Dodaj do ulubionych

Sami tego chcieliście (2) - The Beatles :-)

23.04.07, 01:09
No to, jak jest okazja, to palnę sobie mega-posta...

Owoż ja kiedyś tutaj pisywałem, ale potem w ogóle jakoś mi się odechciało
stukać na forach. Z kilku powodów, o których szkoda gadać. A akurat od paru
tygodni nosiłem się z zamiarem, żeby opowiedzieć swoją historię… ;-)

The Beatles. Od zawsze kojarzyli mi się głównie z czterema chłopcami w
mundurkach grającymi „Love Me Do”, z beatlemanią, z piskiem wrzeszczących
nastolatek, z jakąś taką naiwnością i brakiem jakiejkolwiek głębi.
Zakładałem, że są uważani za największych głównie dlatego, że po prostu przed
nimi niewiele się działo, a sprzyjało im to, że pojawili się akurat w
momencie rozprzestrzenienia się telewizji. To zresztą w dużej mierze prawda.
Nie uważałem ich natomiast za żadnych geniuszy, ani pionierów. Ot – raczej
przypadkowo znaleźli się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

„Biały Album”, wydany przez jakieś dziwne Selles, zakupiłem z drugiej ręki ze
3 lata temu na bazarze nieopodal swego domu za 12 zyla. Nie wiedzieć czemu,
zawsze gdy sięgałem po płytkę, cała sesja kończyła się na „While My
Guitar...”, a drugi krążek włożyłem do odtwarzacza może ze dwa razy, a to
tylko po to, by skumać, co to takiego te słynne „Helter Skelter”.

Do tego stopnia, że nawet nie przesłuchałem ani razu utworu dwójkę
otwierającego! Dopiero nie dalej jak miesiąc temu przeglądam sobie
przypadkiem wątek urodzinowy kolegi cze67, gdzie ktoś wkleił link do youtube
z zapisem „Birthday”. Klikam link, „film” się ładuje, słyszę ten werbel,
gitarę i nagle szok! „O, kurwa – przecież ja to znam!” Nagle jak z zaświatów
przypomniał mi się Owsiak z Trójki, z lat 80-tych, który pomiędzy tymi
riffami wykrzykiwał swoje pośpieszne odezwy w imieniu Towarzystwa Przyjaciół
Chińskich Ręczników (BTW pamiętacie te dżingle?.. :-) ). Nie miałem kurna
zielonego pojęcia, że to The Beatles!

Takie np. „Something” - nie wiedząc, że to utwór Beatlesów – świadomie
usłyszałem najpierw w wersji Elvisa Presleya z koncertu na Hawajach.
Elvisa!!! Gościa, który jeszcze 3 lata temu wydawał mi się li tylko mistrzem
kiczu, a nie Królem Rock’n’Rolla, którym wszak jest i zawsze będzie. Było to
jakiś rok temu. Ale nie o Presleyu będę tu pisał, choć i jemu parę ciepłych
słów bym chętnie poświęcił. I przy okazji żoneczce mej, która mnie nim – ku
jej i mojemu zaskoczeniu – zaraziła…

To chyba przez to forum poznałem porcys.com. Tam spodobał mi się styl
niektórych recenzji, a gdy doszedłem do tekstów niejakiego Dejnarowicza na
temat albumów Bitli, tom zaczął znowu zachodzić w głowę, o co TAK NAPRAWDĘ
chodzi z tymi Beatlesami???

Nie bez znaczenia było też wydanie sławnej/niesławnej płyty „Love”. Opinie
forumowiczów były chyba podzielone, ale najcelniej płytę zrecenzował właśnie
Dejnarowicz, który dał płycie 10 za zawartość, a zero za jej ideologię, czyli
ordynarny skok na kasę. Bo tej płyty słucha się po prostu fantastycznie. Dla
mnie stanowi potwierdzenie, że chłopaków ograniczała tylko i wyłącznie
ówczesna technika nagraniowa.

Ja „Love” kupiłem w prezencie na gwiazdkę starszemu bratu, który bardzo lubi
Bitli, potrafi grać na paru instrumentach, a swego czasu udzielał się przy
statywie w pewnej puławskiej efemerydzie postpunkowej (pochodzę z miasta
Siekiery i też oczekuję zapowiadanego wydania archiwalnych materiałów tej
załogi). Trochę się brejdak krzywił, gdy jej, tzn. „Love”, razem słuchaliśmy
(z powodów tych samych, co wszyscy), lecz mimo to nie oparł się, by znowu nie
przekonywać mnie delikatnie o wielkości Beatlesów, którzy przecież wymyślili
właściwie wszystko. Gdy dotarliśmy do „Tomorrow…”/”Within You…” mówił coś -
i słusznie - o Joy Division, mnie natomiast ku sporemu zdziwieniu przyszli na
myśl uwielbiani przeze mnie Chemiczni Bracia. Musiało się to skończyć tym, że
jakoś zaraz po Nowym Roku drugi egzemplarz „Love” już był w moich łapkach
(mam staroświecki zwyczaj kupowania oryginalnych płyt) i jeździ ze mną w
aucie do dziś, prawie nie opuszczając odtwarzacza. Jeżeli więc niektórzy
wyrażali nadzieję, ze dzięki „Love” paru ludzi zacznie dokopywać się do
oryginalnych nagrań Beatlesów, to w moim przypadku one się spełniły.

Jakoś tak parę dni temu męczyło mnie „Sexy Sadie”, które skatowałem
niemiłosiernie, i gdzie słychać pół brytyjskiego rocka lat 90-tych. Co za
zajebiście zagrany i zaśpiewany utwór! I ten gitar na końcu!!! No bomba po
prostu, geniusz czysty i antycypacja tego, co w muzie było potem.

I teraz wcale nie dziwię się świrom z angielskiej wikipedii, którzy opisali
odrębnym hasłem chyba każdy utwór The Beatles. I zauważyli niewątpliwe
podobieństwo motywu z „Sexy Sadie” do „Karma Police”, czemu i panowie z
Radiohead przeczyć nie zamierzają.

Obecnie jestem w trakcie pożerania kolejnych albumów Bitli. Nie mogę wyjść z
podziwu: niemal co kawałek, to perła! Naprawdę jest to dla mnie szok: ten
eklektyzm i to bogactwo robią wrażenie. Wiele z tych utworów oczywiście
znałem wcześniej, ale dopiero teraz tak naprawdę je odkrywam.

A przecież zanim to wszystko nastąpiło i tak uważałem się za człowieka dość
wyedukowanego w obszarze muzyki popularnej, jeno zawsze miałem poczucie, że
przed symbolicznym 1976 rokiem to ciekawy tak naprawdę był tylko Hendrix z
rozwalającymi mnie zawsze na łopatki „Manic Depression” czy „Purple Haze”.
Gdy jakimś cudem dałem zaciągnąć się na darmowy koncert Stinga na Służewcu,
to pochlebiałem sobie po cichu, że gdy Sting anonimowo zapowiedział ulubiony
utwór swojego ulubionego zespołu, to byłem w tych pięciu (dziesięciu?,
dwudziestu?) procentach, którzy rozpoznali „A Day In The Life”. Tyle że ja
ten pomnikowy utwór znałem, ale przesłuchałem go uważnie może ze dwa razy z
nośników nie swoich, tylko brata. Dzisiaj mógłbym „A Day In The Life” słuchać
na okrągło, a środkowa część Paula wydaje mi się być jednym z najbardziej
ekscytujących 60 sekund w historii muzyki w ogóle…

Od prawie 20 lat jestem wielkim fanem The Cure. W pewnym momencie moje
uwielbienie dla talentu Smitha doprowadziło mnie do w pełni trzeźwego
wniosku, że nie lubić/doceniać The Cure może tylko ktoś, kto nie słyszał co
najmniej 80% ich twórczości. Dzisiaj podobnie myślę także o Bitlach, choć to
inna para kaloszy. Jeśli w miarę otwarty człowiek, z jako takim obyciem, bez
uprzedzeń posłucha zwłaszcza późniejszych albumów Fab Four, to po prostu musi
się zakochać w ich talencie, a przy najmniej obiektywnie przyznać, że to
oni „wymyślili” i ten… „położyli podwaliny” pod muzykę rockową, a przy
najmniej jej 40-letnią brytyjską tradycję. Po nich już mało kto miał coś
nowego do powiedzenia.

Ciekawe, że zawsze chętnie sięgałem po płyty artystów, na których w wywiadach
powoływał się Smith. Tak było z Hendrixem, z Bowiem, z My Bloody Valentine, z
Mogwai. Ale jakoś nigdy nie zaprzątałem sobie głowy zapoznaniem się z „Help”
czy „Rubber Soul”, które Gruby tak uwielbia. No bo to w końcu The Beatles,
jakieś takie brzdąkanie w mono - co oni tam mogli w tych latach 60-tych
niebanalnego zagrać? Jakżeż ciemny byłem! :-)

To też kwestia zmiany podejścia do tradycji piosenkowej, docenienia także
umiejętności pisania prostych, a pięknych melodii. Poza tym liczy się
przecież inwencja, wyobraźnia, poczucie humoru. Tego wszystkiego w twórczości
The Beatles nie brakuje. Bo np. o tzw. rocku progresywnym swego negatywnego
zdania nie zmienię raczej nigdy. To już jest jakieś udawanie, że rock jest
czymś więcej niż jest. Koturnowość art-rocka jest dla mnie zaprzeczeniem
s
Obserwuj wątek
    • frank_76 dokończenie 23.04.07, 01:14
      To też kwestia zmiany podejścia do tradycji piosenkowej, docenienia także
      umiejętności pisania prostych, a pięknych melodii. Poza tym liczy się przecież
      inwencja, wyobraźnia, poczucie humoru. Tego wszystkiego w twórczości The
      Beatles nie brakuje. Bo np. o tzw. rocku progresywnym swego negatywnego zdania
      nie zmienię raczej nigdy. To już jest jakieś udawanie, że rock jest czymś
      więcej niż jest. Koturnowość art-rocka jest dla mnie zaprzeczeniem sensu
      muzyki – brak spontaniczności, lekkości i właśnie poczucia humoru, jakiegoś
      dystansu do życia.

      Po co to wszystko piszę, zapyta ten i ów? Ano po to, żeby ducha nie tracić i
      nadal propagować wartościową muzykę, bo zawsze znajdzie się taki ktoś, jak ja,
      kto przypadkiem doceni starą, dobrą tradycję, mimo mocnego przywiązania do
      raczej „alternatywnego”, agresywniejszego nurtu muzyki rockowej. Forum SF, jego
      Ojciec-Założyciel, prominentni forumowicze, dyskusje i rankingi, mają w tym
      jakiś udział.

      Bogactwo muzyki rockowej to coś naprawdę pięknego. Niechże wolno mi będzie
      zakrzyknąć: viva The Beatles, viva Forum SF, viva dziewuchy z dużymi cyckami!!!
      • noizzy Re: dokończenie 23.04.07, 07:41
        Kurczę, chyba będę musiał się za tych Bitlów zabrać, bo tak już od
        kilkudziesięciu lat trąbią, że to coś więcej, niż "piszczące laseczki", a ja mam
        (czyt. słuchałem) tylko jakiś zbiorek na imprezki pełen "Love Me Do" i takich
        tam (nie, żebym nie doceniał - prosta muzyka do się-bujania), no i podwójnego
        winyla z balladkami (a to na randki przy świecach ;)). W sumie to nie wiem
        dlaczego wcześniej się za nich nie zabrałem, zwłaszcza, że (prawie) kocham
        solową twórczość Lennona, a ostatnio przeczytałem (chyba w "Przekroju")
        intrygującą historię pewnej okładki...

        No i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie:

        > Bo np. o tzw. rocku progresywnym swego negatywnego zdania
        > nie zmienię raczej nigdy. To już jest jakieś udawanie, że rock jest czymś
        > więcej niż jest. Koturnowość art-rocka jest dla mnie zaprzeczeniem sensu
        > muzyki – brak spontaniczności, lekkości i właśnie poczucia humoru, jakieg
        > oś
        > dystansu do życia.

        Hmmmm... z całym szacunkiem dla Bitlów, szczerze wątpię, że znajdę wśród ich
        albumów coś co będzie mnie ruszać tak jak choćby "The Wall" (wiem, że
        wymienianie tej płyty trąci już banałem, ale co tam:P) czy inne produkcje
        Floydów. Z powyższym cytatem mogę się jedynie zgodzić, jeżeli w miejsce "muzyki"
        wstawi się "rock`n`rolla", bo inaczej symfonie Bethoveena też będą
        "zaprzeczeniem sensu muzyki" :P:P
        • cze67 Re: dokończenie 23.04.07, 10:23
          Bardzo ucieszyły mnie peany na cześć megoulubionegozespołu. Co do Love, to
          ciekawostką dla mnie jest fakt, że po okresie zasłuchiwania się wręcz
          paranoicznego zupełnie mnie do tej płyty obecnie nie ciągnie.

          Co do wątpliwości noizziego odnośnie "ruszania" płyt Beatlesów w ten sposób jak
          robi to w Twoim przypadku The Wall, to cóż, to jednak inny ciężar gatunkowy.
          Płyty Beatlesów generalnie rzecz biorąc były pogodne i piosenkowe, ich muzyka
          działa na inne receptory (he, he) niż dzieło Floydów. Zaspokaja inne potrzeby.
          Ja w każdym razie już czas dosmucania się depresyjnym albumem Watersa i spółki
          mam za sobą.
          • noizzy Re: dokończenie 23.04.07, 23:31
            Przepraszam za tę prywatę, ale chyba zacznę tutaj prowadzić "wyznania
            grzesznika". O co chodzi? A o tych muzyków, o których słyszałe stąd i owąd, że
            są "super-mega-zajebiste", ale... z niewiadomych przyczyn "nie potrafiłem" się
            za nie zabrać. Tak było z Kultem na ten przykład. A dzisiaj? A dzisiaj zacząłem
            słuchać pierwszy raz w życiu Tori Amos ("From The Choirgirl Hotel", która się do
            powyższej kategorii zaliczała. W mojej pełnej uprzedzeń wizji świata nie było
            miejsca dla "panienki z fortepianem, smyczkami i gitarką" - i tu nie chodzi o
            obrażanie Sz.P. Amos - po prostu te słowa odzwierciedlają absurdalność owych
            uprzedzeń. A wracając do samej istoty sprawy, czyli muzyki - nie jestem nią
            specjalnie zachwycony, aczkolwiek wzbudza we mnie pewne emocje (nie zawsze
            pozytywne, zwłaszcza w "Cruel":P:P), więc istnieje prawdopodobieństwo, że po
            kilku odsłuchaniach nawet mi się spodoba ;)
            • cze67 Re: dokończenie 25.04.07, 10:39
              No, poszerzanie horyzontów to dla wielbicieli muzyki sprawa podstawowa. Ja np.
              rok temu nienawidziłem hip-hopu, a teraz nawidzę. To oczywiście tylko jeden z
              przykładów. Na tym forum znajdziesz ich setki.
              A Tori Amos chyba jednak najlepsza jest pierwsza. ALe to moje osobiste zdanie.
    • cze67 Re: Sami tego chcieliście (2) - The Beatles :-) 08.05.07, 16:55
      > The Beatles. Od zawsze kojarzyli mi się głównie z czterema chłopcami w
      > mundurkach grającymi „Love Me Do”, z beatlemanią, z piskiem wrzeszczących
      > nastolatek, z jakąś taką naiwnością i brakiem jakiejkolwiek głębi.

      Ja to najbardziej żałuję, że spora część słuchających muzyki i jeszcze większa
      tych, którzy z muzyką mają do czynienia incydentalnie, na powyższych
      skojarzeniach poprzestają. Często nie ze swojej winy. Winne są, jak zwykle,
      media:-).
      • pszemcio1 Re: Sami tego chcieliście (2) - The Beatles :-) 08.05.07, 18:42
        ja się nawet miałem wykłócać na temat małości takiego pretensjalnego dzieła
        jakim jest The Wall w stosunku do płyt Beatlesów, ale w sumie nie ma sensu.

        ok, tak w ogóle to chciałem napisać że w lee cooperze jest limitowana kolekcja
        koszulek z bitlami co mnie ucieszyło niezmiernie dopóki się nie dowiedziałem.
        że koszt to ...95zł

        cóż, kupiłem w Hałsie t-shirta z muppetami - świnie w kosmosie rządzą:)
        • cze67 Re: Sami tego chcieliście (2) - The Beatles :-) 09.05.07, 09:13
          Widziałem reklamy tych koszulek w Machinie. Niewykluczone, że się ugnę.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka