tbo5r
12.12.06, 00:16
3 lata temu zaczelismy z żoną starać się o wize imigrancką, kupa zachodu,
koszty, jeżdzenie, sr*nie, kazdy to zreszta wie.. w koncu dostalismy,
cieszylismy sie.. do czasu. Kumpel zaprosił nas do siebie w Toronto,
powiedzial nam jak jest naprawde, reszte doczytalismy w necie..
wystraszylismy sie...nie stac nas zeby popylac gdzies w magazynie albo robic
kanapki zeby miec to sławetne Canadian experience, robic jakies tam szkółki
zeby nas chciano zauważyc... mamy wyzsze wykształcenie, zawody w miare dobre
ale nie powalające typu informatyk czy dentysta (bo tacy sobie zawsze
poradza) my mamy małe dziecko musimy miec na życie a nie wydawac ciezko
zgromadzone oszczednosci na to zeby w ogole przezyc i sie zakotwiczyc w
Kanadzie. od póltorej roku mieszkamy w Anglii, jakos tam sobie radzimy,
rewelacja nie jest ale przynajmniej nie dusimy sie z upału latem ani nie
musimy odkopywac samochodu spod 2 m sniegu zima, do Polski blizej też, a
jednym z dyżurnych pytań na imprezkach rodzinnych jest "co z Kanadą" juz nie
wiem co mam gadać, niedobrze mi jest od tego. Karty rezydenckie leża w
szufladzie.. moze ktoś chce kupic?
Ch*j mnie strzela na to wszystko.. a może przesadzam? powiedzcie ze nie mam
racji może...?