janek0
01.11.08, 21:46
Do okrutnej doli wyrobnika umysłowego należy konieczność zmieniania miejsca
pobytu od czasu do czasu. No i mam - złośliwy los rzucił mnie w zupełnie
nieoczekiwane miejsce, jakim jest stolica kraju w którym panuje niejaki
Harald, a w przeliczeniu na jednego mieszkańca łowi się rocznie 500 kilo ryb.
Metropolia toto zdecydowanie nie jest, ale miałem nadzieję że oprócz zjadania
półtora kilograma śledzia dziennie ludność tego kraju zajmuje się też trochę
muzyką (biorąc pod uwagę np. to, że mój jeden imiennik dobrze tam dmucha w
trąbę). Myliłem się tylko trochę, więc oprócz innych czynności do których
jestem poniekąd zobowiązany postanowiłem wykorzystać fakt wyjechania do tego
miejsca do zapoznania się z muzyką której nie znam.
Pierwsza okazja nadarzyła się szybko, albowiem w klubie j/w występowała
wczoraj znana i po wielokroć pieszczona na tym forum formacja Okkervil River.
Wprawdzie nie mają oni (chyba) nic wspólnego ze śledziami (śledź, to, o ile
się znam, ryba morska a nie rzeczna) i w ogóle są z Teksasu a nie
zbergenzfjorden, to i tak wydali mi się lepsi od tyrolskiej orkiestry dętej
która była drugą możliwością i która też nie ma nic wspólnego ze śledziami.
Zachęcała mnie do tego tegoroczna płyta, która jest więcej niż przyzwoita,
natomiast zniechęcał fakt, że była to jedyna płyta OR którą znam. Ciekawość
przeważyła.
Więc ok, wydałem żądane 70 zł w przeliczeniu (do tego wyjątkowo tanie piwo -
po 25 zł) i udałem się na miejsce. Pierwsze zdziwienie dotyczyło sali, która
była, uwaga, salą koncertową z numerowanymi fotelami. Na koncercie wprawdzie
indie i folk, ale jednak rockowym to duża kicha jest. No ale nic, wypiłem,
zająłem miejsce w siódmym rzędzie i czekam. Zaczęło się z godzinnym poslizgiem
- najpierw wystąpiła jakaś Dunka (www.myspace.com/katrineottosen) która
usiłowała zabawiać publikę puszczając siakieś podkłady i grając na
syntezatorze i rycząc do tego. Fakt, miała dziewczyna kaaawał głosu i w sumie
nawet dawała radę, ale wszystkie kawałki były kubek w kubek podobne. W sumie
taka nasza rodzima polska Julia Marcell tylko w anturażu elektronicznym.
Drugim zdziwieniem było to, że publika miała jej starania w rzyci i zajmowała
się głównie chodzeniem po piwo - co, jak łatwo się domyślić - jest wyjątkowo
upierdliwe w sali gdzie się siedzi.
W końcu już myślałem że się doczekałem, bo po jakichś czterdziestu minutach
ryczenia Dunki na salę weszło OR w osobach swojego szefa tzn Sheffa i reszty
(trzy gitary, bas, klawisze, dęciak i perkusja). Było to jednak myślenie
przedwczesne, bo zaczęli od... dziesięciominutowego soundchecku. (WTF? nie
mogli się wcześniej nastroić ?) W końcu nastroili wszystkie bandża - a było
już po 11 - i koncert się zaczął. No i trzeba było przyznać że OR to są
świetni muzycy, a wykonanie na żywo nie odbiegało od tego co na płycie, i to
od pierwszego kawałka. WF ma wielkie możliwości jako wokalista a energia która
waliła ze sceny była naprawdę imponująca, zwłaszcza jak na takie,
półakustyczne granie.. Zagrali chyba większą część nowej płyty, na pewno były
też kawałki z Black Sheep... (pamiętam A Stone) i pewno z poprzedniej, której
nie znam. W sumie coś w trójkącie między Neural Milk Hotel, American Music
Club i The Go-Betweens.
Po jakiejś chwili ujawinił się jednak istotny mankament tej muzyki, polegający
na zbytniej jakiejś jej regularności. Perkusista wprawdzie był świetny i
regularny jak pompa na platformie wiertniczej, ale po trzecim kawałku
jednostajność rytmiczna zaczęła być irytująca, a po piątym przestała i zrobiło
się nudno. Nawet ekspresja WS zaczęła robić wrażenie wyreżyserowanej i było
widać że całe to granie opiera się w sumie na kilku powtarzanych patentach.
Wystarczająco dużo żeby powiedzieć, że fajne, ale za mało żeby się
zachwycić.
Po jeszcze chwili wrażenie zrobiło się z dobrego dziwne, bo publiczność dalej
zajmowała się olewaniem, czy raczej wlewaniem w siebie piwska i łażeniem po
sali. Być może śledzie działają pobudzająco na motorykę lub osłabiająco na
koncentrację, hell knows (bo że na pragnienie to jeszcze jestem w stanie
zrozumieć), bo jednocześnie po każdym kawałku owacje były jak po koncercie
stonesów w kongresowej w 68. Zupełnie bez powodu, zwłaszcza w drugiej części
koncertu. W każdym razie istniała dziwna dysproporcja między brakiem uwagi
wśród publiki a zachwytem który wyrażała. Wreszcie, po godzinie i 10 minutach
takiej zabawy Sheff chyba uznał że czas wykorzystać predyspozycje
perypatetyczne ludności i kazał wszystkim zejść pod scenę, gdzie nastąpiło
wylewne pożegnanie.
W metrze jakiś facet jechał przebrany za śmierć i to jednak on był bohaterem
wieczoru.