kann2
25.03.09, 22:13
Pouczająca lektura:
motoryzacja.interia.pl/hity_dnia/news/spowiedz-handlarza,1270103,415
Niemiec głupi nie jest. Dobrego auta za darmo nie odda. Tylko Polacy
to tacy idioci. Panie, toż to czysta głupota! Kretyni wierzą, że
dziesięcioletni diesel ma na liczniku 150 tys. km (*)...
Byłeś pan kiedyś w Niemczech? Ludzie tam do pracy jeżdżą po sto km w
jedną stronę. Mają autostrady, więc zajmuje im to mniej niż godzinę.
Zresztą opłaty za diesle są wysokie, więc auto musi na siebie
zapracować. Silnik to się gasi, jak się zepsuje.
Czyli co, na lawetę i kręconko?
- Że co?
Liczniki, rozumiem, kręcimy?
-Heh, dzisiaj to jest kultura! Ludziska się wycwanili. Dzwonią jacyś
zboczeńcy, pytają o VIN. Dzisiaj to się robi drobne korekty - wie
pan - takie kosmetyczne. Jak auto ma, dajmy na to, 250 tys., to
zrobi się mu 168 tys. i będzie git. Polak to takie durne zwierze
jest. Nawet jak wie, że auto ma dwa razy więcej, to woli kupić to z
mniejszym przebiegiem. Bo przecież, łatwiej mu będzie sprzedać! Z
takim myśleniem to jesteśmy 50 lat za murzynami.
Lubimy się oszukiwać?
Książka serwisowa to fikcja
-Oszukiwać? Durni jesteśmy i tyle. Masz pan przykład z życia. Kolega
przywiózł kiedyś z "Rzeszy" trzy "a-szóstki" w "tedeiku". Dwie
wyrwał od jakiegoś Turasa, trzecią kupił od pewnej firmy. Te
pierwsze - koszmar. Silniki zarzygane olejem, jedna miała przód od
innej wersji, bo taki akurat udało się znaleźć na szrocie. Trzecia
kosztowała go najwięcej, ale zupełnie nic jej nie dolegało. Furka
latała pod jednym kolesiem przez kilka lat. Książka serwisowa była
zabazgrana jak kolorowanka. Pełny serwis aż do końca, czyli 310 tys.
km. I co? Te od Turka sprzedały się w ciągu dwóch tygodni. Miały tam
na blacie coś po 180 tys. przebiegu. Z trzecią męczył się 2
miesiące. W końcu sprzedał to kumplowi z Bełchatowa bodajże. Ten
wypieprzył serwisówkę i zrobił jej przebieg 130 tys. km. Sprzedała
się w trzy dni. I pewnie śmiga do dzisiaj.
Ciekawa historia
-Teraz to mówię panu - kultura. Kiedyś to były jazdy, bo i ludzie
jeszcze durniejsi byli. Pamiętam jak kolega wyhaczył w Niemczech
trójkę w dieslu. Też jeździła w jakiejś flocie. Miała już drugą
książkę serwisową. Oglądałem ją na wszystkie strony - znam te auta -
nie dałbym więcej jak 180 tys. przebiegu. Widać, że auto zadbane. W
rzeczywistości miała przejechane 470 tys. km. Gdyby nie to, że
widziałem książkę, sam bym nie uwierzył. Gdy kupiła go potem pewna
pani, samochód miał na blacie 70 tys. km z groszem. Wtedy to k***a
się kręciło!
I zapewne wszystkie były "bezwypadkowe"?
Sprawdziliśmy "bezwypadkowe"
-Wie pan, wypadki to są różne. Chłopaki przywoziły wszystko co dało
się wyklepać, bo robocizna w Polsce kosztowała grosze. W Niemczech
to jakaś masakra. Poduszki, czujniki itd. Wszystko kupę kasy
kosztuje. U nas kupujesz w necie zaślepki, przepinasz kontrolki
poduszek i spokój. Klepie się takie złomy po stodołach i jest git.
Ważne żeby się ładnie świecił i miał dużo chromu. Dajmy na to
taka "a-czwórka", ładna listwa przyciąga wzrok, nie widzisz, że
przód od innego auta, jak się świeci. Zawsze się znajdzie jakiś
wariat co będzie go pukał jakimś czujnikiem, jakby to jakaś laska
była, ale ja nie musze wiedzieć, że był bity. Będzie się stawiał to
powiem, że może Niemiec coś robił i niech się goni.
No tak, życie jest brutalne..
-Ale powiem szczerze, że w tłuczki to ja się nie bawiłem. Więcej
pieprzenia, niż to warte. Jak już, to szukało się uszkodzonych
mechanicznie. Niemcy to mają fioła na punkcie środowiska. Tam, jak w
furze padnie turbina to oni spuszczają cenę o 2 tys. euro. Bo wie
pan, oni po takiej usterce to katalizator wymieniają, że niby zalany
olejem. Turbina tysiąc, katalizator - drugi tysiąc i cena idzie w
dół. A na ch** komu jakiś katalizator? Bierzesz kloca na lawetę i do
kraju. Potem wstawiasz zrobione turbo, katalizator weck i
robisz "przelot". Mechanicy za darmo Ci to zrobią, bo wydłubują z
katalizatorów jakieś tam metale, czy coś.
Tylko trzeba uważać co się kupuje, bo niektóre auta to jakieś
dziwactwa mają. Kiedyś kompresora do jednego merca to trzy miesiące
nie mogłem znaleźć.
Merc, BMW, Audi? jak na handel, to tylko niemieckie?
Jak sprzedać używane BMW?
-To różnie. Wcześniej - wiadomo. Polak zawsze chciał mieć przecież
mercedesa. Teraz to ludzie już trochę mądrzejsi - naczytają się w
internecie opinii i zmieniają zdanie. W124 to były auta, te nowsze E
klasy to jeden wielki chłam. Rdzewieje to, mechanika się sypie.
Coraz trudniej sprzedać. Peugeociki się woziło, fiaty, ople itd.
Ważne, żeby w dieslu. To podstawa.
Dalej handluje Pan samochodami?
-Wie pan, od czasu do czasu pogoni się jeszcze do Reichu, żeby coś
przytaszczyć, w końcu ma się jeszcze trochę kontaktów. Tylko dzisiaj
to euro drogie. Przy takim kursie, to ja ...
Od redakcji:
W zeszłym roku padł rekord. Przez dwanaście miesięcy do Polski
sprowadzono przeszło milion używanych samochodów. Najliczniejszą
grupę stanowiły pojazdy w wieku od 5 do 10 lat. Niewiele mniej
(niemal połowa!) to auta starsze niż dziesięcioletnie.
*Na krótką, anonimową, rozmowę o samochodach używanych udało nam się
namówić pewnego byłego handlarza z Warszawy. Wywiad przeprowadzony w
lutym 2009 roku.