kierowca.lublin
29.07.13, 10:40
Witam zmotoryzowanych lubliniaków i nie tylko z lublina.
W niedzielę 28 lipca 2013 o godzinie 12,30 wybrałem się z córką i wnuczką samochodem nad zalew.
Jakie było moje zaskoczenie kiedy jadąc ulicami:Lipowa,Kunickiego,Zembrzycka nie natrafiłem na żaden korek bo za oknem był 35 stopniowy ukrop.Ale ograniczenia szybkości znaczne bo postawione tablice przez drogowców zmusiły mnie do żółwiego tępa czyli tzw. i popularnej 30 choć moim skromnym zdaniem na weekend ktoś powinien z drogowców pomyśleć o zmianie tablic na minimum 40 lub 50 km/h lub dolepić małą tabliczkę pod 30km/h żże ograniczenie nie dotyczy w weekendy,ale po co jak za dwa dni znów trzeba ograniczać do 30km/h.Po co komu robić przyjemność szybszej i płynnej jazdy.Ale nie w tym jest kłopot a w tym że postanowiłem jechać do 30km/h (i zaznaczam że mam mercedesa klasy C z klimą sprawną).Z początku nie było za mną żadnego kierowcy jak wjeżdżałem w Kunickiego jadąc w stronę zalewu ale jak minąłem boczną ulicę Pawią to już jechało za mną kilka samochodów.Póki co trzymali się równo kolejki ale na pierwszych światłach żwawo mnie wyprzedziło kilka w tym stary maluch.
Skręcając w Zembrzycką nie miałem za sobą tłoku bo jechałem jako ostatni.
Pytanie moje jest proste po co te ograniczenia w weekendy na wyludnionych ulicach Lublina przy 40 stopniach na słońcu.Pewnie gdybym nie miał klimy też bym gnał szybko jak ten maluch.
To co się działo nad zalewem to szkoda gadać?! bo można wpaść w paranoję i nie dziwię się że znaczna część Polaków woli pieniądze wydawać na wojażach zagranicznych skąd właśnie wróciłem niedawno.
Zalew to skansen nieczystości i bałaganu a ceny jak kurortach zamorskich.