ilhan
14.06.04, 23:13
Poniższa recenzja powstała sobie kiedyś tam dawno temu z myślą o umieszczeniu jej w pewnym miejscu, jednak po jej ukończeniu autor doszedł do wniosku, że jest z niej wybitnie niezadowolony i ostatecznie jak do tej pory nie ujrzała światła dziennego. Myślę jednak, że nie jest aż tak kompromitująco słaba, żeby nie mogła sobie tu zaistnieć :)
Rzecz dotyczy mojej płyty roku 2003.
------
BRITISH SEA POWER
The Decline Of British Sea Power
Rough Trade
"British Sea Power?s Classic". Zuchwały napis na okładce nie kłamie. Ta płyta to coś więcej, niż zbiór przypadkowych jedenastu kompozycji. To opowieść, niezwykle piękna i mądra. A zarazem zwariowana, nieobliczalna i inna niż wszystkie pozostałe. Yan, Noble, Hamilton i Wood potrafili wyczarować coś z niczego. W roku 2003, wychodząc od oklepanej do bólu konwencji dwóch gitar, basu i perkusji, byli w stanie stworzyć jedyne w swoim rodzaju, fascynujące zjawisko: począwszy od zielonych, wojskowych mundurów, liści i gałęzi, a skończywszy na poetyckich tekstach i czarodziejskich dźwiękach. Ta cała otoczka i najmniejszej oznaki ściemniania. Muzyka broniąca się przed każdymi zarzutami.
Wciskam "play" w odtwarzaczu po raz czterdziesty, może pięćdziesiąty... Chóralnego intro "Men Together Today" w zasadzie mogłoby nie być, takie było moje wrażenie kilka miesięcy temu. Teraz nie potrafiłbym sobie wyobrazić innego rozpoczęcia tej płyty. Następujące po nim "Apologies To Insect Life" to jedna z najbardziej zwariowanych stron A singli ostatnich lat. Wokalny popis Yana. Przymknijcie oko na to, że manierą wokalną przypomina Davida Bowie. Przy okazji tej muzyki w ogóle odrzućcie wszelkie skojarzenia, naprawdę warto. Drugi utwór płynnie przechodzi w równie szalone "Favours In The Beetroot Fields". Niespełna półtorej minuty uderza iście punkową energią. "Something Wicked" - tu zaczyna się ta właściwa część tej płyty. To, obok późniejszego "Blackout", najbardziej melancholijny fragment "The Decline Of..." Ta i kolejnych pięć piosenek to muzyka brytyjska u szczytu swoich możliwości. Już nie będziecie w stanie wyłączyć tego albumu. Singlowe "Remember Me" i "Fear Of Drowning" porywają natarczywymi, jazgotliwymi riffami i podniosłymi refrenami. Solo w drugim z nich należy do najbardziej hałaśliwych. W kolejnym "The Lonely" pojawiają się klawisze, czaruje poetycki nastrój. Wydaje się, że już niczego większego tu nie zaznamy.
Jakże mylna to myśl ? nadchodzi "Carrion"! Dla niżej podpisanego bezdyskusyjnie hymn 2003 roku. Chwytliwy riff, chóralny refren, energia, podniosłość, liryzm ? w tej piosence jest wszystko, czego można oczekiwać od muzyki rockowej. Melancholijnie popowy "Blackout", w odróżnieniu od swoich poprzedników, jest pozbawiony hałaśliwych gitar. Tę przestrzeń wypełniają znów akcenty klawiszowe. Jest pięknie. Już wiem, że obcuję z najbardziej niezwykłym albumem początku wieku, jaki dane mi było poznać. Patrzę na licznik ? zostało jeszcze 19 minut! Aż 14 z nich rezerwuję na "Lately". Połowę utworu wypełnia podniosła ballada. Potem wpadają w trans. To będzie kilkaset sekund różnego rodzaju wrzasków, pisków, gitarowego rzężenia. Rozwijających kilka różnych motywów jednocześnie. Liryczne "A Wooden Horse" wieńczy dzieło.
Dzieło? Tak, nie mam wątpliwości. "The Decline Of British Sea Power", patrząc z perspektywy kilku miesięcy po wydaniu tego albumu, to album dojrzały, ale zarazem świeży. Idealne połączenie wrażliwości i hałasu, poetyckiej melancholii i agresji, przebojowości i oryginalności. Przejmująca opowieść, bez której rok 2003 muzycznie byłby dla mnie pustką.
ilhan