Już wielokrotnie doszłam do wniosku, że to wierutna bzdura, ale taka
piramidalna, trudno znaleźć głupsze i bardziej nieprawdziwe
stwierdzenie. Mnie pieniądze dają bardzo dużo szczęścia. To dzięki
nim można realizować wszystko, czego się w danym momencie
potrzebuje...
Dzisiaj właśnie o tym pomyślałam. Pojechaliśmy z dziećmi do mega
wypasionej sali zabaw, z ogromnym statkiem do wspinania się, mnóstwo
rur, zjeżdżalni - starszy szalał, skakał, wspinał się, potem jeździł
na karuzeli w kształcie malutkich łódek, huśtał się na statku
pirackim, skakał na dmuchanym zamku, jeździł na samochodach. Młodsza
bawiła się w małych domkach, wypasioną kuchnią, jeździła samochodem
policyjnym, skakała w piłkach. Często jeździmy na place zabaw pod
dachem, jak pogoda nie dopisuje, ale ten jest jak dotąd
najfajniejszy dla moich dzieciaków - były tak zadowolone, takie
zdyszane, takie szczęśliwe, że pomyślałam sobie właśnie, że jakbym
nie miała pieniędzy na takie zbytki, żeby ich ucieszyć, to nie
miałyby tej frajdy.
A koszt takiej przyjemności: 45 zł. Ostatnio czytałam, że wjazd na
taras widokowy w Wawie: 20 zł od osoby. Wyjście do Zoo z dwójką
dzieci: 40 zł. Zestaw Happy Meal w McDonald'sie: 10 zł.
Wiem, że nie są to rzeczy niezbędne, ale tak się składa, że dzieci
to bardzo lubią. I jest to przykre, że wszystko to jest takie
drogie - jeśli np. rodzina z trójką dzieci ma pojechać na taras
widokowy, to pewnie się dwa razy zastanowi nad takim wydatkiem.
I tak od filozoficznych rozważań nad sensem życia w kontekście
finansów przeszłam do narzekań na drożyznę

Ot, taki luźny wątek