dc22
04.05.04, 17:07
pisalam juz na innym forum ale skopiuje bo mam nadzieje ze ktos sie nie
pomyli tak jak ja....
Zastanawialam sie czy napisac tego maila ale w sumie dzial podroze ma sluzyc
rowniez temu zeby omijac miejsca nieprzyjazne...
Wiec napisze a jak Adamin uzna ze "przekroczylam granice obrony koniecznej"
to
trudno
Wyjechalismy na majowy weekend pelni zapalu i nadziei na mile spedzony czas.
ogladajac strone www gospodarstwa w ktorym mielismy zamieszkac - bylismy
zachwyceni. Kontak mailowy z wlascicielem rowniez nie pozostawial cienia
watpliwosci ze bedzie super..
trudno o wieksza pomylke...
dojechalismy. teren dookola zupelnie inny niz na www ale coz. zamiast
zagajnika - piaszczysta patelnia z rozkopanymi wadolami..
na lancuchu szarpiacy sie owczarek, drugi w kojcu.. wlasciciel wyszedl -
przywital sie, po czym powiedzial "ooo.... to z pieskiem bedzie problem".
poszedl zamknac owczarka z lancucha do kojca i kazal nam wypuscic psiaka z
auta. Nasz psiak jak to psiak - zobaczyla czlowieka -pobiegla sie przywitac.
Tamte psy dostaly amoku a wlasciciel wydarl sie zebysmy zabierali psa...
spojrzelismy po sobie, no coz. nastepnie przyjechali znajomi wlasciciela i
czekalismy az skonczy konwersacje, stojac w pelnym sloncu, na zakurzonym
parkingu przy samochodzie.
skonczyl. poszlismy zobaczyc pokoj.. i wszystko byloby pieknie gdyby nie to
ze
do pokoju wiodly schody po ktorych ja balam sie wejsc. strome, okropnie krete
i
bez zabezpieczenia. Psica zaparla sie lapami, co wlasciciel skwitowal rzeniem
|
(niewatpliwie byl to smiech ) ze bedzie sie bala i bedziemy ja nosic...
no nic.
weszlismy do pokoju. choc smierdzialo jak piorun wilgocia (nic to, przeciez
sie
wywietrzy, nie jestesmy wymuskanymi laleczkami) pokoj byl calkiem fajny choc
mial wspolny balkon z sasiadami a w oknie ani skrawka firanki czy zaslonki...
wyjrzelismy przez okno (widok na zakurzony parking i miotajace sie po kojcu
psy) i stwierdzilismy ze pojdziemy na spacer... wyszlismy, znow cwiczac Bogu
ducha winna psice po diabelskich schodach.. Obok domu byl maly staw,
zapytalam
czy nie bedzie problemu jak pies tam wskoczy. bedzie. wlasnie (wlasnie!)
wysypali pol beki wapna bo im sie woda zakwasila.. jezusie, przeciesz nie po
to
wyjechalam z wawy zeby psa caly czas na smyczy trzymac a jak wytlumaczyc
retrieverowi ze woda jest "fuj"...
a wszystko w atmosferze nieprzyjaznej, usilowalam zagadywac a zamiast tego
slyszalam miakowate eeeeee tam.... matko jedyna - nie wytrzymalabym tam
chwili
dluzej. nasz piesmiotal sie na smyczy, wlasciciel smial sie, psy w kojcu
dostawaly szalu... i ten wszedobylski kurz...podjelismy decyzje ze
wyjezdzamy.
Jak zareagowalibyscie slyszac ze goscie ktorzy dopiero co przyjechali -
rezygnuja? ja choc zapytalabym "dlaczego".... tu jednak padlo "zaliczki nie
zwracamy", odwrocenie sie na piecie i pojscie w tak zwana dluga....
po 15 minutach juz nas tam nie bylo, jechalismy w sina dal i dzieki Bogu ze
zdobylismy sie na asertywnosc. trafilismy w cudne miejsce nad brzegiem
jeziora..
a teraz szczegoly:
- mialam info od wlasciciela ze piesek to nie problem, ze spokojnie moze
przyjechac
- zadnej informacji o schodach (choc mialam taka np, od pensjonatu na helu ze
moze byc problem dla psa z wejsciem) wiec co za klopot poinformowac w czym
rzecz
- burkliwosc, nieprzyjaznosc nieslychana, zwazywszy ze mieli na nas zarobic
a dodam ze naprawde wiele do szczescia nam nie potrzeba i ciesza nas nawer
drobiazgi...
a gospodarstwo nazywa sie "ekoturystyka w puszczy rominckiej"
www.puszczaromincka.org.pl
jedziecie na wlasna odpowiedzialnosc....