galtomone
05.07.17, 09:59
www.facebook.com/cezarygutowskiofficial/posts/1414051112017150:0
Niestety artykuł w orginale wymaga abonamentu, wiec musze korzystac z tlumaczenia... ale Cezary choc wielki fan (i chyba kolega) Roberta raczej nie zaklamywalby org. tekstu.
""Ferrari powinno z pełnym zaangażowaniem zabiegać o podpis Kubicy na kontrakcie"
Zapewnie niejedna osoba pamięta, że na wątpliwości w stylu "nie będzie już miejsca dla Kubicy w F1", "w tym sporcie szybko zapominają o kierowcach", "będzie miał za długą przerwę" zawsze reagowałem jednym argumentem. Tak. Formuła 1 jest właśnie taka i szybko zapomina nawet o byłych mistrzach świata, ale w tej jednej historii jest pewien ważny wyjątek. Tu chodzi o Roberta Kubicę.
Jednego z najlepszych (moim zdaniem najlepszego) kierowców świata. Faceta, którego Formuła 1 pokochała - zarówno ludzie ze środowiska, szczególnie inżynierowie, lecz także dziennikarze, jak i fani z całego świata. I to, co dzieje się teraz, ponownie tego dowodzi.
Minęło ponad sześć lat od tamtego wypadku, Robert wrócił za kierownicę bolidu F1 i znów strzelił swój popisowy numer. Sprawił, że wszystkim obecnym na torze opadły szczęki. Bo nie można się spodziewać po żadnym człowieku, że po sześciu latach wbije do garażu na pełnej bombie i na nieznanych sobie oponach będzie jeździł tak, jakby nigdy go nie zabrakło. A tak się właśnie stało.
Nie dziwi więc fakt, że najbardziej opiniotwórcze na świecie media wciąż nie odpuszczają tematu. Pisały na pierwszych stronach, gdy miał wrócić do ścigania na torach WEC. Pisały, gdy testował bolid GP3. Pisały po Walencji, a teraz piszą jeszcze więcej. Na przykład ową pyszną analizę na "Autosporcie", zatytułowaną: "Czemu Ferrari powinno zakontraktować Kubicę".
To jest tylko konsekwencja tego wszystkiego, co pisałem od lat kilkunastu. Że w tym facecie z Krakowa los podarował nam najlepszego z możliwych ambasadorów Polski i przede wszystkim fantastyczny talent na miarę Formuły 1. I nawet wtedy się myliłem, bo takie określenie RK to zdecydowane niedomówienie.
Oczywiście poniższy, cytowany tekst nie ma mocy sprawczej, bo żaden dziennikarz nie wstawi Roberta do Ferrari. Pokazuje jednak, jak po tych sześciu latach z okładem wciąż w świadomości i wyobraźni ekspertów, ludzi, którzy żyją i oddychają wyścigami, wciąż żyje legenda kierowcy. Kierowcy, który wygrał "tylko" jeden wyścig, a wciąż jest pamiętany, jako materiał na mistrza świata i - przede wszystkim - jeden z najlepszych (zdaniem niektórych - najlepszy) kierowca wyścigowy świata.
Analizę napisał Damien Smith - redaktor naczelny "Autospotu" na Europę:
Renault zapewnia, że pomoc Robertowi Kubicy w powrocie do samochodu Formuły 1 była przysługą dla kochanego kierowcy. Kryje się za tym jednak coś więcej i Ferrari powinno z tego skorzystać.
Czy będąc szefem zespołu Renault F1 dolewałbyś oliwy do ognia spekulacji, że niegdyś poważnie poszkodowany w wypadku Robert Kubica może dokonać sensacyjnego powrotu do Grand Prix, co wydawało się najmniej prawdopodobne? Oczywiście, że byś tego nie robił.
I właśnie dlatego Cyril Abiteboul ostrożnie tłumił te spekulacje kocem pożarowym w Baku, sugerując, że należy je traktować z pewną dozą sceptycyzmu. Na pewno nie powie nam, że Kubica jest całkowicie gotowy do ścigania na najwyższym poziomie i że - co niewiarygodne - jest równie szybki, co kiedykolwiek wcześniej - nawet, jeśli tak jest naprawdę.
A jest, skoro o tym mowa, tak było. Przynajmniej zdaniem tych, którzy byli świadkami jego pierwszego testu na początku czerwca w modelu E20 z 2012 roku.
Jeśli jest jakakolwiek szansa, że Renault zatrudni Kubicę na sezon 2018 - a powinna być - Abiteboul nie byłby na tyle stuknięty, aby sygnalizować to teraz.
Nie tylko wywołałoby to niepotrzebną burzę medialną w środku ciężkiego sezonu, podczas którego team po cichu stara się budzić śpiącego giganta. Równocześnie zaalarmowałoby rywali o niewiarygodnym zagrożeniu - nie tylko jeśli chodzi o PR, lecz, co ważniejsze, w kwestii czystego potencjału, jeśli chodzi o osiągi - jakie Renault może zaraz stworzyć.
A pośród tych rywali szefem, który powinien szczególnie uważać, jest szef Ferrari. Jeśli uszy wierzgającego konia jeszcze nie drżą na myśl o możliwościach związanych z Kubicą, potrzebuje on mocnego ukłucia (ostrogą) w zad.
Teraz i tu, Ferrari powinno z pełnym zaangażowaniem zabiegać o podpis Kubicy na kontrakcie tak, jak robiło to dawno temu, gdy Polak był zestawiany w składzie z Fernando Alonso na sezon 2012.
Czemu? Ponieważ Kubica, czyli kierowca, którego Alonso stawiał ponad wszystkich swoich (wyścigowych) ziomków, jest wyjątkowy. I proszę zwrócić uwagę - nie "był" wyjątkowy. Czas teraźniejszy jest tu całkowicie zamierzony.
Jeśli przejazdy 6 czerwca na torze Ricardo Tormo w Walencji były czystym aktem dobroci względem uwielbianej i bardzo szanowanej postaci - jak emocjonalne okrążenia Alexa Zanardiego na Lausitzring, ledwie dwa lata po tym, jak stracił nogi na niemieckim owalu - nikt nie żałowałby zespołowi Renault obfitej ekspozycji medialnej, jakiej by w tym upatrywali.
Jednak nie to zrobił zespół. Zamiast aktu dobroczynnego dla kierowcy, który niemal stracił prawą rękę w tym przerażającym wypadku w rajdzie Ronde di Andora w 2011 roku, przeprowadzili test z prawdziwego zdarzenia! Renault sprawdzało możliwości Kubicy tak, jak robiłoby to z każdym innym potencjalnym talentem czy wschodzącą gwiazdą.
Czy zostało to zrobione tylko w interesie Roberta, aby mógł udowodnić przede wszystkim samemu sobie, że wciąż może zapanować nad samochodem F1? Zadaj inne pytanie. Choć zespół wyraźnie wciąż ma silne uczucia względem swojego byłego kierowcy F1, ekipy nie angażują się w aż takim zakresie, aby nie zyskać nic więcej, niż dobre samopoczucie.
Długie i krótkie przejazdy, symulacje kwalifikacji, próby z niskim i wysokim poziomem paliwa, do tego na imponującym dystansie 115 okrążeń w ciągu jednego dnia, podczas którego (Robert) poprawił czas ustanowiony przez trzeciego i rezerwowego kierowcę Siergieja Sirotkina...
Nie dziwi, że mój kolega Anthony Rowlinson - jedyny pracujący (tego dnia) dziennikarz, który miał przywilej obserwować (ten test) i którego historię o tym dniu możecie przeczytać w sierpniowym numerze F1 Racing - wrócił (do redakcji) i zachwycał się tym, co właśnie zobaczył.
Z pewnością był to wyjątkowy dzień w życiu Roberta Kubicy. Co ważniejsze, mógł to być monumentalny dzień w historii wyścigów Grand Prix.
Historia Anthony'ego zdradza nam, że Alan Permane, czyli dyrektor sportowy Renault od wielu lat, który za nic nie przegapiłby tego testu, opuścił Walencję przekonany, że Kubica wrócił w najbardziej kompletnym wydaniu. Prawy nadgarstek może mieć swoje ograniczenia w ruchu, ale ze specjalnie zaadaptowaną kierownicą, która pozwala na zmianę biegów lewą tylko ręką, Robert działał wyraźnie w trybie "Gwiazda Śmierci": Mówiąc inaczej był w pełni uzbrojony i funkcjonalny.
Wyobraźcie sobie, co to może znaczyć dla Formuły 1. Kierowca tego kalibru, z potencjałem mistrza świata, wrócił na rynek kierowców niespodziewanie i w momencie, gdy może być tam najbardziej potrzebny.
Ranault miało serce i, co ważniejsze, dobre wyczucie, dając mu szansę w Walencji, więc powinno mieć pierwszeństwo dostępu do jego talentów. Jak się o tym pomyśli, jeśli Abiteboul jest tak bystry, jak lubi się pokazywać, to już ma parafkę Kubicy na czymś przypominającym wstępny kontrakt.
Jeśli jednak Renault się zawaha, jeśli jest jakakolwiek szansa, że Kubica jest dostępny, Ferrari powinno wejść do akcji.
Czemy? Zastanówcie się nad tym:
Oprócz przypadkowego zbiegu okoliczności, że Kubica prawie na pewno zostałby kierowcą Ferrari, gdyby nie uderzył w krawędź stalowej bariery pod koniec lutego 2012, Scuderia z pewnością desperacko szuka nowego topowego kierowcy, aby zamieszać przed kolejnym sezonem. Nawet, jeśli zaczniemy z założeniem, że Sebastian Vettel nie przeskoczy zaraz do Mercedesa - teraz,