Dodaj do ulubionych

Polecamy, radzimy, ostrzegamy

    • duke.ellington Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 00:44
      John Coltrane

      musowo:

      "Ascension"
      "Meditations"
      "A Love Supreme"
      "Live at the Village Vanguard"
      "Live at Birdland"
      "Crescent"

      warto:

      "Africa/brass"
      "Sun ship"
      "Interstellar space"
      "Stellar Regions"
      kurcze, i chyba cala reszta od roku '57 wzwyz...

      • duke.ellington Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 00:50
        to jeszcze Miles Davis, ale fragmentarycznie:

        koniecznie, absolutnie:

        "ESP", "Miles smiles", "Sorcerer"
        "Milestones", "Kind of Blue"
        "Miles ahead", "Porgy and Bess", "Sketches of Spain"
        "Birth of the cool"
        "Ascenseur pour l'echafauld" (kontrowersyjny wybor, ale ja to uwielbiam)

        warto:

        elektryczny Miles: "In a silent way", "Bitches brew", "Tribute to Jack Johnson"

        umiarkowanie:

        poźny elektryczny Miles - juz "On the corner" jakieś miałkie mi się wydaje, im dalej tym jakoś marniej. Lata 80. to moim zdaniem kicha, choć są tacy, co uważają, że wręcz na odwrót.


        • nemrrod Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 13:55
          duke.ellington napisał:

          > "Ascenseur pour l'echafauld" (kontrowersyjny wybor, ale ja to uwielbiam)

          Ja też uwielbiam! Nie chcę grzeszyć, ale wolę tę płytę od np. Sketches Of
          Spain... Muszę zaznaczyć jednak, że na jazzie się w ogóle nie znam (albo znam
          bardzo słabo). Nie znam też wielu płyt Davisa... Może więc nie dorosłem jeszcze
          do Sketches...

          I Jeszcze jedno pytanie:
          John Coltrane - Giant Steps - czy o tej płycie mógłbym się czegoś dowiedzieć?
          Ktoś zna?
          • duke.ellington Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 16:37
            nemrrod napisał:

            > Ja też uwielbiam! Nie chcę grzeszyć, ale wolę tę płytę od np. Sketches Of
            > Spain... Muszę zaznaczyć jednak, że na jazzie się w ogóle nie znam (albo znam
            > bardzo słabo). Nie znam też wielu płyt Davisa... Może więc nie dorosłem jeszcze
            > do Sketches...

            "Sketches" to przeciez plyta bardzo przyjazna sluchaczom, nawet tym nie przepadającym za jazzem, którego tu właściwie niewiele. Piękne melodie, wyszukane aranżacje, minimalistyczne partie Milesa o ogromnym ładunku emocjonalnym... A zarazem jest w pewien sposób "popowa", to takie "Pet Sounds" jazzowe ;))

            > I Jeszcze jedno pytanie:
            > John Coltrane - Giant Steps - czy o tej płycie mógłbym się czegoś dowiedzieć?
            > Ktoś zna?

            Taak! To arcydzielo jest. Chyba najbardziej wirtuozowskie partie w karierze zagrał tu Coltrane - jak huragan! Fenomenalne kompozycje i ten żar!! Koniecznie należy się zapoznać.

            pzdr
            • pagaj_75 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 16:43
              duke.ellington napisał:

              > "Sketches" to przeciez plyta bardzo przyjazna sluchaczom, nawet tym nie przepad
              > ającym za jazzem, którego tu właściwie niewiele. Piękne melodie, wyszukane aran
              > żacje, minimalistyczne partie Milesa o ogromnym ładunku emocjonalnym... A zaraz
              > em jest w pewien sposób "popowa", to takie "Pet Sounds" jazzowe ;))

              To ja się przyłączę po trochu do nemrroda. Lubię "Sketches", ale bez przesady. Z
              tych trzech płyt nagranych przez Davisa z Gilem Evansem pod koniec lat 50.
              najbardziej do mnie trafia "Miles Ahead" - to jest dopiero jazzowy pop :)
            • duke.ellington Re: Polecamy - jeszcze o Giant Steps 16.07.04, 17:07
              > > I Jeszcze jedno pytanie:
              > > John Coltrane - Giant Steps - czy o tej płycie mógłbym się czegoś dowiedz
              > ieć?
              > > Ktoś zna?

              To chyba po usłyszeniu tej właśnie płyty dotychczasowy bóg saksofonu tenorowego Sonny Rollins wpadł w depresje. Wystarczy porównać inne saksofonowe płyty z 1959 roku z Giant Steps i zdamy sobie sprawe, jak drastyczna i bolesna musiała to być detronizacja. Coltrane doprowadził to hard bop do szczytu - już lepiej się tego zrobić nie dało! Potem zmienił nieco kierunek...
            • nemrrod Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 17:48
              duke.ellington napisał:

              >wyszukane aranżacje

              No właśnie, jak dla mmnie chyba zbyt wyszukane...To wszystko kojarzy mi się
              jakoś operetkowo-teatralnie...Wolę jednak ascetyczne brzmienia, jak na
              wspomnianym Ascenseur...

              >minimalistyczne partie Milesa

              No własnie, czemu ich tak mało?!

              Naturalnie będę słuchał tej płyty jeszcze wiele razy. Może w końcu "załapie" :)

              Bardzo interesujące jest to,co piszesz o Giant Steps. Dzięki. Nie omieszkam się
              zapoznać. Podobnie jak z Miles Ahead. :)
            • gregkor Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 18:33
              duke.ellington napisał:

              >>
              > > I Jeszcze jedno pytanie:
              > > John Coltrane - Giant Steps - czy o tej płycie mógłbym się czegoś dowiedz
              > ieć?
              > > Ktoś zna?
              >
              > Taak! To arcydzielo jest. Chyba najbardziej wirtuozowskie partie w karierze
              zag
              > rał tu Coltrane - jak huragan! Fenomenalne kompozycje i ten żar!! Koniecznie
              na
              > leży się zapoznać.
              >
              Podpisuję się pod tym, to wspaniała płyta..w ogóle Coltrane to mój faworyt
              jest..

              pozdr
            • ilhan Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 22:17
              duke.ellington napisał:

              > "Sketches" to przeciez plyta bardzo przyjazna sluchaczom, nawet tym nie
              > przepadającym za jazzem

              Potwierdzam, słucham z przyjemnością nie mając najmniejszego pojęcia o jazzie.
      • cze67 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 10:44
        A My Favorite Things?
        • pagaj_75 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 10:52
          cze67 napisał:

          > A My Favorite Things?

          no ta płyta się mieści w tym (cytuję) "cala reszta od roku '57 wzwyz." :)
    • ilhan MANSUN 16.07.04, 00:55
      Absolutnie

      "Six" - geniusz - pędzi niewiarygodnie szybko w górę mojej listy ulubionych płyt, a ma takie momenty, że boję się żeby nie przywaliła w sam sufit... Komuś kto nigdy w życiu nie słyszał ani prog-rocka, ani punku, ani britpopu, ani nie wie co to ściany dźwięku i uważa, że jakiś tam Thom Yorke jest najlepszym brytyjskim wokalistą, puściłbym właśnie ten album. Spodnie spadają, nie mówiąc o kapciach.

      "Attack Of The Grey Lantern" - wybitny debiut, podsumowujący niezwykle płodny pierwszy okres działalności Mansun obfitujący w fantastyczne, wieloutworowe epki.

      Warto

      "Little Kix" - kolekcja nadzwyczaj ładnych kompozycji chwilami ocierająca się o najlepsze rzeczy w dorobku Mansun; popowa w porównaniu z tym, co było wcześniej.
      • pagaj_75 Re: MANSUN 16.07.04, 10:55
        ilhan napisał:

        > Absolutnie
        >
        > "Six" - geniusz - pędzi niewiarygodnie szybko w górę mojej listy ulubionych pły
        > t, a ma takie momenty, że boję się żeby nie przywaliła w sam sufit... Komuś kto
        > nigdy w życiu nie słyszał ani prog-rocka, ani punku, ani britpopu, ani nie wie
        > co to ściany dźwięku i uważa, że jakiś tam Thom Yorke jest najlepszym brytyjsk
        > im wokalistą, puściłbym właśnie ten album. Spodnie spadają, nie mówiąc o kapcia
        > ch.

        A komuś kto słyszał prog-rocka, punk, britpop i inne takie, i bynajmniej nie
        uważa Yorka za najlepszego wokalistę, może się to spodobać? :)
        bo nie wiem czy ściągać (muzykę, of course, nie spodnie :))
        • ilhan Re: MANSUN 16.07.04, 10:59
          pagaj_75 napisał:

          > bo nie wiem czy ściągać (muzykę, of course, nie spodnie :))

          Po to właśnie to napisałem! :) Pewnie że ściągać. I posłuchać w skupieniu od początku do końca.
      • duke.ellington Re: MANSUN 16.07.04, 13:31
        A ja kurczę nie mogę się do nich przekonać, choć wielokrotnie próbowałem. Mam wszystkie te płyty, starałem się, słuchałem karnie - bo momenty miewają wspaniałe - ale całość nie przekonuje (mnie).
        Myślę, że riffy i motywy ("hooki") nie są zbyt oryginalne, ponadto jakoś chaotycznie posklejane. Ale mogę się mylić, często się mylę :)
        • ilhan Re: MANSUN 16.07.04, 13:53
          duke.ellington napisał:

          > Myślę, że riffy i motywy ("hooki") nie są zbyt oryginalne, ponadto jakoś
          > chaotycznie posklejane.

          Mi się wydaje że są dość charakterystyczne i chłopaki swój własny styl szybko wypracowali. Chaos to jak rozumiem zarzut głównie w kierunku "Six"? Częstotliwość pojawiania się nowych motywów i powracania starych (czy też ich wcześniejszego sygnalizowania - płyty ciężko słuchać na wyrywki) jest tam faktycznie nieprawdopodobna i, jak dla mnie, imponująca. Ale udało mi się w tym odnaleźć, choć przyznaję, że też nie od razu. Łatwiej chyba zacząć od "Attack Of The Grey Lantern".

          Nasunęło mi się skojarzenie odnośnie popularnego w zeszłym roku zespołu The Mars Volta, również przywołującego progresywne skojarzenia na swojej debiutanckiej płycie. Otóż "Six" to chyba nieco zbliżony sposób myślenia o muzyce. Z tym że, według mnie, to właśnie "De-Loused" wydaje się być chaotyczną, przypadkową układanką, podczas gdy "Six" sprawia wrażenie z premedytacją zaplanowanej, genialnie spójnej całości. Poza tym fuck, teksty! Porażają. Momentami to jedna z najbardziej przejmujących, depresyjnych, wręcz "psychicznych", wyzewnętrzniających się płyt jakie słyszałem.

          Coś jeszcze miałem dodać. Ale chyba zapomniałem.

          Pozdrawiam
    • pagaj_75 Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 13:40
      No to skoro omawiamy również wykonawców dwu- i trzypłytowych, to ja pojadę teraz
      tak:

      1) Trzeba:

      "Yesterday wad Dramatic - Today is OK" - debiut, w większości instrumentalny,
      ale to jedna z najlepszych elektronicznych płyt ostatnich lat. Howgh.

      2) Warto:

      "Finally We are No One" - drugi album, więcej piosenek i żeńskich głosów,
      całkiem sympatycznie jest.

      3) Można, jak już ktoś bardzo musi

      "Summer Make Good" - trzeci, jak na razie ostatni. jak widać zjazd po równi
      pochyłej. już raczej nie przekonam się do tego albumu. nie jest zły, ale nie
      jest i dobry. jest po prostu nijaki. tu zgodzę się z recenzentem pitchforka:
      powinni zrezygnować z pisania piosenek. i tyle.
      • smithcio Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 14:58
        pagaj_75 napisał:

        > 3) Można, jak już ktoś bardzo musi
        >
        > "Summer Make Good" - trzeci



        Absolutnie się z Tobą nie zgadzam. Jest to zdecydowanie najlepsza ich płyta. W
        końcu skończyli z plamami dźwięków.
        • pagaj_75 Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 15:10
          smithcio napisał:

          > Absolutnie się z Tobą nie zgadzam. Jest to zdecydowanie najlepsza ich płyta. W
          > końcu skończyli z plamami dźwięków.

          Powiem tylko tak: oj smithciu smithciu...
          • smithcio Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 15:16
            pagaj_75 napisał:

            > Powiem tylko tak: oj smithciu smithciu...
            >


            Ależ pagaju ja nie jestem wcale odosobniny w swoich odczuciach! Ot weźmy
            recenzję tej płyty pierwszą z brzegu:
            www.nuta.pl/plyty/plyta.html/1306.html
            • pagaj_75 Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 15:37
              smithcio napisał:

              > Ależ pagaju ja nie jestem wcale odosobniny w swoich odczuciach!

              Na szczęście ostatnio przekonuję się, że ja również nie jestem jedynym wariatem
              na tym świecie, którym ta płyta, mówiąc dyplomatycznie, średnio się podoba:

              www.porcys.com/Reviews.aspx?id=462
              www.pitchforkmedia.com/record-reviews/m/mum/summer-make-good.shtml
              Wielka to ulga dla mnie, bo już myślałem, że może coś ze mną nie tak, że może to
              wszyscy inni mają rację, a ja jeden nie umiem poznać się na tej muzyce. Ale
              jednak są też inni. Panów z Porcysia nie lubię, ale jednak o wiele bardziej
              szanuję ich niż recenzentów nuty. Nie tylko dlatego, że mam podobne do nich
              zdanie na temat poszczególnych płyt Mum.
              • jack9 Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 15:49
                Zgadzam sie z mieciem, smithciem ...czy jak mu tam... ostatnia płyta Mum jest
                ich najlepszą zestawienie ułozyłbym dokładnie odwrotnie niż pagaj.

                Co do kolegów z Porcys - coż "ten typ tak ma" za najlepszy Sigur Ros uważają
                Von, za najlepszy Mogwai "Young Team" itd...
                • pagaj_75 Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 16:06
                  jack9 napisał:

                  > Co do kolegów z Porcys - coż "ten typ tak ma" za najlepszy Sigur Ros uważają
                  > Von, za najlepszy Mogwai "Young Team" itd...

                  Nie chcę występować jako adwokat diabła, czyli porcysiowców. Akurat w przypadku
                  Mum się zgadzamy, taki zbieg okoliczności. Podałem również przykład pitchforka,
                  tak szanowanego na tym forum, a teraz dorzucam jeszcze trzeci przykład - AMG

                  www.allmusic.com/cg/amg.dll?p=amg&token=&sql=10:21rn286l058a
                  Czyli wychodzi na to, że recenzeci wybrzydzają, a fani swoje wiedzą :) Chyba
                  powinienem się przekwalifikować na krytyka :)
      • duke.ellington Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 17:11
        co do punktu pierwszego - zgoda. Ale na miejscu drugim postawiłbym jednak "Summer", a "Finally" na dole (na dnie?)
        • pagaj_75 Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 17:25
          duke.ellington napisał:

          > co do punktu pierwszego - zgoda.

          Kamień spadł mi z serca. :D
          • dziewczyna_mickiewicza czy moge prosic o neil'a young'a ? 20.07.04, 14:33
            no, chyba ze juz byl, tylko ja jestem slepawa;)
            • jack9 Re: czy moge prosic o neil'a young'a ? ...a hood? 22.07.04, 22:50
              Younga nie umiem ...
              ale czy zamiast może być Hood ?

              Konieczne:

              The Cycle of Days and Seasons - album na którym słychac sporo inspiracji
              pięknym "Spirit of Eden" Talk Talk - doskonała jesienna muzyka
              Coldhouse - płyta będąca swietnym połączeniem Hoodowych melancholijnych
              klimatów z elektroniką

              Warto posłuchać:

              Rustic houses, forlorn valleys - brudnopis płyty "The Cycle..." podobny klimat

              Nie moge się przekonać do:

              Structured disasters
              Silent'88
              Cabled linear traction

    • jo_loop The Chameleons? 22.07.04, 23:15
      A czy ktoś coś wie o The Chameleons? Ostatnio usłyszałam utwór Intrigue in Tangiers, który mnie zachwycił. Takie Cure'owskie klimaty.
      • jack9 Re: The Chameleons? 23.07.04, 05:18
        jest co prawda 5:17 ale skoro chcesz Chameleons to nie mogę odmówić ...

        Najbardziej lubie:
        -"What Does Anything Mean? Basically" - tam właśnie jest Intrigue in Tangiers
        potem:
        -"Script of the Bridge"
        a potem:
        -"Script of the Bridge" - zwykle wymieniany jako najlepszy

        Możne też :
        -"Why Call It Anything?" - doskonały powrót po latach

        Nie wiem czy warto - całą masę kompilacji, koncetówek, projektów Marka
        Burgessa... bo jest to kolejny po Opposition, Breathless...o Lowlife nie
        wspominając którego płyty trudno złapać ( przynajmniej u nas
        • jo_loop Re: The Chameleons? 26.07.04, 00:09
          Dzięki, doceniam wysiłek :) Te albumy trafią na moja listę zakupów wszechczasów. A że ciężko je zdobyć? Cierpliwa jestem. Poza tym wielu moich znajomych jeździ po świecie z tą listą :) Dzięki wielkie.
          • jack9 Re: The Chameleons jeszcze... 26.07.04, 07:30
            jo_loop napisała:

            > Dzięki, doceniam wysiłek :) Te albumy trafią na moja listę zakupów
            wszechczasów
            > . A że ciężko je zdobyć? Cierpliwa jestem. Poza tym wielu moich znajomych
            jeźdz
            > i po świecie z tą listą :) Dzięki wielkie.

            Dopiero teraz widzę że zapomiałem napisać o płycie Strange Times - równie
            ciekawej jak "What Does..."
            A co do zakupu płyt Chameleons to nie trezba jeżdzic po swiecie
            Wystrczy karta kredytowa i zamówienie złożone w redsunrecords...;)
            www.redsunrecords.com/index.php?cPath=8&RSRsid=fe326ae60ae0c298a2e1bf4ed79801bb

            Prezglądając stronke tej wytwórni w myslach wydaje setki euro...;)
    • smithcio Stabbing Westward 23.07.04, 11:25
      Myślę że to jeden z ważniejszych zespołów ostatnich lat.

      Absolutnie:
      "Wither Blister Burn & Peel" -pierwszy kawałek miażdży a potem jest tylko
      lepiej:)

      Warto:
      "Darkest Days"- jak sam tytuł wskazuję- mroczniejsza i smutna to płyta, tylko
      niestety monotonna.
      "Stabbing Westward" -ostatnia, wręcz piosenkowa płyta ale wporzo.

      Niekoniecznie:
      "Ungod" -pierwsza, bardzo elektroniczna, nudna płyta.
      • grimsrund Re: Stabbing Westward 26.07.04, 00:27
        Popieram. Trochę szkoda, że się rozpadli.
    • peternurek1 poproszę Lynyrd Skynyrd, jesli można :) 26.07.04, 00:06
      a jeśli już było to przepraszam, ale własnie wpadło mi w łapy pare kawałków i
      MUSZĘ ich bardziej poznać :D
      • cze67 Armia 12.09.04, 14:59
        Koniecznie;
        - Legenda
        - Anti-armia
        Warto:
        - Czas i byt
        - Exodus (koncert)
        - Triodante
        - Soul Side Story (koncert)

        pozostale plyty sa wedlug mnie slabsze, ale nie moge powiedziec, ze je w skupieniu
        przesluchalem, wiec wypowiadac sie nie bede...
        • luukasz4 Re: Armia 12.09.04, 22:33
          no to ja do trzeba dopisuje Ducha
    • d84 Suede 12.09.04, 21:32
      Świetny wątek, chciałem najpierw opisać Faith No More, ale było więc po co.
      Suede chyba jeszcze nie, so let's begin :)

      Trzeba:
      Suede - debiut oraz imho najlepsze wydawnictwo grupy. Bez wątpienia klasyk,
      kawałek historii rocka lat 90.
      Dog Man Star - nieco spokojniejszy, bardziej nostalgiczny i emocjonalny follow-
      up. Dla wielu słuchaczy najcenniejsze dokonanie zespołu

      Warto:
      Coming Up - trzeci album, ale pierwszy z nowym gitarzystą Richardem Oaksem,
      weselszy od poprzednich i chyba najbardziej przebojowy/popowy ze wszystkich
      Sci-fi Lullabies - kawałki które nie zmieściły się na trzech wyżej opisywanych
      albumach. Najlepsza kolekcja bisajdów lat 90? :)

      Ewentualnie:
      Head Music - stylistycznie jest to kontynuacja Coming Up, bardziej nierówny
      choć kilka utworów trzyma wysoki poziom poprzednich krążków

      Tylko dla wytrwałych:
      A New Morning - zdecydowanie najsłabszy album Suede, płyta zaledwie przeciętna

      O, wyszło chronologicznie :)
      • ilhan Re: Suede 12.09.04, 21:37
        Zgadzam się w zupełności, poza jednym. Osobiście uważam, że robi się zbyt wiele zamieszania wokół debiutu Suede, choć jest to album znakomity, to wg mnie nie ma w ogóle dyskusji na temat wyższości DMS... :)
        • cze67 Re: Suede 12.09.04, 21:46
          ilhan napisał:

          > Zgadzam się w zupełności, poza jednym. Osobiście uważam, że robi się zbyt
          wiele zamieszania wokół debiutu Suede, choć jest to album znakomity, to wg mnie
          nie ma w ogóle dyskusji na temat wyższości DMS... :)

          Mam to szczęście, że posiadam oba najlepsze albumy tej grupy. Może z tego
          powodu, że debiut zespołu poznałem najpierw, i zasłuchiwałem się w nim
          niemiłosiernie a DMS słucham dopiero od niedawna, ta pierwsza płyta robi na
          mnie zdecydowanie większe wrażenie.
          • d84 Re: Suede 12.09.04, 22:50
            Ja mam dokładnie tak samo - też od tego zacząłem, stąd taka kolejność :)
          • libertine Re: Suede 14.10.04, 18:28
            ja też bardziej lubię jednak debiut suede i jest to dla mnie szczytowe
            osiągnięcie zespołu (podobnie jak 'definitely maybe' oasis nad które kolega
            ilhan przedkłada drugi album - 'morning glory')
    • yatzeq3 Dream Theater 15.10.04, 10:18
      1.Trzeba
      Awake - Petrucci wgniata w ziemie niemal ka|dym riiffem, Portnoy dzielnie go
      wspomaga, dla odmiany akustyczny "silent man" tez ladny
      Images And Words - nie zgadzam sie z wieloma opiniami uznajacymi ten album DT
      za najlepszy, ale i tak "Metropolis", "Pull Me Under" czy "Take The Time" robi
      wrazenie
      A Change Of Seasons - pieciu wirtuozów po mistrzowsku gra Led Zeppelin, Deep
      Purple, Queen... ktos chce wiecej? Prosze bardzo- na otwarcie 23minutowe
      tytulowe arcydzielo
      2.Warto
      Metropolis Pt.2: Scenes From A Memory- ciekawy concept album, z
      interesujaca "fabula", ale troche zbyt ponury
      Six Degrees Of Inner Turbulence- 42 minuty utworu tytuBowego to jednak ciut za
      du|o, ale i tak brzmi niezle
      Train of Thought- na poczatku "killer" czyli "As I Am" w którym Petrucci
      pokazuje Malmsteenowi ze potrafi byc szybszy :) potem tradycyjnie - duuzo
      wirtuozerskiego grania
      Live Scenes From New York- jesli dla kogos trzy plyty wymiatania to nie za
      duzo, to polecam :) niemile zaskakuje solowy popis J.P. któremu wyraznie
      brakuje inwencji

      3.Niekoniecznie
      Falling Into Infinity- komercja i popem powialo
      When Dream And Day Unite- pierwsza plyta DT, na której byla tylko wirtuozeria,
      a nie bylo jeszcze dobrych kompozycji. Raczej dla koneserów

      nie opisuje "once in a livetime" którego nie znam, ani "live at Budokan"
      którego jeszcze nie mam
      • cze67 Re: Dream Theater 15.10.04, 11:28
        Jak juz wspominalem w innym watku - DT to zespol, do ktorego nijak nie moge sie
        przekonac. A zaczalem (i skonczylem) jego sluchanie po kilkukrotnych podejsciach do
        plyty z kategorii Warto - Metropolis Pt.2.
        • d84 Re: Dream Theater 15.10.04, 11:37
          Ja mam podobnie, też próbowałem i nic. Nie moje klimaty
          • cze67 Re: Dream Theater 15.10.04, 12:21
            d84 napisał:

            > Ja mam podobnie, też próbowałem i nic. Nie moje klimaty

            A u mnie chodzi wlasnie o to, ze to moje klimaty: prog-rock i tak dalej. A nie wchodzi...
            • yatzeq3 Re: Dream Theater 15.10.04, 16:05
              No wlasnie DT trudno zaszufladkowac jako prog-rock... chyba blizej im do
              klasycznego metalu niz do King Crimson i Yes, w sumie lokuja sie gdzie[ po
              [rodku. Chyba najtrafniejsze okre[lenie ich muzyki to prog-metal :)
              • cze67 Re: Dream Theater 15.10.04, 18:54
                yatzeq3 napisał:

                > No wlasnie DT trudno zaszufladkowac jako prog-rock... chyba blizej im do
                > klasycznego metalu niz do King Crimson i Yes, w sumie lokuja sie gdzie[ po
                > [rodku. Chyba najtrafniejsze okre[lenie ich muzyki to prog-metal :)

                Acha, no to teraz już wiem, dlaczego mi nie "wchodzi".
    • pixie Procol Harum 17.10.04, 19:23
      1. Absolutnie
      Home [1970]
      Moja ulubiona płyta. Co drugi utwór brzmi niemal hardrockowo, głównie za sprawą
      świetnego gitarzysty Robina Trowera. Najlepsze utwory: epickie „Whaling
      Stories”, „Whisky Train” oraz „Piggy Pig Pig” (NIN by się go nie powstydziło ;).
      A Salty Dog [1969]
      Cudowny utwór tytułowy, a poza „Juicy John Pink” płyta bardzo równa i
      przepiękna, z ciekawymi smaczkami bluesowo-folkowymi. Główny mankament - dość
      często ktoś zastępuje Brookera na wokalu (Fisher albo Trower).
      Shine on Brightly [1968]
      Na tym albumie znajduje się pierwsza rockowa suita „In Held 'Twas in I” i jest
      to wielkie dzieło. Reszta utworów również znakomita.
      Live at Edmonton [1972]
      Procol Harum na żywo z orkiestrą i chórem gra swoje najbardziej klasycyzujące
      utwory. Szczególnie polecam ”Conquistadora” - trąbki i instrumenty smyczkowe
      doskonale podkreślają charakter tej pieśni.

      2. Warto
      Grand Hotel [1973]
      Wspaniały utwór tytułowy wieńczy klasyczne dokonania Procol Harum.
      Exotic Birds and Fruits [1974]
      Ostatni naprawdę dobry album PH podpada bardziej pod pop niż rock progresywny.
      Najlepsze utwory: „Nothing but the Truth”, „Butterfly Boys”, „The Idol”.
      Broken Barricades [1971]
      Kontynuacja brzmienia „Home”. Płyta przyzwoita, ale cierpi na niedostatek
      przebojów.
      Procol Harum [1967]
      Kiepsko wyprodukowany debiut, warto poznać dla utworów „Conquistador” oraz „A
      Whiter Shade of Pale”, który we wznowieniach umieszczany jest na tym albumie.

      3. Niekoniecznie
      Procol's Ninth [1975]
      Całkiem jeszcze dobre utwory, tylko wykonawcom zabrakło ikry, no i produkcja
      jakaś taka plastikowa.
      Something Magic [1977]
      The Prodigal Stranger [1991]
      The Well's on Fire [2003]

      Krótki rys historyczny oraz utwór „A Salty Dog”:
      www.progarchives.com/Progressive_rock_discography_BAND.asp?band_id=1105
      • cze67 Re: Procol Harum 20.10.04, 22:07
        Dzięki pixie. Jakoś nigdy nie miałem śmiałości do Procol Harum. A przecież
        bardzo lubię głos Gary Brookera. Właściwie znam tylko jeden utwór tego zespołu -
        wiadomo jaki. Trza nadrobić zaległości.
        • pixie Re: Procol Harum 23.10.04, 02:15
          cze67 napisał:

          > Dzięki pixie. Jakoś nigdy nie miałem śmiałości do Procol Harum. A przecież
          > bardzo lubię głos Gary Brookera. Właściwie znam tylko jeden utwór tego
          > zespołu - wiadomo jaki. Trza nadrobić zaległości.

          Ten jeden utwór stał się przekleństwem dla Procol Harum. Osiem co najmniej
          dobrych płyt, a wszyscy znają tylko "A Whiter Shade of Pale" :( Będzie mi
          bardzo miło, jeśli posłuchasz jakiegoś ich albumu, przynajmniej poczuję się
          mniej osamotniona na forum ;) Co do Brookera - niedawno przeczytałam w pewnej
          recenzji, że jego głos "leje się z głośników jak ciemnoniebieski miód". Mnie to
          pasuje :)
      • argus1 Re: Procol Harum 07.01.05, 20:40
        pixie napisała:


        > Absolutnie

        > Home [1970]
        > A Salty Dog [1969]
        > Shine on Brightly [1968]
        > Live at Edmonton [1972]

        co do powyższych - zgoda

        ja do tych absolutnie dodaję:

        "Procol Harum" - ze względu na to, że to jedna z pierwszych płyt art-rockowych
        jakie powstały. A poza cudownym "A whiter shade of pale" jest tam inne opus-
        magnum tego zespołu "Repent Walpurgis". A wersji zremasterowanej wśród bonusów
        jest "Homburg" - kolejna perła...

        "Grand Hotel" - poza utwórem tytułowym, jest tu wiele pięknych momentów. I
        właśnie na tej płycie znajduje się mój ulubiony utwór, a także wielu
        wielbicieli tego zespołu - "Fires".

    • d84 Nine Inch Nails 17.10.04, 21:24
      Chyba jeszcze nie było, a nowy album ma wyjść jeszcze w tym roku :)

      Absolutnie:

      Pretty Hate Machine - debiut, i moim skromnym zdaniem najlepszy album. Dość
      odmienny brzmieniowo od pozostałych, bardziej popowy (a la Depeche Mode)

      Warto:

      Broken - w sumie to epka (wyszła po PHM), ale jak najbardziej godna polecenia.
      Bardziej gitarowa od debiutu
      The Downward Spiral - drugi album, utrzymany w konwencji Broken tylko jakby
      bardziej "progresywny"

      Ewentualnie:

      And All That Could've Been - ot, koncertówka
      Fixed, Further Down The Spiral - remiksy odpowiednio Broken i DS
      The Fragile - trzeci album, jak na mój gust przydługi, nudnawy i nie wnoszący
      zbyt wiele nowego

      Lepiej nie:

      Things Falling Apart - mixy Fragile, nawet fani tego albumu niepochlebnie się o
      nich wyrażają
      • jack9 Godspeed You Black Emperor 23.10.04, 08:25
        Nadeszła ta wiekopomna chwila ...

        Absolutnie:

        - Slow Riot for New Zero Kanada - jest to Ep trwająca prawie poł godziny,
        zawierająca 2 utwory, oba doskonałe - słowa to za mało by to opisać ...

        - Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven - coż moge napisać ... płyta
        roku 2000

        Warto:

        - F# A# (Infinity) - debiut - troche chropowaty, powolny ale to rónie z
        doskonała płyta - przez niektórych uznawana za najlepszą

        - Yanqui U.X.O. - ostatnie ( jak dotąd ) dzieło - jezeli poznamy tę płyte jako
        pierwszą to bedziemy zachwyceni, ale gdy poznajemy twórczość GYBE
        chronologicznie to odczujemy tu że płyta powiela pewne pomysły

        • cze67 NoMeansNo 11.11.04, 19:43
          Nie wszystkie płyty znam, ale te które słyszałem uszeregowałbym tak:

          Absolutnie:
          Wrong
          Small Parts Isolated and Destroyed

          Warto:
          Sex Mad
          0+2=1
          Mama (ostrzeżenie - pierwsza, bardzo nietypowa dla tego zespołu płyta)
          Why Do They Call Me Mr. Happy?
          Mr. Right and Mr. Wrong
          Dance of the Headless Bourgeoisie

          Nie znam płyty tej grupy, którą trza omijać.
    • honey_power FAUST 13.12.04, 16:24
      Koniecznie:

      Faust "So Far" - ciezar gatunkowy prawie ten sam co dwie pierwsze plyty Velvet Underground
      Faust "IV" - dzialajacy na wyobraznię awangardowy rock

      Warto:

      Faust "Faust" - dość przerażający kolaż dźwiękowy + swobodne, rockowe jamowanie (ta plyta to zawiera w sobie zarowno to najbardziej szalone oblicze kraut-rocka, jak i nieco bardziej tradycyjne formy [vide: utwor 3))

      Faust "71 minutes of faust" - na tej plycie znajdują się moje ulubione fragmenty Fausta, ale jako calosc zdecydowanie solidniej prezentują się albumy wspomniane powyżej

      Nie zaszkodzi:

      Faust "Faust tapes" - chaos - płyta ważna, nowatorska, ale na moje ucho jednak zbyt wyzwolona z wszelkich norm

      Faust "Ravvivando" - Faust AD 1999 - bardzo dobry album, panowie trzymaja sie mocno


      --

      Płytę Fausta w kolaboracji z Dalek dopiero poznaję, więc jeszcze nie wiem, do której kategorii zaliczyć (pierwsze rważenie jednakowoż - druzgocące!)
      • tymbarski COMA "Pierwsze wyjście z mroku" 07.01.05, 17:01
        Serdecznie polecam ten album
      • cze67 Re: FAUST 16.08.06, 09:28
        honey_power napisał:

        > Faust "IV" - dzialajacy na wyobraznię awangardowy rock

        W/w płytę nabyłem wczoraj na Jarmarku św. Dominika. I nie żałuję.
    • nefil Re: Closterkeller 08.01.05, 09:51
      Warto:
      Nero
      Violet

      Niekoniecznie:
      pozostałe płyty

      Zabraniam:
      anglojęzyczne wersje płyt Clostera- ZGROZA!
    • d84 Outkast/Korn :D 09.01.05, 19:52
      Oukast

      Absolutnie:

      Stankonia - chyba najlepsza płyta chłopaków z Atlanty, single z tej płyty miały
      tyle samo czasu antenowego w MTV co panna Spears. A jednak się da połączyć
      suckes artystyczny z komeryjnym w dzisiejszych czasach

      Aquemini - bardzo funkowa, bujająca płyta, pierwsze arcydzieło Outkast.
      Od "Rosy Parks" rozpoczął się marsz na czołówki list przebojów

      Warto:

      Big Boi & Dre Present... (Greatest Hits) - dobra, przekrojowa składanka,
      idealna na wstęp. Bardzo dobre utwory dodatkowe

      Spekerboxxx/Love Below - właściwie 2 płty solowe Dre i Big Boia, nieco
      przereklamowane ale mimo wszystko na wysokim poziomie.

      ATLiens - dobra płyta, ale przyćmiona przez 2 nastepne

      Southernplayalisticadillacmuzik - debiut grupy, bez rewelacji ale przyjemny.

      Korn

      Aboslutnie:

      Korn - od tej płyty zaczął się nu-metal i spokojnie mógłby się na niej
      skończyć. Pomysłowe pomieszanie wielu rozmaitych rzeczy, całkiem świeże w epoce
      grunge'u.

      Warto:

      Follow The Leader - najbardziej "komercyjna" płyta zespołu, choć kto wie czy
      nie najlepsza i najbardziej różnorodna

      Issues - dośc spokojny, ciągnący się album, jakby zainspirowany triphopem.
      Nieco zbyt jednostajny.

      Life Is Peachy - drgui album, jeszcze sprzed "sprzedaniem się". Brzmieniowo
      podobny do debiutu, trochę słabszy pod względem kompozycji.

      Ewentualnie:

      Untouchables - dochodzą inspirację latami 80. Pół albumu niezłe, pół
      beznadziejne

      Nie:

      Take A Look In The Mirror - smutny przykład totalnego wypalenia i braku
      pomysłu; no bo co to za album na którym najlepszymi utworami są cover
      Metalliki, remake własnego dema z '93 i utwór wyrapowany przez Nasa?
    • pagaj_75 Björk 20.01.05, 13:51
      Tak właśnie się zorientowałem, że chyba jej nie było w tym wątku?
      No to najmniej odpowiednia osoba (czyli ja) przedstawia swój punkt widzenia na
      twórczość pani Guðmundsdóttir ;-)

      1) Koniecznie
      - Medúlla (choć chyba nie polecałbym zaczynania przygody z B. od tego albumu)
      - Homogenic

      2) Naprawdę warto
      - Vespertine
      - Post
      - Debut

      3) Niekoniecznie
      nie stwierdzono. no chyba, że policzymy Telegram i inne wynalazki z remiksami.

      ps. no to teraz czekam na protesty, petycje i oflagowania :-)
    • glebogryzarka1 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 09.05.05, 15:53
      The Roots.

      KONIECZNIE:

      Come Alive (2000) - koncertówka. Jedyny album Roots od początku do końca
      fascynujący.

      WŁAŚCIWIE TRZEBA:

      Illadelph Halflife (1996) - za długa, niemniej bardzo ambitna i udana próba
      odświeżenia własnego stylu i hip hopu w ogóle. W sumie nie sposób się przy tym
      nudzić, ale wgryźć się od razu w całość ciężko.

      Do You Want More? (1995) - definicja brzmienia czarnej muzyki na dobre parę
      lat. Wysoko strojony werbel, pełzająca stopa, oszczędny bas, przestrzenny
      rhodes. Obok utworów genialnych, których jest całkiem sporo
      ("Proceed", "Distortion To Static", "Silent Treatment", "Essaywhuman", "Mellow
      My Man") niesłuchalne ("I Remain Calm").

      WARTO:

      Things Fall Apart (1999) - a teraz pogramy sobie oszczędniej. Album tak
      nierówny, jak "Do You Want More?", ale nieco mniej odkrywczy i konsekwentny. Tu
      jest największy chyba przebój składu ("You Got Me").

      Phrenology (2002) - tu jest drugi największy przebój składu ("The Seed 2.0"),
      choć mało typowy dla niego, to typowy dla płyty. Po raz drugi w karierze ?
      uestlove i koledzy spróbowali, nazwijmy to, hip hopu progresywnego. W
      przeważającej mierze nie wyszło i najlepszym numerem pozostaje całkowicie
      regresywny "Thought @ Work".

      MOŻNA:

      The Tipping Point (2004) - podobno powstawała w trasie. Nawet jeśli nie, to tak
      brzmi. Apogeum filozofii "co z tego że gramy a nie samplujemy, tego ma nie być
      słychać".

      UNIKAĆ JAK ZARAZY:

      Organix (1993) - ściągnijcie sobie "Pass The Popcorn" i płyta z głowy.
      Nawet "The Session", choć w założeniu ciekawa (hiphopowo-jazzowy jam), nie jest
      godna polecenia - zwłaszcza że oparty na podobnym pomyśle "One Shine" z
      płyty "Illadelph Halflife" fascynuje daleko bardziej.
      • glebogryzarka1 The Roots 01.08.06, 16:33
        > Things Fall Apart (1999) - a teraz pogramy sobie oszczędniej. Album tak
        > nierówny, jak "Do You Want More?", ale nieco mniej odkrywczy i konsekwentny

        Kiedy się zaliczy kilkadziesiąt przesłuchań całej dyskografii Roots, to "TFA"
        wytrzymuje stanowczo najlepiej. Kawał muzyki.
    • tomash8 AC/DC 09.05.05, 16:13
      1. Absolutnie: Highway to hell, Let there be rock, If You wan't blood(you've got
      it), Back in black

      2. Warto: Stiff upper lip, Flick of the switch, Live, Razor's edge, For those
      about to rock, Powerage, High voltage(europejska wersja), TNT(australijska)

      3. Można(ale to już raczej dla fanów takiego grania): Dirty deeds done dirt
      cheap(choć utwór tytułowy to arcydzieło), Jailbreak 74', Fly on the wall,
      Ballbreaker, High voltage(australijska), box Bonfire

      4. Unikać: Blow up your video, Who made who
      • cze67 Re: AC/DC 09.05.05, 16:15
        tomash8 napisał:

        > 4. Unikać: Blow up your video

        Jestem chyba jednym z niewielu ludzi na świecie, których ten album kręci.
        Żałuję, że kiedyś go komuś sprzedałem.
        • tomash8 Re: AC/DC 09.05.05, 16:19
          cze67 napisał:

          > tomash8 napisał:
          >
          > > 4. Unikać: Blow up your video
          >
          > Jestem chyba jednym z niewielu ludzi na świecie, których ten album kręci.
          > Żałuję, że kiedyś go komuś sprzedałem.

          Same kompozycje nie są złe, ale brzmienie jest jakieś takie plastikowe, zupełnie
          nie pasujące do tego zespołu, poza tym, mnie "kręcą" wszystkie płyty AC/DC, a tą
          liste układałem z myślą o innych:)
      • bender_rodriguez Re: AC/DC 11.02.06, 13:56
        AC/DC
        Trzeba - Wszystko ze Scottem, Back In Black, Flick Of The Switch
        Resztę już na zasadzie maniactwa
    • glebogryzarka1 Outkast z mojego punktu siedzenia 09.05.05, 16:23
      BEZWZGLĘDNIE

      "Speakerboxxx/The Love Below" (piąta) - niech to będzie początek nowej ery hip
      hopu. Bardzo bym się cieszył. Święto muzyki, pełne nowych pomysłów i bez
      kompromisów. Super, nawet jeśli nierówne nieco.

      BARDZO WARTO

      "Southerplayalisticadillacmuzik" (pierwsza) - bardzo udane nawiązanie do
      spuścizny funku. Grube beaty, miauczące kosmiczne gitary, mięsiste linie basu,
      smakowite klawisze, a 'on top' dwóch szczyli (żaden nie miał wtedy powyżej 20
      lat) z masą energii (tylko jeszcze troszszeczkę umiejętności brakuje) i
      kapitalne chóralne śpiewy a la Gie Clinton.

      "ATLiens" (druga) - nowe brzmienie wykombinowane przez Organized Noise i do tej
      pory nie powtórzone przez nikogo innego. Utopione w pogłosach i padach.
      Tajemnicze. Zdecydowanie klawiszowe. Delikatne. Obaj MC w lepszej formie.

      MOŻNA

      "Aquemini" (trzecia) - płyta często grzęznąca w niepotrzebnych i nieudanych
      eksperymentach ("Mamacita" na przykład), a z drugiej strony pojawiają się
      autoplagiaty ("Skew It On a Bar-B" brzmi bliźniaczo podobnie do "Rosy Parks").
      Ale to tu jest "Da Art of Storytelling, part 1", gdzie Andre prezentuje wers
      wszechczasów.

      "Stankonia" (czwarta) - "Aquemini", część druga. Słychać pomysły, które -
      udoskonalone - pojawią się na kolejnej płycie jako główne punkty programu
      ("Bombs Over Baghdad"). Tej płyty jednak słuchałem najmniej, muszę odświeżyć i
      a nuż zmienię zdanie :)
    • glebogryzarka1 George Clinton solo 09.05.05, 16:43
      KLASYKA

      Computer Games (1982) - i już wiemy, jak będzie brzmiał funk w latach 80.
      Syntetyki w służbie najlepszych piosenek, jakie Clinton kiedykolwiek nagrał.
      Gdyby tylko "Loopzilla" nie było tak cholernie długie...

      KAPITALNE

      "The Awesome Power..." (1996) - płyta bardzo długa, każdy utwór brzmi inaczej
      (nie dziwne - każdy był nagrywany w innym składzie), każdy jest znakomity.
      Zaiste zagadka stulecia: czemu krytyka przejechała się po tym albumie?

      WARTO

      "You Shouldn't-Nuf Bit Fish" (1983) - część druga "Computer Games", bez tej
      siły rażenia, ale kompozytorsko znakomita robota. Niestety, George próbuje
      rapować. Na szczęście rzadko.

      RACZEJ NIE WARTO

      "Hey Man Smell My Finger" (1993) - kilka świetnych utworów (w tym totalnie
      nietypowy, house'owy "Big Pump") utopionych w morzu najgorszego możliwego gówna.

      "Some Of My Best Jokes Are Friends" (1985) - jeszcze raz ten sam sound? Ile
      można? I dlaczego takie nijakie te numery?

      ŻENA PO MAKSIE JAK MAWIA MŁODZIEŻ

      "Dope Dogs" (1995) - nie da się słuchać. A naprawdę w dobrej wierze próbowałem.
      • sonia34 Jeff Buckley 02.07.05, 11:38

        OBOWIĄZKOWO :
        Grace(wszystko na jej temat napisałam w recenzji)
        Mystery White Boy -świetna koncetówka,porażające wersje z utworów z Grace
        +niedostępne wcześniej nagrania
        Live At The Olimpia-jak wyżej

        WARTO :
        The sketches for my sweatheart the drunk-drugi album Jeffa nieukończony i nie
        doszlifowany,ale i tak warty uwagi
        Live At The Batacklan-b.dobra koncertowa epka,świetne werje utworów Edith Piaf i
        Vana Morissona
        Live At Sine LEGACY EDITION-występ Jeffa zarejstrowany w barze Sine.Zawiera dużo
        niepublikowanych wcześniej nagrań

        NIEKONIECZNIE :
        Jeff Buckley & Gary Lucas "Song To No One"-jakoś do mnie nie trafia,np nie
        przekonują mnie wersje Grace czy Mojo Pin

    • sheik_yerbouti Queen 06.07.05, 11:04
      Witam Forumowiczów w dniu debiutu :)

      Mam nadzieję, że listą o Queen ktoś się zainteresuje, oto ona:

      Nie wypada nie znać:
      1. Queen II - chyba najbardziej progresywny album w dorobku grupy. Wielowątkowe
      kompozycje, sporo łagodnych dźwięków ale też chyba na żadnym albumie nie
      brzmieli tak ostro. Polecam: "Ogree Battle", "March of the Black
      Queen", "Father To Son"
      2. A Night At The Opera - nie tylko ze względu na niemiłosiernie
      zgraną "Bohemian Rhapsody". To chyba najbardziej "odjechana" płyta w ich
      dorobku - nadal potrafią ostro zagrać, ale pojawiają się ciągotki do stylistyki
      wodewilowej, wręcz operetkowej. Polecam: "Death On Two Legs", "The Prophet's
      Song"
      3. Live Killers - koncertowe podsumowanie lat 70. Queen na scenie zyskuje
      rockowej mocy, aranżacje są siłą rzeczy uproszczone w stosunku do studyjnych
      pierwowzorów ale na pewno na tym nie tracą (a takie utwory jak "Love Of My
      Life" czy "Get Down, Make Love" wręcz zyskują"). Zamiast tej płyty polecam też
      rewelacyjne DVD/CD "Live At The Bowl" - panowie są w rewelacyjnej formie i
      grają tak, jakby miał to być ostatni koncert...
      4. Innuendo - powrót do najlepszych tradycji zespołu. Szkoda tylko, że część z
      tych utworów została już niemiłosiernie zgrana przez radia... Jeżeli ktoś
      jeszcze nie zna całości niech posłucha: "Innuendo", "Don't Try So Hard", "Bijou"

      Prawie nie wypada nie znać:
      1. Sheer Heart Attack - chyba najbardziej jednolity album z wczesnego okresu, o
      zdecydowanie rockowym brzmieniu. Polecam: "Killer Queen", "Stone Cold Crazy" i
      szalony "Bring Back That Leroy Brown"
      2. A Day At The Races - album utrzymany w konwencji ANATO, ale mniej
      przebojowy, bardziej tajemniczy. Chcecie posłuchać jak Queen gra walca?
      Posłuchajcie "The Millionaire Waltz", a potem warto też: "Somebody To
      Love", "White Man"

      Warto poznać:
      1. Queen I - pojawia się tu większość elementów, którymi Queen czarować nas
      będzie w następnych latach, ale ten collage stylistyczny nie jest jeszcze tak
      efektowny jak na kolejnych płytach. Tym niemniej ci, którym spodoba się
      atmosfera QII lub ANATO powinni po tę płytę sięgnąć. Dostępna jest również
      płytka Queen At The Beeb z nagraniami z dwóch pierwszych płyt dokonanymi dla
      radia - tutaj brzmią miejscami naprawdę ostro! Utowry godne polecenia: "Keep
      Yourself Alive", "Liar", "My Fairy King"
      2. News Of The World - w założeniu miała to być płyta prostsza i ostrzejsza niż
      ich dotychczasowe dokonania. W utworze "Sheer Heart Attack" brzmią prawie
      punkowo! Całościowo ta płyta jednak nie do końca mnie przekonuje, pomimo tego,
      że pochodzi z niej sporo przebojów: "Get Down, Make Love", "Spread Your Wings"
      i oczywiście "We Will Rock You" i "We Are The Champions". Wszystkie jednak moim
      zdaniem lepiej wypadały na koncertach
      3. Jazz - jazzu to tu jak na lekarstwo, za to sporo prostych, dość chwytliwych
      rockowych utworów, jednak poza "Mustapha", "Bicycle Race", "Don't Stop Me Now"
      nie wyróżniają się niczym szczególnym... Ot, taka sobie płyta do jazdy
      samochodem... albo rowerem :)
      4. Live At Wembley - utwory z lat 80 dużo lepiej wypadają na koncertach, tylko
      czemu Brian May przez tych kilkanaście lat nie mógł wymyśleć jakichś innych
      popisów???
      5. The Miracle - to już lata 90. Pop miesza się z hard rockiem i powstaje
      naprawdę efektowna mieszanka. Polecam: "The Miracle", "Scandal", "Was It All
      Worth It"
      6. Made In Heaven - płyta pośmiertna i płyta do której tak do końca nie mogę
      się przekonać... irytuje mnie zwłaszcza brzmienie, jakieś takie wygładzone,
      jakby koniecznie chcieli na siłę przepchnąć wszystkie kawałki do radia...
      ale "Mother Love" i "A Winter's Tale" naprawdę urzekają...

      Można, choć niekoniecznie:
      1. The Game - są tu świetne utwory w rodzaju "Dragon Attack", "Another One
      Bites The Dust" czy "Save Me" ale też bardzo dużo wypełniaczy... słucham tej
      płyty chyba najrzadziej ze wszystkich...
      2. Hot Space - najdziwniejsza płyta w ich dyskografii, flirt z muzyką taneczną,
      funkiem, syntezatorami i elektorniczną perkusją. Chyba nawet oni sami
      przestraszyli się trochę tego, co im wyszło, bo na koncertach grają te utwory z
      rockową werwą... ja osobiście płytę całkiem lubię, nie tylko za "Under
      Pressure" ale też za: "Body Language" i "Cool Cat"
      3. The Works - brzmienie typowe dla lat 80, z rockowego oblicza Queen wiele nie
      zostało, ale jeśli ktoś akceptuje "Radio Ga Ga" to płyta na pewno mu się spodoba

      Dla zapaleńców:
      1. Flash Gordon - scieżka dźwiękowa z filmu i bez obrazu raczej kiepsko się
      tego słucha...
      2. A Kind Of Magic - płyta popowa plastikowa, utwory są skomponowane jakby z
      myślą o dyskotekach... Mnie jakoś nigdy nie urzekało nadmiernie rozdęte "Who
      Wants To Live Forever" a "One Vison" i "A Kind Of Magic" wolę z koncertów.
      Jedyną ciekawostką jest saksofon wykorzystany jedyny raz w utworze Queen - "One
      Year Of Love"

      Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłem...

      Pozdrawiam
      • cze67 Re: Queen 06.07.05, 11:19
        sheik_yerbouti napisał:

        > Witam Forumowiczów w dniu debiutu :)
        Witam!

        > Mam nadzieję, że listą o Queen ktoś się zainteresuje, oto ona:
        >
        > Nie wypada nie znać:
        > 1. Queen II

        Jakoś nigdy nie mogłem się przekonać w całości do płyt sprzed A Night...

        > 2. A Night At The Opera
        Pełna zgoda

        > 3. Live Killers
        Rewelacja

        > 4. Innuendo
        Kłopot z tą płytą w moim wypadku jest taki, że wyszła ona na
        fali "popularności" Queen w związku z chorobą Mercurego. I kiedy wszyscy wokół
        o tym gadali i zachwycali się tą płytą, mnie ochota na słuchanie Queen minęła.

        > 2. A Day At The Races
        Ja bym ją wrzucił obok "A Night..."

        > 2. News Of The World >
        Jak wyżej - dla mnie - jedna z najlepszych ich płyt.

        > 3. Jazz -
        IMO - ich najlepsza płyta

        > 1. The Game - są tu świetne utwory w rodzaju "Dragon Attack", "Another One
        > Bites The Dust" czy "Save Me" ale też bardzo dużo wypełniaczy... słucham tej
        > płyty chyba najrzadziej ze wszystkich...
        A ja tam lubię.

        > 2. Hot Space - najdziwniejsza płyta w ich dyskografii, flirt z muzyką
        taneczną,
        > funkiem, syntezatorami i elektorniczną perkusją. Chyba nawet oni sami
        > przestraszyli się trochę tego, co im wyszło, bo na koncertach grają te utwory
        z rockową werwą... ja osobiście płytę całkiem lubię, nie tylko za "Under
        > Pressure" ale też za: "Body Language" i "Cool Cat"
        U mnie - na miejscu drugim - po Jazz. Może to dziwne, bo rzeczywiście płyta
        zupełnie inna, elektroniczna itd, ale mam do niej olbrzymi sentyment.
        A "Under..", "Cool Cat" a przede wszystkim dedykowany Lennonowi - "Life Is
        Real" to miszczostwo świata:-)
        • sheik_yerbouti Re: Queen 06.07.05, 11:55
          krótki komentarz do komentarza:

          > > 4. Innuendo
          > Kłopot z tą płytą w moim wypadku jest taki, że wyszła ona na
          > fali "popularności" Queen w związku z chorobą Mercurego. I kiedy wszyscy
          wokół
          > o tym gadali i zachwycali się tą płytą, mnie ochota na słuchanie Queen minęła.
          tu masz pełną rację, mnie też "queenmania" obrzydziła ten zespół na jakieś 2
          lata...
          >
          > > 2. A Day At The Races
          > Ja bym ją wrzucił obok "A Night..."
          ja też, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś nie przekonał się do "nocy w operze"
          to i ta płyta go średnio zainteresuje, dlatego oczko niżej

          > > 3. Jazz -
          > IMO - ich najlepsza płyta
          mi brakuje tutaj dopracowania utworów, jakoś tak zlewają mi się w jedną masę,
          czego u Queen nie lubię. Na pewno jest to bardzo równa płyta, co może być jej
          zaletą, ale brakuje mi tu jakichś "wyskoków"
    • ilhan XTC 27.07.05, 19:22
      1. Trzeba

      „Skylarking” (1986)
      Najbardziej kompletne, przemyślane i dopracowane pod każdym względem dzieło zespołu. Wyrafinowanie, emocje, głębia i radość ze wspaniałych melodii. Genialne studium cyklu ludzkiego życia ilustrowane odradzaniem się i obumieraniem natury. Inna sprawa, że nigdy, a już pewnie w szczególności w 1986 roku w Polsce taką muzyką większa liczba ludzi nie umiała się cieszyć.

      „Drums And Wires” (1979)
      Przełomowa i pierwsza dojrzała pozycja w dorobku grupy. Kolekcja luźnych formalnie, kanciastych, ale szalenie melodyjnych nowofalowych piosenek. W tle: kilka znakomitych społecznych komentarzy o Anglii końca tamtej dekady i pierwsza zapowiedź późniejszego mierzenia się z Absolutem („Complicated Game”).

      „English Settlement” (1982)
      Najrówniejszy i najspójniejszy z kilku podwójnych winyli w dyskografii XTC. Ostatnia z płyt z okresu „koncertowego”. Największy z przebojów zespołu: „Senses Working Overtime”, obudowany piekielnie równymi kompozycjami z częstymi nawiązaniami do muzyki afrykańskiej, w dużej mierze prowadzonych na dwunastostrunowym elektryku i gitarze akustycznej. Z dwoma kluczowymi wątkami: kolonizacja vs ówczesne problemy społeczne UK.

      „Apple Venus Vol. 1” (1999)
      Niejako powtórka ze „Skylarking”, tylko jeszcze bardziej rozpasana aranżacyjnie. Bliskie concept-albumowi o pogańskich bóstwach i obrzędach, gdyby nie kilka do bólu szczerych lovesongów. A „Easter Theatre” to być może najambitniejsza kompozycja, jaka wyszła spod palców Partridge’a. Arcydzieło końca ubiegłego wieku, którego nikt nie zauważył.

      2. Warto

      „Oranges And Lemons” (1989)
      Kolejny podwójny winyl. Brzmią mainstreamowo, komponują utwory o dużo bardziej regularnych kształtach niż kilka lat wcześniej i jeszcze bardziej zanurzone w latach sześćdziesiątych, ale równie dobre. Poza kilkoma wpadkami bliżej końca płyty. No i „Mayor Of Simpleton”, wybrany niedawno przez fanów grupy na najlepsza piosenkę XTC.

      „Nonsuch” (1992)
      Znów podwójny longplay i znów trzeba używać przycisku „skip”. Obłędny początek płyty i dalej kilka absolutnych pereł, na czele z cudownym, podnoszącym na duchu „Wrapped In Grey”. Ale i sporo pomyłek typu „Bungalow”, bo z formą Colina Mouldinga jest na tej płycie źle.

      „White Music” (1978)
      Kontrowersyjnie, bo zwykło się nie traktować tej płyty poważnie. Króciutkie piosenki mają jednak niesamowite pokłady energii, naiwne chwilami teksty - sporo uroku i zdradzają potencjał. Ciekawostką są eksperymentatorskie ciągoty zespołu, nawet jeśli nie do końca udane (atonalne „Cross Wires”, dubowo-psychodeliczny cover „All Along The Watchtower”). Dużo zespołów próbuje dziś tak grać, a jakoś żadnemu aż tak fajnie nie wychodzi.

      „The Big Express” (1984)
      Concept-album o kolei, hehe. Pewnie najmniej spójna płyta w dyskografii, ale, poza małą wpadką „Shake You Donkey Up”, na bardzo wysokim poziomie. Ze wstrząsająco wzruszającą partridge’owską wizją postnuklearnej zagłady „This World Over”.

      „Black Sea” (1980)
      Rozwinięcie „Drums & Wires” – mniej równe i jak dla mnie trochę za bardzo wylizane brzmieniowo (choć czytałem zupełnie odmienne opinie). Kilka klasyków – „Burning With Optimism’s Flames”, „Towers Of London”, „Respectable Street”. I sympatycznych, ale jednak potknięć – „Sgt Rock”, „Love At First Sight”.

      3. Można

      „Wasp Star (Apple Venus Vol. 2)” (2000)
      Elektryczna kontynuacja pierwszej, barokowo-popowej części, nie mająca z nią nic wspólnego. Odległość jaka dzieli „Sierżanta Pieprza” i „Biały Album” wydaje się przy nich być krótsza niż przysłowiowy rzut beretem. Garść optymistycznych, solidnych kompozycji realizowanych w oparciu o prawie wyłącznie podstawowe rockowe instrumentarium, z podkreśleniem gitar. Jak na razie ostatnia ich płyta – marzy się kontynuacja dla choćby tylko jeszcze jednego takiego utworu jak epicki „The Wheel And The Maypole”.

      „Mummer” (1983)
      Płyta gdzie dobrze widać zagubienie zespołu. Wycofali się z życia koncertowego, odszedł perkusista. Niezdecydowanie widać już przy doborze materiału: tak bezbarwny kawałek jak „Wonderland” był singlem, a kapitalne „Jump” w ogóle nie weszło na płytę. Mimo wszystko można posłuchać. Dla momentów: akustycznego „Love On A Farmboy’s Wages”, przebojowego „Great Fire” czy „In Loving Memory Of A Name”, o którym nie potrafię nic rozsądnego napisać, poza tym że ciągle za mną chodzi.

      4. Nie trzeba!

      „Go 2” (1978)
      Sympatyczny, ale potykający się co chwila drugi album. Możnaby go słuchać częściej gdyby nie: a) dużo fajniejszy, a podobny debiut; b) tak obszerna i tak zdecydowanie lepsza pozostała część dyskografii.
    • zaix Mike Patton 28.07.05, 21:48
      Mike'a Pattona przedstawiać nie trzeba, ale jednak nie wszystkie jego projekty
      są znane szerszej publiczności. Ten najbardziej płodny i kreatywny artysta
      ostatnich lat po odejściu z FNM nagrał kilkanaście płyt w różnych klimatach i z
      różnymi ludźmi pod różnymi szyldami.


      TRZEBA:

      Fantomas - The Director's Cut
      Patton w towarzystwie m.in. Dave'a Lombrado ze Slayera i Buzza Osbourne'a z
      Melvins przerabia motywy filmowe (między innymi z "Dziecko Rosemary", "Omen"
      i "Ojca Chrzestnego"). Płyta powala mrocznym klimatem i wirtuozerskim
      wykonaniem.

      Mr. Bungle - California
      Najlepsza płyta macierzystej formacji Pattona. Zróżnicowana brzmieniowo a
      jednocześnie dość przystępna w odbiorze (obok numerów totalnie zakręconych
      znaleźć można również utwory nadające się do radia).

      Mr. Bungle - Mr. Bungle
      To także płyta kultowa choć do "Californii" troche jej brakuje.

      Peeping Tom - Demos
      Jednak Patton po odejściu z Faith No More nie zapomniał jak się normalnie
      śpiewa. Bardzo fajna, melodyjna płyta.

      Dillinger Escape Plan & Mike Patton - Irony Is the Dead Scene
      Jeden z niewielu płyt nagranych przez Pattona, w której nie odpowiada on za
      warstwe muzyczną. Chłopaki z Dillinger Escape Plan zajeli się bowiem
      komponowaniem utworów, a Pattonowi zostawili "tylko" wokal. Muzyka brutalna i
      agresywna a jednocześnie pełna finezji.


      WARTO:

      Tomahawk - Tomahawk i Mit Gas
      Jeden z ostatnich jak dotychczas projektów Pattona - Tomahawk to kapela którą
      znacznie łatwiej jest sklasyfikować niż Mr. Bungle czy Fantomasa.
      Mniej jest tu różnego rodzaju eksperymentów brzmieniowych czy wokalnych - można
      by rzec, że jest to muzyka na pograniczu Hard Rocka i Heavy Metalu. Na obu
      płytach tej formacji słychać po trochu Seppulture, po trochu Korna, a po
      trochu - Faith No More.

      Patton & Kaada - Romances
      Patton tym razem bawi się w gospel. I nawet nieźle mu to wychodzi.

      Fantomas - Suspended Animation
      Wrzaski Pattona, ciężar gitar i perkusji a do tego sample z kreskówek z Cartoon
      Network.

      Fantomas - "Fantomas" (a.k.a. "Amenaza Al Mundo")
      Debiut grupy czyli ciężka, szalona i obłąkana muzyka.


      MOŻNA:

      Fantomas & Melvins - Millenium Monsterwork
      Przyzwoita, choć nie porywająca koncertówka.

      Mr. Bungle - Disco Vollante
      Płyta dość ciężka do przełknięcia. Głowny zarzut w stosunku do niej to
      nadmierny eklektyzm - o ile na pozostałych dwóch płytach tej fromacji Patton i
      spólka starali zachować jakiś umiar we wrzucaniu do jednego worka rocka, jazzu,
      muzyki ludowej, hard-core'a, techno, ambientu, metalu (i kilkunastu innych
      gatunków muzyki) o tyle na "Disco Vollante" z tym przesadzono.

      John Zorn/Mike Patton - Weird Little Boy, Elegy, Hemophiliac
      Jeżeli "Disco Vollante" zarzuciłem nadmierny chaos to co mam powiedzieć o
      płytach które Patton nagrał z saksofonistą Johnem Zornem? Tym niemniej na tych
      krążkach są wielkie fragmenty, szczególnie gdy do głosu dochodzi gitara.


      NIEKONIECZNIE:

      Fantomas - Delirium Cordia
      Mike Patton (solo) - Adult Themes for Voice
      Mike Patton (solo) - Pranzo Oltranzista

      Płyty tylko dla muzycznych fetyszystów i zwolenników awangardowej awangardy w
      muzyce (szczególnie te dwie ostatnie). Zakładam, że sam Patton lubi te
      nagrania ale trzeba by to było sprawdzić. ;-]
      • d84 Re: Mike Patton 29.07.05, 00:04
        To może ja spróbuję wersję alternatywną - sam kiedyś miałem ogromnego hopla na
        punkcie tego pana a i nadal darzę go ogromnym szacunkiem. W każdej kategorii
        kolejnośc przypadkowa

        Jazda obowiązkowa:

        - Faith No More, Angel Dust - tu jest wszystko, do tego w najbardziej
        przystępnej formie. Mike z kolegami w najlepszej formie, na bazie heavy metalu
        tworzą niesamowity koktajl. Odważę się stwierdzić, że to najlepsza "ciężka"
        (=okołometalowa) płyta kiedykolwiek nagrana. Nie wiem specjalnie co tu jeszcze
        powiedzieć, to jedna z moich tzw. płyt życia, wątpię żeby to dla kogoś było
        rekomendacją ale zawsze ;)

        - Mr. Bungle, Mr. Bungle - debiut macierzystej formacji Mike'a, wyprodukowany
        przez Johna Zorna, co już dużo wyjaśnia. Mniej niż FNM bazujące na cięższym
        graniu, bardziej mieszające wszelkie możliwe style w muzyce - często słyszy się
        tego typu określenia ale tutaj dosłownie mamy do czynienia z czymś takim. Może
        być ciężkostrawne, ale warto się pomęczyć. Muzyka, którą określenie - za
        przeproszeniem - "fucked up" określa najlepiej.

        Warto:

        -Faith No More, King For A Day, Fool For A Lifetime - trzecia płyta FNM, nie
        mniej różnorodna niż AD, choć słabsza. Zdecydowanie sprawdzić jeśli Angel Dust
        się spodobał.

        -Faith No More, The Real Thing - chyba najbarzdiej popularna płyta Mike'a, ze
        słynnym Epic. Jeszcze takie po trochu plażowo-naiwne, choć warte przesłuchania.

        -Fantomas, Direcotr's Cut - imho jedyna płyta Fantomasa godna poważnego
        zainteresowania; panowie tutaj masakrują klasyczne tematy muzyki filmowej.
        Cięzkie, trudne, ale niewątpliwie ciekawe.

        -Mr. Bungle, Disco Volante - podobnie jak debiut, tylko jeszcze bardziej
        nieprzystępna. Bardzo eklektyczny, pokręcony album - próbować jeśli spodobało
        się "Mr. Bungle"

        -Mr. Bungle, California - najbardziej "normalna" płyta Mr. Bungle, rzeczywiście
        niektóre utwory nadają się do radia; bardziej bazowano tutaj na popie. Mix
        rockabilly, Zorna, Black Sabbath, Beach Boys i Bóg wie czego jeszcze.

        Można/Ewentualnie:

        -Faith No More, Album Of The Year - najsłabsza płyta FNM z Pattonem, co nie
        znaczy że kiepska. Ale brakuje jednak tego błysku z poprzednich płyt

        -Tomahawk, Tomahawk - projekt chyba najbardziej przypominajacy Faith No More,
        zarazem najbardziej konwencjonalny. Duane Denison z Jesus Lizard obsługuje tu
        gitarę. Są dobre momenty,ale niestety często prześwituje nuda. To już Mike z
        lat 2000-ych, gdzie szło mu średnio.

        -Tomahawk, Mit Gas - to samo co wyżej, ale chyba ciut lepiej.

        -Dillinger Escape Plan & MP, Irony Is A Dead Scene EP - to dla fanów ekstremy;
        bardzo ciężka płyta, nagrana z liderami nowoczesnego metalu/core'a/whatever.
        Ciężkostrawne. Cover Come To Daddy Aphex Twin dla zainteresowanych (bardzo
        średni imho)

        -Fantomas, Fantomas - 30 kawałków bez tytułu, bardzo abstrakcyjne. Raczej dla
        pasjonatów

        -Fantomas, Suspended Animation - patrz wyżej

        -General Patton & The Executioners - imho dośc przeciętna płyta turntablismowa,
        bardzo nierówna. Choć hiphopowcy mogą tu zacząć ;)

        Raczej nie:

        -Fantomas, Delirium Cordia - jeden utwór na całą płytę. Wieje nudą i nawet
        <skip> nie działa
        - płyty solowe, Maldoror - Maldoror - nie da się słuchać. Dosłownie.
        - Kaada & Patton - Kaada & Patton - to nawet nie tyle jest zła płyta, co mnie
        po prostu znudziła. Nie widzę tam nic ciekawego, ale jak ktoś chce...
        - cała reszta "dziwnych" projektów, za wyjątkiem Peeping Tom, którego nie
        słyszałem.

        (w tej kategorii autor posta może nie być wystarczająco "avant" by pojąc dzieła
        Mike'a P., za co nie ponosi odpowiedzialności)
        • zaix Re: Mike Patton 29.07.05, 12:30
          Faith No More już ktoś omawiał wcześniej dlatego nie tykałem tej kapeli.
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13553093&a=13807938
          A co do Pepping Tom to polecam - świetna płyta choć bardzo mało znana. Zresztą
          jest to wersja demo, bo Patton chyba nie miał czasu wydać jej jako "normalnego"
          albumu ale generalnie na jej produkcje nie można narzekać.

          A co do epki nagranej przez Pattona z Dillinger Escape to dla mnie jest to
          zdecydowanie bardziej strawna płyta niż Disco Vollante Mr. Bungle. Po prostu
          jazda na maksa w stylu Slayera bez zbędnych obaw, że w którymś momencie danego
          utworu ni z stąd ni z owąd wyskoczy mi fragment muzyki orientalnej czy jakieś
          dziwny mix techno.
    • zaix HOMO TWIST 29.07.05, 20:53
      TRZEBA:

      Homo Twist
      W Polsce muzyka gitarowa to głównie Metal, Punk-Rock i rock w wersji soft
      natomiast nie przypominam sobie dobrej płyty Hard-Rockowej made in Poland.
      Wyjątkiem jest właśnie drugi krążek Homo Twist. Ciężkie riffy nasuwają
      skojarzenie z ostrzejszymi utworami King Crimson, mroczny klimat żywcem wzięty
      z muzyki Black Sabbath a do tego niebanalne teksty.

      MOŻNA:

      Moniti Revan
      Płyta jeszcza bardziej mroczna niż "Homo Twist" ale mniej ciężka, no i słabsza
      kompozycyjnie. Warto ją jednak mieć chociażby dla jednego utworu: "Bema Pamięci
      Żałobny Rapsod".

      Cały Ten Seks
      Pierwszy album zespołu był utrzymany w klimacie bluesowym. Fajne, lekkie utwory
      z dobrymi tekstami ale jednak dobrze się stało, że na kolejnych dwóch płytach
      zespół poszedł w zupełnie innym kierunku.
      • ihopeyouwilllikeme Re: HOMO TWIST 29.07.05, 22:42
        > Homo Twist
        > W Polsce muzyka gitarowa to głównie Metal, Punk-Rock i rock w wersji soft
        > natomiast nie przypominam sobie dobrej płyty Hard-Rockowej made in Poland.
        > Wyjątkiem jest właśnie drugi krążek Homo Twist. Ciężkie riffy nasuwają
        > skojarzenie z ostrzejszymi utworami King Crimson, mroczny klimat żywcem
        wzięty
        > z muzyki Black Sabbath a do tego niebanalne teksty.

        Mam zupełnie inne skojarzenia - grunge i Wire. Może się nie znam.
        • cze67 Poproszę o Yo La Tengo:) 05.09.05, 09:41
          No właśnie.
          • cze67 Re: Poproszę o Yo La Tengo:) 11.09.05, 15:52
            No janek, nie daj się długo prosić:-)
    • janek0 Yo La Tengo 11.09.05, 17:22
      Wrzucam jeszcze raz, a osoba uprawniona niech wyrzuci poprzedni post, ok ?

      Problem jest taki, że dla mnie wszystko co YLT nagrali jest rewelacyjne :)
      No, ale niech tam - trochę kierując się opiniami innych. EPki, single i
      składanki pomijam :)

      Koniecznie:

      Ride the Tiger (1986) - debiut, widać drobne niedoskonałości (zwłaszcza
      wokalne), ale klimat i kreatywność już jest. Najlepsze momenty:
      charakterystyczne, folkująco-countrowe "The Way Some People Die", soczysty,
      gitarowy opener "The Cone of Silence".

      May I Sing With Me (1995) - chyba najostrzejsza (jak na YLT), najbardziej
      gitarowa płyta. Genialnie rozjechane, transowo-psychodeliczne "Mushroom Cloud of
      Hiss" i "Out of the Window"

      I Can Feel The Heart Beating As One (1997) - Od tej płyty zaczyna się
      zdecydowane odejście w strone bardziej łagodnych klimatów, mniej folku, więcej
      klawiszy. Świetny cover Beach Boysów - "Little Honda". Epokowe, transowe "Spec
      Bebop".

      And Then Nothing Turned Itself Inside-out (2001) - Kontynuacja I Can Feel...,
      chyba najdojrzalsza płyta YLT. Liryczne "The Crying of Lots of G",
      kołysząco-niepokojące "Tired Hippo", chyba najbardziej perwersyjny kawałek YLT.
      No i łagodne "Night Falls on Hoboken".

      Warto:

      President Yo La Tengo/New Wave Hotdogs (1989) - Składanka dwóch płyt, wydana
      jako samodzielne wydawnictwo. Kontynuacja klimatu Ride.., ale w kierunku
      bardziej gitarowym, rockowym. "Barnaby, Hardly Working", z charakterystycznym
      riffem, "The Story Of Jazz" - transowo-gitarowe.

      Painful (1993) - Podobna jednocześnie do May I.. i do President/New Wave - dużo
      gitar, ale utwory są konstruowane na zasadzie kontrastu brzmienia
      przesterowanych gitar i analogowych klawiszy. "From a Motel 6" - Georgia
      wreszcie śpiewa w naturalnych dla siebie rejestrach, świetna partia gitary,
      jeden z najlepszych kompozycyjnie utworów YLT. "Sudden Organ" - bardzo podobny
      pomysł, ale tym razem Ira na wokalu.

      Electr-O-Pura (1995) - Z serii elektrycznych, gitarowych płyt. "Flying Lesson" -
      hipnotyczny, depresyjny, transowy kawałek. "Tom Courtenay", bardzo
      charakterystyczny utwór dla stylu YLT - melancholijne sprzęgi gitarowe (!). I do
      tego śmieszno-smutne video.

      W drugiej kolejności
      Summer Sun (2003) - Kontynuacja And Then Nothing..., ale wcale nie jest to
      letnia płyta, jak by chcieli krytycy. "Season of The Shark" - bardzo subtelna
      rzecz - plastikowe brzmienie klawiszy, banalna melodyjka, ale tworzy jakieś
      podskórne napięcie... "How To Make a Baby Elefant Float" - bardzo podobne, tylko
      aranżacja minimalnie bardziej skomplikowana.

      Fakebook (1990) - Same covery amerykańskiego indie. Ale takie na serio (nie jak
      YLT masakruje) - bardzo dobra płyta, o ile zna się oryginały... "Griselda" -
      akustycznam stylizowana balladka. Nie wiem co w tym jest, ale cholernie mi się
      podoba.

      The Sounds of The Sounds of Science (1997) - Muzyka do filmu o życiu zwierząt
      morskich, instrumentalna. Bardzo dobre, ale może nużyć. "Sea Urchins" - z
      charakterystyczną linią basu i śmieszną przeszkadzajką.
      • cze67 Re: Yo La Tengo 11.09.05, 19:36
        Bardzo dziękuję, drogi janku.
        • janek0 Re: Yo La Tengo 11.09.05, 20:42
          cze67 napisał:

          > Bardzo dziękuję, drogi janku.
          Ależ bardzo proszę, drogi cze.
          Przy okazji, skoryguję źle podane daty - I Can Hear... jest z 1997, a nie z 1995
          Sounds of the Sounds... jest z 2002 a nie z 1997. And Then Nothing... jest z
          2000, a nie z 2001.

          Cóż, latka lecą, pamięć nie ta.
          • janek0 jestem zerem. 11.09.05, 20:46
            I Can HEar jest z 1997, tak jak napisałem na początku.
            Za to May I... jest z 1992, nie z 1995.

            Wrrrrrrr :/
    • scribs Fugazi 26.09.05, 00:44
      Pozwolę sobie, polecić kapelę bardzo ważną i zresztą bardzo interesującą ze
      względu na muzykę, oczywiście. Nawiązując troche do At The Drive-In które sie
      pojawiło wcześniej, a w muzyce których słychać czasem wpływy właśnie Fugazi.

      Proszę państwa, przedstawiam:

      Fugazi

      1.Absolutnie
      13 songs (1989) - Pierwsza płyta z muzyką, surową, pełna dysonansów, ale w
      której słychać jeszcze naturalne pozostałości (wokalista i gitarzysta Ian
      MacKaye - przedtem w punkowym, hradcore'owym Minor Threat), choć to już jest
      bardziej inspiracja, punkt wyjścia. A nawet dekonstrukcja punkowej estetyki.
      Słychać wyraźnie wpływy postpunku i dubu. No i ta "jazgotliwość", "hałaśliwość"
      chwilami przypominająca Sonic Youth.

      In On The Kill Taker(1993) - Bardziej punkowa, hardcore'owa, ale też melodyjność
      i...
      Eksperymenty, nad rytmiką, konstruckcją utwórów. Zresztą trzeba zwrócić uwagę na
      sekcję rytmiczną Fugazi, która słynie ze swojej precyzji i klarowności w pracy.
      Aż miło, czasem, posłuchać tylko te bębny i basy.

      Argument(2001) - ostatnia płyta. Najbardziej łagodna, i przystępna.
      W warstwie tekstowej wciąż ostra, antykomercyjna, antykonsumpcyjna, anty, anty,
      ale nie bezmyślnie.
      Ponadto zjawiają się dodatkowe instrumenty, jak wiolonczela i fortepian. No i
      dodatkowy zestaw perkusyjny, który pojawiał się juz na poprzednich płytach.

      2.Warto

      Repeater+3songs(199) - kontynuacja tego co się zaczęło na 1ej płycie, ale też
      więcej eksperymentowania.

      Steady Diet Of Nothing(1991) - wiele nie powiem, bo płytę najsłabiej znam. Przez
      niektórych uważana za jedną z najlepszych.

      Red Medicine(1995) - pełno na tej płycie ciekawych melodii, nietypowych. No i
      znowu zmiany tempa, trochę nawet psychodelii, dubowy bas. No i sporo pomysłów,
      duża inwencja jeśli chodzi o gitary.
      Pojawiają się utwory instrumentalne.

      End Hits(1998) - chyba najbardziej eksperymentalna płyta. Zmiany tempa, połamane
      rytmy, cytując jednego z recenzentów "kubistyczne kąty, nierozwiązane melodie,
      nieharmonijne arpedżia". - cokolwiek by to znaczyło. Zabawa formą.

      Niekonieczie
      (choć też warto, ale to już dla bardzo ciekawskich)

      Instrument(1999) - jest to muzyka do filmu o nich samych. Są to wersja demo,
      inne wersje utwórów, głownie instrumentalne. Parę nowych utwórów, albo bardziej
      szkiców. Muzyka dość trudna, bo dają tu chyba sobie upust i eksperymentuja bez
      ograniczeń. Ale parę ciekawych, w miarę "przystępnych" utwórów jest.

      I to było na tyle.


    • nienietoperz The Pixies? 28.10.05, 13:15

      • cze67 Re: The Pixies? 28.10.05, 13:26
        Koniecznie - Doolittle i Surfer Rosa
        Warto - pozostałe:-)
        • ihopeyouwilllikeme Re: The Pixies? 28.10.05, 15:03
          Co to jest " The Pixies " ?
          • nienietoperz Pixies mialo byc rzecz jasna. 01.11.05, 12:28
            Wybacz, ihope..., przejezyczenie fatalne.
            Dzieki cze67.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka