pagaj_75
09.11.08, 11:10
Uparcie odmawiam dopisywania, wg kretyńskiego pomysłu polskiego dystrybutora,
tego 007 do tytułu. Nevermind.
Widziałem wczoraj, pewnie obejrzę jeszcze z raz lub dwa (na pewno za pół roku
jak wyjdzie DVD), bo - nie ma co ukrywać - fanbojem jestem nieuleczalnym, ale
jak coś pokochałeś jako dzieciak, to będziesz uwielbiał to do końca swego
żywota marnego. Taka klątwa.
No więc nie jest tak zajebiście jak przy poprzednim filmie, ale tego się
spodziewałem. No bo w końcu tylko raz się zdarza taka okazja jak dwa lata
temu. Po 20-tu filmach w serii w ciągu 40-tu lat, po conajmniej dwóch
ostatnich częściach z Brosnanem, które z perspektywy czasu nazwać trzeba
pomyłkami (ostatnio odświeżyłem sobie "Die Another Day" i ledwo wytrwałem do
końca), producenci łapią za nogi "once in a lifetime opportunity", bo mogą
wreszcie zrobić pierwszą historyjkę o dzielnym agencie. Jedyna w swoim rodzaju
okazja, żeby zamiast coraz bardziej męcząco i nieinspirująco mrugać okiem do
widza, z perwersyjną uciechą wywrócić bondowską konwencję do góry nogami. I ta
szansa wtedy została wykorzystana, bo "Casino Royale" to jeden z najlepszych
filmów w serii. No ale taka okazja jest akcją jednorazową, niestety. Co można
zrobić w sytuacji kiedy w poprzednim filmie, w pewnym sensie zniszczyło się
całą konwencję? Chyba tylko wyrzucić ją na śmietnik, jak zepsutą zabawkę. I to
właśnie zrobiono.
To jest Bond, który nie mówi ani razu "Bond, James Bond". To jest Bond, który
nadal nie pije vodka martini. No i niestety jest to również Bond bez ciętych
ripost. Nawet seksu z Bond girl na koniec filmu ni ma. Dawny czar gdzieś uleciał.
Jest za to bardzo sprawnie zrobiony film akcji, nie powiem, parę razy mnie
zatkało, choć nie obyło się bez skiepszczonego efektu specjalnego w scenie
skoku ze spadochronem.
Tak sobie pomyślałem właśnie, że ten film ma sporo wspólnego z "License to
Kill". Też drugi film z nowym, zupełnie innym od poprzedników, aktorem. Film
tak samo postrzegany jako dużo bardziej brutalny niż wcześniejsze. Balansujący
mocno na granicy "czy to jeszcze jest w ogóle Bond?". No i oba filmy
opowiadają o osobistej wendetcie głównego bohatera.
Nie wiem co sądzić, ale i tak jest lepiej niż w końcówce kadencji Pierce'a.
Czekam na wieści czy następny film będzie zakończeniem trylogii rozpoczętej
przez "Casino" czy też scenarzyści darują już sobie ten wątek.
Był ktoś jeszcze?
PS. Acha. Jeśli chodzi o nową piosenkę, to to już nawet nie jest równia
pochyła. To jest jakiś desperacki skok na główkę w przepaść Wielkiego Kanionu.
No nie lubię Jacka White'a, sorry man, no bonus.