dziewczyna_mickiewicza
05.08.04, 23:48
moja przyjaciolka wlasnie stwierdzila, ze dawno nie bylam tak podekscytowana
opowiadajac o czyms (przed chwila zdawalam jej relacje z tego, co dzialo sie
dzis w jazzgocie) i kazala obiecac, ze napisze o powodach tej mojej
ekscytacji. nie bedzie to latwe, bo to zdarzenie nie do opisania:
psychodelicznie ekspresyjny ekshibicjonizm. tak w trzech slowach. a teraz w
kilku wiecej ;)
the liars nijak nie wpasowuja sie w ramy, w ktore dziennikarze chca ich
wtloczyc - ich energia, prawie zwierzeca, zupelnie odbiega od ubranych w
ladne trampki the strokes, czy white stripes. niewiele tez w tym ich pozornie
chaotycznym jazgocie (coz za wspanialomyslny wybor miejsca koncertu, heh..)
jest czystego punku, czy nawet punk rocka.
to byl show. autentyczny show trojki indywiduuow:
wysokiego i gietkiego charyzmatycznego wokalisty, obslugujacego rowniez
gitare na wszystkie mozliwe sposoby
niepozornego chlopaczka o nieco autystycznym sposobie bycia
i nieobecnego duchem przez wiekszosc czasu perkusisty
poczynajac od pierwszego utworu (i pierwszej kreacji wokalisty - czerwonego
pobazgrolonego kombinezonu i stylowej szmacie w kratke na glowie), przez
wspaniale partie perkusyjne pozostalej dwojki (jeden z najmocniejszych
punktow calego koncertu to wlasnie panowanie nad perkusja i budowanie nia
nastroju kolejnych kawalkow), az do mega-psychodelicznego finalu the liars
pozostali szczerzy sobie. to na pewno. wszystko, co dalo sie wycisnac z tej
ich pokreconej muzyki soczyscie splynelo na sluchaczy. pozostaje pod
wrazeniem i ladunkiem tej zywotnosci i energii, ktorej brakuje strokes'om i
pochodnym. mordowanie niemalze jednego motywu przeradzalo sie w niesamowicie
klimatyczny trans, do ktorego odczuwania nie byly potrzebne zadne
wspomagacze. szalone tance wokalisty, wygibasy, drgawki i plasy w stylu
isadory duncan. szal w oczach (chyba tak mu na imie) juliana, ktory za swoim
sprzetem wygladal jak latynoska dziwka zagubiona gdzies pomiedzy brudem
riffow kolegi a pojekiwaniami na wokalu. i kontrastujace z tym odciecie od
reszty swiata wypisane na twarzy pozornie najspokojniejszego z calej trojki.
takiej muzyki opisac nie sposob - bo i nie o muzyke tak naprawde chodzi. oni
na plycie brzmia inaczej. czy lepiej? zastanmy przy inaczej. tutaj chodzilo
raczej o totalne zespolenie pomiedzy wizja wykonawcy a odbiorca. i to
nastapilo, przynajmniej w moim przypadku.
mozna tanczyc jezioro labedzie perfekcyjnie technicznie, ale gdy brakuje w
tym czegos z wnetrza, dostajemy tylko poprawnie wykonana sekwencje krokow.
podobnie jest z muzyka: mozna grac swietne technicznie pokazowki bez serca,
ale zagrac takie pozorne nieudacznictwo, taki chaos i balagan, rozgardiasz,
zgielk i poplatanie dzwiekow i styli to dopiero sztuka.
musze przyznac, ze taka akrobacje muzyczne w wykonaniu panow z brooklinu
baaardzo mi odpowiadaja :)))