braineater
26.06.06, 09:16
Dawno dawno temu, na pewnej wyspie, kształtem przypominającej penis 70
letniego impotenta, żyło sobie trzech żółtych minstreli o wdzięcznych
imionach Ryuichi (Sakamoto), Yukihiro (Takahashi) i Haroumi (Hosono). Kraj
ich słynął z wiśni, ktore kwitły, gejsz, które zajmowały się tym, czym
zajmują sie gejsze, oraz nerwowych kolesi, którzy za byle co publicznie
wypruwali sobie flaki. Na wyspie tej żyli także potęzni Magowie, którzy cała
swe życie poświęcali na wynajdowanie coraz to nowych maszyn do robienia
piiiiiiiiiiiiiiing.
Trójka naszych dzielnych bardów, zafascynowana brzmieniami tychże maszyn,
postanowiła pewnego roku (1978) założyć zespół, w którym te wszystkie
techniczne wynalazki odgrywałyby główna rolę. Nazwali się Yellow Magic
Orchestra i nagle okazało się, że ich muzyka, stała sie zjawiskiem
nieporównywalnym z niczym, co grano wcześniej. Oczywiście, długonosi biali
malkontenci spoza wyspy wiśnią płynacej, kręcili nosami (przeciez były
długie), mamrocząc jakieś tajemne słowa, w których najcześciej przewijała się
nazwa germańskiej korporacji magów - Kraftwerk, ale kto by sie tym
przejmował.
Na pewno nie nasi minstrele, na których punkcie oszalały tłumy skośnookiej
młodzieży i ktorzy z dnia na dzień okazali się byc pionierami całkiem nowego
gatunku muzyki, zwanej synth-popem. Pojawiali się w róznych miejscach
świata, zastawiając sceny stosami syntezatorów, automatów perkusyjnych,
magnetofonów szpulowych i nie i śpiewali. ALe jak spiewali... Zakochiwali się
w nich wszyscy - od znanego trubadura Davida Bowie, do twórców muzyki dla
chorych psychicznie demonów, takich jak Merzbow i Ototmo Yoshihide. Kariera
jednak nie trwała zbyt długo, bo w roku 1984 zespół zawiesił działalność,
spotykając się później jeszcze tylko kilka razy - magia jednak gdzieś
zginęła, a sami bardowie poświęcili się solowym karierom, w ktorej okazało
się, że jedynie Ryuichi ma tak naprawde coś do zagrania i powiedzenia.
I tak zakończyłaby się ta baśń o chwale i sławie, nad Yellow Magic Orchestra
pochylaliby się jedynie starcy szukający brzmień z czasów, gdy wszystkie
dziewczęta miały po lat 16, a wszyscy chłopcy kochali Zbigniewa Bońka, gdyby
nie pewien znany z ekscentrycznych pomysłów germański czarodziej, któren pod
nom d'guerre Senor Coconut postanowił przypomnieć dzisiejszej młodzieży, że
avant pop, house, techno i parę innych, nader popularnych gatunków nie wzięły
się znikąd, i że jednym z prekursorów humanizowania cyberbrzmień, byli
właśnie nasi żółci minstrele.
Niestety, germański Kokos miał także jedna fiksację - otóż w wieku dziecięcym
wmówił sobie, iz jest nieslubnym potomkiem Astora Piazzoli i Astrud Gilberto,
co w jego opinii, skazywało go dozywotnio na granie muzyki latynoskiej.
Samba, merengue, mambo, bossa, czy cha-cha, to były rytmy, które pulsowały w
jego germańsko-latynoskich zyłach. I w tej tez wersji wypuscił na świat,
album z coverami YMO, zamieniając zimne, romantyczne brzmienia, na pełne
wibracji i latynoskiego groove szaleństwo taneczne. Wydatnie pomogli mu w tym
rózni koledzy - sam Ryuichi Sakamoto, pozostali oryginalni członkowie YMO,
panowie z grup Akufen, Mouse on Mars, Schneider TM oraz Towa Tei. Czasami
pojawiał się także inny geniusz obsługi maszyn do robienia piiiiiiiiiiiiiing -
Burnt Friedman.
Cała ta grupa odświeżyła, zdawać by się mogło dawno zapomniane numery,
onegdaj rządzące na listach przebojów, jak Behind the Mask, Ongaku, w których
syntezatorowe brzmienia zostały uzupełnione o vibrafony, rytmy calipso,
sekcję dęciaków i mnóstwo innych cudownych smaczków, ktore powoduję, że ta
muzyka, było nie było już sprzed ćwierćwiecza, dostała nowego kopa, została
przystosowana do wrazliwosci dzisiejszego odbiorcy.
Pan Kokos z grupą przyjaciół tak zupełnie od niechcenia stworzył po prostu
arcydzieło, juz drugie w swej karierze. Płytę, której mogą słuchac zarówno
niegdysiejsi fani YMO (są tu jacyś?:), jak i młódź oszalała na punkcie piguł
i ekstatycznych pląsów w skąpym odzieniu. Płytę, która wymyka sie jak
wszystkie rzeczy wielkie jakimkolwiek klasyfikacjom. Płytę, która najlepiej
podsumowuje jeden z sampli, tamże zamieszczonych - Senor Coconut is
confusion, but Senor Coconut is fun!
P:)