duke.ellington Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 00:44 John Coltrane musowo: "Ascension" "Meditations" "A Love Supreme" "Live at the Village Vanguard" "Live at Birdland" "Crescent" warto: "Africa/brass" "Sun ship" "Interstellar space" "Stellar Regions" kurcze, i chyba cala reszta od roku '57 wzwyz... Odpowiedz Link
duke.ellington Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 00:50 to jeszcze Miles Davis, ale fragmentarycznie: koniecznie, absolutnie: "ESP", "Miles smiles", "Sorcerer" "Milestones", "Kind of Blue" "Miles ahead", "Porgy and Bess", "Sketches of Spain" "Birth of the cool" "Ascenseur pour l'echafauld" (kontrowersyjny wybor, ale ja to uwielbiam) warto: elektryczny Miles: "In a silent way", "Bitches brew", "Tribute to Jack Johnson" umiarkowanie: poźny elektryczny Miles - juz "On the corner" jakieś miałkie mi się wydaje, im dalej tym jakoś marniej. Lata 80. to moim zdaniem kicha, choć są tacy, co uważają, że wręcz na odwrót. Odpowiedz Link
nemrrod Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 13:55 duke.ellington napisał: > "Ascenseur pour l'echafauld" (kontrowersyjny wybor, ale ja to uwielbiam) Ja też uwielbiam! Nie chcę grzeszyć, ale wolę tę płytę od np. Sketches Of Spain... Muszę zaznaczyć jednak, że na jazzie się w ogóle nie znam (albo znam bardzo słabo). Nie znam też wielu płyt Davisa... Może więc nie dorosłem jeszcze do Sketches... I Jeszcze jedno pytanie: John Coltrane - Giant Steps - czy o tej płycie mógłbym się czegoś dowiedzieć? Ktoś zna? Odpowiedz Link
duke.ellington Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 16:37 nemrrod napisał: > Ja też uwielbiam! Nie chcę grzeszyć, ale wolę tę płytę od np. Sketches Of > Spain... Muszę zaznaczyć jednak, że na jazzie się w ogóle nie znam (albo znam > bardzo słabo). Nie znam też wielu płyt Davisa... Może więc nie dorosłem jeszcze > do Sketches... "Sketches" to przeciez plyta bardzo przyjazna sluchaczom, nawet tym nie przepadającym za jazzem, którego tu właściwie niewiele. Piękne melodie, wyszukane aranżacje, minimalistyczne partie Milesa o ogromnym ładunku emocjonalnym... A zarazem jest w pewien sposób "popowa", to takie "Pet Sounds" jazzowe ;)) > I Jeszcze jedno pytanie: > John Coltrane - Giant Steps - czy o tej płycie mógłbym się czegoś dowiedzieć? > Ktoś zna? Taak! To arcydzielo jest. Chyba najbardziej wirtuozowskie partie w karierze zagrał tu Coltrane - jak huragan! Fenomenalne kompozycje i ten żar!! Koniecznie należy się zapoznać. pzdr Odpowiedz Link
pagaj_75 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 16:43 duke.ellington napisał: > "Sketches" to przeciez plyta bardzo przyjazna sluchaczom, nawet tym nie przepad > ającym za jazzem, którego tu właściwie niewiele. Piękne melodie, wyszukane aran > żacje, minimalistyczne partie Milesa o ogromnym ładunku emocjonalnym... A zaraz > em jest w pewien sposób "popowa", to takie "Pet Sounds" jazzowe ;)) To ja się przyłączę po trochu do nemrroda. Lubię "Sketches", ale bez przesady. Z tych trzech płyt nagranych przez Davisa z Gilem Evansem pod koniec lat 50. najbardziej do mnie trafia "Miles Ahead" - to jest dopiero jazzowy pop :) Odpowiedz Link
duke.ellington Re: Polecamy - jeszcze o Giant Steps 16.07.04, 17:07 > > I Jeszcze jedno pytanie: > > John Coltrane - Giant Steps - czy o tej płycie mógłbym się czegoś dowiedz > ieć? > > Ktoś zna? To chyba po usłyszeniu tej właśnie płyty dotychczasowy bóg saksofonu tenorowego Sonny Rollins wpadł w depresje. Wystarczy porównać inne saksofonowe płyty z 1959 roku z Giant Steps i zdamy sobie sprawe, jak drastyczna i bolesna musiała to być detronizacja. Coltrane doprowadził to hard bop do szczytu - już lepiej się tego zrobić nie dało! Potem zmienił nieco kierunek... Odpowiedz Link
nemrrod Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 17:48 duke.ellington napisał: >wyszukane aranżacje No właśnie, jak dla mmnie chyba zbyt wyszukane...To wszystko kojarzy mi się jakoś operetkowo-teatralnie...Wolę jednak ascetyczne brzmienia, jak na wspomnianym Ascenseur... >minimalistyczne partie Milesa No własnie, czemu ich tak mało?! Naturalnie będę słuchał tej płyty jeszcze wiele razy. Może w końcu "załapie" :) Bardzo interesujące jest to,co piszesz o Giant Steps. Dzięki. Nie omieszkam się zapoznać. Podobnie jak z Miles Ahead. :) Odpowiedz Link
gregkor Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 18:33 duke.ellington napisał: >> > > I Jeszcze jedno pytanie: > > John Coltrane - Giant Steps - czy o tej płycie mógłbym się czegoś dowiedz > ieć? > > Ktoś zna? > > Taak! To arcydzielo jest. Chyba najbardziej wirtuozowskie partie w karierze zag > rał tu Coltrane - jak huragan! Fenomenalne kompozycje i ten żar!! Koniecznie na > leży się zapoznać. > Podpisuję się pod tym, to wspaniała płyta..w ogóle Coltrane to mój faworyt jest.. pozdr Odpowiedz Link
ilhan Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 22:17 duke.ellington napisał: > "Sketches" to przeciez plyta bardzo przyjazna sluchaczom, nawet tym nie > przepadającym za jazzem Potwierdzam, słucham z przyjemnością nie mając najmniejszego pojęcia o jazzie. Odpowiedz Link
pagaj_75 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 16.07.04, 10:52 cze67 napisał: > A My Favorite Things? no ta płyta się mieści w tym (cytuję) "cala reszta od roku '57 wzwyz." :) Odpowiedz Link
ilhan MANSUN 16.07.04, 00:55 Absolutnie "Six" - geniusz - pędzi niewiarygodnie szybko w górę mojej listy ulubionych płyt, a ma takie momenty, że boję się żeby nie przywaliła w sam sufit... Komuś kto nigdy w życiu nie słyszał ani prog-rocka, ani punku, ani britpopu, ani nie wie co to ściany dźwięku i uważa, że jakiś tam Thom Yorke jest najlepszym brytyjskim wokalistą, puściłbym właśnie ten album. Spodnie spadają, nie mówiąc o kapciach. "Attack Of The Grey Lantern" - wybitny debiut, podsumowujący niezwykle płodny pierwszy okres działalności Mansun obfitujący w fantastyczne, wieloutworowe epki. Warto "Little Kix" - kolekcja nadzwyczaj ładnych kompozycji chwilami ocierająca się o najlepsze rzeczy w dorobku Mansun; popowa w porównaniu z tym, co było wcześniej. Odpowiedz Link
pagaj_75 Re: MANSUN 16.07.04, 10:55 ilhan napisał: > Absolutnie > > "Six" - geniusz - pędzi niewiarygodnie szybko w górę mojej listy ulubionych pły > t, a ma takie momenty, że boję się żeby nie przywaliła w sam sufit... Komuś kto > nigdy w życiu nie słyszał ani prog-rocka, ani punku, ani britpopu, ani nie wie > co to ściany dźwięku i uważa, że jakiś tam Thom Yorke jest najlepszym brytyjsk > im wokalistą, puściłbym właśnie ten album. Spodnie spadają, nie mówiąc o kapcia > ch. A komuś kto słyszał prog-rocka, punk, britpop i inne takie, i bynajmniej nie uważa Yorka za najlepszego wokalistę, może się to spodobać? :) bo nie wiem czy ściągać (muzykę, of course, nie spodnie :)) Odpowiedz Link
ilhan Re: MANSUN 16.07.04, 10:59 pagaj_75 napisał: > bo nie wiem czy ściągać (muzykę, of course, nie spodnie :)) Po to właśnie to napisałem! :) Pewnie że ściągać. I posłuchać w skupieniu od początku do końca. Odpowiedz Link
duke.ellington Re: MANSUN 16.07.04, 13:31 A ja kurczę nie mogę się do nich przekonać, choć wielokrotnie próbowałem. Mam wszystkie te płyty, starałem się, słuchałem karnie - bo momenty miewają wspaniałe - ale całość nie przekonuje (mnie). Myślę, że riffy i motywy ("hooki") nie są zbyt oryginalne, ponadto jakoś chaotycznie posklejane. Ale mogę się mylić, często się mylę :) Odpowiedz Link
ilhan Re: MANSUN 16.07.04, 13:53 duke.ellington napisał: > Myślę, że riffy i motywy ("hooki") nie są zbyt oryginalne, ponadto jakoś > chaotycznie posklejane. Mi się wydaje że są dość charakterystyczne i chłopaki swój własny styl szybko wypracowali. Chaos to jak rozumiem zarzut głównie w kierunku "Six"? Częstotliwość pojawiania się nowych motywów i powracania starych (czy też ich wcześniejszego sygnalizowania - płyty ciężko słuchać na wyrywki) jest tam faktycznie nieprawdopodobna i, jak dla mnie, imponująca. Ale udało mi się w tym odnaleźć, choć przyznaję, że też nie od razu. Łatwiej chyba zacząć od "Attack Of The Grey Lantern". Nasunęło mi się skojarzenie odnośnie popularnego w zeszłym roku zespołu The Mars Volta, również przywołującego progresywne skojarzenia na swojej debiutanckiej płycie. Otóż "Six" to chyba nieco zbliżony sposób myślenia o muzyce. Z tym że, według mnie, to właśnie "De-Loused" wydaje się być chaotyczną, przypadkową układanką, podczas gdy "Six" sprawia wrażenie z premedytacją zaplanowanej, genialnie spójnej całości. Poza tym fuck, teksty! Porażają. Momentami to jedna z najbardziej przejmujących, depresyjnych, wręcz "psychicznych", wyzewnętrzniających się płyt jakie słyszałem. Coś jeszcze miałem dodać. Ale chyba zapomniałem. Pozdrawiam Odpowiedz Link
pagaj_75 Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 13:40 No to skoro omawiamy również wykonawców dwu- i trzypłytowych, to ja pojadę teraz tak: 1) Trzeba: "Yesterday wad Dramatic - Today is OK" - debiut, w większości instrumentalny, ale to jedna z najlepszych elektronicznych płyt ostatnich lat. Howgh. 2) Warto: "Finally We are No One" - drugi album, więcej piosenek i żeńskich głosów, całkiem sympatycznie jest. 3) Można, jak już ktoś bardzo musi "Summer Make Good" - trzeci, jak na razie ostatni. jak widać zjazd po równi pochyłej. już raczej nie przekonam się do tego albumu. nie jest zły, ale nie jest i dobry. jest po prostu nijaki. tu zgodzę się z recenzentem pitchforka: powinni zrezygnować z pisania piosenek. i tyle. Odpowiedz Link
smithcio Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 14:58 pagaj_75 napisał: > 3) Można, jak już ktoś bardzo musi > > "Summer Make Good" - trzeci Absolutnie się z Tobą nie zgadzam. Jest to zdecydowanie najlepsza ich płyta. W końcu skończyli z plamami dźwięków. Odpowiedz Link
pagaj_75 Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 15:10 smithcio napisał: > Absolutnie się z Tobą nie zgadzam. Jest to zdecydowanie najlepsza ich płyta. W > końcu skończyli z plamami dźwięków. Powiem tylko tak: oj smithciu smithciu... Odpowiedz Link
smithcio Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 15:16 pagaj_75 napisał: > Powiem tylko tak: oj smithciu smithciu... > Ależ pagaju ja nie jestem wcale odosobniny w swoich odczuciach! Ot weźmy recenzję tej płyty pierwszą z brzegu: www.nuta.pl/plyty/plyta.html/1306.html Odpowiedz Link
pagaj_75 Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 15:37 smithcio napisał: > Ależ pagaju ja nie jestem wcale odosobniny w swoich odczuciach! Na szczęście ostatnio przekonuję się, że ja również nie jestem jedynym wariatem na tym świecie, którym ta płyta, mówiąc dyplomatycznie, średnio się podoba: www.porcys.com/Reviews.aspx?id=462 www.pitchforkmedia.com/record-reviews/m/mum/summer-make-good.shtml Wielka to ulga dla mnie, bo już myślałem, że może coś ze mną nie tak, że może to wszyscy inni mają rację, a ja jeden nie umiem poznać się na tej muzyce. Ale jednak są też inni. Panów z Porcysia nie lubię, ale jednak o wiele bardziej szanuję ich niż recenzentów nuty. Nie tylko dlatego, że mam podobne do nich zdanie na temat poszczególnych płyt Mum. Odpowiedz Link
jack9 Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 15:49 Zgadzam sie z mieciem, smithciem ...czy jak mu tam... ostatnia płyta Mum jest ich najlepszą zestawienie ułozyłbym dokładnie odwrotnie niż pagaj. Co do kolegów z Porcys - coż "ten typ tak ma" za najlepszy Sigur Ros uważają Von, za najlepszy Mogwai "Young Team" itd... Odpowiedz Link
pagaj_75 Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 16:06 jack9 napisał: > Co do kolegów z Porcys - coż "ten typ tak ma" za najlepszy Sigur Ros uważają > Von, za najlepszy Mogwai "Young Team" itd... Nie chcę występować jako adwokat diabła, czyli porcysiowców. Akurat w przypadku Mum się zgadzamy, taki zbieg okoliczności. Podałem również przykład pitchforka, tak szanowanego na tym forum, a teraz dorzucam jeszcze trzeci przykład - AMG www.allmusic.com/cg/amg.dll?p=amg&token=&sql=10:21rn286l058a Czyli wychodzi na to, że recenzeci wybrzydzają, a fani swoje wiedzą :) Chyba powinienem się przekwalifikować na krytyka :) Odpowiedz Link
duke.ellington Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 17:11 co do punktu pierwszego - zgoda. Ale na miejscu drugim postawiłbym jednak "Summer", a "Finally" na dole (na dnie?) Odpowiedz Link
pagaj_75 Re: Mum (z kreseczką nad u) 16.07.04, 17:25 duke.ellington napisał: > co do punktu pierwszego - zgoda. Kamień spadł mi z serca. :D Odpowiedz Link
dziewczyna_mickiewicza czy moge prosic o neil'a young'a ? 20.07.04, 14:33 no, chyba ze juz byl, tylko ja jestem slepawa;) Odpowiedz Link
jack9 Re: czy moge prosic o neil'a young'a ? ...a hood? 22.07.04, 22:50 Younga nie umiem ... ale czy zamiast może być Hood ? Konieczne: The Cycle of Days and Seasons - album na którym słychac sporo inspiracji pięknym "Spirit of Eden" Talk Talk - doskonała jesienna muzyka Coldhouse - płyta będąca swietnym połączeniem Hoodowych melancholijnych klimatów z elektroniką Warto posłuchać: Rustic houses, forlorn valleys - brudnopis płyty "The Cycle..." podobny klimat Nie moge się przekonać do: Structured disasters Silent'88 Cabled linear traction Odpowiedz Link
jo_loop The Chameleons? 22.07.04, 23:15 A czy ktoś coś wie o The Chameleons? Ostatnio usłyszałam utwór Intrigue in Tangiers, który mnie zachwycił. Takie Cure'owskie klimaty. Odpowiedz Link
jack9 Re: The Chameleons? 23.07.04, 05:18 jest co prawda 5:17 ale skoro chcesz Chameleons to nie mogę odmówić ... Najbardziej lubie: -"What Does Anything Mean? Basically" - tam właśnie jest Intrigue in Tangiers potem: -"Script of the Bridge" a potem: -"Script of the Bridge" - zwykle wymieniany jako najlepszy Możne też : -"Why Call It Anything?" - doskonały powrót po latach Nie wiem czy warto - całą masę kompilacji, koncetówek, projektów Marka Burgessa... bo jest to kolejny po Opposition, Breathless...o Lowlife nie wspominając którego płyty trudno złapać ( przynajmniej u nas Odpowiedz Link
jo_loop Re: The Chameleons? 26.07.04, 00:09 Dzięki, doceniam wysiłek :) Te albumy trafią na moja listę zakupów wszechczasów. A że ciężko je zdobyć? Cierpliwa jestem. Poza tym wielu moich znajomych jeździ po świecie z tą listą :) Dzięki wielkie. Odpowiedz Link
jack9 Re: The Chameleons jeszcze... 26.07.04, 07:30 jo_loop napisała: > Dzięki, doceniam wysiłek :) Te albumy trafią na moja listę zakupów wszechczasów > . A że ciężko je zdobyć? Cierpliwa jestem. Poza tym wielu moich znajomych jeźdz > i po świecie z tą listą :) Dzięki wielkie. Dopiero teraz widzę że zapomiałem napisać o płycie Strange Times - równie ciekawej jak "What Does..." A co do zakupu płyt Chameleons to nie trezba jeżdzic po swiecie Wystrczy karta kredytowa i zamówienie złożone w redsunrecords...;) www.redsunrecords.com/index.php?cPath=8&RSRsid=fe326ae60ae0c298a2e1bf4ed79801bb Prezglądając stronke tej wytwórni w myslach wydaje setki euro...;) Odpowiedz Link
smithcio Stabbing Westward 23.07.04, 11:25 Myślę że to jeden z ważniejszych zespołów ostatnich lat. Absolutnie: "Wither Blister Burn & Peel" -pierwszy kawałek miażdży a potem jest tylko lepiej:) Warto: "Darkest Days"- jak sam tytuł wskazuję- mroczniejsza i smutna to płyta, tylko niestety monotonna. "Stabbing Westward" -ostatnia, wręcz piosenkowa płyta ale wporzo. Niekoniecznie: "Ungod" -pierwsza, bardzo elektroniczna, nudna płyta. Odpowiedz Link
grimsrund Re: Stabbing Westward 26.07.04, 00:27 Popieram. Trochę szkoda, że się rozpadli. Odpowiedz Link
peternurek1 poproszę Lynyrd Skynyrd, jesli można :) 26.07.04, 00:06 a jeśli już było to przepraszam, ale własnie wpadło mi w łapy pare kawałków i MUSZĘ ich bardziej poznać :D Odpowiedz Link
cze67 Armia 12.09.04, 14:59 Koniecznie; - Legenda - Anti-armia Warto: - Czas i byt - Exodus (koncert) - Triodante - Soul Side Story (koncert) pozostale plyty sa wedlug mnie slabsze, ale nie moge powiedziec, ze je w skupieniu przesluchalem, wiec wypowiadac sie nie bede... Odpowiedz Link
d84 Suede 12.09.04, 21:32 Świetny wątek, chciałem najpierw opisać Faith No More, ale było więc po co. Suede chyba jeszcze nie, so let's begin :) Trzeba: Suede - debiut oraz imho najlepsze wydawnictwo grupy. Bez wątpienia klasyk, kawałek historii rocka lat 90. Dog Man Star - nieco spokojniejszy, bardziej nostalgiczny i emocjonalny follow- up. Dla wielu słuchaczy najcenniejsze dokonanie zespołu Warto: Coming Up - trzeci album, ale pierwszy z nowym gitarzystą Richardem Oaksem, weselszy od poprzednich i chyba najbardziej przebojowy/popowy ze wszystkich Sci-fi Lullabies - kawałki które nie zmieściły się na trzech wyżej opisywanych albumach. Najlepsza kolekcja bisajdów lat 90? :) Ewentualnie: Head Music - stylistycznie jest to kontynuacja Coming Up, bardziej nierówny choć kilka utworów trzyma wysoki poziom poprzednich krążków Tylko dla wytrwałych: A New Morning - zdecydowanie najsłabszy album Suede, płyta zaledwie przeciętna O, wyszło chronologicznie :) Odpowiedz Link
ilhan Re: Suede 12.09.04, 21:37 Zgadzam się w zupełności, poza jednym. Osobiście uważam, że robi się zbyt wiele zamieszania wokół debiutu Suede, choć jest to album znakomity, to wg mnie nie ma w ogóle dyskusji na temat wyższości DMS... :) Odpowiedz Link
cze67 Re: Suede 12.09.04, 21:46 ilhan napisał: > Zgadzam się w zupełności, poza jednym. Osobiście uważam, że robi się zbyt wiele zamieszania wokół debiutu Suede, choć jest to album znakomity, to wg mnie nie ma w ogóle dyskusji na temat wyższości DMS... :) Mam to szczęście, że posiadam oba najlepsze albumy tej grupy. Może z tego powodu, że debiut zespołu poznałem najpierw, i zasłuchiwałem się w nim niemiłosiernie a DMS słucham dopiero od niedawna, ta pierwsza płyta robi na mnie zdecydowanie większe wrażenie. Odpowiedz Link
d84 Re: Suede 12.09.04, 22:50 Ja mam dokładnie tak samo - też od tego zacząłem, stąd taka kolejność :) Odpowiedz Link
libertine Re: Suede 14.10.04, 18:28 ja też bardziej lubię jednak debiut suede i jest to dla mnie szczytowe osiągnięcie zespołu (podobnie jak 'definitely maybe' oasis nad które kolega ilhan przedkłada drugi album - 'morning glory') Odpowiedz Link
yatzeq3 Dream Theater 15.10.04, 10:18 1.Trzeba Awake - Petrucci wgniata w ziemie niemal ka|dym riiffem, Portnoy dzielnie go wspomaga, dla odmiany akustyczny "silent man" tez ladny Images And Words - nie zgadzam sie z wieloma opiniami uznajacymi ten album DT za najlepszy, ale i tak "Metropolis", "Pull Me Under" czy "Take The Time" robi wrazenie A Change Of Seasons - pieciu wirtuozów po mistrzowsku gra Led Zeppelin, Deep Purple, Queen... ktos chce wiecej? Prosze bardzo- na otwarcie 23minutowe tytulowe arcydzielo 2.Warto Metropolis Pt.2: Scenes From A Memory- ciekawy concept album, z interesujaca "fabula", ale troche zbyt ponury Six Degrees Of Inner Turbulence- 42 minuty utworu tytuBowego to jednak ciut za du|o, ale i tak brzmi niezle Train of Thought- na poczatku "killer" czyli "As I Am" w którym Petrucci pokazuje Malmsteenowi ze potrafi byc szybszy :) potem tradycyjnie - duuzo wirtuozerskiego grania Live Scenes From New York- jesli dla kogos trzy plyty wymiatania to nie za duzo, to polecam :) niemile zaskakuje solowy popis J.P. któremu wyraznie brakuje inwencji 3.Niekoniecznie Falling Into Infinity- komercja i popem powialo When Dream And Day Unite- pierwsza plyta DT, na której byla tylko wirtuozeria, a nie bylo jeszcze dobrych kompozycji. Raczej dla koneserów nie opisuje "once in a livetime" którego nie znam, ani "live at Budokan" którego jeszcze nie mam Odpowiedz Link
cze67 Re: Dream Theater 15.10.04, 11:28 Jak juz wspominalem w innym watku - DT to zespol, do ktorego nijak nie moge sie przekonac. A zaczalem (i skonczylem) jego sluchanie po kilkukrotnych podejsciach do plyty z kategorii Warto - Metropolis Pt.2. Odpowiedz Link
d84 Re: Dream Theater 15.10.04, 11:37 Ja mam podobnie, też próbowałem i nic. Nie moje klimaty Odpowiedz Link
cze67 Re: Dream Theater 15.10.04, 12:21 d84 napisał: > Ja mam podobnie, też próbowałem i nic. Nie moje klimaty A u mnie chodzi wlasnie o to, ze to moje klimaty: prog-rock i tak dalej. A nie wchodzi... Odpowiedz Link
yatzeq3 Re: Dream Theater 15.10.04, 16:05 No wlasnie DT trudno zaszufladkowac jako prog-rock... chyba blizej im do klasycznego metalu niz do King Crimson i Yes, w sumie lokuja sie gdzie[ po [rodku. Chyba najtrafniejsze okre[lenie ich muzyki to prog-metal :) Odpowiedz Link
cze67 Re: Dream Theater 15.10.04, 18:54 yatzeq3 napisał: > No wlasnie DT trudno zaszufladkowac jako prog-rock... chyba blizej im do > klasycznego metalu niz do King Crimson i Yes, w sumie lokuja sie gdzie[ po > [rodku. Chyba najtrafniejsze okre[lenie ich muzyki to prog-metal :) Acha, no to teraz już wiem, dlaczego mi nie "wchodzi". Odpowiedz Link
pixie Procol Harum 17.10.04, 19:23 1. Absolutnie Home [1970] Moja ulubiona płyta. Co drugi utwór brzmi niemal hardrockowo, głównie za sprawą świetnego gitarzysty Robina Trowera. Najlepsze utwory: epickie „Whaling Stories”, „Whisky Train” oraz „Piggy Pig Pig” (NIN by się go nie powstydziło ;). A Salty Dog [1969] Cudowny utwór tytułowy, a poza „Juicy John Pink” płyta bardzo równa i przepiękna, z ciekawymi smaczkami bluesowo-folkowymi. Główny mankament - dość często ktoś zastępuje Brookera na wokalu (Fisher albo Trower). Shine on Brightly [1968] Na tym albumie znajduje się pierwsza rockowa suita „In Held 'Twas in I” i jest to wielkie dzieło. Reszta utworów również znakomita. Live at Edmonton [1972] Procol Harum na żywo z orkiestrą i chórem gra swoje najbardziej klasycyzujące utwory. Szczególnie polecam ”Conquistadora” - trąbki i instrumenty smyczkowe doskonale podkreślają charakter tej pieśni. 2. Warto Grand Hotel [1973] Wspaniały utwór tytułowy wieńczy klasyczne dokonania Procol Harum. Exotic Birds and Fruits [1974] Ostatni naprawdę dobry album PH podpada bardziej pod pop niż rock progresywny. Najlepsze utwory: „Nothing but the Truth”, „Butterfly Boys”, „The Idol”. Broken Barricades [1971] Kontynuacja brzmienia „Home”. Płyta przyzwoita, ale cierpi na niedostatek przebojów. Procol Harum [1967] Kiepsko wyprodukowany debiut, warto poznać dla utworów „Conquistador” oraz „A Whiter Shade of Pale”, który we wznowieniach umieszczany jest na tym albumie. 3. Niekoniecznie Procol's Ninth [1975] Całkiem jeszcze dobre utwory, tylko wykonawcom zabrakło ikry, no i produkcja jakaś taka plastikowa. Something Magic [1977] The Prodigal Stranger [1991] The Well's on Fire [2003] Krótki rys historyczny oraz utwór „A Salty Dog”: www.progarchives.com/Progressive_rock_discography_BAND.asp?band_id=1105 Odpowiedz Link
cze67 Re: Procol Harum 20.10.04, 22:07 Dzięki pixie. Jakoś nigdy nie miałem śmiałości do Procol Harum. A przecież bardzo lubię głos Gary Brookera. Właściwie znam tylko jeden utwór tego zespołu - wiadomo jaki. Trza nadrobić zaległości. Odpowiedz Link
pixie Re: Procol Harum 23.10.04, 02:15 cze67 napisał: > Dzięki pixie. Jakoś nigdy nie miałem śmiałości do Procol Harum. A przecież > bardzo lubię głos Gary Brookera. Właściwie znam tylko jeden utwór tego > zespołu - wiadomo jaki. Trza nadrobić zaległości. Ten jeden utwór stał się przekleństwem dla Procol Harum. Osiem co najmniej dobrych płyt, a wszyscy znają tylko "A Whiter Shade of Pale" :( Będzie mi bardzo miło, jeśli posłuchasz jakiegoś ich albumu, przynajmniej poczuję się mniej osamotniona na forum ;) Co do Brookera - niedawno przeczytałam w pewnej recenzji, że jego głos "leje się z głośników jak ciemnoniebieski miód". Mnie to pasuje :) Odpowiedz Link
argus1 Re: Procol Harum 07.01.05, 20:40 pixie napisała: > Absolutnie > Home [1970] > A Salty Dog [1969] > Shine on Brightly [1968] > Live at Edmonton [1972] co do powyższych - zgoda ja do tych absolutnie dodaję: "Procol Harum" - ze względu na to, że to jedna z pierwszych płyt art-rockowych jakie powstały. A poza cudownym "A whiter shade of pale" jest tam inne opus- magnum tego zespołu "Repent Walpurgis". A wersji zremasterowanej wśród bonusów jest "Homburg" - kolejna perła... "Grand Hotel" - poza utwórem tytułowym, jest tu wiele pięknych momentów. I właśnie na tej płycie znajduje się mój ulubiony utwór, a także wielu wielbicieli tego zespołu - "Fires". Odpowiedz Link
d84 Nine Inch Nails 17.10.04, 21:24 Chyba jeszcze nie było, a nowy album ma wyjść jeszcze w tym roku :) Absolutnie: Pretty Hate Machine - debiut, i moim skromnym zdaniem najlepszy album. Dość odmienny brzmieniowo od pozostałych, bardziej popowy (a la Depeche Mode) Warto: Broken - w sumie to epka (wyszła po PHM), ale jak najbardziej godna polecenia. Bardziej gitarowa od debiutu The Downward Spiral - drugi album, utrzymany w konwencji Broken tylko jakby bardziej "progresywny" Ewentualnie: And All That Could've Been - ot, koncertówka Fixed, Further Down The Spiral - remiksy odpowiednio Broken i DS The Fragile - trzeci album, jak na mój gust przydługi, nudnawy i nie wnoszący zbyt wiele nowego Lepiej nie: Things Falling Apart - mixy Fragile, nawet fani tego albumu niepochlebnie się o nich wyrażają Odpowiedz Link
jack9 Godspeed You Black Emperor 23.10.04, 08:25 Nadeszła ta wiekopomna chwila ... Absolutnie: - Slow Riot for New Zero Kanada - jest to Ep trwająca prawie poł godziny, zawierająca 2 utwory, oba doskonałe - słowa to za mało by to opisać ... - Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven - coż moge napisać ... płyta roku 2000 Warto: - F# A# (Infinity) - debiut - troche chropowaty, powolny ale to rónie z doskonała płyta - przez niektórych uznawana za najlepszą - Yanqui U.X.O. - ostatnie ( jak dotąd ) dzieło - jezeli poznamy tę płyte jako pierwszą to bedziemy zachwyceni, ale gdy poznajemy twórczość GYBE chronologicznie to odczujemy tu że płyta powiela pewne pomysły Odpowiedz Link
cze67 NoMeansNo 11.11.04, 19:43 Nie wszystkie płyty znam, ale te które słyszałem uszeregowałbym tak: Absolutnie: Wrong Small Parts Isolated and Destroyed Warto: Sex Mad 0+2=1 Mama (ostrzeżenie - pierwsza, bardzo nietypowa dla tego zespołu płyta) Why Do They Call Me Mr. Happy? Mr. Right and Mr. Wrong Dance of the Headless Bourgeoisie Nie znam płyty tej grupy, którą trza omijać. Odpowiedz Link
honey_power FAUST 13.12.04, 16:24 Koniecznie: Faust "So Far" - ciezar gatunkowy prawie ten sam co dwie pierwsze plyty Velvet Underground Faust "IV" - dzialajacy na wyobraznię awangardowy rock Warto: Faust "Faust" - dość przerażający kolaż dźwiękowy + swobodne, rockowe jamowanie (ta plyta to zawiera w sobie zarowno to najbardziej szalone oblicze kraut-rocka, jak i nieco bardziej tradycyjne formy [vide: utwor 3)) Faust "71 minutes of faust" - na tej plycie znajdują się moje ulubione fragmenty Fausta, ale jako calosc zdecydowanie solidniej prezentują się albumy wspomniane powyżej Nie zaszkodzi: Faust "Faust tapes" - chaos - płyta ważna, nowatorska, ale na moje ucho jednak zbyt wyzwolona z wszelkich norm Faust "Ravvivando" - Faust AD 1999 - bardzo dobry album, panowie trzymaja sie mocno -- Płytę Fausta w kolaboracji z Dalek dopiero poznaję, więc jeszcze nie wiem, do której kategorii zaliczyć (pierwsze rważenie jednakowoż - druzgocące!) Odpowiedz Link
tymbarski COMA "Pierwsze wyjście z mroku" 07.01.05, 17:01 Serdecznie polecam ten album Odpowiedz Link
cze67 Re: FAUST 16.08.06, 09:28 honey_power napisał: > Faust "IV" - dzialajacy na wyobraznię awangardowy rock W/w płytę nabyłem wczoraj na Jarmarku św. Dominika. I nie żałuję. Odpowiedz Link
nefil Re: Closterkeller 08.01.05, 09:51 Warto: Nero Violet Niekoniecznie: pozostałe płyty Zabraniam: anglojęzyczne wersje płyt Clostera- ZGROZA! Odpowiedz Link
d84 Outkast/Korn :D 09.01.05, 19:52 Oukast Absolutnie: Stankonia - chyba najlepsza płyta chłopaków z Atlanty, single z tej płyty miały tyle samo czasu antenowego w MTV co panna Spears. A jednak się da połączyć suckes artystyczny z komeryjnym w dzisiejszych czasach Aquemini - bardzo funkowa, bujająca płyta, pierwsze arcydzieło Outkast. Od "Rosy Parks" rozpoczął się marsz na czołówki list przebojów Warto: Big Boi & Dre Present... (Greatest Hits) - dobra, przekrojowa składanka, idealna na wstęp. Bardzo dobre utwory dodatkowe Spekerboxxx/Love Below - właściwie 2 płty solowe Dre i Big Boia, nieco przereklamowane ale mimo wszystko na wysokim poziomie. ATLiens - dobra płyta, ale przyćmiona przez 2 nastepne Southernplayalisticadillacmuzik - debiut grupy, bez rewelacji ale przyjemny. Korn Aboslutnie: Korn - od tej płyty zaczął się nu-metal i spokojnie mógłby się na niej skończyć. Pomysłowe pomieszanie wielu rozmaitych rzeczy, całkiem świeże w epoce grunge'u. Warto: Follow The Leader - najbardziej "komercyjna" płyta zespołu, choć kto wie czy nie najlepsza i najbardziej różnorodna Issues - dośc spokojny, ciągnący się album, jakby zainspirowany triphopem. Nieco zbyt jednostajny. Life Is Peachy - drgui album, jeszcze sprzed "sprzedaniem się". Brzmieniowo podobny do debiutu, trochę słabszy pod względem kompozycji. Ewentualnie: Untouchables - dochodzą inspirację latami 80. Pół albumu niezłe, pół beznadziejne Nie: Take A Look In The Mirror - smutny przykład totalnego wypalenia i braku pomysłu; no bo co to za album na którym najlepszymi utworami są cover Metalliki, remake własnego dema z '93 i utwór wyrapowany przez Nasa? Odpowiedz Link
pagaj_75 Björk 20.01.05, 13:51 Tak właśnie się zorientowałem, że chyba jej nie było w tym wątku? No to najmniej odpowiednia osoba (czyli ja) przedstawia swój punkt widzenia na twórczość pani Guðmundsdóttir ;-) 1) Koniecznie - Medúlla (choć chyba nie polecałbym zaczynania przygody z B. od tego albumu) - Homogenic 2) Naprawdę warto - Vespertine - Post - Debut 3) Niekoniecznie nie stwierdzono. no chyba, że policzymy Telegram i inne wynalazki z remiksami. ps. no to teraz czekam na protesty, petycje i oflagowania :-) Odpowiedz Link
glebogryzarka1 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 09.05.05, 15:53 The Roots. KONIECZNIE: Come Alive (2000) - koncertówka. Jedyny album Roots od początku do końca fascynujący. WŁAŚCIWIE TRZEBA: Illadelph Halflife (1996) - za długa, niemniej bardzo ambitna i udana próba odświeżenia własnego stylu i hip hopu w ogóle. W sumie nie sposób się przy tym nudzić, ale wgryźć się od razu w całość ciężko. Do You Want More? (1995) - definicja brzmienia czarnej muzyki na dobre parę lat. Wysoko strojony werbel, pełzająca stopa, oszczędny bas, przestrzenny rhodes. Obok utworów genialnych, których jest całkiem sporo ("Proceed", "Distortion To Static", "Silent Treatment", "Essaywhuman", "Mellow My Man") niesłuchalne ("I Remain Calm"). WARTO: Things Fall Apart (1999) - a teraz pogramy sobie oszczędniej. Album tak nierówny, jak "Do You Want More?", ale nieco mniej odkrywczy i konsekwentny. Tu jest największy chyba przebój składu ("You Got Me"). Phrenology (2002) - tu jest drugi największy przebój składu ("The Seed 2.0"), choć mało typowy dla niego, to typowy dla płyty. Po raz drugi w karierze ? uestlove i koledzy spróbowali, nazwijmy to, hip hopu progresywnego. W przeważającej mierze nie wyszło i najlepszym numerem pozostaje całkowicie regresywny "Thought @ Work". MOŻNA: The Tipping Point (2004) - podobno powstawała w trasie. Nawet jeśli nie, to tak brzmi. Apogeum filozofii "co z tego że gramy a nie samplujemy, tego ma nie być słychać". UNIKAĆ JAK ZARAZY: Organix (1993) - ściągnijcie sobie "Pass The Popcorn" i płyta z głowy. Nawet "The Session", choć w założeniu ciekawa (hiphopowo-jazzowy jam), nie jest godna polecenia - zwłaszcza że oparty na podobnym pomyśle "One Shine" z płyty "Illadelph Halflife" fascynuje daleko bardziej. Odpowiedz Link
glebogryzarka1 The Roots 01.08.06, 16:33 > Things Fall Apart (1999) - a teraz pogramy sobie oszczędniej. Album tak > nierówny, jak "Do You Want More?", ale nieco mniej odkrywczy i konsekwentny Kiedy się zaliczy kilkadziesiąt przesłuchań całej dyskografii Roots, to "TFA" wytrzymuje stanowczo najlepiej. Kawał muzyki. Odpowiedz Link
tomash8 AC/DC 09.05.05, 16:13 1. Absolutnie: Highway to hell, Let there be rock, If You wan't blood(you've got it), Back in black 2. Warto: Stiff upper lip, Flick of the switch, Live, Razor's edge, For those about to rock, Powerage, High voltage(europejska wersja), TNT(australijska) 3. Można(ale to już raczej dla fanów takiego grania): Dirty deeds done dirt cheap(choć utwór tytułowy to arcydzieło), Jailbreak 74', Fly on the wall, Ballbreaker, High voltage(australijska), box Bonfire 4. Unikać: Blow up your video, Who made who Odpowiedz Link
cze67 Re: AC/DC 09.05.05, 16:15 tomash8 napisał: > 4. Unikać: Blow up your video Jestem chyba jednym z niewielu ludzi na świecie, których ten album kręci. Żałuję, że kiedyś go komuś sprzedałem. Odpowiedz Link
tomash8 Re: AC/DC 09.05.05, 16:19 cze67 napisał: > tomash8 napisał: > > > 4. Unikać: Blow up your video > > Jestem chyba jednym z niewielu ludzi na świecie, których ten album kręci. > Żałuję, że kiedyś go komuś sprzedałem. Same kompozycje nie są złe, ale brzmienie jest jakieś takie plastikowe, zupełnie nie pasujące do tego zespołu, poza tym, mnie "kręcą" wszystkie płyty AC/DC, a tą liste układałem z myślą o innych:) Odpowiedz Link
bender_rodriguez Re: AC/DC 11.02.06, 13:56 AC/DC Trzeba - Wszystko ze Scottem, Back In Black, Flick Of The Switch Resztę już na zasadzie maniactwa Odpowiedz Link
glebogryzarka1 Outkast z mojego punktu siedzenia 09.05.05, 16:23 BEZWZGLĘDNIE "Speakerboxxx/The Love Below" (piąta) - niech to będzie początek nowej ery hip hopu. Bardzo bym się cieszył. Święto muzyki, pełne nowych pomysłów i bez kompromisów. Super, nawet jeśli nierówne nieco. BARDZO WARTO "Southerplayalisticadillacmuzik" (pierwsza) - bardzo udane nawiązanie do spuścizny funku. Grube beaty, miauczące kosmiczne gitary, mięsiste linie basu, smakowite klawisze, a 'on top' dwóch szczyli (żaden nie miał wtedy powyżej 20 lat) z masą energii (tylko jeszcze troszszeczkę umiejętności brakuje) i kapitalne chóralne śpiewy a la Gie Clinton. "ATLiens" (druga) - nowe brzmienie wykombinowane przez Organized Noise i do tej pory nie powtórzone przez nikogo innego. Utopione w pogłosach i padach. Tajemnicze. Zdecydowanie klawiszowe. Delikatne. Obaj MC w lepszej formie. MOŻNA "Aquemini" (trzecia) - płyta często grzęznąca w niepotrzebnych i nieudanych eksperymentach ("Mamacita" na przykład), a z drugiej strony pojawiają się autoplagiaty ("Skew It On a Bar-B" brzmi bliźniaczo podobnie do "Rosy Parks"). Ale to tu jest "Da Art of Storytelling, part 1", gdzie Andre prezentuje wers wszechczasów. "Stankonia" (czwarta) - "Aquemini", część druga. Słychać pomysły, które - udoskonalone - pojawią się na kolejnej płycie jako główne punkty programu ("Bombs Over Baghdad"). Tej płyty jednak słuchałem najmniej, muszę odświeżyć i a nuż zmienię zdanie :) Odpowiedz Link
glebogryzarka1 George Clinton solo 09.05.05, 16:43 KLASYKA Computer Games (1982) - i już wiemy, jak będzie brzmiał funk w latach 80. Syntetyki w służbie najlepszych piosenek, jakie Clinton kiedykolwiek nagrał. Gdyby tylko "Loopzilla" nie było tak cholernie długie... KAPITALNE "The Awesome Power..." (1996) - płyta bardzo długa, każdy utwór brzmi inaczej (nie dziwne - każdy był nagrywany w innym składzie), każdy jest znakomity. Zaiste zagadka stulecia: czemu krytyka przejechała się po tym albumie? WARTO "You Shouldn't-Nuf Bit Fish" (1983) - część druga "Computer Games", bez tej siły rażenia, ale kompozytorsko znakomita robota. Niestety, George próbuje rapować. Na szczęście rzadko. RACZEJ NIE WARTO "Hey Man Smell My Finger" (1993) - kilka świetnych utworów (w tym totalnie nietypowy, house'owy "Big Pump") utopionych w morzu najgorszego możliwego gówna. "Some Of My Best Jokes Are Friends" (1985) - jeszcze raz ten sam sound? Ile można? I dlaczego takie nijakie te numery? ŻENA PO MAKSIE JAK MAWIA MŁODZIEŻ "Dope Dogs" (1995) - nie da się słuchać. A naprawdę w dobrej wierze próbowałem. Odpowiedz Link
sonia34 Jeff Buckley 02.07.05, 11:38 OBOWIĄZKOWO : Grace(wszystko na jej temat napisałam w recenzji) Mystery White Boy -świetna koncetówka,porażające wersje z utworów z Grace +niedostępne wcześniej nagrania Live At The Olimpia-jak wyżej WARTO : The sketches for my sweatheart the drunk-drugi album Jeffa nieukończony i nie doszlifowany,ale i tak warty uwagi Live At The Batacklan-b.dobra koncertowa epka,świetne werje utworów Edith Piaf i Vana Morissona Live At Sine LEGACY EDITION-występ Jeffa zarejstrowany w barze Sine.Zawiera dużo niepublikowanych wcześniej nagrań NIEKONIECZNIE : Jeff Buckley & Gary Lucas "Song To No One"-jakoś do mnie nie trafia,np nie przekonują mnie wersje Grace czy Mojo Pin Odpowiedz Link
sheik_yerbouti Queen 06.07.05, 11:04 Witam Forumowiczów w dniu debiutu :) Mam nadzieję, że listą o Queen ktoś się zainteresuje, oto ona: Nie wypada nie znać: 1. Queen II - chyba najbardziej progresywny album w dorobku grupy. Wielowątkowe kompozycje, sporo łagodnych dźwięków ale też chyba na żadnym albumie nie brzmieli tak ostro. Polecam: "Ogree Battle", "March of the Black Queen", "Father To Son" 2. A Night At The Opera - nie tylko ze względu na niemiłosiernie zgraną "Bohemian Rhapsody". To chyba najbardziej "odjechana" płyta w ich dorobku - nadal potrafią ostro zagrać, ale pojawiają się ciągotki do stylistyki wodewilowej, wręcz operetkowej. Polecam: "Death On Two Legs", "The Prophet's Song" 3. Live Killers - koncertowe podsumowanie lat 70. Queen na scenie zyskuje rockowej mocy, aranżacje są siłą rzeczy uproszczone w stosunku do studyjnych pierwowzorów ale na pewno na tym nie tracą (a takie utwory jak "Love Of My Life" czy "Get Down, Make Love" wręcz zyskują"). Zamiast tej płyty polecam też rewelacyjne DVD/CD "Live At The Bowl" - panowie są w rewelacyjnej formie i grają tak, jakby miał to być ostatni koncert... 4. Innuendo - powrót do najlepszych tradycji zespołu. Szkoda tylko, że część z tych utworów została już niemiłosiernie zgrana przez radia... Jeżeli ktoś jeszcze nie zna całości niech posłucha: "Innuendo", "Don't Try So Hard", "Bijou" Prawie nie wypada nie znać: 1. Sheer Heart Attack - chyba najbardziej jednolity album z wczesnego okresu, o zdecydowanie rockowym brzmieniu. Polecam: "Killer Queen", "Stone Cold Crazy" i szalony "Bring Back That Leroy Brown" 2. A Day At The Races - album utrzymany w konwencji ANATO, ale mniej przebojowy, bardziej tajemniczy. Chcecie posłuchać jak Queen gra walca? Posłuchajcie "The Millionaire Waltz", a potem warto też: "Somebody To Love", "White Man" Warto poznać: 1. Queen I - pojawia się tu większość elementów, którymi Queen czarować nas będzie w następnych latach, ale ten collage stylistyczny nie jest jeszcze tak efektowny jak na kolejnych płytach. Tym niemniej ci, którym spodoba się atmosfera QII lub ANATO powinni po tę płytę sięgnąć. Dostępna jest również płytka Queen At The Beeb z nagraniami z dwóch pierwszych płyt dokonanymi dla radia - tutaj brzmią miejscami naprawdę ostro! Utowry godne polecenia: "Keep Yourself Alive", "Liar", "My Fairy King" 2. News Of The World - w założeniu miała to być płyta prostsza i ostrzejsza niż ich dotychczasowe dokonania. W utworze "Sheer Heart Attack" brzmią prawie punkowo! Całościowo ta płyta jednak nie do końca mnie przekonuje, pomimo tego, że pochodzi z niej sporo przebojów: "Get Down, Make Love", "Spread Your Wings" i oczywiście "We Will Rock You" i "We Are The Champions". Wszystkie jednak moim zdaniem lepiej wypadały na koncertach 3. Jazz - jazzu to tu jak na lekarstwo, za to sporo prostych, dość chwytliwych rockowych utworów, jednak poza "Mustapha", "Bicycle Race", "Don't Stop Me Now" nie wyróżniają się niczym szczególnym... Ot, taka sobie płyta do jazdy samochodem... albo rowerem :) 4. Live At Wembley - utwory z lat 80 dużo lepiej wypadają na koncertach, tylko czemu Brian May przez tych kilkanaście lat nie mógł wymyśleć jakichś innych popisów??? 5. The Miracle - to już lata 90. Pop miesza się z hard rockiem i powstaje naprawdę efektowna mieszanka. Polecam: "The Miracle", "Scandal", "Was It All Worth It" 6. Made In Heaven - płyta pośmiertna i płyta do której tak do końca nie mogę się przekonać... irytuje mnie zwłaszcza brzmienie, jakieś takie wygładzone, jakby koniecznie chcieli na siłę przepchnąć wszystkie kawałki do radia... ale "Mother Love" i "A Winter's Tale" naprawdę urzekają... Można, choć niekoniecznie: 1. The Game - są tu świetne utwory w rodzaju "Dragon Attack", "Another One Bites The Dust" czy "Save Me" ale też bardzo dużo wypełniaczy... słucham tej płyty chyba najrzadziej ze wszystkich... 2. Hot Space - najdziwniejsza płyta w ich dyskografii, flirt z muzyką taneczną, funkiem, syntezatorami i elektorniczną perkusją. Chyba nawet oni sami przestraszyli się trochę tego, co im wyszło, bo na koncertach grają te utwory z rockową werwą... ja osobiście płytę całkiem lubię, nie tylko za "Under Pressure" ale też za: "Body Language" i "Cool Cat" 3. The Works - brzmienie typowe dla lat 80, z rockowego oblicza Queen wiele nie zostało, ale jeśli ktoś akceptuje "Radio Ga Ga" to płyta na pewno mu się spodoba Dla zapaleńców: 1. Flash Gordon - scieżka dźwiękowa z filmu i bez obrazu raczej kiepsko się tego słucha... 2. A Kind Of Magic - płyta popowa plastikowa, utwory są skomponowane jakby z myślą o dyskotekach... Mnie jakoś nigdy nie urzekało nadmiernie rozdęte "Who Wants To Live Forever" a "One Vison" i "A Kind Of Magic" wolę z koncertów. Jedyną ciekawostką jest saksofon wykorzystany jedyny raz w utworze Queen - "One Year Of Love" Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłem... Pozdrawiam Odpowiedz Link
cze67 Re: Queen 06.07.05, 11:19 sheik_yerbouti napisał: > Witam Forumowiczów w dniu debiutu :) Witam! > Mam nadzieję, że listą o Queen ktoś się zainteresuje, oto ona: > > Nie wypada nie znać: > 1. Queen II Jakoś nigdy nie mogłem się przekonać w całości do płyt sprzed A Night... > 2. A Night At The Opera Pełna zgoda > 3. Live Killers Rewelacja > 4. Innuendo Kłopot z tą płytą w moim wypadku jest taki, że wyszła ona na fali "popularności" Queen w związku z chorobą Mercurego. I kiedy wszyscy wokół o tym gadali i zachwycali się tą płytą, mnie ochota na słuchanie Queen minęła. > 2. A Day At The Races Ja bym ją wrzucił obok "A Night..." > 2. News Of The World > Jak wyżej - dla mnie - jedna z najlepszych ich płyt. > 3. Jazz - IMO - ich najlepsza płyta > 1. The Game - są tu świetne utwory w rodzaju "Dragon Attack", "Another One > Bites The Dust" czy "Save Me" ale też bardzo dużo wypełniaczy... słucham tej > płyty chyba najrzadziej ze wszystkich... A ja tam lubię. > 2. Hot Space - najdziwniejsza płyta w ich dyskografii, flirt z muzyką taneczną, > funkiem, syntezatorami i elektorniczną perkusją. Chyba nawet oni sami > przestraszyli się trochę tego, co im wyszło, bo na koncertach grają te utwory z rockową werwą... ja osobiście płytę całkiem lubię, nie tylko za "Under > Pressure" ale też za: "Body Language" i "Cool Cat" U mnie - na miejscu drugim - po Jazz. Może to dziwne, bo rzeczywiście płyta zupełnie inna, elektroniczna itd, ale mam do niej olbrzymi sentyment. A "Under..", "Cool Cat" a przede wszystkim dedykowany Lennonowi - "Life Is Real" to miszczostwo świata:-) Odpowiedz Link
sheik_yerbouti Re: Queen 06.07.05, 11:55 krótki komentarz do komentarza: > > 4. Innuendo > Kłopot z tą płytą w moim wypadku jest taki, że wyszła ona na > fali "popularności" Queen w związku z chorobą Mercurego. I kiedy wszyscy wokół > o tym gadali i zachwycali się tą płytą, mnie ochota na słuchanie Queen minęła. tu masz pełną rację, mnie też "queenmania" obrzydziła ten zespół na jakieś 2 lata... > > > 2. A Day At The Races > Ja bym ją wrzucił obok "A Night..." ja też, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś nie przekonał się do "nocy w operze" to i ta płyta go średnio zainteresuje, dlatego oczko niżej > > 3. Jazz - > IMO - ich najlepsza płyta mi brakuje tutaj dopracowania utworów, jakoś tak zlewają mi się w jedną masę, czego u Queen nie lubię. Na pewno jest to bardzo równa płyta, co może być jej zaletą, ale brakuje mi tu jakichś "wyskoków" Odpowiedz Link
ilhan XTC 27.07.05, 19:22 1. Trzeba „Skylarking” (1986) Najbardziej kompletne, przemyślane i dopracowane pod każdym względem dzieło zespołu. Wyrafinowanie, emocje, głębia i radość ze wspaniałych melodii. Genialne studium cyklu ludzkiego życia ilustrowane odradzaniem się i obumieraniem natury. Inna sprawa, że nigdy, a już pewnie w szczególności w 1986 roku w Polsce taką muzyką większa liczba ludzi nie umiała się cieszyć. „Drums And Wires” (1979) Przełomowa i pierwsza dojrzała pozycja w dorobku grupy. Kolekcja luźnych formalnie, kanciastych, ale szalenie melodyjnych nowofalowych piosenek. W tle: kilka znakomitych społecznych komentarzy o Anglii końca tamtej dekady i pierwsza zapowiedź późniejszego mierzenia się z Absolutem („Complicated Game”). „English Settlement” (1982) Najrówniejszy i najspójniejszy z kilku podwójnych winyli w dyskografii XTC. Ostatnia z płyt z okresu „koncertowego”. Największy z przebojów zespołu: „Senses Working Overtime”, obudowany piekielnie równymi kompozycjami z częstymi nawiązaniami do muzyki afrykańskiej, w dużej mierze prowadzonych na dwunastostrunowym elektryku i gitarze akustycznej. Z dwoma kluczowymi wątkami: kolonizacja vs ówczesne problemy społeczne UK. „Apple Venus Vol. 1” (1999) Niejako powtórka ze „Skylarking”, tylko jeszcze bardziej rozpasana aranżacyjnie. Bliskie concept-albumowi o pogańskich bóstwach i obrzędach, gdyby nie kilka do bólu szczerych lovesongów. A „Easter Theatre” to być może najambitniejsza kompozycja, jaka wyszła spod palców Partridge’a. Arcydzieło końca ubiegłego wieku, którego nikt nie zauważył. 2. Warto „Oranges And Lemons” (1989) Kolejny podwójny winyl. Brzmią mainstreamowo, komponują utwory o dużo bardziej regularnych kształtach niż kilka lat wcześniej i jeszcze bardziej zanurzone w latach sześćdziesiątych, ale równie dobre. Poza kilkoma wpadkami bliżej końca płyty. No i „Mayor Of Simpleton”, wybrany niedawno przez fanów grupy na najlepsza piosenkę XTC. „Nonsuch” (1992) Znów podwójny longplay i znów trzeba używać przycisku „skip”. Obłędny początek płyty i dalej kilka absolutnych pereł, na czele z cudownym, podnoszącym na duchu „Wrapped In Grey”. Ale i sporo pomyłek typu „Bungalow”, bo z formą Colina Mouldinga jest na tej płycie źle. „White Music” (1978) Kontrowersyjnie, bo zwykło się nie traktować tej płyty poważnie. Króciutkie piosenki mają jednak niesamowite pokłady energii, naiwne chwilami teksty - sporo uroku i zdradzają potencjał. Ciekawostką są eksperymentatorskie ciągoty zespołu, nawet jeśli nie do końca udane (atonalne „Cross Wires”, dubowo-psychodeliczny cover „All Along The Watchtower”). Dużo zespołów próbuje dziś tak grać, a jakoś żadnemu aż tak fajnie nie wychodzi. „The Big Express” (1984) Concept-album o kolei, hehe. Pewnie najmniej spójna płyta w dyskografii, ale, poza małą wpadką „Shake You Donkey Up”, na bardzo wysokim poziomie. Ze wstrząsająco wzruszającą partridge’owską wizją postnuklearnej zagłady „This World Over”. „Black Sea” (1980) Rozwinięcie „Drums & Wires” – mniej równe i jak dla mnie trochę za bardzo wylizane brzmieniowo (choć czytałem zupełnie odmienne opinie). Kilka klasyków – „Burning With Optimism’s Flames”, „Towers Of London”, „Respectable Street”. I sympatycznych, ale jednak potknięć – „Sgt Rock”, „Love At First Sight”. 3. Można „Wasp Star (Apple Venus Vol. 2)” (2000) Elektryczna kontynuacja pierwszej, barokowo-popowej części, nie mająca z nią nic wspólnego. Odległość jaka dzieli „Sierżanta Pieprza” i „Biały Album” wydaje się przy nich być krótsza niż przysłowiowy rzut beretem. Garść optymistycznych, solidnych kompozycji realizowanych w oparciu o prawie wyłącznie podstawowe rockowe instrumentarium, z podkreśleniem gitar. Jak na razie ostatnia ich płyta – marzy się kontynuacja dla choćby tylko jeszcze jednego takiego utworu jak epicki „The Wheel And The Maypole”. „Mummer” (1983) Płyta gdzie dobrze widać zagubienie zespołu. Wycofali się z życia koncertowego, odszedł perkusista. Niezdecydowanie widać już przy doborze materiału: tak bezbarwny kawałek jak „Wonderland” był singlem, a kapitalne „Jump” w ogóle nie weszło na płytę. Mimo wszystko można posłuchać. Dla momentów: akustycznego „Love On A Farmboy’s Wages”, przebojowego „Great Fire” czy „In Loving Memory Of A Name”, o którym nie potrafię nic rozsądnego napisać, poza tym że ciągle za mną chodzi. 4. Nie trzeba! „Go 2” (1978) Sympatyczny, ale potykający się co chwila drugi album. Możnaby go słuchać częściej gdyby nie: a) dużo fajniejszy, a podobny debiut; b) tak obszerna i tak zdecydowanie lepsza pozostała część dyskografii. Odpowiedz Link
zaix Mike Patton 28.07.05, 21:48 Mike'a Pattona przedstawiać nie trzeba, ale jednak nie wszystkie jego projekty są znane szerszej publiczności. Ten najbardziej płodny i kreatywny artysta ostatnich lat po odejściu z FNM nagrał kilkanaście płyt w różnych klimatach i z różnymi ludźmi pod różnymi szyldami. TRZEBA: Fantomas - The Director's Cut Patton w towarzystwie m.in. Dave'a Lombrado ze Slayera i Buzza Osbourne'a z Melvins przerabia motywy filmowe (między innymi z "Dziecko Rosemary", "Omen" i "Ojca Chrzestnego"). Płyta powala mrocznym klimatem i wirtuozerskim wykonaniem. Mr. Bungle - California Najlepsza płyta macierzystej formacji Pattona. Zróżnicowana brzmieniowo a jednocześnie dość przystępna w odbiorze (obok numerów totalnie zakręconych znaleźć można również utwory nadające się do radia). Mr. Bungle - Mr. Bungle To także płyta kultowa choć do "Californii" troche jej brakuje. Peeping Tom - Demos Jednak Patton po odejściu z Faith No More nie zapomniał jak się normalnie śpiewa. Bardzo fajna, melodyjna płyta. Dillinger Escape Plan & Mike Patton - Irony Is the Dead Scene Jeden z niewielu płyt nagranych przez Pattona, w której nie odpowiada on za warstwe muzyczną. Chłopaki z Dillinger Escape Plan zajeli się bowiem komponowaniem utworów, a Pattonowi zostawili "tylko" wokal. Muzyka brutalna i agresywna a jednocześnie pełna finezji. WARTO: Tomahawk - Tomahawk i Mit Gas Jeden z ostatnich jak dotychczas projektów Pattona - Tomahawk to kapela którą znacznie łatwiej jest sklasyfikować niż Mr. Bungle czy Fantomasa. Mniej jest tu różnego rodzaju eksperymentów brzmieniowych czy wokalnych - można by rzec, że jest to muzyka na pograniczu Hard Rocka i Heavy Metalu. Na obu płytach tej formacji słychać po trochu Seppulture, po trochu Korna, a po trochu - Faith No More. Patton & Kaada - Romances Patton tym razem bawi się w gospel. I nawet nieźle mu to wychodzi. Fantomas - Suspended Animation Wrzaski Pattona, ciężar gitar i perkusji a do tego sample z kreskówek z Cartoon Network. Fantomas - "Fantomas" (a.k.a. "Amenaza Al Mundo") Debiut grupy czyli ciężka, szalona i obłąkana muzyka. MOŻNA: Fantomas & Melvins - Millenium Monsterwork Przyzwoita, choć nie porywająca koncertówka. Mr. Bungle - Disco Vollante Płyta dość ciężka do przełknięcia. Głowny zarzut w stosunku do niej to nadmierny eklektyzm - o ile na pozostałych dwóch płytach tej fromacji Patton i spólka starali zachować jakiś umiar we wrzucaniu do jednego worka rocka, jazzu, muzyki ludowej, hard-core'a, techno, ambientu, metalu (i kilkunastu innych gatunków muzyki) o tyle na "Disco Vollante" z tym przesadzono. John Zorn/Mike Patton - Weird Little Boy, Elegy, Hemophiliac Jeżeli "Disco Vollante" zarzuciłem nadmierny chaos to co mam powiedzieć o płytach które Patton nagrał z saksofonistą Johnem Zornem? Tym niemniej na tych krążkach są wielkie fragmenty, szczególnie gdy do głosu dochodzi gitara. NIEKONIECZNIE: Fantomas - Delirium Cordia Mike Patton (solo) - Adult Themes for Voice Mike Patton (solo) - Pranzo Oltranzista Płyty tylko dla muzycznych fetyszystów i zwolenników awangardowej awangardy w muzyce (szczególnie te dwie ostatnie). Zakładam, że sam Patton lubi te nagrania ale trzeba by to było sprawdzić. ;-] Odpowiedz Link
d84 Re: Mike Patton 29.07.05, 00:04 To może ja spróbuję wersję alternatywną - sam kiedyś miałem ogromnego hopla na punkcie tego pana a i nadal darzę go ogromnym szacunkiem. W każdej kategorii kolejnośc przypadkowa Jazda obowiązkowa: - Faith No More, Angel Dust - tu jest wszystko, do tego w najbardziej przystępnej formie. Mike z kolegami w najlepszej formie, na bazie heavy metalu tworzą niesamowity koktajl. Odważę się stwierdzić, że to najlepsza "ciężka" (=okołometalowa) płyta kiedykolwiek nagrana. Nie wiem specjalnie co tu jeszcze powiedzieć, to jedna z moich tzw. płyt życia, wątpię żeby to dla kogoś było rekomendacją ale zawsze ;) - Mr. Bungle, Mr. Bungle - debiut macierzystej formacji Mike'a, wyprodukowany przez Johna Zorna, co już dużo wyjaśnia. Mniej niż FNM bazujące na cięższym graniu, bardziej mieszające wszelkie możliwe style w muzyce - często słyszy się tego typu określenia ale tutaj dosłownie mamy do czynienia z czymś takim. Może być ciężkostrawne, ale warto się pomęczyć. Muzyka, którą określenie - za przeproszeniem - "fucked up" określa najlepiej. Warto: -Faith No More, King For A Day, Fool For A Lifetime - trzecia płyta FNM, nie mniej różnorodna niż AD, choć słabsza. Zdecydowanie sprawdzić jeśli Angel Dust się spodobał. -Faith No More, The Real Thing - chyba najbarzdiej popularna płyta Mike'a, ze słynnym Epic. Jeszcze takie po trochu plażowo-naiwne, choć warte przesłuchania. -Fantomas, Direcotr's Cut - imho jedyna płyta Fantomasa godna poważnego zainteresowania; panowie tutaj masakrują klasyczne tematy muzyki filmowej. Cięzkie, trudne, ale niewątpliwie ciekawe. -Mr. Bungle, Disco Volante - podobnie jak debiut, tylko jeszcze bardziej nieprzystępna. Bardzo eklektyczny, pokręcony album - próbować jeśli spodobało się "Mr. Bungle" -Mr. Bungle, California - najbardziej "normalna" płyta Mr. Bungle, rzeczywiście niektóre utwory nadają się do radia; bardziej bazowano tutaj na popie. Mix rockabilly, Zorna, Black Sabbath, Beach Boys i Bóg wie czego jeszcze. Można/Ewentualnie: -Faith No More, Album Of The Year - najsłabsza płyta FNM z Pattonem, co nie znaczy że kiepska. Ale brakuje jednak tego błysku z poprzednich płyt -Tomahawk, Tomahawk - projekt chyba najbardziej przypominajacy Faith No More, zarazem najbardziej konwencjonalny. Duane Denison z Jesus Lizard obsługuje tu gitarę. Są dobre momenty,ale niestety często prześwituje nuda. To już Mike z lat 2000-ych, gdzie szło mu średnio. -Tomahawk, Mit Gas - to samo co wyżej, ale chyba ciut lepiej. -Dillinger Escape Plan & MP, Irony Is A Dead Scene EP - to dla fanów ekstremy; bardzo ciężka płyta, nagrana z liderami nowoczesnego metalu/core'a/whatever. Ciężkostrawne. Cover Come To Daddy Aphex Twin dla zainteresowanych (bardzo średni imho) -Fantomas, Fantomas - 30 kawałków bez tytułu, bardzo abstrakcyjne. Raczej dla pasjonatów -Fantomas, Suspended Animation - patrz wyżej -General Patton & The Executioners - imho dośc przeciętna płyta turntablismowa, bardzo nierówna. Choć hiphopowcy mogą tu zacząć ;) Raczej nie: -Fantomas, Delirium Cordia - jeden utwór na całą płytę. Wieje nudą i nawet <skip> nie działa - płyty solowe, Maldoror - Maldoror - nie da się słuchać. Dosłownie. - Kaada & Patton - Kaada & Patton - to nawet nie tyle jest zła płyta, co mnie po prostu znudziła. Nie widzę tam nic ciekawego, ale jak ktoś chce... - cała reszta "dziwnych" projektów, za wyjątkiem Peeping Tom, którego nie słyszałem. (w tej kategorii autor posta może nie być wystarczająco "avant" by pojąc dzieła Mike'a P., za co nie ponosi odpowiedzialności) Odpowiedz Link
zaix Re: Mike Patton 29.07.05, 12:30 Faith No More już ktoś omawiał wcześniej dlatego nie tykałem tej kapeli. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=13553093&a=13807938 A co do Pepping Tom to polecam - świetna płyta choć bardzo mało znana. Zresztą jest to wersja demo, bo Patton chyba nie miał czasu wydać jej jako "normalnego" albumu ale generalnie na jej produkcje nie można narzekać. A co do epki nagranej przez Pattona z Dillinger Escape to dla mnie jest to zdecydowanie bardziej strawna płyta niż Disco Vollante Mr. Bungle. Po prostu jazda na maksa w stylu Slayera bez zbędnych obaw, że w którymś momencie danego utworu ni z stąd ni z owąd wyskoczy mi fragment muzyki orientalnej czy jakieś dziwny mix techno. Odpowiedz Link
zaix HOMO TWIST 29.07.05, 20:53 TRZEBA: Homo Twist W Polsce muzyka gitarowa to głównie Metal, Punk-Rock i rock w wersji soft natomiast nie przypominam sobie dobrej płyty Hard-Rockowej made in Poland. Wyjątkiem jest właśnie drugi krążek Homo Twist. Ciężkie riffy nasuwają skojarzenie z ostrzejszymi utworami King Crimson, mroczny klimat żywcem wzięty z muzyki Black Sabbath a do tego niebanalne teksty. MOŻNA: Moniti Revan Płyta jeszcza bardziej mroczna niż "Homo Twist" ale mniej ciężka, no i słabsza kompozycyjnie. Warto ją jednak mieć chociażby dla jednego utworu: "Bema Pamięci Żałobny Rapsod". Cały Ten Seks Pierwszy album zespołu był utrzymany w klimacie bluesowym. Fajne, lekkie utwory z dobrymi tekstami ale jednak dobrze się stało, że na kolejnych dwóch płytach zespół poszedł w zupełnie innym kierunku. Odpowiedz Link
ihopeyouwilllikeme Re: HOMO TWIST 29.07.05, 22:42 > Homo Twist > W Polsce muzyka gitarowa to głównie Metal, Punk-Rock i rock w wersji soft > natomiast nie przypominam sobie dobrej płyty Hard-Rockowej made in Poland. > Wyjątkiem jest właśnie drugi krążek Homo Twist. Ciężkie riffy nasuwają > skojarzenie z ostrzejszymi utworami King Crimson, mroczny klimat żywcem wzięty > z muzyki Black Sabbath a do tego niebanalne teksty. Mam zupełnie inne skojarzenia - grunge i Wire. Może się nie znam. Odpowiedz Link
cze67 Re: Poproszę o Yo La Tengo:) 11.09.05, 15:52 No janek, nie daj się długo prosić:-) Odpowiedz Link
janek0 Yo La Tengo 11.09.05, 17:22 Wrzucam jeszcze raz, a osoba uprawniona niech wyrzuci poprzedni post, ok ? Problem jest taki, że dla mnie wszystko co YLT nagrali jest rewelacyjne :) No, ale niech tam - trochę kierując się opiniami innych. EPki, single i składanki pomijam :) Koniecznie: Ride the Tiger (1986) - debiut, widać drobne niedoskonałości (zwłaszcza wokalne), ale klimat i kreatywność już jest. Najlepsze momenty: charakterystyczne, folkująco-countrowe "The Way Some People Die", soczysty, gitarowy opener "The Cone of Silence". May I Sing With Me (1995) - chyba najostrzejsza (jak na YLT), najbardziej gitarowa płyta. Genialnie rozjechane, transowo-psychodeliczne "Mushroom Cloud of Hiss" i "Out of the Window" I Can Feel The Heart Beating As One (1997) - Od tej płyty zaczyna się zdecydowane odejście w strone bardziej łagodnych klimatów, mniej folku, więcej klawiszy. Świetny cover Beach Boysów - "Little Honda". Epokowe, transowe "Spec Bebop". And Then Nothing Turned Itself Inside-out (2001) - Kontynuacja I Can Feel..., chyba najdojrzalsza płyta YLT. Liryczne "The Crying of Lots of G", kołysząco-niepokojące "Tired Hippo", chyba najbardziej perwersyjny kawałek YLT. No i łagodne "Night Falls on Hoboken". Warto: President Yo La Tengo/New Wave Hotdogs (1989) - Składanka dwóch płyt, wydana jako samodzielne wydawnictwo. Kontynuacja klimatu Ride.., ale w kierunku bardziej gitarowym, rockowym. "Barnaby, Hardly Working", z charakterystycznym riffem, "The Story Of Jazz" - transowo-gitarowe. Painful (1993) - Podobna jednocześnie do May I.. i do President/New Wave - dużo gitar, ale utwory są konstruowane na zasadzie kontrastu brzmienia przesterowanych gitar i analogowych klawiszy. "From a Motel 6" - Georgia wreszcie śpiewa w naturalnych dla siebie rejestrach, świetna partia gitary, jeden z najlepszych kompozycyjnie utworów YLT. "Sudden Organ" - bardzo podobny pomysł, ale tym razem Ira na wokalu. Electr-O-Pura (1995) - Z serii elektrycznych, gitarowych płyt. "Flying Lesson" - hipnotyczny, depresyjny, transowy kawałek. "Tom Courtenay", bardzo charakterystyczny utwór dla stylu YLT - melancholijne sprzęgi gitarowe (!). I do tego śmieszno-smutne video. W drugiej kolejności Summer Sun (2003) - Kontynuacja And Then Nothing..., ale wcale nie jest to letnia płyta, jak by chcieli krytycy. "Season of The Shark" - bardzo subtelna rzecz - plastikowe brzmienie klawiszy, banalna melodyjka, ale tworzy jakieś podskórne napięcie... "How To Make a Baby Elefant Float" - bardzo podobne, tylko aranżacja minimalnie bardziej skomplikowana. Fakebook (1990) - Same covery amerykańskiego indie. Ale takie na serio (nie jak YLT masakruje) - bardzo dobra płyta, o ile zna się oryginały... "Griselda" - akustycznam stylizowana balladka. Nie wiem co w tym jest, ale cholernie mi się podoba. The Sounds of The Sounds of Science (1997) - Muzyka do filmu o życiu zwierząt morskich, instrumentalna. Bardzo dobre, ale może nużyć. "Sea Urchins" - z charakterystyczną linią basu i śmieszną przeszkadzajką. Odpowiedz Link
janek0 Re: Yo La Tengo 11.09.05, 20:42 cze67 napisał: > Bardzo dziękuję, drogi janku. Ależ bardzo proszę, drogi cze. Przy okazji, skoryguję źle podane daty - I Can Hear... jest z 1997, a nie z 1995 Sounds of the Sounds... jest z 2002 a nie z 1997. And Then Nothing... jest z 2000, a nie z 2001. Cóż, latka lecą, pamięć nie ta. Odpowiedz Link
janek0 jestem zerem. 11.09.05, 20:46 I Can HEar jest z 1997, tak jak napisałem na początku. Za to May I... jest z 1992, nie z 1995. Wrrrrrrr :/ Odpowiedz Link
scribs Fugazi 26.09.05, 00:44 Pozwolę sobie, polecić kapelę bardzo ważną i zresztą bardzo interesującą ze względu na muzykę, oczywiście. Nawiązując troche do At The Drive-In które sie pojawiło wcześniej, a w muzyce których słychać czasem wpływy właśnie Fugazi. Proszę państwa, przedstawiam: Fugazi 1.Absolutnie 13 songs (1989) - Pierwsza płyta z muzyką, surową, pełna dysonansów, ale w której słychać jeszcze naturalne pozostałości (wokalista i gitarzysta Ian MacKaye - przedtem w punkowym, hradcore'owym Minor Threat), choć to już jest bardziej inspiracja, punkt wyjścia. A nawet dekonstrukcja punkowej estetyki. Słychać wyraźnie wpływy postpunku i dubu. No i ta "jazgotliwość", "hałaśliwość" chwilami przypominająca Sonic Youth. In On The Kill Taker(1993) - Bardziej punkowa, hardcore'owa, ale też melodyjność i... Eksperymenty, nad rytmiką, konstruckcją utwórów. Zresztą trzeba zwrócić uwagę na sekcję rytmiczną Fugazi, która słynie ze swojej precyzji i klarowności w pracy. Aż miło, czasem, posłuchać tylko te bębny i basy. Argument(2001) - ostatnia płyta. Najbardziej łagodna, i przystępna. W warstwie tekstowej wciąż ostra, antykomercyjna, antykonsumpcyjna, anty, anty, ale nie bezmyślnie. Ponadto zjawiają się dodatkowe instrumenty, jak wiolonczela i fortepian. No i dodatkowy zestaw perkusyjny, który pojawiał się juz na poprzednich płytach. 2.Warto Repeater+3songs(199) - kontynuacja tego co się zaczęło na 1ej płycie, ale też więcej eksperymentowania. Steady Diet Of Nothing(1991) - wiele nie powiem, bo płytę najsłabiej znam. Przez niektórych uważana za jedną z najlepszych. Red Medicine(1995) - pełno na tej płycie ciekawych melodii, nietypowych. No i znowu zmiany tempa, trochę nawet psychodelii, dubowy bas. No i sporo pomysłów, duża inwencja jeśli chodzi o gitary. Pojawiają się utwory instrumentalne. End Hits(1998) - chyba najbardziej eksperymentalna płyta. Zmiany tempa, połamane rytmy, cytując jednego z recenzentów "kubistyczne kąty, nierozwiązane melodie, nieharmonijne arpedżia". - cokolwiek by to znaczyło. Zabawa formą. Niekonieczie (choć też warto, ale to już dla bardzo ciekawskich) Instrument(1999) - jest to muzyka do filmu o nich samych. Są to wersja demo, inne wersje utwórów, głownie instrumentalne. Parę nowych utwórów, albo bardziej szkiców. Muzyka dość trudna, bo dają tu chyba sobie upust i eksperymentuja bez ograniczeń. Ale parę ciekawych, w miarę "przystępnych" utwórów jest. I to było na tyle. Odpowiedz Link
cze67 Re: The Pixies? 28.10.05, 13:26 Koniecznie - Doolittle i Surfer Rosa Warto - pozostałe:-) Odpowiedz Link
nienietoperz Pixies mialo byc rzecz jasna. 01.11.05, 12:28 Wybacz, ihope..., przejezyczenie fatalne. Dzieki cze67. Odpowiedz Link