kubasa
17.01.06, 19:00
Na marginesie odkurzania Pink Floydów (słucham sobie mniej więcej
chronologicznie wszystkich ich wydawnictw) dotarłem do "A Saucerful Of
Secrets" ich drugije płyty z roku 1968. Wyjąłęm mój egzemplarz, cd-r z
kserowaną okładką, rozpiąłem roz...[CIACH]
Płyta wylądowała w odtwarzaczu chyba po raz pierwszy od czterech lub pięciu
lat! Szmat czasu. Nie to, że sam to wykoncypowałem ale jakoś przez ten czas
wbiło mi się do głowy, że "A Saucerful of Secrets" jest ubozszym kuzynem
pierwszorzednego debiutu, niezbyt udanym stadium posrednim miedzy Pink
Floydami Barretta a Pink Floydami Watersa. Nawet wydana rok później Ummagumma
miała jakis posmak awangardy, odjazdu i kosmosu.
"Let There be More Light" zaczyna się motywem z Placebowskiego "taste In men"
to znaczy odwortnie, Placebo sobie go w stu procentach zerznęło tworząc nieco
kupiasty kawalek, Pink Floydzi natomiast wymietli po całości, zawiązując
proste figury sekcji wokalne z gitarowym quasi-refrenem a la Floydzi z połowy
lat 70., a kończąc ekstatyczna solówką. Zaskakuje Wrightowskie "Remember A
Day", które Waters z właściwym dla siebie krytycyzmem nazwal później
okropnym. Weiss widzi w utworze inspiracje Chopinem, ja widzę chyba
najbardziej charakterystyczny motyw Pink Floydów w latach 60. oraz
najoczywistszy ich mtoyw rotepianowy.
Więcej mi się właściwie nie chce pisać bo o "Set The Controls For The heart
of The Sun" i "A Saucerful Of Secrets" można wszystko przeczytać w necie. Że
są wspaniałe, wiadomo, a to że Waters oczywiście uważa drugi z nich za
opowieść o wojnie (zieeeeew), też nie powinno odstraszać.
Do mniej ciekawych utworów należy "Corporal Clegg", który w ogóle do płyty
nie pasuje oraz "See saw", ponoć nawiązujący do "Being Benefit Of Mr. Kite"
(aluzje do "lucy In the Sky With Diamonds" znajdziemy na openerze. Także
trochę mętny jest finałowy "Jigsaw Blues" Barretta.
Podsumowując, powiedziałbym, że podoba mi się nawet bardziej niż
okrzyczany "Piper At The Gates of Dawn", ale to może dlatego że znowu aż tak
bardzo nie kocham Barretta. Jego self-titled to jedna z najnudniejszych płyt
jakie słyszałem i przyznawany mu tytuł "Grzegorza Wawrzyszaka brytyjskiego
rocka" uważam za nadany nieco na wyrost.