijamy kolejne zamglone
      doliny z ich niesamowitymi klimatami. Im niżej tym na powrót pojawia się coraz
      więcej roślinności, w tym około 2,5-3 metrowej wysokości krzewy z pięknymi
      białymi kwiatami, wyglądającymi u dołu jak szyszki.
      Jako, że całą trasę pokonaliśmy w dość mocnym tempie (poniżej 3,5 godziny)
      wszyscy marzymy o łyku chłodnego Kilimanjaro Lager. Charles rozwiewa nasze
      marzenia. W obozie Mweka – nie można nic kupić... Jak miłe jest nasze
      rozczarowanie, kiedy w zielonej budce Rangersów tuż obok nieśmiertelnego
      zeszytu do wpisywania nazwisk, odkrywamy kilk skrzynek ze znajomymi nalepkami z
      wizerunkiem żyrafy i kilka skrzynek Coca-Coli. No cóż – nie ma wyboru –
      bierzemy Kilimanjaro, po $3 za sztukę...
      Tuż przed zmrokiem nadciąga reszta grupy. Nie maja już siły żeby opowiadać.
      Dowiadujemy się jeszcze tylko, że Tadzinek odegrał na szczycie „Hej bysto
      woda...” na harmonijce. Jak on to zrobił, żeby dmuchać kiedy już oddychać nie
      było czym – nie wiem. Widać co górol, to górol – chociaż Beskidy są
      przecież „trochę” niższe niż Kili.
          • Gość: chatka Gobi cz. 1 IP: *.on.planeta / 1.0.0.* 07.07.02, 22:50
            Sprawdzamy adresy hosteli rekomendowanych przez Lonely Planet. Gdy okazuje się
            ze w najbardziej polecanym hostelu, który mieści się na piętrze w bloku
            mieszkalnym!! nie ma miejsc, zjawia się sam właściciel, pakuje nas swego
            samochodu i wiezie do jednego z 5 mieszkań w centrum Ułan Bator jakie wynajmuje
            dla zachodnich turystów. Rozmowę zaczynamy po angielsku ale jak dowiaduje się
            ze jesteśmy z Polski przechodzimy na rosyjski i czeski tzn Serge przechodzi
            bo okazuje się ze kiedyś studiował w Pradze. Przypadamy sobie od razu do
            gustu, i dostajemy pokoje ze specjalna taryfą tj. połowę tego co płacą weści
            z dalszego dla Mongołów niż Polska zachodu. Serge pomaga nam znaleźć kierowcę
            i UAZ-a którym zabierzemy się na Gobi. Rozmowy trwają w 4 językach, z czego
            kierowca mówi tylko jednym, swoim ojczystym! Nazywa się Timur. Po dwóch dniach
            jednak jesteśmy już jego drużyną. Andrzej, przewodnik naszej wyprawy szybko
            opanowuje parę najpotrzebniejszych słów typu góra, droga, rzeka, do tego
            jeszcze trochę kumysu i rozmowa płynie godzinami. Poza tym każdy z nas świetnie
            posługuje się językiem ciała i wszelkie inne kwestie typu chcemy jeść spać
            stać sikać są za jego pomocą rozwiązywane. Timur całkowicie zdobywa nasze
            serca, gdy razu pewnego zjeżdża gwałtownie z drogi i pędzi przez pustynie w
            stronę jeszcze nic niezdajacych sobie sprawy kułanów, byśmy je mogli
            sfotografować. Mija pół minuty zanim my możemy cos dostrzec w oddali i drugie
            zanim dostrzega nas kułany! Nikt nam później w Ulan Bator nie chciał wierzyć
            widzieliśmy te rzadko już spotykane dzikie osły!!
            Ledwo kończą się przedmieścia Ulan Bator a zaczyna się step, jeszcze
            gdzieniegdzie spotykamy większe skupiska jurt w zagrodach, tj otoczonych płotem
            wkrótce będziemy spotykać już tylko pojedyncze jurty lub w parach wolno
            stojace na rozległym stepie. Równie bardzo oczekujemy pierwszej wizyty w jurcie
            jak i się jej boimy. Kasia z Andrzejem jeszcze na spotkaniu w Warszawie
            opowiadali nam o tutejszych smakołykach i zwyczajach panujących w jurcie.
            Największą nasz obawę budzi zwyczaj , który zabrania odmawiać gościny i
            trzeba jeść i pić co podają. A podają słoną herbatę z tłustym kobylim albo
            dalej na pustyni wielbłądzim mlekiem, suche kawałki twardego jak kamień sera,
            czasem słone ciasteczka i ... tłusty gruby kożuch śmietany. Kożucha z mleka
            nigdy nie lubiłam, ale ten kożuch z jurty to prawdziwa szuba w porównaniu z tym
            co się u nas tworzy na mleku! Wyglądem przypomina płaty skory z żołądka czyli
            flaki, na wierzchu zastygniety tłuszcz w kolorze zjełczałego masła, pod którym
            kryje się 2 centymetrowa warstwa extra tlustej smietany. Sami wiec rozumiecie
            dlaczego połowe naszych plecaków wypełnia prowiant z Polski, menu zresztą ja na
            warunki polowe bardzo wyrafinowane i zróżnicowane np.
            barszcz czerwony błyskawiczny + puree ziemniaczane
            zupa krem z borowików + platki gryczane
            sos grzybowy + platki gryczane
            sos spagheti Napoli + kuskus
            sos pieczeniowy + kuskus
            sos mysliwski + płatki gryczane itp. Nie musimy długo czekać by przekonać się o
            smaku mongolskich specjałów - zatrzymujemy się nad rzeka na lunch, gdy dosiada
            się do nas wlasciciel pobliskiej jurty i zaprasza do środka. Według tutejszego
            zwyczaju nasz kierowca siada na honorowym miejscu w północnej części jurty
            panowie w części zachodniej a Panie we wschodniej. Zaczynamy od
            grzecznościowej rozmowy, grupa przekonala się już do moich zdolności językowych
            wiec mi przypada prowadzenie konwersacji, zaczynam od przedstawienia się : Sajn
            bajnu! Mini ner Jola. Bi Polsz chun, bi egcz i dalej posługujemy się już
            językiem znanym na całym świecie kiwamy głowami, mlaskamy , głaszczemy się po
            brzuchach, pokazujemy palcem na zdjęcia rodzinne, którzy Mongołowie trzymają
            wpięte za lustro i tak milo płynie rozmowa. Mongołów jednak najbardziej
            interesuje kto jest czyja żoną lub mężem ile mamy dzieci. W kolejnej wiec
            jurcie zaraz po przedstawieniu dodaje ze jestem chuchen czyli panną, co rodzi
            podejrzenia naszych chłopaków ze w Mongolii zostać pragnę i w czym przez cala
            wyprawę chcą mi pomoc. Wierzcie mi naprawdę zostać chcialam!!! w siodle się
            sprawdzialam i kumys ubijać nauczyłam!.
            Kumys wlasnie! W końcu przyszedł czas i na kumys. Pierwszy łyk rzadko komu
            smakuje, ma to smak maślanki i fermentu. Grupa dzieli się na pijacych
            religijnie i na wstrzymujących się od picia. Na szczęście ci pierwsi są w
            mniejszosci wiec do woli możemy koić pragnienie kumysem podarowanym nam przez
            gościnnych Mongołów. Był to wtedy najlepszy kumys jaki piliśmy w Mongolii!
            c d n
    • Gość: Akir Parę uwag na temat Gruzji IP: 212.160.130.* 08.07.02, 14:24
      Slajdy znad Bajkału odświeżyły wspomnienia z wyprawy do Gruzji . Gruzja była
      wtedy jeszcze republiką ale już nie długo.
      Podróżowaliśmy samolotem, do Moskwy LOTem , a dalej Aerofłotem. W samolocie LOT-
      u wszystko było normalnie, a poczęstunek tak obfity że praktycznie całą drogę
      coś jedliśmy. W Aerofłocie poczułem się jak w autobusie PKS, Babcie z
      tobołkami jakiś facet z wielką lampą (taką z abażurem z rurki od kroplówki i
      małym blatem na dole ) , brakowało tylko kozy. W oryginale samolot miał 21
      rzędów foteli, ale dla oszczędności ściśnięto je (widać było stare dziury w
      podłodze) i zmieściło się 24 rzędy. (to co że nogi trzymałem pod brodą).
      Jako cały poczęstunek dostaliśmy wodę mineralną w plastykowych kubeczkach, a
      potem stewardessa zebrała z powrotem kubeczki, besztając tych którzy w swojej
      głupocie je zgnietli. Lądowanie mieliśmy prawie awaryjne , bo tak szarpnęło że
      bagaże posypały się z luku bagażowego między fotele pasażerów , ale jak
      zobaczyliśmy potem jakie są wyrwy w płycie lotniska zrozumieliśmy że tak musi
      być. (w każdym razie z powrotem do Moskwy wróciliśmy pociągiem).
      Jesteśmy w Batumi , miejscowość letniskowa , ale są ferie zimowe więc nie
      bardzo możemy korzystać z plaży, Plaża jest kamienista więc i tak byłoby
      niewygodnie leżeć, ale zachody słońca owszem, owszem.
      Pierwszy raz w życiu widzę zarośla bambusowe.
      Ruch w Gruzji był prawostronny tylko teoretycznie, bo dziury były takie że
      wszyscy jeździli zygzakiem.
      Tomek dogadał się z Gruzinami po łacinie (bo oni też uczyli się jej w liceum)
      i kto powiedział że ten język jest martwy!
      Uprzedzono nas że w Gruzji jest taki zwyczaj że jak gospodarz chce dyskretnie
      wyprosić gości to w znosi toast za zdrowie gości i wszyscy zaczynają pomału się
      zbierać, ponoć kiedyś Polacy zaprosili kilku Gruzinów na przyjęcie i pierwszym
      toastem który wznieśli było właśnie „zdrowie gości”, bardzo się zdziwili kiedy
      po kilku minutach wszyscy wyszli.
      Niezapomniane wrażenie pozostawiła w nas wizyta w delfinarium.
      W telewizji jeśli delfin zrobi to co mu każą ładna pani w błyszczącym stroju
      rzuca mu rybkę, tutaj zamiast ładnej pani był dziadźko w gumiakach i z
      poobijanym wiadrem.
      Przed wyjściem można sobie zrobić zdjęcie z foką , do odbioru jutro, po
      odbiorze okazuje się że zdjęcia są czarno-białe , nieostre i strasznie blade,
      ale to pewnie wina materiałów produkcji ZSRR.
      Postanawiamy pojechać do Tbilisi (nielegalnie bo jako cudzoziemcy musimy mieć
      zezwolenie, na które długo się czeka). Jedziemy autobusem nocą , ze zdziwieniem
      patrzymy na ciężarówkę która mija nas bez świateł , po chwili druga. Któryś ze
      współpasażerów wyjaśnia: „u nas jak ktoś jeździ na światłach to słaby kierowca”.
      Tbilisi byłoby pięknym miastem gdyby nie było takie rozpadające się , jedyna
      budowla z której nie odpadał tynk to Sjoni,
      www.penetrator.waw.pl/gruzja/Tbilisi/17.jpg siedziba Katolikosa czyli
      patriarchy prawosławia gruzińskiego. Niedaleko synagoga, ciekawa
      architektonicznie. Pięknie wygląda część miasta położona na skarpie rzeki Kury.
      www.parliament.ge/~nino/tbilis/tbold1_b.jpg
      Pałacu królewskiego nie obejrzeliśmy bo było jakiś taki dzień (środa:?) że
      było zamknięte.
      Naszą ciekawość wzbudza wielka skrzynia, która stoi na placu jednej z
      podstawówek, okazuje się że w środku jest Lenin. Po prostu dzieci utrąciły
      Leninowi nos , a ponieważ Lenin bez nosa wyglądał głupio wsadzono go do
      wielkiej skrzyni.
      Niestety zdjęć prawie nie ma bo jakieś fatum sprawiło że wysiadły na obydwa
      aparaty. Mój świeżo kupiony automat produkcji radzieckiej wszystko
      prześwietlił, Tomka wysłużony Zenit zaciął się na amen i nie chciał przewijać
      kliszy. Tak więc chyba będę musiał ł się tam wybrać jeszcze kiedyś , tym
      bardziej że to już inny kraj.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka